Wróć do katalogu

Z otchłani czasu - z głębi mroku

Horror w cyberpunkowej rzeczywistości. Mroczna siła z czasów, gdy świat był młody i samotny bohater... Lojalnie uprzedzam, że opowiadanie jest nieco ciężkostrawne.

mamut, opublikowano , 1 godz. 8 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Z otchłani czasu - z głębi mroku.

1 W naszym mieście, w starym dobrym Starym Lublinie, blisko dziesięciomilionowej metropolii początku dwudziestego drugiego wieku istnieje miejsce przeklęte. Złe z samej swej natury. Istne locus terribilis. Przynajmniej tak mówią co niektórzy... Zaczyna się kawałek za Aleją Bohaterów Solidarności, kawałek za powstałym gdzieś w początkach dwudziestego pierwszego wieku osiedlem o tej samej nazwie, które współcześnie straszy jednym z wyższych wskaźników przestępczości pospolitej w całym mieście. Owe groźne miejsce za wspomnianym osiedlem, straszy żelbetonowymi pozostałościami nieukończonych inwestycji (jak to się ładnie określa), śmieciami, zdziczałą i pewnie zmutowaną zanieczyszczeniami atmosferycznymi i odpadami zielenią, pustką oraz niemalże nienaturalną ciszą. Bo tam nawet wszędobylskich kotów nie uświadczysz... Jest cicho, ponuro... Złowrogo... Osobiście uważałem to za pieprzenie kotka przy po mocy młotka. Nieukończone inwestycje? Czasem tak się zdarza. Wystarczy mieć pecha. Tego jak najbardziej przyziemnego. Trochę złodziejstwa, trochę nieudolności i niegospodarności, wszystko idzie w diabły. Wieść gminna też niesie, jakoby odkryto też, że tam już ktoś wcześniej budował. Głęboko pod ziemią. Na ten przykład hitlerowcy w czasach drugiej wojny światowej. Lub Rosjanie nieco później. Poszatkowali rzekomo całą okolicę podziemnymi tunelami i bunkrami niewiadomego przeznaczenia (też nieukończonymi, żeby było śmieszniej), choć to już może być po prostu plotka. Ludzie lubią sobie przecież pogadać. Jakkolwiek słyszałem niedawno, że jacyś archeolodzy czegoś tam szukali jakiś czas temu. Pojawiły się też plotki o specach z co najmniej dwóch korporacji, którzy z zapamiętaniem także grzebali w ziemi, prześwietlali i w ogóle cuda wyczyniali. Nie wiem, czy znaleźli. Jeśli to wszystko to oczywiście prawda. A nie pogaduchy słabo wykształconego plebsu, którego mamy aż za dużo, odkąd państwowe szkolnictwo szlag trafił. Lecz z drugiej strony... Jeden z kompleksów mieszkaniowych, który zbudowano na skraju wiadomego, dziwnego miejsca, po bardzo krótkim czasie użytkowania został przeznaczony do rozbiórki z bliżej nieokreślonych przyczyn. Podobno to miejsce to... locus minoris resistentiae. Miejsce najsłabszego oporu, posługując się terminologią fachową. Cokolwiek to znaczy. Przynajmniej tak mówią co niektórzy. Do niedawna myślałem, że to także pieprzenie kotka przy pomocy młotka... Ta historia będzie właściwie po trochu o wszystkim. Będzie o mnie i o tym, jaki zabawny gościu ze mnie. Będzie o powyższym miejscu, będzie o tym, co może kryć mrok nocy. Będzie nawet nieco historii, bo to co mam do opowiedzenia opiera się obiema nogami na faktach z pierwszej połowy dwudziestego wieku (tak, tak, kłania się aż okres drugiej wojny światowej). Będzie też o tym, że są na tym świecie rzeczy, których lepiej nie wiedzieć. Nawet nie dlatego, że w szerszej perspektywie może okazać się to niezdrowe... ale po prostu dlatego, że czasem im mniej się wie, tym rzeczywiście człowiek jest bardziej szczęśliwy. Zacznę od siebie. Żyję z pewnymi postanowieniami - powziąłem je, gdy stałem się tym, kim się stałem... Chodzi w tym o to, abym nigdy nie musiał ze wstydem spoglądać wstecz, aby odbicie moich własnych oczu w lustrze nie raziło mnie. Dobra, wiem. Już po powyższych słowach widać, że nie jestem normalny. Co niektórzy pewnie już robią znaczące kółka w okolicy skroni. Cóż, ich problem... Kiedy nieco po osiągnięciu progu dorosłości, życie zaczęło mi się pieprzyć do wiwatu, a znane od chyba ponad stu lat pojęcie no future zaczęło z mojego punktu widzenia nabierać naprawdę złowrogiego znaczenia, coś sobie postanowiłem. Nie przekraczać pewnej granicy. Nie stać się takim, jakim stawał się prawie każdy, przed kim nie było przyszłości. Nie być ostatnim sukinkotem tylko dlatego, że tak łatwiej. Dobra, tyle przechwałek, pięknych słów i samousprawiedliwiania. Kogoś interesuje, jak zarabiam na życie? I słusznie, jeśli tak. Dzięki temu, co dany koleś zrobi dla kasy - jak daleko się w tym posunie - można poznać, kim jest naprawdę. Kombinuję, po prostu kombinuję. Nie mam i nigdy nie miałem stałej pracy. Jedyny sposób to ostro kombinować. Taki to już świat, w którym o takich luksusach jak stała robota można sobie pomarzyć. Szczególnie jeśli ma się tak gównianie wykształcenie jak moje oraz nie urodziło się w jakiejś enklawie zamożniaków. A tu przecież pracodawcom marzą się doktorzy filozofii na stanowisku sprzątaczy, do tego z odpowiednim pochodzeniem... Mam nieco jeleniowatą urodę, co podkreślam jeszcze durnym i niemodnym kucykiem i okularami, których tak naprawdę nie potrzebuję. Nakładam jeszcze taką kurtkę w stylu indiańskim, pod spód błękitna bluza ze stójką, i już nawet moje metr osiemdziesiąt pięć plus mięśnie rozwinięte stymulatorami i zastrzykami z odżywek nie przekonają nikogo, że mam jakieś niecne plany. To zadziwiające jak bardzo może pomóc wizerunek łosia, jeśli umieć go wykorzystać. Tak więc kombinuję. Bywa, że naprawdę ostro. Czasem muszę wręcz użyć broni, bo inaczej nie idzie... Nie, nie pozostawiam za sobą krwawiących trupów. Zazwyczaj. Żelowe pociski zwykle nawet największemu chojrakowi odbierają chęć do robienia innym kuku. A czasem wystarczy użyć teleskopowej pałki elektrycznej. Bo po co zabijać? Każdy głupek to potrafi. To aż zbyt łatwe. Czy już dałem się poznać? Jestem trochę trzepnięty, nieprawdaż?

Ale nie chciałem wcale opowiadać jaki to ze mnie sympatyczny świrusek i utajony pacyfista, jakie do tego miałem smutne życie i o temu podobnych duperelach. Mam ciekawszą historię, dużo ciekawszą. Ale powoli. Lecz nim zacznę opowiadać tą historię, muszę wyjaśnić jedną, istotną sprawę; żyję praktycznie na ulicy chyba już blisko dziesięć lat i wiem o niej więcej niż miałbym na to ochotę. A mianowicie doskonale zdaję sobie sprawę, że tam, w ciemności nocy, tam gdzie nie pada światło latarni, tak naprawdę może być jeszcze ciemniej niż mógłby na to wskazywać zdrowy rozsądek. Brzmi to głupio, ale taka jest prawda. W ciemności przeciętnej ulicy coś jest - wiem to ja, wiedzą to inni, nawet jeśli nie do końca zdają sobie z tego sprawę. Naprawdę można mieć na wampirzą modłę rozszarpane gardło, naprawdę można wdepnąć w jakieś niesympatyczne miejsce rodem z horroru klasy C (takiego krwawego). Nieostrożnemu może też się przytrafić złożenie w ofierze, wyrwanie serca (bynajmniej nie na przeszczep) i parę innych tego rodzaju niesympatycznych rzeczy. Kiedyś nawet widziałem opuszczony magazyn z wyrysowanym czymś w rodzaju pentagramu na betonowej posadzce, gdzie wcale nie tak dawno doszło do czegoś... naprawdę złowrogiego. Być może to odczucie było związane z tym, że chwilę później spotkałem zwłoki. Niby nic przesadnie niezwykłego w naszym nowoczesnym, oświeconym świecie początku dwudziestego drugiego wieku, lecz owe zwłoki miały jeden feler - nie były dostatecznie martwe jak na coś z rozłupaną czaszką. Choć jednocześnie z całą pewnością nie żyły. Muszę mówić, że ewakuowałem się stamtąd w tempie ekspresowym? A może... Może my wszyscy tak naprawdę żyjemy w piekle, cierpiąc za grzechy prawdziwego życia? Naprawdę poważnie się nad tym czasem zastanawiam. To tyle. To co ważne - wyjaśnione. Wiemy, kim jestem i w jakim świecie żyję. Czyż trzeba więcej?

2 A teraz z innej beczki. Będzie temat szeroko pojętych włamań. Tak, czasem zwyczajnie i ordynarnie się włamuję, wynoszę, co mam wynieść i rozpływam się w mroku nocy. Bez przesady, nie jestem jakimś superwłamywaczem, który wejdzie wszędzie i wyniesie wszystko, ale nie jestem też kompletnie zielony. Tym razem chodziło o kradzież informacji. Istnieje wiele sposobów wykradania danych. Jak wiadomo, bez przesady można stwierdzić, że cały świat - niemal dosłownie wszystko - spina informatyczna sieć zwana Internetem, Siecią, Cyberprzestrzenią, czy jak tam sobie kto chce. A zatem teoretycznie z dowolnego punktu można ściągać dowolne dane. To tylko kwestia umiejętności, sprzętu, oprogramowania i temu podobnych. Teoretycznie można by wejść w Sieć w Chinach w jakiejś pipidówie pod Pekinem, aby zarąbać informacje z banków danych... dajmy na to Ministerstwa Infrastruktury Republiki Paragwaju... Teoretycznie. I jeśli jest się zawodowym hackerem. Takim naprawdę na poziomie. Ja nie byłem. Potrafiłem to i owo z komputerami i Siecią, ale żaden ze mnie zawodowiec. Do tego i tak interesujące mnie archiwa ze względów bezpieczeństwa nie posiadały łączy prowadzących na zewnątrz, w cyberprzestrzeń Internetu. Wobec powyższego tkwię dziś, gdy zaczyna się ta opowieść, na dachu przeznaczonego do rozbiórki mieszkalnego punktowca w dzielnicy Czechów, na skraju Osiedla Bohaterów Solidarności (jednym z trzech stanowiących częściowo podziemny kompleks mieszkalny), z pięknym widokiem na opustoszałą ulicę dwadzieścia pięter poniżej. Kilka metrów dalej stoi na trójnogu prymitywny mikrofon kierunkowy, wycelowany ponad dachami dwóch budynków ulic w okna biur tutejszej filii Towarzystwa Ubezpieczeniowego "Guardian" o jakieś sto metrów stąd. Tak, tego samego, które w ostatnich miesiącach zasłynęło odmową wypłat dla ofiar syndromu TAX, uciekając się do ordynarnych sztuczek prawnych oraz wręcz zastraszania zbyt namolnie upominających się o swoje prawa klientów. Mikrofon jest po to, abym wiedział, kiedy ochrona biurowca zorientuje się, że coś się dzieje tuż pod ich nosem. W ten sposób, mówiąc obrazowo, minimalizuje ryzyko ocknięcia się z ręką w tak zwanym nocniku. Czego w tym pięknym świecie można nie przeżyć. Albo przeżyć jako kaleka. Nie uśmiecha mi się to. Całą sprawę widzę tak - nieco zarobię i zrobię dobry uczynek przy okazji. Te dane ktoś ode mnie odkupi, ktoś rozkoduje i być może skutecznie wykorzysta przeciwko "Guardianowi". Oczywiście nie wyciągnę niczego z najgłębiej strzeżonych banków danych, ale za to wszystko, co powyżej i co jest chronione tylko w stopniu podstawowym. A zatem siedzę na dachu mieszkalnego punktowca przeznaczonego do rozbiórki, wiatr przewiewa mnie na wylot, a ja wsłuchuję się w leniwe pogaduchy strażników jakiegoś tam biurowca, w debilny sposób, typowy dla bezmózgich osiłków, rozważających problemy socjologiczne współczesnego świata. Naprawdę istnieją ludzie, którzy całe życie marzą tylko o pokazywaniu kto tu rządzi, o tak zwanym "dopierdalniu". Widać to w szczególności w polskiej polityce. A potem tacy dziwią się, że udało im się wyprodukować całe rzesze frustratów, którzy w końcu wychodzą na ulicę komuś dokopać... Nieważne. Nie o tym miało być... Plan akcji wygląda następująco. Przy pomocy starego harpuna z demobilu, wystrzelę linę na odległy o sto metrów dach interesującego mnie budynku. Następnie nań przejadę, ale nie zamierzam przedostawać się do wnętrza budynku - nie porypało mnie do reszty. Aż taki dobry włamywacz ze mnie zresztą nie jest. W wentylację wpuszczę małego, japońskiego robota-zabawkę, oczywiście nieco zmodyfikowanego. Poprowadzę go przy pomocy zdalnego sterowania dwa piętra niżej, gdzie znajdują się archiwa będące moim celem. Będzie ciągnął za sobą cienkie jak włosy kable, ponieważ transmisję radiową wewnątrz biurowca ochrona prawie na pewno wykryłaby. Na miejscu robot dokona podpięcia przez port zbliżeniowy do terminala i wycofa się, pozostawiając jeden z kabli. A ja zaczną ciągnąć dane na mikrokomputer, który będę miał ze sobą. W godzinę powinienem się uwinąć. Oczywiście to wszystko jest trochę bardziej skomplikowane, zwłaszcza jeśli chodzi o podpięcie się do terminala, ale nad tym, czego nie powiedziałem po prostu spuśćmy zasłonę milczenia. W pewnym momencie zacząłem łazić po dachu, szukając miejsca, z którego mógłbym wystrzelić harpun. Wcześniej uznałem taras piętro niżej za lepsze miejsce, ale dziś dla odmiany doszedłem do wniosku, że jednak im mniejsza różnica poziomów pomiędzy punktami zaczepienia liny tym lepiej. No i z tarasu poniżej nie miałbym tak pięknego widoku... Na przykład na te nieukończone inwestycje jakieś pół kilometra dalej, o których tyle złych słuchów chodziło. To pewnie przez to, czego się nasłuchałem, nie mogę spojrzeć w stronę pofałdowanego terenu pełnego żelbetonu i dzikiej roślinności, bez tego dziwnego, szarpiącego sercem i ściskającego gardło łagodnego, acz denerwującego, uczucia niepokoju. Jak już wspominałem, wiem o świecie więcej niż bym chwilami chciał. Osobiście (i jeszcze w tym momencie, na owym dachu) uważałem, że to wszystko, o czym odnośnie tej okolicy się gada, to zwyczajne walenie w bambus. Lecz z drugiej strony, czy mogę mieć pewność, że nie siedzi gdzieś tam jakiś szurnięty cyborg i nie namierza mnie swoimi systemami celowniczymi tylko po to, żeby sprawdzić, czy nadal jest w stanie zdjąć cel na taką odległość? Przyklęknąłem w końcu przy jednym z wywietrzników, przyłożyłem kolbę harpuna do ramienia, wycelowałem... poprawka na wiatr... bezpiecznik... I właśnie wtedy coś dostrzegłem... Kątem oka zaledwie, i trwało to zaledwie nieco dłużej mgnienie oka... ale było tym bardziej niesamowite. Coś pod półprzejrzystą osłoną wywietrznika, o który oparłem się ramieniem... Tak, ten, kto się domyślił, że mam wprowadzony pod szyszynkę niestandardowy bio-implant poszerzający percepcję, fragmentarycznie zintegrowany z rdzeniem kręgowym (uff, ależ to mądre...), ten ma słuszność. Kogoś zdziwiłem? A niby jak przeżyć na współczesnej ulicy bez podrasowania swoich zmysłów, przyspieszenia stosownymi wszepami reakcji, zaimplantowaniu sobie na płaszczyznę przedkorową... powiedzmy wojskowego systemu walki Combat7?! Jak ktoś wie, to proszę o kontakt korespondencyjny w celu omówienia tejże kwestii. Nie? To się nie odzywać. Wracając do tematu: jestem pewny, że gdyby nie ów bio-implant, niczego bym nie zauważył .Tutaj, na tym nieszczęsnym dachu, znajdowało się osiem par wywietrzników, każdy kryty półprzejrzystą osłoną. Od każdego z rzeczonych wywietrzników biegł w dół, aż do piwnic, pionowy szyb wentylacyjny. A ja na osłonie wywietrznika, o który się oparłem, żeby dobrze wycelować.. coś jakby odblask zielonkawego światła, bijącego z dołu. Nie. To raczej był odblask odblasku. To lepsze określenie. Zupełnie jakby gdzieś poniżej ktoś zaświecił w okolicach jakiegoś wlotu do tego szybu latarką dającą zielone światło. Tutejsi ochroniarze - a właściwie ciecie, bo do pilnowania takich miejsc nie potrzeba nikogo z licencją, komu trzeba by było stosownie więcej zapłacić - z całą pewnością mieli tradycyjne latarki. Gapiłem się dłuższą chwilę na tworzywo plastyczne osłony, zastanawiając się, co też właśnie mogłem dostrzec. I wyszło mi, że w tej chwili na górę, obiema klatkami schodowymi, mogą walić dwie grupy bliżej nieokreślonych ludzi z zadaniem dokonania zatrzymania mojej skromnej osoby. Po uprzednim zrzuceniu jej z dachu na przerażająco twardy z tej perspektywy asfalt dwadzieścia pięter niżej. Takie rzeczy ciągle się zdarzały. W gardle pojawiła mi się nieprzyjemna gula. Jak w końcu może się czuć człowiek tkwiący późną, sobotnią nocą na dachu pozbawionego mieszkańców wieżowca, który właśnie się zorientował, ze wcale nie musi być w owym wieżowcu taki samotny jak mu się to jeszcze przed chwilą wydawało? I że ktoś być może właśnie przymierza się zrobić mu jakieś bolesne kuku. Zawsze brałem pod uwagę najgorszy scenariusz. Kto wie, czy dzięki temu nie jestem jeszcze wśród żywych. Może tych dwóch cieci (jeden to chyba emeryt, drugi to młody szczyl pewnie dopiero przymierzający się do wyrobienia sobie licencji ochroniarza) miało gdzieś, że się z nimi dogadałem (w rozsądnej cenie nawet) i właśnie mnie komuś wystawili? Niektórym jest zawsze mało kasy... Inna sprawa, że byłoby to dość krótkowzroczne z ich punktu widzenia, jako że nawciskałem im kitu, że będę korzystał z ich gościnności jeszcze kilka razy, za każdy raz oddzielnie płacąc Do tego z tym swoim wyglądem łosia chyba udało mi się sprawić, że brali mnie kogoś z Nowego Lublina, kto tylko udaje, że jest stąd. A niby każdy wie, że za murami enklawy zamożniaków (jakiejkolwiek), lepiej mieć przyjaciół niż wrogów. Jeśli mnie jednak wystawili - w takim wypadku chyba zapomnę jaki to ze mnie utajony pacyfista i normalnie zrobię im jakieś brzydkie kuku. Nie trawię braku lojalności. Nawet jeśli to lojalność opłacona. A z cieciami po prostu o tyle wolałem się dogadać, że nie chciałem się martwić, że któryś z nich - albo co gorsza ten biomodyfikowany doberman, co krąży tu po terenie planowanej rozbiórki - po prostu mnie przydybie. Cholera wie, jeszcze któremuś zacznie się nudzić i wybierze się na obchód? Wiadomo to? Na ramieniu miałem zawieszony swój pistolet maszynowy (w magazynku żelowa amunicja obalająca), z tym że obecnie miał dokręconą kolbę, przedłużenie lufy, osłonę na nią i założony celownik typu red-dot (wiem - niemal archaizm). Do tego był dołożony pękaty tłumik z gatunku tych prymitywnych, które można kupić cichcem na bazarze przy Królewskiej za kilka eurosenów niemalże. Ja naprawdę lubię czuć się bezpiecznie - dlatego miałem go ze sobą tutaj z założonym całym wyposażeniem dodatkowym. Ściągnąłem zatem z ramienia broń, odbezpieczając i sprawdzając jednocześnie, czy jest przestawiona na ogień trzypociskowymi seriami. Pozbyłem się słuchawki od mikrofonu z ucha, a chwilę potem znalazłem się przy nadbudówce mieszczącej w sobie mechanizmy wszystkich trzech wind budynku. Były tu też naturalnie schody prowadzące na ten dach. Na poziom ostatniego piętra zszedłem wąskimi schodami w absolutnej ciszy i ciemności. Nie pogięło mnie, żebym miał włączyć latarkę - z dołu byłaby bardziej niż widoczna. I jeszcze oberwałbym czymś, co naprowadzane było na źródła światła. Jednak akurat na klatce schodowej było i tak jasno przez to, że znajdowały się tu wysokie okna, a na zewnątrz sporo blasku produkowały neony na sąsiednich budynkach, halogeny i cała ta reszta... Ponadto muszę jeszcze nadmienić, że właściwie poza oknami, przed planowaną rozbiórką (a może przebudową, bo tego nie można być do końca pewnym), z całego tego kompleksu mieszkaniowego usunięto niemal dosłownie wszystko. Tylko farba na ścianach jeszcze została...Ale już poręczy na klatce schodowej nie było. A przynajmniej w tym budynku. Chwilę jeszcze nasłuchiwałem, potem zacząłem schodzić cichutko w dół, tuż przy ścianie. Zamierzałem zejść na sam dół i sprawdzić sytuację. Po prostu. To zawsze lepsze od niepewności, zwłaszcza gdy człowiek zamierza przejechać się na linie nad dwudziestopiętrową przepaścią. A kto twierdzi inaczej, niech się puknie łaskawie. Ale nie zamierzałem niepotrzebnie ryzykować, co to to nie, zwłaszcza że byłem pewny tego, co ujrzałem na osłonie wywietrznika. Dlatego też szedłem z uniesionym pistoletem maszynowym, gotów do reakcji na zagrożenie. Diabli przecież wiedzą, kto tu mógł się bawić zielonym światłem. Zaszedłem tylko jedno piętro. Potem cichutko przeszedłem korytarzem, po obu stronach którego ziały paszcze otworów drzwiowych pozbawionych oczywiście drzwi. Czułem potrzebę sprawdzenia drugiej klatki schodowej i koniec. Po drodze zatrzymałem się przy jednym z otworów wentylacyjnych - był wysoko nad posadzką, prawie pod sufitem. Jeżeli ktoś by przesunął po nim światłem latarki... Tylko kto, do kurwy nędzy, używa zielonych latarek?! Kurde mol, a może ja tylko sobie ubzdurałem, że coś widziałem?! Niemożliwe... Po chwili wszedłem na drugą klatkę schodową - było tu dużo ciemniej i bardziej ponuro, ze względu na dużą większą odległość od jakichkolwiek świateł. Przykucnąłem następnie przy krawędzi podestu, z zamiarem spojrzenia w dwudziestopiętrową przepaść pode mną... Serce omal mi nie wyskoczyło z klatki piersiowej, gdy gdzieś na samym dole spostrzegłem ledwo dostrzegalny, upiornie zielony poblask. To trwało dosłownie chwilę, bo światło-nieświatło, w każdym razie ledwo dostrzegalne, zaraz potem się wycofało... Zupełnie jakby mnie wyczuło. To była chwila, ale dłuższa niż ta, przez którą widziałem tamten upiorny poblask na osłonie wywietrznika. Pusty, ciemny budynek. Ciemna noc... Cisza... I tajemnicze, niezwykłe światło. A właściwie poblask. Czyż trzeba czegoś więcej, żeby człowiek... po prostu się spocił? Ostrożnie wycofałem się znad krawędzi podestu i - prawdę mówiąc z duszą na ramieniu - wróciłem na tą pierwszą klatkę schodową. Tu było jaśniej W budynku ktoś był... Może to tylko szabrownik z nietypową latarką, który ominął tego cholernego, biomodyfikowanego dobermana w nadziei, że uda mu się tu obłowić? Jeśli się nad tym zastanowić, to ja sam nie bardzo w to wierzyłem. Coś mi mówiło, że światło z trzymanej przez kogoś latarki nie powinno sprawiać wrażenia tak rozproszonego, powinno się bardziej odcinać od ciemności... I na pewno nie wycofywałoby się tak... jakby się skradało. Szczerze mówiąc, miałem ochotę dać dyla spowrotem na górę, na bezpieczny, całkiem jasny dach, gdzie tak miło przewiewał mnie wiatr... Mimo to zacząłem schodzić w dół. Z doświadczenia wiem, że za tchórzostwo można zapłacić bardzo wysoką cenę. Jeśli to jakiś pierdolony szabrownik, to napędzę mu takiego stracha, że jeszcze jego wnuki będą się moczyły na samą myśl o ciemności Wszystko ładnie pięknie tylko że sprawy ułożyły się zupełnie inaczej. Albowiem kilka pięter niżej zrobiło mi się już w ogóle i całkowicie nieśmiesznie. Bo nagle uświadomiłem sobie, że we wszechobecnej ciszy charakterystycznej dla całkowicie opustoszałego budynku, jest coś czego ewidentnie nie powinno być. To było dosłownie na krawędzi możliwości odbioru wrażeń przez mój narząd słuchu. To było coś, co zagłuszałem własnym oddechem. Połapałem się mianowicie, że słyszę czyjś oddech. Nie, wróć! To nie był czyjś oddech, i to nie był jeden oddech. To znaczy z początku miałem wrażenie, że to jest jeden oddech, ale to nie był jeden oddech! Raczej była to setka ledwo wyczuwalnych oddechów grających na moich nerwach w tym samym rytmie. Na krawędzi słyszalności, ale z pewnością było to realne wrażenie. Nie było innej możliwości. Było tu zbyt cicho, żeby się pomylić. A potem te oddech przerodziły się w setki szeptów, z których jedne były szydercze, inne groziły, jeszcze inne szeptały niezrozumiałe inwokacje, a jeszcze inne jakby... dostawały orgazmu. Nie wiem jak to inaczej nazwać. A wszystko to na krawędzi percepcji - przypominam ponownie. A w dole ponownie ujrzałem zielonkawy, słabiutki poblask. Coś tam było. Coś się czaiło... W każdym razie jednej chwili rąbnęły we mnie te wszystkie zabobonne opowieści o tej okolicy, te wszystkie plotki i niedopowiedzenia, które zasłyszałem, a na które nigdy nie zwracałem większej uwagi. W jednej chwili walnęło we mnie też wszystko, co wiedziałem o tym w dupę rąbanym świecie, a czego tak naprawdę nie miałem ochoty wiedzieć. Pode mną osobiście ugięły się nogi i stwierdziłem, że zwyczajnie robi mi się niewyraźnie. Ledwo stłumiłem atak paniki i z trudem się opanowałem, żeby nie wygrzebać latarki z kieszeni, aby sobie poświecić. Tylko bym wskazał na siebie i stworzył jeszcze więcej niepokojącego cienia. Najgorsze było, że ten tajemniczy, prawie niesłyszalny odgłos dochodził jednocześnie zewsząd jak i znikąd. A potem łagodnie wyciszył się, jakby go nigdy nie było. I ta przerażająca cisza, która teraz nastała - jeszcze bardziej przerażająca paradoksalnie przez to, że wydawała się teraz kryć coś potwornie... obcego... Przyznaję szczerze i bez poczucia wstydu - dałem dyla. Nie była to bezrozumna ucieczka, na którą miałem ochotę, ale bardziej odwrót strategiczny spowrotem na dach. Cały czas byłem gotów użyć swojej broni zgodnie z przeznaczeniem, wycofując się jednocześnie w górę schodów. Duszę miałem na ramieniu. Serce w piętach. Żołądek w gardle. Za dużo wiem o tym świecie, żeby się nie przestraszyć... Za dużo... Ze spakowaniem się na dachu uwinąłem się w jakieś pięć minut - trudno, dziś nie wypaliło. Zdarza się nie pierwszy raz i nie ostatni. W ogóle to uwinąłbym się szybciej, ale czułem bezustanną potrzebę zerkania w stronę drzwi prowadzących do nadbudówki, dziwnie jasno świadom faktu, że nie było ich jak zablokować. A potem ewakuowałem się zewnętrznym zejściem przeciwpożarowym, bardzo starając się zapomnieć, że właściwie to cierpię na lęk wysokości. A przypominam, że miałem do pokonania dwadzieścia pięter...

Panowie ciecie poczęstowali mnie szklaneczką jakiegoś bimbru. Bliżej nieokreślonego, ale w końcu przecież liczy się gest... Jak się tak jednak zastanowić, to z drugiej strony może zainteresowało ich z jakiegoż to powodu spieprzałem z taką prędkością w dół zejścia przeciwpożarowego całe dwadzieścia pięter, z wcale nie tak małym pistoletem maszynowym w garści. I czemu jestem blady jak ściana. Zresztą to nieistotne. Liczy się gest. Dostałem kielicha na nerwy? Dostałem. Psiakrew, tak już na marginesie to myślałem, że mam zdziebko mocniejsze nerwy. Widać tak naprawdę żaden ze mnie twardziel. Ale z drugiej strony jednak raczej rzadko mi dotąd dyszało w kark coś nie z tego świata. W każdym razie siedziałem teraz w tej ich kontenerowej stróżówce przy ogrodzeniu otaczającym cały ten teren do przebudowy. Było tu jasno i jakoś swojsko. Może dzięki plakatom z gołymi babami, może dlatego, że było tu jasne światło, nie było cienia, a obok mnie były dwie istoty ludzkie. Gapiąc się w ekrany monitorów i siedząc już przy szerokim biurku o zabałaganionym blacie (na którym leżał mój pistolet maszynowy, na którym ja trzymałem rękę), wygrzduliłem zawartość szklaneczki jednym haustem. Emeryt siadł na drugim krześle obok mnie, szczyl, który marzył o licencji ochroniarza, podpierał drzwi. Obaj się gapili to na mnie, to na siebie. - Powiedzieć mu? - zapytał w końcu szczyl. - Właściwie to nawet wypada - odparł emeryt. - Zwłaszcza, że na mnie zarobiłeś. Ja tymczasem bezceremonialnie nalałem sobie z butelki do szklanki kolejną porcję wódki niewiadomego pochodzenia. A jak była z bazaru, pędzona w jakichś uwłaczających godności alkoholu warunkach? I oślepnę... - O co się założyliście? - zapytałem następnie. - O dychę... - Nie o to pytam. Młodzik podrapał się po włosach. - On obstawiał - wskazał głową na starszego kolegę - że nic ci się nie przytrafi, jeśli zamierzasz rzeczywiście siedzieć na dachu, zamiast gdzieś się szwendać. Ja nie byłem tego taki pewny. Nawet jeśli uznać dach za bezpieczne miejsce, to przecież miałeś dwadzieścia pięter w jedną i drugą stronę. - Swoją drogą trzeba mieć niezłą kondychę, żeby tak posuwać zejściem przeciwpożarowym, jak ty to robiłeś - uśmiechnął się półgębkiem emeryt. - Pogratulować! Tak, ty byś na zawał serca padł, dziadek. - No to jesteś o dychę do przodu - mruknąłem pod adresem młodszego. Coś sobie przypomniałem; - Teraz już wiem, czemu popatrzyliście na mnie jak na wariata, kiedy zapytałem, jak często robicie obchody. Nie robicie ich wcale. Pewnie nikt na nocnej zmianie nie robi, nie? - Zgadza się. Nikogo tu tak jeszcze nie pojebało, żeby wybierać się na jakieś nocne spacery - rzucił emeryt. - Mamy naszą psinę z wielkimi zębami, mamy kamery i czujniki ruchu. Wystarczy. Chwilę milczałem, czując jak w przyjemny sposób alkohol koi moje nerwy. Jak spływa do żołądka i rozpuszcza się we krwi, wprawia umysł w stan - na razie - bardzo łagodnego otępienia. - Co wiecie? - zapytałem bezceremonialnie. - Że tu się nie szwenda bezkarnie po nocy - skrzywił się młodzik. - Ktoś się wcześniej szwendał? Emeryt westchnął i teraz on podrapał się po głowie. - Zaraz kiedy wynajęto naszą firmę do ochrony tego bajzlu, trafiło tu takich dwóch służbistów. Oni się bawili w obchody zgodnie z regulaminem. - I? - zapytałem, gdy starszy facet zwiesił dramatycznie głos. Starszy facet wzruszył ramionami. - I już ich nie ma. Kiedy zaginął pierwszy z nich, ten drugi nawet wezwał grupę interwencyjną... Gość podobno aż płakał do mikrofonu, tak był przerażony. - Ten drugi też wyparował - uzupełnił szczyl. - Nie znaleźli żadnego z nich. Potem my tu trafiliśmy w zastępstwie. I nie łazimy na żadne obchody. - Było śledztwo? - Niby było. Ale pewnie wiesz jak to jest. - Niby wiem. Wiecie może, czemu ludzie się wynieśli z tego kompleksu? Odpowiedziały mi dwa niemal identyczne wzruszenia ramionami. Nawet mnie to nie zdziwiło. Oni tu tylko pilnowali. I starali się bezstresowo przeżyć noc... Tak sobie też pomyślałem, że to wcale nie mój urok osobisty sprawił, że nie zażądali zbyt wygórowanej łapówki za wpuszczenie mnie tu. Już raczej było im głupio ciągnąć zbyt dużo od kogoś, kto sam wystawiał się na ryzyko... co najmniej zniknięcia. - Powiedzcie swoim szefom - dodałem po chwili delektowania się podejrzaną wódką. I co mieli powiedzieć? Żeby sprowadzili egzorcystę? Wolne żarty. - Powiedzcie im, że chyba powinniście więcej zarabiać, skoro musicie tu spędzać noce.. Tym razem popatrzyli na mnie jak na wariata. Tak dla odmiany. Cóż, nie dziwię się im. Mamy dwudziesty drugi wiek. Jak się pracownikowi nie podoba narażanie życia za głodową stawkę, to niech spada na drzewo. Znajdzie się dziesięciu innych. Tak kraj, taki świat...

3 Są rzeczy, które powinno zostawić się w spokoju. Istnieją sobie - to istnieją. Niech sobie istnieją. Cóż z tego? Tak widać zorganizowana jest nasza smutna rzeczywistość. Są, niestety, ludzie, którzy tego nie rozumieją. Tacy na ten nieszczęsny przykład jak ja. Oni po prostu muszą wiedzieć. A czasem nawet im tak odbija, że do tego czują się w obowiązku coś jeszcze zrobić. A co ja takiego zrobiłem? Poznałem prawdę, bez poznawania której tak naprawdę spokojnie bym się obył. Ale ja oczywiście musiałem być mądrzejszy i musiałem wtykać nos w nie swoje sprawy. Bo mam te swoje zasady i tak dalej. Cholera, tym co ich nie mają, tym wszystkim ludziom wokół, zainteresowanych tylko nachapaniem się, czasem jest dużo lepiej. Widzi taki tylko czubek swojego nosa, nic innego go nie interesuje i spoko jest. Tylko jedna rzecz - to właśnie dlatego nasz świat jest tak porąbany jak jest. Bo wszyscy mają w dupie wszystko, co nie dotyczy ich osobiście. A czasem więcej - przejawiają dziwną, bezinteresowną radość z powodu nieszczęścia bliźniego. Przyznam szczerze - wstrząsnęły mną te mroczne głosy na skraju progu słyszalności w tamtym ciemnym budynku. Nie jestem rzeczywiście tak odporny jak chciałbym wierzyć, że jestem; przez jakiś czas budziłem się po nocy, zlany potem, pewny, że na powrót znajduje się w tamtym opuszczonym kompleksie mieszkalnym. Tylko że tak dla odmiany nie jestem w stanie się stamtąd wydostać, że błąkam się ciemnymi korytarzami i klatkami schodowymi i nie mogę dotrzeć ani na dach, ani zejść na dół, ponieważ ciągle mam ileś pięter do pokonania. Te sny stosunkowo szybko przeszły, ale od dziwnego przekonania, że coś z tym fantem przydałoby się zrobić, jakoś nie mogłem uciec. Do cholery! Tam coś było! To nie były złudzenia, a ja ponadto wiem, że w nasz piękny świat ma swoje drugie dno. Że w mroku nocy coś naprawdę może się czaić! Może i jestem świrem, ale w końcu zacząłem zadawać pytania (co, wbrew pozorom, nie świadczy o tym, że tak naprawdę miałem ochotę poznać prawdę). Doszedłem bowiem do górnolotnego wniosku, że może tak dla odmiany powinienem być tym, który nie schowa głowy w piasek, tylko po prostu coś zrobi. A zatem teraz, tak dla odmiany, będzie o pozyskiwaniu informacji. Żyjemy w dobie niemal całkowitej informatyzacji wszystkich dziedzin życia. Internet włazi z kopytami niemal wszędzie, wychodzi poza naszą planetę, sięga Księżyca, Marsa, satelitów i stacji kosmicznych. Niektórzy też twierdzą, iż sięga wręcz poza naszą rzeczywistość... Poprzez Sieć można dotrzeć niemal do każdej informacji. To jest tylko kwestia uporu i umiejętności. O tym, że trzeba umieć odsiać ziarno od plew, potrafić zweryfikować pozyskane dane, wie chyba natomiast każdy - bo jednak faktem jest, że mimo iż Sieć jest wielką skarbnicą danych, to jednocześnie jest też gigantycznym śmietniskiem pełnym gówna wszelakiego (jak wyraził się kiedyś ktoś kiedyś). Z tym że ja nie miałem tak źle. Wiedziałem gdzie pozostawić sensowne zapytania, na jakie forum się zalogować, do jakiego internetowego archiwum wejść, na które czaty można zaglądać bez obawy, że mózg się człowiekowi zlasuje na skutek nasłuchania się tysiąca i jednej teorii spiskowej, i tym podobne. Po prostu mniej więcej wiedziałem, gdzie mogę uzyskać wiarygodną informację - i niech to wystarczy. W końcu na swoją pocztę elektroniczną otrzymałem głupawe zapytanie: "Czy naprawdę chcesz się dowiedzieć, czy jesteś kolejnym nawiedzonym głąbem, który szuka sensacji i potwierdzenia swoich chorych rojeń?". Odpowiedziałem zapytaniem: "Skąd mam wiedzieć, że nie trafiłem na kolejnego fantastę z rozprostowanymi zwojami mózgowymi od bawienia się nielegalną virtual reality?". Potem było jeszcze kilka wzajemnie wysłanych sobie wiadomości w tym duchu, aż w końcu... Aż w końcu któregoś wieczora ni w pięć, ni w dziewięć zadzwoniła moja komórka, a na jej wyświetlaczu wyświetliła się informacja, że numer jest zastrzeżony. Siedziałem wówczas na tapczanie w wynajmowanym obskurnym pokoiku, który miał ściany z cienkiej dykty, tak że słyszałem niemal wszystko, co działo się sąsiednich pokoikach. Zgadza się - była to tak zwana "przechowalnia", gdzie można wynająć pokój za dosłownie grosze, które nawet bezdomny jest w stanie zdobyć. W ten czy inny sposób. Siedziałem sobie tak, gapiłem się w ciekłokrystaliczny ekran swojego raczej prymitywnego mikrokomputera, skąpany żółtawym świetle taniej, energooszczędnej żarówki... I aż podskoczyłem, na dźwięk telefonu, choć na monitorze wyraźnie tkwiła informacja, że ten tajemniczy ktoś zadzwoni za moment. Skąd miał mój numer telefonu, skoro mu go nie podawałem? Albo miał do dyspozycji hackera, albo też sam nim był. A numer telefonu przecież podaje się podczas rejestracji swojego konta poczty elektronicznej. I wystarczy. To zresztą jedyne wytłumaczenie; wydostał tą informację z systemu. Wahałem się przez chwilę, potem w końcu odebrałem telefon, wciskając klawisz z zieloną, pulsującą słuchawką. - Chcesz wiedzieć, tak? - zapytał bliżej…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych