Wróć do katalogu

Wyścig

Moje pierwsze opowiadanie w klimacie dieselpunku, pierwotnie ukazało się na moim blogu: www.dieselpunkstories.blogspot.com

Ravnarr, opublikowano , 40 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Jak ja nienawidzę drugich zmian w robocie. Na nic nie ma czasu. Ledwo się człowiek zwlecze z wyra i już musi lecieć, żeby ominąć największe korki. Oczywiście Wielka Autostrada Północna (to wersja oficjalna, ludzie nazywają ją Neverending Story) dalej jest w budowie, więc trzeba cisnąć przez całe Centrum 3. Potem dziesięć godzin przy taśmie, podczas których człowiek żałuje, że w ogóle się obudził, sprint do domu, kolacja i lulu. Tyle dobrego, że dziś startujemy z Angelusem. Jeśli wszystko się uda i Mike nie zawali jak ostatnio, po tych dziesięciu godzinach będę bogatszy o trzy nowiutkie, ultranowoczesne regulatory spalania. Teoretycznie powinny wystarczyć dwa, ale nie będę ryzykował kolejnego wybuchu w komorze silnika. Jeszcze tylko te trzy regulatory dzielą mnie od wyrwania się z tej wielkiej dupy, jaką jest General Automotors Industries. Ale nie ma co zapeszać, najpierw trzeba się dostać do roboty. A to nie jest takie proste, jak mieszka się dopiero w ósmym Okręgu Robotniczym.

Tak jak przewidywałem, nie było prosto. Kolejne rozbudowy i remonty, które teoretycznie mają uczynić Detroit przejezdnym miastem, zablokowały je na amen. SkyRunner, jedyna nadzieja mieszkańców, znów nie działa. Ktoś podpiżdził instalację magnetyczną i kosmiczna, opływowa kolej, którą normalnie jeżdżę do zakładu jest teraz kosmicznie nieruchoma. A to oznacza dojazd omnibusem. Czyli wolno, głośno i mało komfortowo. Można liczyć na takie atrakcje jak rzygający morfiniści, śmierdzący rozkładem Wieszcze Zagłady, uprzejmą i pomocną młodzież z łańcuchami na szyjach, nazywającą siebie dieselpunkami i wściekłe zwierzęta. Ot, rozkosze przemysłowego miasta A.D. 1895. Można zrozumieć westchnienia dziadków, tęskniących za czasami Rewolucji Parowej i cichymi, przejezdnymi ulicami. Oczywiście, jeśli pominie się detal, jakim była zawrotna cena ówczesnych automobili. Teraz prawie każdego stać na zasilany silnikiem spalinowym pojazd. Szkoda, że lordowie miast nie przewidzieli tego boomu i nie zaczęli wcześniej inwestować w infrastrukturę.

Do roboty dotarłem w zasadzie równo z syreną. I oczywiście na starcie musiałem się natknąć na Kloca. Kloc jest brygadzistą na mojej zmianie. Tak naprawdę zwie się Doug McMarthy a ksywkę zawdzięcza swej filigranowej budowie ciała, przypominającej piec hutniczy i intelektowi zbliżonemu do drewnianego klocka. I do tego jest bucem.

- Bayson! O której się do pracy przychodzi! - Korki były. - rzuciłem, jednocześnie starając się jak najszybciej dopasować rękawice narzędziowe. Jeszcze brakowało mi, żeby Kloc gapił mi się dziś na ręce. - Już trzeci raz w tym miesiącu się spóźniasz. Lepiej uważaj, Bayson, bo tyle dzieli cię od wylecenia z firmy na zbity pysk! -tu zrobił jakiś bliżej nieokreślony gest grubymi paluchami. "Srali-grali, dupku", pomyślałem, "dzisiaj widzisz mnie tu ostatni raz".

Po tym jak skończyłem mocować się z wielozadaniowymi rękawicami, poszedłem od razu na linię Angelusa. Faktycznie, wyglądała całkiem imponująco. Firma szarpnęła się na nowe maszyny, wielozadaniowe roboty do montażu, pościągano najlepszych pracowników ze wszystkich zakładów GAI w kraju. Na podwyższeniu stał pełnowymiarowy egzemplarz gotowego pojazdu, żebyśmy mogli sobie zobaczyć, co tak w zasadzie robimy. Fakt, niebrzydkie autko. Opływowa sylwetka, przypominająca spłaszczoną torpedę, wystające po bokach chromowane zakończenia wydechów, rysujący się za kabiną kierowcy potężny, ośmiocylindrowy silnik nadawał całości drapieżnego charakteru. Z kolei wytłaczane spoilery uzasadniały anielską nazwę wehikułu. Całość ma jakieś cztery metry długości i z dwa szerokości. Nie zazdroszczę tym, który będą chcieli zaparkować tym cackiem w centrum miasta. Z drugiej strony, ci, którzy Angelusa kupią, raczej nie będą nim wlec się po zatłoczonych ulicach. W sumie nie wiem, co z nim będą robić. Do normalnego użytkowania to on się zbytnio nie nadaje - wielka krowa z absurdalnym promieniem skrętu, niemożliwa do prowadzenia w ciasnych uliczkach. Wyścigowym pojazdem też w zasadzie nie jest - zbyt mało zabezpieczeń silnika, by był bezpieczny. Do tego przełożenie mocy jest zbyt wolne a poziom kondensacji energii kinetycznej nie pozwala na zbyt efektowne przyśpieszenia. Teoretycznie osiągi ma dobre - około 56 parokondensatorów mocy, prędkość maksymalna około 90 mil na godzinę. Ale to tylko na papierze, by przyciągnąć klientów. W umowie jest zapisane małym druczkiem, że utrzymywanie takich obrotów silnika przez dłużej niż 10 minut może skutkować eksplozją komory paliwowej a co za tym idzie, paskudną śmiercią. Ale cóż - dobra reklama i dobry wygląd robią swoje - od pierwszego przedstawienia prototypu złożono ponad tysiąc zamówień na Angelusa. Klient chce, klient dostaje.

Te rozważania nad głupotą ludzka przerwał mi Kloc, który nie bez satysfakcji opieprzył mnie za "stanie jak ten debil" i zagnał do roboty. Kolejne cztery i pół godziny spędziłem starając się w miarę uczciwie i dokładnie pracować, nie wzbudzając podejrzeń. Nawet zacząłem zbliżać się do wykonania normy, kiedy zawyła syrena pozwalająca zejść na przerwę. Olewając średnio smaczne żarcie z zakładowej stołówki, dyskretnie ruszyłem w kierunku Magazynu 32, gdzie miał na mnie czekać Mike. Odetchnąłem z ulgą, kiedy zobaczyłem go stojącego tyłem do mnie między jakimiś pojemnikami, rozglądającego się nerwowo . - Cześć, Mike! - zawołałem wesoło, klepiąc go w plecy. - Ja pierdolę, John, chcesz, żebym padł na zawał? - Mike podskoczył w powietrzu jednocześnie się obracając, co dało efekt bardziej zabawny, niż widowiskowy. - Już wystarczy, że narażam swoją robotę dla ciebie. - Dobra, nie marudź. Masz? - Mam - odpowiedział Mike, sięgając jednocześnie do torby, która miał przewieszoną przez ramię.- Ale tylko dwa. Nie udało mi się skołować trzech. - Niedobrze - zasępiłem się. - Będę musiał dołożyć kolejne obejścia mocy, żeby to zrównoważyć. Przynajmniej nieużywane? - No wiesz? - oburzył się Mike - Ja nie dostarczam dziadostwa. Oba regulatory to nieśmigane nówki do Angelusa. Wystarczy, że podkręcisz im nieco obwody i będą idealne. Ty mi lepiej powiedz, co z moją forsą? - Co ma być? Tak jak się umawialiśmy, dostajesz 15% tego, co wygram. - A jak nie wygrasz? Dostarczyłem połowę części do tego rzęcha, o mało mnie przez to z roboty nie wypieprzyli. Kloc zaczyna się robić podejrzliwy. Chcę jakiegoś zabezpieczenia. - Mike, Mike - poklepałem go poufale po ramieniu - Wygram, zobaczysz. To absolutnie pewne. Na sto procent. A wtedy będziemy bogaci. Rzucimy to gówno i zajmiemy się wyłącznie wyścigami. Potrzebuję jeszcze tylko jednego zwycięstwa, by podskoczyć w tabeli i znaleźć sponsora. A do tego niezbędny jest dobry samochód. Dobry samochód składa się z dobrych części. I to jest właśnie twoja rola. Jesteśmy drużyną, Mike. Nie wierzysz we mnie, to tak, jakbyś nie wierzył w siebie. Wierzysz w siebie, Mike? - No... wierzę - niepewnie odpowiedział, podając mi torbę z regulatorami. - Ale pamiętasz, jak to się ostatnio skończyło? Omal rąk ci nie urwało. No tak. Musiał mi to wypomnieć. Faktycznie, ostatni wyścig nie skończył się najlepiej. Przegrzałem silnik tak mocno, że eksplodował. Tylko pancernej osłonie między komorą silnikową a kabiną zawdzięczam życie. Połamało mi jedynie ręce. Cóż, nikt nie mówił, że wyścigi są bezpieczne. A zwłaszcza Podziemna Liga. - To było dawno i nieprawda. Teraz będzie zupełnie inaczej. Podniosłem jeden z regulatorów do oczu. - Zaczynamy nową erę, Mike...

