Wywiad z...
Pewien lekarz, pewien pacjent, pewien wywiad...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Wywiad z...
Westchnąłem cicho i wyłożyłem się wygodnie na fotelu. Nareszcie... Chwila ciszy. Przyłożyłem palce do skroni i pomasowałem, by choć na chwilę zapomnieć o krzykach nieszczęsnej pani Redham z trzeciego piętra. Powiedziała mi dzisiaj, że jestem wcieleniem jej nieżyjącego syna. Uznałem to na początku za całkiem pozytywny zbieg okoliczności, gdyż nareszcie trochę się otworzyła i zaczęła mówić o sobie, ale gdy już musiałem wyjść... Sprawy nieco się pokomplikowały. Biedaczce musiano podać środki nasenne. Nagle usłyszałem na korytarzu podniesione głosy. Błyskawicznie porwałem nogi z biurka i nie zawracając sobie głowy podniesieniem identyfikatora, który przypadkiem przewróciłem, ruszyłem w kierunku drzwi. Już niemal wyciągałem rękę, by nacisnąć klamkę, gdy sama odskoczyła. Cofnąłem się, nauczony doświadczeniem, że lepiej nie stać zbyt blisko, gdy do gabinetu wchodzi kolejny pacjent. Miałem rację. Do pokoju wpadł zaraz spory tłumek pielęgniarek otaczający kobietę i mężczyznę w średnim wieku. Kobieta uwieszona była na ramieniu męża i trajkotała coś niemal bez przerwy. Pielęgniarki także, wbrew panującym tu z reguły zasadom, jedynie powiększały panujący harmider. Jedynie mężczyzna milczał. Poczułem, że głowa mi pęka. Miałem już dziś dosyć hałasu. - Panie doktorze...- zaczęła Kristie, by zaraz przerwała jej Judie Space. - Przepraszamy za takie najście... - Zaburzenia świadomości, być może osobowości...- zaczęła swoim zwyczajem Kristie. - Nie masz czegoś nowego, Fox?- wtrąciła Gregson, ta która zawsze mówiła wszystkim po nazwisku, z czym zresztą nie pozostawali jej dłużni.- To już się robi trochę nudne. Przy każdym to samo. Przeklęta pupilka. - Urojenia, fobie... - Panie doktorze... - Życiorys i związki rodzinne czyste. Można wykluczyć genetykę... Gregson nazwała Kristie w taki sposób, którego wolałbym nie powtarzać. Nie mogłem myśleć. - Zamknąć się! Przyznam, że sam siebie zaskoczyłem. Udało mi się uciszyć wszystkich. Wszystkich, poza kobietą, którą przyprowadził mężczyzna. Choć ją można chyba potraktować ulgowo. - Cicho!- powtórzyłem dobitnie.- Co tu się w ogóle dzieje?! Gdzie ja jestem?! W żłobku?!- Mógłbym powiedzieć „ w domu wariatów”, ale prawdopodobnie kogoś bym uraził.- Wpadacie bez zapowiedzi, drzecie się i pyskujecie jak banda przedszkolaków! Jak ja mam pracować w takich warunkach?! Właśnie. Jak już doszliśmy do kwestii pracy, Kristie, to tu Gregson może mieć nieco racji. Przestań się ciągle bawić w lekarza. To moja rola. A ty zaczynasz mnie już nieco wkurzać. Gregson, opanuj trochę język. Niektórych może to nieco... odrzucać. Jeżeli nie użyłem zbyt łagodnego określenia. A teraz wara... Chcę zostać z pacjentką! Pielęgniarki wymieniły zmieszane spojrzenia. Pierwsza wycofała się Kristie. I bardzo mądrze. - Panie doktorze...- zaczęła ostrożnie Judie Space. Musiałem odliczyć w głowie do dziesięciu, by jej także nie ofuknąć.- Tu chodzi o... pacjenta. - Pacjenta?- powtórzyłem, mierząc mężczyznę badawczym spojrzeniem. Wyglądał zwyczajnie. Być może trochę zagubiony, ale... Widocznie marny był ze mnie psychiatra. - Walter Gray- uściśliła Judie, dyskretnie wskazując mężczyznę, jakbym nawet tego nie mógł się sam domyślić. - Dobrze.- Rozpaczliwie starałem się wybrnąć z nieprzyjemnej sytuacji.- Tak, czy inaczej chciałbym porozmawiać z pacjentem i jego żoną. O ile żona jest żoną. Zmierzyłem Gregson znaczącym spojrzeniem. Prychnęła i odwróciła się uderzając Judie w twarz długimi włosami. Space skrzywiła się i podążyła za nią ostrożnie. Gdy zamknięto drzwi, potarłem skronie i wróciłem za biurko. Kobieta znowu zaczęła mówić coś do męża. Zlustrowałem ich spojrzeniem. Para w średnim wieku, bez widocznych na pierwszy rzut oka zaburzeń. Jedynie kobieta zdawała się cierpieć na ciągły słowotok- chociaż podobno nie ona była pacjentką. A mężczyzna, Grey, jak go nazwała Judie? Spokojny, nieco przytłamszony przez nieomylne ego żony i... smutny. Ubrany był odpowiednio, czarny sweter, ciemne dżinsy... Zauważyłem, że nie miał na palcu obrączki. Ale powody mogły być różne. Nie mnie w to wnikać. - Przepraszam za niefortunną sytuację- zacząłem, automatycznie sięgając dłonią w kierunku okularów.- Pielęgniarki bywają niesubordynowane. - Niesubordynowane?- parsknęła kobieta przyglądając mi się z wyższością.- Delikatnie powiedziane. - Moim zdaniem nic takiego się nie stało- odezwał się mężczyzna, czym zasłużył na karcące spojrzenie żony. Ta kobieta zaczynała wyprowadzać mnie z równowagi. Jak miałem go zdiagnozować, jeżeli nawet nie pozwalała mu się odezwać? - W czym mogę państwu pomóc?- Zwróciłem się do Waltera. Wiedziałem, że postępuję wbrew wszystkim wpajanym mi zasadom, ale nic nie mogłem poradzić. - Walt ma problemy w pracy, prawda kochanie?- rzuciła kobieta. - Jakiego rodzaju problemy?- zapytałem, nie bardzo wiedząc, jak mogę delikatnie zasugerować jej, że wolałbym porozmawiać sam na sam z pacjentem. - Izoluje się- rzuciła, dumnie unosząc głowę.- Nie uczestniczy w zabawach, nie rozmawia z kolegami... - Janet, proszę cię... - Nie przerywaj Walt. Zakręciło mi się w głowie. I dlatego zaprzątali mi głowę?! - Przepraszam, ale to...- Zająkałem się, szukając odpowiedniego słowa.- Czy mógłbym podać państwu skierowanie, do znajomego psychologa? Zajmuje się podobnymi przypadkami... Kobieta uderzyła w moje biurko pięścią. Długopisy podskoczyły w powietrze. - Przyszliśmy do pana. Do pana! Bo podobno dobrze pomaga pan ludziom!- syknęła. - Sądząc po pani tonie, wyraźnie pani w to wątpi... Wyprostowała się na krześle, nie kalając pleców swej modnej bluzki o skórzane oparcie. - Coraz bardziej utwierdzam się w swoim przekonaniu. Poczułem, że krew uderza mi do głowy. Resztkami sił wciąż jednak nad sobą panowałem. - Zapewniam, że psycholog nie będzie sprawiał podobnych problemów.- Uśmiechnąłem się słodko. Prychnęła i zerwała się z miejsca. - Wstyd!- powiedziała, maszerując do drzwi.- Hańba! Walt! Zwróciła się do niego tak, jakby wołała psa. Zerknąłem na mężczyznę. Nie ruszył się z krzesła. - Walt!- Kobieta poczerwieniała. - Janet, kochanie... Chciałbym chwilkę, chwileńkę, porozmawiać z panem doktorem. Może poczekasz na zewnątrz? Otworzyła usta, nie byłem pewien, czy ze zdumienia, czy po to, by go zganić, ale zaraz zamknęła je jak niepyszna. - I za co ja płacę?- rzuciła jeszcze przed wyjściem. Nie wiedzieć czemu, rozbawiła mnie ta uwaga, co skrupulatnie ukryłem. Gdy zostałem jedynie z Walterem, zapanowała niezręczna cisza. Wiedziałem, że powinienem coś powiedzieć, w jakiś sposób przekazać mu... Nie patrzył mi w oczy. Dopiero teraz to zwróciło moją uwagę. - Panie doktorze?- odezwał się do mnie, zerkając pytająco. - Słucham?- Być może teraz miała zacząć się prawdziwa diagnoza? - Czy mógłbym prosić o coś do picia? Jestem potwornie spragniony. - Oczywiście. Poderwałem się z miejsca, pragnąc stłamsić rozczarowanie. Obserwowałem go kątem oka, gdy podszedłem do automatu i nalałem zimnej wody do plastikowego kubka. Tkwił w bezruchu. Nie patrzył na…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil karioth
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…