Wyzwolenie
To trzeba przeczytać
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Wyzwolenie Sorry , za jakość rysunków, ale talentu to niestety nie posiadam
“So many centuries so many Gods we were the prisoners of our own fantasty but now we are marching against these Gods I'm the wizard, I will change it all Valhalla - Deliverance Why've you ever forgotten me?” Blind Guardian, Valhalla
Słońce niby złota tarcz, przebijało się przez strzępy białych chmur, otaczających concorde’a. Siedziałem w środku, pocąc się niemiłosiernie i drżąc z przerażenia. Na nieszczęście jedna ze stewardes zwróciła na mnie uwagę. Prawdę mówiąc, to jej się wcale nie dziwię. Prawie cały czas nie spuszczała ze mnie wzroku. Nie miałem jednak żadnego powodu do strachu. No... może prócz malutkiego, dodatkowego bagażu - do mojej łydki, tuż pod materiałem spodni, jedną z najmocniejszych taśm, przyklejony był woreczek z kilogramem czyściutkiej heroiny. Przemycałem towar z U.S.A. do Anglii. Robiłem w tym interesie od niedawna, toteż nie posiadałem zbyt bogatego doświadczenia. Jednak dla pieniędzy jakie za to dostawałem mogłem zeżreć karalucha wraz z latoroślami. Każdy gest stewardesy wzbudzał we mnie lęk, czułem jej wzrok na sobie, szczególnie na mej skromnej nodze. Im bliżej granicy, tym bardziej obawiałem się zdemaskowania. Oj, głupi jestem. *** - Annie? - Co? - długonoga stewardesa z westchnieniem zmęczenia, mieszała kawę w kubku - Co Mary? Wiem, że wyglądam jak zmokła dupa spod latarni, ale nie spałam od 24 godzin. - Nie, nie chodzi o to. - Więc? - Widziałaś tego chłopaka, co siedzi przy oknie i trzęsie się jak osika? - Jasne, że wiem, o którego przystojniaka cci chodzi. Szkoda, ale wygląda mi na schizofrenika. - On chyba coś ma. - Chodzi co o coś konkretnego? - zapytała Annie, znudzona całym światem, tym bardziej jakimś głupkiem, tonącym we własnym pocie. - Jego noga. Jest jakaś dziwnie niekształtna... - Boże! A co w tym złego, że biedak może ma artretyzm?! - Oj, tak jakoś... - Podoba ci się co nie? - Nie! - To powiedz pilotowi, czy komuś tam. Poproś przystojniaka do kibla, obmacaj, a jak nic nie znajdziesz, to powiedz mu, że to były ćwiczenia. *** Serce podeszło mi do gardła, kiedy w moją stronę szła dociekliwa stewardesa w towarzystwie muskularnego drugiego pilota. - Możemy pana prosić? *** - To tylko choroba lokomocyjna - kłamałem, stojąc przy drzwiach kibla. Taśma boleśnie wpijała mi się w nogę. - Skoro tak, to proszę skorzystać z ubikacji i potem porozmawiamy. W szafce znajdzie pan lekarstwa - uśmiechnęła się Mary. Zniknąłem w toalecie. - O co zakład, że spuści towar w sedesie? - lirycznie zapytał drugi pilot. *** Najpierw chciałem utopić herę w klozecie, ale uświadomiłem sobie, że jej wartość przekracza moje kilkumiesięczne zarobki na stanowisku pomocnika młodszego parkingowego. Czas uciekał szybko, a ja wciąż zastanawiałem się co zrobić z narkotykiem. Nad zlewem znajdowała się, wspomniana wcześniej przez stewardesę, szafka. Otworzyłem ją. W środku stały różne buteleczki. Moją uwagę zwróciła jedna z nich. Wyróżniała się małymi rozmiarami i szarą etykietą z napisem WYPIJ MNIE! Krople miętowe. Odetchnąłem bo naprawdę dała mi się we znaki choroba lokomocyjna i stres. Jednym ruchem połknąłem zawartość. Początkowo nie zauważyłem niczego dziwnego, lecz po chwili mym ciałem wstrząsnął dreszcz. Drugi. Trzeci. Zachwiałem się przed upadkiem uratował mnie zlew. Złapałem za jego krawędź Nie wiedziałem co się działo, czułem się jakbym wypił co najmniej cyjanek. Drżałem jak w febrze, a moje ciało pokrywały krople potu. Ostatnim wysiłkiem uniosłem twarz i spojrzałem w lustro. Nie poznałem samego siebie. Przekrwione oczy, sine usta, blada twarz. Zwolniłem uchwyt dłoni, zdradziecka buteleczka upadła na podłogę. Czyżby krople miętowe w połączeniu z zażytą wcześniej przez mnie heroiną mogła pozbawić przytomności?! Absurd. Nie poznawszy odpowiedzi upadłem, zapoznając się z twardą podłogą na kanwie bynajmniej nie towarzyskiej. *** Mary dyskretnie zapukała do drzwi ubikacji. - Proszę pana! W porządku? Brak odpowiedzi. Stali ta już od kilkunastu minut i utwardzali się w przekonaniu, że schwytali przemytnika. - Wyważamy? - spytał drugi pilot, znudzony sytuacją, choć takie afery nie zdarzały się często - Nie słychać spłuczki, więc to twarda sztuka. Nie pozbędzie się towaru tak szybko. - Może być niebezpieczny? - Jeśli jest uzależniony to będzie bronił sprzętu jak matka dzieci. Jeśli to tylko sprzedawczyk, może podda się bez walki. Ale miej nadzieję, że trafiliśmy na znerwicowanego studenta z zatwardzeniem. - Wyważamy, Chuck. - Jasne, słonko. Ty tu rządzisz. Nie wiadomo skąd pojawiła się Annie z nieodłącznym kubkiem kawy - Wiem, że fajnie jest się bawić w Jamesa Bonda, ale mogliście poprosić o klucze. Z szerokim uśmiechem wręczyła Chuckowi pęk zapasowych kluczy do wszystkich zamków w samolocie. - Wy dalej kręcicie ze schizofrenikiem? - ciągnęła - Wiecie co? On tam pewnie siedzi i wciąga cały towar nosem. - Annie... - Co? Po kawie zawsze filozofuję. Pilot otworzył drzwi i oniemiał. Dziewczyny stanęły za nim, również zaskoczone. Ba, niepomiernie zdziwione. - Sorry, pomyliłam się. On nie chciał oddać nam narkotyków i sam się z nimi spuścił w kiblu. Nikogo nie zdziwiła ta wypowiedź. Może dlatego, że łazienka, niby serce narkomana, była pusta. *** Powoli otworzyłem jedno oko, potem drugie. Przed sobą miałem biel, z każdej strony otaczały mnie cholernie białe ściany. Głowa bolała mnie straszliwie, mimo tego podniosłem się i stanąłem w miarę pewnie na nogach. Przetarłem oczy, z trudem przypominając sobie jak się tu znalazłem. Znajdowałem się w korytarzu, który biegł w dwóch przeciwnych kierunkach. Ściany miały trupio śnieżny kolor. Natomiast drzwi, ciągnące się ciasno wzdłuż korytarza, wyglądały identycznie, napawało mnie to troszkę niepokojem. Spojrzawszy w sufit, doznałem uczucia deja vu. Bo sufitu, podobnie jak podłogi nie było. Trwałem zawieszony w pustce, wśród tajemniczych drzwi. Nieprzenikniona cisza dzwoniła mi w uszach. Zrobiłem kilka kroków - żadnego odgłosu. Czy dostałem jakiegoś delirium? Straciłem przytomność? Zatrułem się tymi cholernym kroplami?! Śnię? Umarłem? Trudno. Jawa czy sen, trzeba się zorientować w sytuacji. Zbliżyłem się do jednej z par drzwi. Wyglądała nad wyraz autentycznie. Najdelikatniejsze drewno, pokryte białą farbą, dawało na myśl przejście do zaświatów. Obmacałem złotą klamkę, misternie rzeźbioną. Powoli przekręciłem ją, zamek cicho trzasnął. Moim oczom ukazał się niezwykły widok. Zza progu widziałem zgliszcza umierającego miasta. Wysokie żałosne budynki z pustymi oczami. Wybite okna. Czerń, cisza, wiatr, poruszający zatęchłym powietrzem. Smutny krajobraz Apokalipsy. Na ulicy pojawił się mężczyzna. Szedł powoli, trzymał w dłoni broń. Ubrany był w idealnie dopasowany garnitur, w kolorze najgłębszej czerni. Podobne okulary kryły za sobą nieodgadnione spojrzenie. Uśmiechnął się w moją stronę i uniósł pistolet. Z trzaskiem zamknąłem drzwi. Oddychałem szybko, w głowie tańczyły mi przeróżne myśli. Zwariowałem? Czyżbym zobaczył przyszłość?! Przerażony nie na żarty ruszyłem dalej korytarzem. Mijałem identyczne pary drzwi, wciąż dążąc przed siebie.
Przede mną wyrosły piękne białe wrota. Widniał na nich krwiście czerwony znak:
Nie wiedziałem co oznacza, choć kojarzył mi się z celtyckimi runami. Mógł symbolizować zarówno zwycięstwo, pokój lub śmierć. Złotą klamkę zdobiła wyryta Gwiazda Dawida z wpisanym w środku nie znanym mi pentagramem. Kształt dziurki od klucza przypominał krzyż. Westchnąłem. I otworzyłem drzwi. Stanąłem przed obliczem mego przeznaczenia. *** - Witaj, witaj. Wprawdzie się ciebie nie spodziewałem, ale wejdź. Chętnie z tobą porozmawiam, tylko zamknij proszę drzwi. Nie znoszą przeciągów, a jak pewnie zauważyłeś, w Korytarzu panuje chłód. Znów wisiałem w śnieżnej pustce. Przede mną, przy nowoczesnym biurku, siedział szpakowaty mężczyzna przy kości. Mógł mieć ze 40 lat, uśmiechał się. - Czyżby szok związany z przekroczeniem Zasłony osłabił twój słuch, mój drogi? Zamknij drzwi. Wykonałem polecenie. Przyglądałem się obcemu, wytykając sobie głupotę związaną z wypijaniem nieznanych substancji z tajemniczymi etykietami, w stylu WYPIJ MNIE!. - Kim jesteś? - wypaliłem. - Bogiem. - Słucham?! - poczułem jak nogi się pode mną uginają, więc jednak zwariowałem. Uśmiechnąłem się jak szaleniec - Bóg? Czyżbym umarł? No i co jeszcze? Gdzie fanfary, panie Stwórco?! Hę? - No cóż... - facet wyraźnie się speszył, ale zaraz odzyskał rezon - Może przesadziłem trochę. Nie jestem Bogiem, takim o jakim myślisz, o jakim mówi się w waszym świecie. Mogę się nazwać Konstruktorem, Architektem, Opiekunem. Jak zdążyłeś zauważyć, dbam o Wszechświat. Nie wiem jak się tu znalazłeś, ale jestem zadowolony. Rzadko z kimś gadam, bo moje zadanie ma inne przesłanie. Ale zrymowałem, co? Dobrze, że się tu nie nudzę. - Dobra, dobra - przerwałem - Ja śnię do cholery i się chcę obudzić! - Oj głupiutki z was gatunek - westchnął, patrząc w górę - Zastanów się, co by się stało gdybyś śnił - strzelił palcami, a na biurku nagle pojawił się zwykły komputer, stuknął kilkakrotnie w klawiaturę i na monitorze ukazał się obraz, niby film, przedstawiający samolotowy kibel, dwie stewardesy, pilota i kilku ubranych na czarno policjantów - Ach, tak. Znajdowałbyś się prawdopodobnie w komisariacie, daleko od domku. Jesteś jednakże tu, czyli w Głównej Sterowni, poprzez błąd systemu. - Słucham?! - Nawet ideałom się one zdarzają. Co w tym dziwnego? Pułapki w stylu tajemniczych buteleczek, ciasteczek i używeczek, nie wyłączając drzwi, prowadzących w różne miejsca o różnych porach, pozostawił po sobie mój poprzednik. Bardzo roztargniony facet. Skoro już tu jesteś, chętnie oświecę cię w sprawach istnienia, bo to was, ludzi, zawsze niepomiernie interesowało. Choć prosty z ciebie organizm, podzielę się z tobą moimi odkryciami. Wiesz, mam kompleksy, muszę się dowartościować - dodał z rozbrajającym uśmiechem. Z fascynacją wpatrywałem się w ekran: przerażone stewardesy, zaaferowani przedstawiciele prawa i ...Kątem oka, tuż koło klozetu, dostrzegłem
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Merigold
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…