Rozdział 2

Reszta zmiany upłynęła mi w miarę spokojnie. Pomijając awarie bezawaryjnych maszyn i niekompetencje najlepszych pracowników z kraju, produkcja ruszyła całkiem sprawnie. Do tego udało mi się zwinąć kilka zwojów obwodów do podkręcenia regulatorów i tubkę uszczelniacza. Słowem, udany dzień. Powrót do domu trwał jeszcze dłużej, niż dojazd do zakładu. Do zwyczajowych korków dołożył się jeszcze wypadek na zbiegu Szóstej Magistrali i Alei Wyzwolenia Teksasu. Jakiemuś nieszczęśnikowi eksplodowała komora paliwowa. Pewnie stał godzinę z włączonym silnikiem a potem chciał zdążyć na światłach. Rozsadziło przy tym jeszcze dwa inne samochody i starożytną, parową rikszę. Cóż, to pewnie wznowi protesty ekologów i wariatów z Towarzystwa Parowego. Jakby jeden wypadek mógł cofnąć lata postępu...

Niewygodna prawda jest taka, że technologia spalinowa jest niebezpieczna. Mimo wielu prób, mieszanka paliwowa używana do zasilania silników i podzespołów dalej jest zbyt niestabilna. Z kolei mocno opancerzone komory silnika dociążają i spowalniają pojazd, który wymaga większego dopływu mocy, przez co wzrasta ryzyko eksplozji - i tak w kółko. Ha, pomyśleć, że nawet chciano zakazać dopuszczenia tych silników do użytku publicznego! Ale lobby Kompanii Naftowej zagłuszyło krzykaczy, argumentując poparcie dla nowej technologii niską ceną pojazdu, większą prędkością i oszczędnościami z tym związanymi. A gdyby te pozytywy nie wystarczały, są jeszcze Wyścigi.

Największy minus silników parowych to stosunkowo niewielka moc i skomplikowana budowa. Setki przekładni, korbowodów, kół zębatych, rurek odprowadzających parę. Dlatego niewiele powstało konstrukcji przeznaczonych do szybkiej jazdy. Dopiero nowa technologia umożliwiła zaprojektowanie automobili, których głównym celem jest osiąganie coraz większych szybkości. Pokonano, uważaną do tej pory za zawrotną, prędkość 50 mil na godzinę. To rozpoczęło rywalizację konstruktorów, którzy prześcigali się w budowaniu coraz szybszych maszyn. Jako, że często zwycięzca takiego starcia kończył test w efektownej kuli ognia, wynalazcy zamiast samemu zasiadać w swych pojazdach, zatrudniali samobójczych psychopatów bez wyobraźni, zwanych elegancko kierowcami rajdowymi. I tak w skrócie rozpoczęły się Wyścigi. Dosyć szybko duże firmy zwietrzyły w tym niezły biznes i reklamę. Powstały mniejsze i większe ligi, skupione wokół pojedynczych osób lub przedsiębiorstw. Kierowcy stali się nagle bohaterami społeczeństwa, ikonami postępu technologicznego, bogami wyłaniającymi się z maszyny.

Na początku kierowcą rajdowym mógł zostać każdy, kto potrafił prowadzić automobil i nie bał się śmierci. Z czasem jednak Wyścigi stały się elitarną rozrywką, niedostępną dla zwykłych ludzi. Jednak natura nie znosi próżni. Pojawili się kierowcy - amatorzy, wspierani przez wynalazców - amatorów. Nie mogąc się normalnie przedostać do świata wielkich rajdów, stworzyli swój własny, podziemny świat. Oficjalnie Federacja Rajdowa, organ złożony z największych lig, sprawujący pieczę nad całym biznesem, potępia Podziemną Ligę. Bo niezarejestrowana, bo niebezpieczna, bo stwarza zagrożenie dla postronnych obywateli. Policja wyszukuje nielegalne rajdy, zamyka kierowców, rekwiruje sprzęt. Natomiast wszyscy wiedzą, że najlepsi automobiliści świata wywodzą się właśnie z Podziemnej. Nikt nigdy tego głośno nie powie, ale Federacja ma swoje wtyki wśród organizatorów nielegalnych wyścigów i wyszukuje obiecujących konstruktorów i rajdowców. I tu właśnie pojawiam się ja. Nie mam wątpliwości, że nie jestem pierwszym, który chciał w ten sposób podnieść swój status materialny i społeczny. Takich ryzykantów było mnóstwo, jest ich teraz ogrom i dalej się będą rodzić. Nie twierdzę też, że jestem najlepszym kierowcą w całych Stanach Obu Ameryk. Ale do cholery, jakieś marzenia trzeba mieć. Dlatego już kilka lat temu zacząłem planować. Kumpel załatwił mi robotę w General Automotors Industries, gdzie miałem łatwy dostęp do narzędzi i części zamiennych. Połowę każdej pensji wydawałem na łapówki i wejściówki na rajdy Podziemnej, żeby poznać odpowiednie osoby. I przede wszystkim - jeździłem. Najpierw używanym Aresem II, kupą złomu, która trzymała się dzięki drutom i taśmie technicznej. Potem udało mi się wygrać rozklekotanego, ale dalej mocnego Hurricane'a, sześciocylindrowego, poobijanego potworka, dzięki któremu zaistniałem w najniższej lidze Podziemnej. I dalej jakoś poszło. Trochę szczęścia, trochę wrodzonych umiejętności... Dużo wypadków. Udało mi się jakimś cudem uniknąć bardziej katastrofalnych kraks, ale nie każdy miał takiego farta. Pamiętam Charlie'go "Speeda". Biedaka nie dało się nawet zeskrobać z tego, w co zamienił się jego pojazd. Każdego normalnego człowieka to by odstraszyło od dalszego udziału w całym tym biznesie. Ale ja chyba nie jestem do końca normalny. Jeździłem i jeździłem, aż w końcu wyjeździłem.

Pojutrze odbędzie się "Azjatycka Pętla" - rajd okrążający lokalne Chinatown. Prestiżowa impreza, gdzie wygrana to ponad 200 tysięcy dolarów i na której pojawiają się "sponsorzy". W zasadzie nie do końca wiadomo, kim oni są. Kontaktują się z kierowcami poprzez pośredników. Wiadomo, że mają znaczne środki finansowe i podobno kontaktują się z oficjalnymi Ligami. Jeszcze się nie zdarzyło, by kierowcę ze sponsorem aresztowała policja. Prawda jest taka, że gdy do kierowcy lub konstruktora zgłosi się sponsor, niedługo później ten dostaje propozycję od Federacji Rajdowej. Słowem, opłaca się ryzykować. Kiedy wreszcie dotarłem do domu, było już ciemno. Szybko zjadłem wyciągniętą z lodówki kolację, przebrałem się w kombinezon i biorąc torbę z częściami poleciałem do garażowej części bloku, mieszczącej się pod ziemią. Przez ostatnie kilka lat byłem zmuszony korzystać z wynajmowanego od kumpla z pracy garażu, do którego trzeba było jechać przez pół miasta. Dopiero kilka wygranych wyścigów pozwoliło mi na wykupienie własnego warsztatu. No, warsztaciku. W zasadzie to garaż z kanałem. Najważniejsze, że mam gdzie dłubać przy maszynie, mam własne narzędzia, światło z generatorów parowych... Zaraz, coś jest nie tak. Przecież zamykałem bramę... Nagle ktoś zza rogu podstawił mi nogę. Straciłem równowagę i w tym samym momencie czyjaś pięść walnęła mnie w brzuch. Nie jestem wymoczkiem, ale i tak świece zapłonowe stanęły mi w oczach. Zanim zdążyłem złapać oddech, drugi cios dosięgnął mojej głowy. Niedobrze, jeszcze brakuje mi uszkodzonego błędnika.

- Wystarczy - usłyszałem znajomy głos, dochodzący zza jednego z filarów - nie chcemy przecież za bardzo uszkodzić naszego kierowcy, prawda? - Prawda - wystękałem. - Cześć, Klocu, zapomniałem odbić kartę w robocie, czy co? - Uważaj, Bayson - zdemaskowany brygadzista przestał ukrywać się w cieniu i podszedł do mnie. - Nie mogę cię zbytnio połamać, ale zębów do prowadzenia samochodu nie potrzebujesz. - Nie wiem, o czym mówisz, przyjacielu - postanowiłem udawać głupka - ja nawet nie mam samochodu, przecież wiesz, że dojeżdżam do roboty omnibusem. - Tak, tak, a do tego garażu zszedłeś, bo lunatykujesz. Puśćcie go, chłopcy, nie będzie sprawiał problemów. "Chłopcy", czyli dwóch drabów wyglądających jak z gazetowej historyjki obrazkowej puściło mnie i stanęło koło Kloca. Faktycznie, sprawianie problemów nie było opcją. Zbyt wiele mam do stracenia. Otarłem krew z rozciętej wargi. - Dobra, czego chcesz? -Już dobrze wiesz, czego. Forsy z wygranej. Całej, nie jakiegoś procencika, którego litościwie odpalasz temu śmierdzielowi, który kradnie dla ciebie części. Czyli musiał podsłuchać moje rozmowy z Mike'm. Szlag, powinienem być ostrożniejszy. - No dobra. Jest tylko jeden detal. - Jaki? - spytał podejrzliwie Kloc - Co, jeśli odmówię? Bo widzisz, jak wygram, to sram na ciebie, na GAI, na dyrektora. Nie mam żadnego interesu w tym, żeby przegrywać. - Na pewno? - brygadzista podszedł do mnie, wyciągając coś z kieszeni płaszcza. - Przyjrzyj się temu i zastanów jeszcze raz. Poczułem, że robi mi się zimno. Kloc trzymał w grubej łapie dagerotyp z przedstawieniem mojej siostry, Elizabeth. - Ty skurwysynu - wysyczałem - jeśli dowiem się, że coś jej zrobiłeś... - Ja? Jak coś, to ty ja ranisz biorąc udział w wyścigach. Po tym, co spotkało jej męża... Dupek miał rację. Rok temu Michael zginął w wypadku. Znalazł się na trasie jednego z rajdów Podziemnej Ligi. Szedł sobie spokojnie i przepisowo chodnikiem, kiedy jeden z kierowców stracił panowanie nad maszyną. Po tym zdarzeniu Elizabeth kazała mi przysiąc, że nigdy nie będę miał nic wspólnego z samochodami. Była wściekła, że nie rzuciłem od razu pracy w GAI. Gdyby dowiedziała się, czym zajmuję się po pracy... Pytanie tylko, skąd Kloc się o tym dowiedział. Wychodzi na to, że jest dużo sprytniejszy, niż podejrzewałem i musiał mnie śledzić od dawna. - A co, jeśli nie wygram? - To lepiej postaraj się wygrać. Teraz masz dodatkową motywację. - Kloc rzucił mi dagerotyp pod nogi - A teraz bierz się do roboty. Musisz mieć przecież w pełni sprawną maszynę, żeby dla mnie wygrać.

Co racja, to racja. Zrobiło się już późno a ja jeszcze nie podkręciłem tych regulatorów spalania, nie mówiąc o ich zamontowaniu. Wszedłem do garażu i zamknąłem za sobą bramę. Muszę się skupić teraz wyłącznie na przygotowaniu maszyny. Problemem z Klocem mogę się zająć na samym końcu. Starając się wypchnąć z głowy myśl o Elizabeth, założyłem rękawice narzędziowe i zabrałem się do pracy.

Rozdział 3

Nawet nie wiem, kiedy minął kolejny dzień. Każdą wolną chwilę spędzałem w warsztacie, przygotowując maszynę do Azjatyckiej Pętli. Jadłem byle co, na szybko, spałem może kilka godzin. Nie obyło się oczywiście bez problemów technicznych. Wehikuł, który modyfikowałem to niemłody już Vulcan, konstrukcja całkiem udana, choć pechowa. Jej pech polegał na tym, że prawie każdy kierowca, który jeździł Vulcanem, przez większą część wyścigu był na prowadzeniu a dopiero przed metą ulegał jakiemuś zazwyczaj nieprzyjemnemu wypadkowi. Podobnie było z rajdowcem, z którym ścigałem się kilka miesięcy temu. Na ostatnim zakręcie zerwał mu się cały układ sterujący, co zapewniło mi wygraną - i zgodnie ze zwyczajowym prawem Podziemnej Ligi, dało prawo do zabrania jego automobilu. A ponieważ niedługo potem doszczętnie rozwaliłem swojego Hurricane'a, Vulcan stał się moją jedyną opcją.

Jak wspominałem, nie jest to zły pojazd. Przypominająca katamaran, pomalowana na agresywną czerwień podwójna karoseria doskonale radzi sobie z oporami powietrza, strategicznie umieszczone przetłoczenia zapewniają odpowiedni docisk przy większych prędkościach a półokrągła kopułka kabiny kierowcy pozwala rozglądać się na wszystkie strony. Solidny, sześciocylindrowy silnik produkcji GAI dostarcza całkiem solidne 48 parokondensatorów mocy, przekładanej na wszystkie trzy osie. Bo warto dodać, że konstruktorzy Vulcana, aby zapewnić stabilne osadzenie silnika, umieścili go z tyłu pojazdu, tuż nad dwoma osiami, czyniąc z pojazdu coś w stylu sześciokołowej ciężarówki. Rozwiązanie niebanalne i trzeba przyznać, widowiskowe.

Oczywiście musiałem dokonać wielu poprawek. Poza naprawą układu sterującego wyregulowałem cały zespół dystrybucji mocy, wsadziłem kilka dodatkowych zabezpieczeń do silnika i podkręciłem przełożenia oraz kondensatory kinetyczne. I tu właśnie zaczęły się problemy. Okazało się, że nowsze części, regularnie podprowadzane przez Mike'a z fabryki, nie do końca chcą współdziałać ze starszą konstrukcją. Cwaniaki z firm automobilowych w ten sposób zmuszają ludzi do kupowania nowych pojazdów, zamiast naprawiania starych. Chwilę zajęło, zanim udało mi się dopasować do siebie stare patenty z nowymi. Wymagało to pewnej finezji, pomysłowości i brutalnej siły, kiedy przekonałem się, że podkręcone kondensatory są pół cala większe, niż przeznaczona na nie kieszeń. Koniec końców, po kilkunastu godzinach ciężkiej pracy, pojazd był w miarę gotowy.

Automobil gotowy, ale co z automobilistą? Starałem się skupić wyłącznie na pracy, ale groźba mojego brygadzisty-szantażysty, zwanego Klocem cały czas dźwięczała mi gdzieś z tyłu głowy. Dla zewnętrznego obserwatora może się cała sprawa wydawać śmieszną. No bo to tylko siostra, najwyżej się wścieknie, pokrzyczy, nie zaprosi na świąteczny obiad. Wielkie rzeczy. Prawda jest jednak nieco poważniejsza. Nie przesadzę zbytnio, jeśli powiem,

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych