Wziąć los w swoje ręce cz.1
Historia zagubionego człowieka, który planuje zbrodnię doskonałą
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Szkoda. Pogoda przez ostatni tydzień była przepiękna, a teraz zachmurzyło się okropnie i zagrzmiało nad wiosenną Warszawą. Ledwo minęła trzecia, a miasto utonęło w ciemności. Lunął deszcz, jakiego Warszawiacy od dawna nie widzieli. Grube strugi wody spadły na asfalt, betonowe chodniki i trawniki, na których trawa była akurat ostatnią rzeczą, jaką można było uświadczyć. Ludzie w pośpiechu chowali się pod różnego rodzaju daszkami, większość na przystankach i pod drzwiami budynków. Samochody na Puławskiej zatrzęsły się od grzmotu, którego huk rozległ się po okolicy. Ci, którzy nie zdążyli przed burzą, biegali w pośpiechu zakrywając głowy dawno już namokniętymi gazetami. Struktura warszawskich chodników sprzyjała powstawaniu coraz to większych kałuż. Tramwaj zatrzymał się pod kinem, ale nikt nie był na tyle odważny, by w taką pogodę z niego wysiąść. Rozległ się kolejny błysk, a tuż po nim grzmot stokroć donioślejszy i bardziej przerażający niż poprzedni. Deszcz zdawał się przybierać na intensywności. Jan Wierzbicki wzdrygnął się na swoim siedzeniu. Wokół niego ludzie przepychali się, by ustąpić miejsca tym, którzy przed chwilą wsiedli do tramwaju, w nadziei, że uciekną przed deszczem. Przycisnął się do okna i poczuł, że jeżeli zaraz ta kobieta, która oparła swoją bazarową torbę o jego plecy nie ustąpi, on zginie tam z uduszenia. Zginąć z uduszenia w starym tramwaju linii 18, to dopiero koszmar... Pojazd ruszył, a po chwili zatrząsł się od kolejnego grzmotu. Deszcz tak zacinał, że przez szybę było widać tylko wielkie szare rozmazane plamy. Jan znów poczuł uścisk babsztylej torby na swoim ramieniu. „Co za bydło!” - pomyślał zdenerwowany i delikatnie ale stanowczo odepchnął torbę kobiety, której wolał nawet nie patrzeć w twarz. Kobieta niewzruszona przycisnęła torbę jeszcze mocniej do ramienia mężczyzny. Na następnym przystanku Jan musiał wysiąść. Zaczął się zastanawiać jak dokonać tak karkołomnego czynu. Tramwaj zwalniał już na ulicy Marszałkowskiej, gdy Jan spróbował się podnieść. Torba kobiety, która stała obok jego miejsca uniemożliwiła mu to jednak. - Przepraszam panią, niedobrze mi – wybełkotał Jan, przewracając oczami, robiąc minę, jakby zaraz miał puścić pawia na różową torebkę swojej sąsiadki. Momentalnie zerwał się silny wiatr, wyrywając przechodniom parasolki i gazety, którymi chronili się przed deszczem. Staruszka z wózkiem obłożonym ceratą zakołysała się na swoich leciwych nogach i gdyby nie młodzieniec przebiegający obok, który w ostatniej chwili chwycił ją za ramię, siła wiatru dawno przewróciłaby ją wprost w pobliską kałużę.
* * *
W lesie szalała burza. Okropne wietrzysko hulało pomiędzy drzewami i wiejskimi domkami, tarmosząc bezlitośnie gałęzie i trawę. Wielkie brzozy pochylały się na boki do granic swoich możliwości, wyglądając jak groteskowe trzydziestometrowe trzciny. Wiatr z każdą minutą przyspieszał, a deszcz przybierał na sile. Co słabsze i suche drzewa zaczęły się łamać, a w powietrzu fruwały ogromne gałęzie i kawałki desek. Wieś Wierzbica od północno-zachodniej strony była całkowicie odsłonięta przez pole. Wiatr wiał więc tu o wiele silnej, a deszcz zacinał ze zwielokrotnioną siłą. Kable elektryczne już dawno pozrywały się ze słupów, niewielki stawik w wiosce przypominał teraz bardziej wzburzone morze niż malutkie jeziorko pośrodku leśnej polany. Dachy kilku domków, z których składała się wioska, skrzypiały złowrogo jakby zaraz miały nie wytrzymać tortur wiatru i poddać się wichurze. W jednym z nich, małej chatce nad brzegiem stawika, skuleni pod stołem siedzieli matka i syn, obserwując z przerażeniem w oczach dogasającą świeczkę, przysłuchując się wyciu wiatru w szparach ścian. Janina Wierzbicka tuliła jedną ręką swojego przerażonego syna, w drugiej zaś kurczowo trzymała różaniec, który wbijał się głęboko w jej pomarszczoną dłoń powodując blednięcie opuszków palców. Powtarzała szeptem słowa modlitwy, myśląc cały czas o swoim mężu, który przed burzą nie zdążył wrócić do domu. Pracował w pobliskim tartaku, dokąd piechotą było zaledwie piętnaście minut pieszo leśną dróżką. - Mamo - odezwał się młody Janek. - Idę po tatę - powiedział odważnie, jakby czekała go kolejna dziecięca przygoda. Matka spojrzała na niego z przerażeniem. - Nigdzie nie idzie. Ni rusza się stąd - dodała ściskając różaniec jeszcze mocniej. W jednej sekundzie wezbrała w nim wściekłość na matkę. Czy ona nie rozumiała? Ojciec mógł naprawdę zginąć... wystarczyłoby żeby jakaś większa gałąź... Janek nie mógł powstrzymać okropnych wizji, które pojawiały mu się w głowie, jedna drastyczniejsza od drugiej. Przez ułamek sekundy widział w swojej wyobraźni korpus ojca niesiony wiatrem, wyglądający jak słomiana kukła. Nie wytrzymał. Wyrwał się z objęć matki i rzucił się w stronę drzwi, a Janina zaniosła się błagalnym szlochem i wyciągnęła dłoń w geście rozpaczy. Było już jednak za późno. Janek stał przed chatką, ledwo mogąc utrzymać się na nogach. Zebrał w sobie całą energię i pobiegł w stronę lasu. Drzewa pochylały się nad nim trzeszcząc, wijąc się, a wiatr huczał w przeokropny, złowrogi sposób. Przez zacinający deszcz, którego każda kropla uderzała w Janka niczym małe, rozpędzone kamyki, jego ubranie było całe przemoczone. Biegnąc ścieżką, drżąc z zimna, musiał przeskoczyć dwa konary dopiero co przewróconych brzóz, a gdyby nie zatrzymał się w ostatniej chwili przed spadającą dębową gałęzią, prawdopodobnie zginąłby na miejscu. W końcu zobaczył w oddali majaczące światło starej radzieckiej latarki. Przyspieszył, ale dobiegnąwszy do polany nie zobaczył tego, czego się spodziewał. Na niewielkim łysym, wykarczowanym poletku leżało przewalone drzewo, jakaś postać z latarką klęczała przy konarze wykonując jakieś dziwne gesty. Deszcz zacinał tak okropnie, że Janek nie mógł dojrzeć kim był mężczyzna, dopiero gdy z wielkim trudem dotarł do niego, ujrzał twarz pana Józka. Józek spojrzał na Janka, jakby zobaczył zjawę, otworzył usta, chcąc najwyraźniej coś powiedzieć, ale z jego krtani nie wydobył się żaden dźwięk. Jego przerażony wzrok powędrował w stronę powalonego drzewa. Wtedy błyskawica rozjaśniła zmoczoną ulewą polankę, a pod wielkim kikutem starej brzozy Jaś ujrzał parę nóg w grubych gumowych kaloszach.
* * *
Jan wyskoczył z tramwaju wprost w wielką kałużę, która utworzyła się na przystanku. Studzienki kanalizacyjne nie nadążały już z połykaniem wody. Mężczyzna musiał pochylić się mocno do przodu, żeby wygrać z wiatrem. Silne podmuchy przemierzały korytarze pomiędzy budynkami, rozpędzając się jeszcze bardziej. W końcu, po kilku minutach bojów z wichurą i ulewą, chwycił za klamkę kawiarni przy placu Zbawiciela. Poczuł ulgę, gdy tylko znalazł się w ciepłym, spokojnym pomieszczeniu, w którym z głośników sączyła się jakaś rozluźniająca melodyjka. Rozejrzał się i wzrokiem odszukał osobę, z którą się tu umówił. Na czerwonej kanapie siedziała szczupła brunetka w okularach, jedną ręką trzymała nosidełko dziecięce leżące obok niej, a drugą pospiesznie i jakby ze wstydem gasiła papierosa w szklanej popielniczce spoczywającej pośród gazet na ciemnobrązowym stoliczku. - Dobra, dobra, kogo ty oszukujesz? - przywitał ją Jan, siadając na fotelu po przeciwnej stronie stolika. Agnieszka przyjrzała mu się. Jak zwykle wyglądał na strasznie zmęczonego. Policzki miał zapadnięte, oczy podkrążone, a jego twarz rozjaśniały jedynie krótkie włosy, które na głowie z wiekiem zajmowały coraz mniejszą powierzchnię. Od lat niezmieniający się grymas na twarzy wyrażał znużenie i obojętność. Mimo oznak zmęczenia, Jan był niezwykle przystojny. Szczupły - choć bez przesady, wysoki, ale najatrakcyjniejsze w nim wydawały się Agnieszce jego ciemne, tajemnicze oczy. Zawsze zadbany i modnie ubrany miał powodzenie u kobiet. - Przepraszam, zapomniałam, że przed tobą nie muszę się z tym kryć, zrobiłam to odruchowo - odpowiedziała brunetka, uśmiechając się. Jan natychmiast wyobraził sobie swoją przyjaciółkę w pośpiechu gaszącą papierosa, którego ukradkiem udało jej się zapalić w kuchni w ukryciu przed swoim mężem. Do stołu podbiegła mała dziewczynka z kucykiem i wręczyła Janowi jakąś kartkę z niezdarnie namalowanym rysunkiem. - Nalysowałam fujka - powiedziała czerwieniąc się, a Jan pogłaskał ją po głowie. - Mamusia powiciała zieby nalysować fujka. - Dziękuję, Majeczko. - Maju, weź porysuj jeszcze, my musimy z wujkiem Jankiem sobie porozmawiać - rozkazała mamusia miłym, lecz nie znoszącym sprzeciwu głosem. Dziewczynka pobiegła do małego dziecięcego stoliczka na kolorowych nóżkach, który znajdował się w rogu sali. Gdy tylko usiadła i zaczęła grzebać swoimi malutkimi rączkami w różnokolorowych kredkach, Jan wyciągnął paczkę papierosów i zapalił jednego swoją starą, wysłużoną zapalniczką. Dym spowił przestrzeń nad ciemnobrązowym stolikiem. - Okropna burza. Nienawidzę takich... - powiedział wzdychając. - Ja tam lubię odrobinę zawieruchy. Zawsze mnie tak jakoś nastraja do działania - powiedziała brunetka, poprawiając okulary, które zsunęły jej się na czubek nosa. - Nie rozumiem jak ludzie mogą nie lubić burz... Jan westchnął ponownie i zaciągnął się papierosowym dymem. Do stolika podszedł kelner, Jan zamówił dużą latte, po czym, gdy kelner się oddalił, od niechcenia poprosił: - No to opowiadaj co tam u ciebie... - Andrzej znów wyjechał... - zaczęła Agnieszka. - Żadna mi niespodzianka... - ... na jakąś konferencję informatyczną do Poznania, zostałam sama z tym przedszkolem. - Uśmiechnęła się smutno. - Czasem mam ochotę wziąć się za coś, założyć firmę, choćby internetową, zająć się czymś - dodała. - Nie to, żebym narzekała... z takimi malutkimi aniołeczkami... nie sprawiają mi [i]aż tylu[/i] kłopotów. Jan spojrzał na Agnieszkę nieco wnikliwiej, gdyż wydawało mu się, że usłyszał w jej głosie nutkę żalu. On sam nie był w stanie wyobrazić sobie posiadania dzieci... w głowie od razu pojawiały się myśli o pieluchach całych w kupie, dziwnych smoczkach, grzechotkach rozrzuconych po sterylnie wyczyszczonym mieszkaniu i przede wszystkim przeraźliwym krzyku, który budzi go w środku nocy. Nie, nie byłby dobrym ojcem z takim podejściem, świetnie zdawał sobie z tego sprawę. Maleństwo w nosidełku poruszyło się we śnie, jakby usłyszało myśli Jana, po czym delikatnie zamlaskało buzią, by kontynuować swoją senną podróż. - No dobrze, u mnie nic nowego. Jak się tobie życie układa? - spytała Agnieszka. - Miałem ogromny dylemat, ale w końcu doszedłem do wniosku, że sprzedam tę działkę na wsi - powiedział Jan. - Znaczy dom, w którym się wychowałeś? - spytała Aga. Jan uśmiechnął się pod nosem. Nie wiedział, czy ruderę w której spędził tyle lat swojego życia, w którym mieszkała potem jego matka można było nazwać domem z prawdziwego zdarzenia. Jego pojęcie o budynkach nazywanych domami drastycznie się zmieniło odkąd przyjechał do stolicy. Twór, który znajdował się w Wierzbicy pod Supraślem można było określić prędzej mianem ruiny, baraku, w najlepszym wypadku chatki. Cena za działkę byłaby zapewne niewielka, a wartość sentymentalna dla Jana spadła niemal do zera wraz ze śmiercią jego matki. Dwudziestoośmiolatek podrapał się po brodzie w zamyśleniu i przypomniał sobie wczorajszy wieczór, kiedy to przy lampce wina i klasyce dobiegającej z głośników jego wieży, doszedł do wniosku, że absolutnie nic go już nie łączy z dawnym miejscem zamieszkania i tak…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil andron
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…