Z pamiętnika Sheiny... (55)
"Bo faktycznie zrobiłam coś głupiego i nieodpowiedzialnego. Co takiego? Pomogłam uciec Soulefeinowi."
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
„Głupota nie boli?”
„Cholera. Szlag by to wszystko trafił. No co za… burak jeden! Wiem, już wiem, że trzaskanie pięściami w zamknięte na klucz drzwi nie mają sensu. Wygrażanie się też nie ma sensu. Zresztą, co ja tak naprawdę mogę? Areszt domowy. Tak to On określił. Zatargał mnie do pokoju i zamknął drzwi od zewnątrz. Stwierdził, że jestem nieobliczalna, nieodpowiedzialna i niedojrzała do tego, żeby chodzić samopas. Prawdę mówiąc to użył ostrzejszych słów. Właściwie to się zaczęłam bać. Był zły, był wściekły i nie ukrywał tego. Tak mnie mocno ciągnął za sobą, że autentycznie myślałam, że mi rękę wyrwie ze stawu. I co ciekawsze, zasłużyłam sobie. Bo faktycznie zrobiłam coś głupiego i nieodpowiedzialnego. Co takiego? Pomogłam uciec Soulefeinowi. To ten Mroczny elf, którego kilka dni temu Zavierzihnierzy przyprowadzili do Evehre’ester. Dlaczego to zrobiłam? Dobre pytanie. Właściwie to nie miałam takiego zamiaru, na początku. Soulefein miał częściowo podarte wierzchnie ubranie. Pewnie w skutek walki. Mroczne elfy maja na plecach co najmniej dwa tatuaże. Miałam okazje zobaczyć te, które ma Shae. Jeden reprezentuje Dom, z którego wywodzi się dana jednostka, a drugi miasto, w którym się urodził. Co ciekawsze obowiązek tatuowania się dotyczy tylko mężczyzn. Kobiety noszą jakieś specyficzne bransolety, które prócz Domu i miasta określają także status społeczny. W każdym razie mogłam dojrzeć fragment tatuażu, jaki miał ten Mroczny elf i jeden z nich był identyczny z tym który miał Shae. Więc pochodzili z jednego miasta. Lub też byli w jakiś sposób spokrewnieni. Reakcja Shae nie bardzo pasowała na kogoś, kto by właśnie widział członka rodziny, prowadzonego na śmierć. Bądź co bądź inny los go nie mógł czekać. Teoretycznie. Nawet nie mrugnął powieką, kiedy Soulefein zaczął wykrzykiwać coś w języku Assybidionu w jego stronę. Shae jedynie stwierdził, żebym się trzymała od niego z daleka. No a co ja zrobiłam? Oczywiście coś odwrotnego. Wiedziałam, gdzie go trzymają. Kręciłam się jakiś czas koło jego klatki. Była zawieszona wysoko nad ziemią. W południe słońce wpadało prosto do środka. Nie było tam żadnego cienia. Mogłam sobie jedynie wyobrazić jaka to była tortura dla tego Mrocznego elfa. Nawet Shae, który od tylu już lat, wieków przecież, żyje na powierzchni, nadal woli skrywać się w cieniu, niż wystawiać się na pełne słońce. Do klatki można się było dostać po przez pokonanie masy kręconych schodów, owiniętych wokoło jednego z licznych drzew, służących jako więzienia. Było tam wiele klatek, ale wszystkie puste. By dostać się na schody trzeba było mieć przepustkę, pozwolenie, polecenie, czego oczywiście nie miałam. Ale strażnicy, którzy pilnowali wejścia nie mieli szczególnych zastrzeżeń, by mnie przepuścić. W końcu jestem Strażniczką. Nim się zorientowałam kroczyłam już po ostatnich stopniach, prowadzących do więźnia. W końcu stanęłam na podeście na przeciwko niego. Nie zaszczycił mnie spojrzeniem. Właściwie to totalnie mnie zignorował. Mogłam mu się przez ten czas przyjrzeć. Gdybym miała zgadywać powiedziałabym, że jest w wieku Shae. Tylko włosy miał krótsze i srebrne przede wszystkim. Tak samo ciemna cera i czarne oczy, z których źle patrzyło. W pewnym momencie rzucił się w moją stronę, jakby chciał zaatakować. Mimo, że byłam całkowicie bezpieczna zrobiłam krok w tył. Zadowoliła go ta reakcja. Uśmiechnął się ironicznie. - No więc? Kogóż mi los sprowadza w przeddzień mojej jakże niechlubnej śmierci? – przerzucił swój wzrok na mnie. – Jakaś ludzka panienka. No i jaka ładna buźka, tylko cycki jakieś małe. Zaczął się śmiać. - Przyszłam sobie zobaczyć co to za samobójca zapuszcza się w środek Wielkiego Wschodniego Boru. Przestał się śmiać i posłał mi śmiertelne spojrzenie. - Albo chory na umyśle – tym razem ja się uśmiechnęłam. – Ale założę się, że Zavierzihnierzy wyciągną od ciebie te informacje, albo już to zrobili. - Gdybym tu nie tkwił, ludzka dziwko, inaczej byś śpiewała. - Na pewno. Ale tkwisz i nic nie poradzisz. Co za smutny koniec dla tak wspaniałego wojownika - udałam zażenowanie. – Które to miasto będzie po tobie płakać? - A co cię, to kurwa obchodzi? - Ciekawa jestem. Nie za często widuje się Mrocznych elfów. Czy mnie obraził? Nie. Spodziewałam się czegoś takiego. Właściwie to nawet czegoś gorszego. Czy się go bałam? Nie. I to mnie najbardziej bawiło. Przez cały czas, tej krótkiej rozmowy Soulefein próbował mnie obrazić, urazić, rzucał obelgami, co mu tylko przyszło na myśl. Ale nic konkretnego się nie dowiedziałam. Właściwie to doskonale wiedziałam, że się nie dowiem. Nie wiem na co liczyłam. - Możesz sobie już iść, mała. Pokaz dziwolągów zakończony. - To ja decyduje, kiedy sobie iść a kiedy nie. Już się zmęczyłeś w rzucaniu mięsem? Nie robi to na mnie wrażenia. Myślałam, że jesteście bardziej pomysłowi. Cóż za zawód. - Spierdalaj. - Co ty tu robisz? Usłyszałam głos za plecami. Niezadowolony głos, trzeba dodać. To nagłe pojawienie się Shae wywołało gwałtowną reakcje ze strony więźnia. - Rae Har! – wrzasnął na całe gardło. – Nie pomyliłem się. Nadal żyjesz, sukinsynie. - Witaj Soulefein. Zapytałbym, co u ciebie, ale widzę, że nie najlepiej. Shae miał głos bezbarwny, ale lekko i ironicznie się uśmiechnął. - Rezhiz Nar’ah Durhamz! Arhe tar! - Może, ale to nie ja stracę głowę jutro rano. W tym momencie Shae chwycił mnie za ramie, ze słowem „Idziemy”, nie znoszącym sprzeciwu. - Zaraz, zaraz… - głos Soulefeina był całkowicie pozbawiony wcześniejszego gniewu. – Ta mała siksa to niby kto jest? Shae nie odpowiedział, tylko wpatrywał się w drugiego elfa. - Kurwa mać! I to przez nią tkwisz tyle wieków na powierzchni?! Soulefein gwałtownie przywarł do prętów celi. - Czemu, do jasnej cholery nie urwiesz jej głowy. Mógłbyś wtedy wrócić do domu. Shae się uśmiechnął smutno. - Nawet gdybym to zrobił i wrócił nie pożyłbym długo, o czym sam wiesz najlepiej. - A gdzie twoja chęć zemsty, co? – pokręcił głową. – Powierzchnia zrobiła z ciebie takiego cieniasa? Tym razem Shae się wyraźnie zirytował. - Dorhel miss antherell wireh zarher annen Dor He. Hurell Annan Dos! Soulefein skrzyżował ręce na piersi. - To wcale nie znaczy, że ta suka powinna żyć dalej. - Anya nie żyje. Sheina jest jej następczynią. - No to dlaczego nie zaniosłeś jej głowy do Assybidionu? A ja wiem czemu, Shae. Zmiękłeś. Nie jesteś tym, kim byłeś. Nie jesteś już jednym z nas! - To Assybidion o tym zadecydował, nie ja. Ostatnie słowa wymówił niemal szeptem. - Żal mi ciebie – Soulefein uśmiechnął się złośliwie. – Nadzieja Domu Mivielland. Jego przyszłość. Ha ha. Żałosne. - Może i żałosne, ale ja przeżyje jutrzejszy dzień. I kilka następnych na pewno. A kiedy spotkam któregoś przedstawiciela mojego bądź twojego Domu, z przyjemność się z nimi przywitam, w odpowiedni sposób. - Tak, tak, Shae. Ale co to za życie? Pod obcasem takiej smarkuli? – zaczął się śmiać. - O ile pamiętam to po śmierci matki domu Derhalz rządziła wami piętnastolatka, która w dodatku była nimfomanką. Mam czego ci zazdrościć, w rzeczy samej. Uśmiech na twarzy więźnia znikł niemal od razu. Zdaje się, że były to nieprzyjemne, wbrew wszystkiemu czasy. - Nie dokalkulowanie. Gdyby wasz dom ruszył choć palcem… - Ale po co. Miło było was oglądać, jak się od niej odganialiście – i w tym momencie Shae zaczął się autentycznie śmiać. - Ale nie przyszedłem tutaj by wspominać stare czasy. Żegnaj Soulefein. Chyba już się nie zobaczymy. Ta krótka rozmowa dała mi dużo do myślenia. W ciszy zeszliśmy po schodach. - Po co tam poszłaś? Wzruszyłam ramionami. - Z ciekawości. - Zdaje się, że ci mówiłem, żebyś się do niego nie zbliżała. - Tak. A mówiąc to wiedziałeś, że na nic takie mówienie. Shae obdarzył mnie gniewnym spojrzeniem, które oczywiście zignorowałam. - Twój znajomy? Westchnął. - W realiach świata nadziemnego można by było go nazwać moim przyjacielem. Zgubiłam krok. To tak się traktuje u nich przyjaciół? To jestem ciekawa jak wrogów. - Nic ciebie nie obchodzi to, że on jutro zginie? - Obojętne czy obchodzi czy nie. Nic nie mogę zrobić. Sposób, w jaki to powiedział, wyraz twarzy, barwa głosu i ten przytłumiony blask w oczach wskazywał na to, że nie było mu to obojętne. Jego przyjaciel. Ktoś, kto przypomniał mu jego poprzednie życie. Nawet sprawił, że się zaśmiał. Następnego dnia miał umrzeć. Nie umiałam się z tym jakoś pogodzić. Do wieczora krzątałam się to tu to tam, zaglądając w różne miejsca i kąty. Obserwowałam przygotowania do święta Lilethana, które to jest przypomnieniem, iż zbliża się czas zimowy. Co prawda zima w tej części świata jest bardzo łagodna, żeby nie powiedzieć niezauważalna. Jednakże święto to ma przypominać o zbliżającym się czasie snu przyrody. Zwierzęta i rośliny nie będą tak aktywne, jak podczas innych pór roku. Co za tym idzie naturalna ochrona, jaką daje Bór swoim…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Synis
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…