Żądza pieniądza
Opowiadanie o degeneracji człowieka w czasach zarazy - tak naprawdę krótki kryminał. PROSZĘ o KOMENTARZE
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Żądza pieniądza
I
Ludzkość wymierała. Człowiek jako istota stworzona przez Boga, której nozdrza poczuły tchnienie życia w zastraszającym tempie przestawała istnieć. Ziemia pustoszona przez jakąś okropną zarazę zdawała się być zapomniana przez Pana. Zresztą wiara zaczęła umierać razem z człowiekiem. Wyznawcy islamu, chrześcijaństwa, i wielu innych religii po latach błagalnych modłów wznoszonych do ich bogów w celu zakończenia zarazy nie przynosiły efektu. Kilkanaście lat temu, w połowie XXI wieku powołany przez ONZ Międzynarodowy Sztab Kryzysowy oszacował, że wymarło już ponad ¾ całej ludzkości. Światowa gospodarka upadła na głowę. Międzynarodowe działania na rzecz opanowania dramatycznej sytuacji na świecie były całkowicie bezskuteczne. Zaostrzały się konflikty między państwami, ale równie powszechne były wojny domowe. Walczono o dostęp do czystej, nieskażonej wody, o pożywienie, a czasem dokonywano masowych mordów z poczucia bezsilności i niesprawiedliwości. Tymczasem ja – świadom beznadziejności mojej sytuacji znajdowałem się w szpitalu który był swoistym ewenementem. Nie został zdewastowany ani zrównany z ziemią. Wręcz przeciwnie – był w bardzo dobrym stanie, nadal można było leczyć i ratować w nim ludzi. Przeszkodą w tym było jedynie to, że nie było tu żadnego personelu medycznego. Nie pytajcie dlaczego, bo sam tego nie wiem. Gdy zjawiliśmy się tu pięć dni temu – już wówczas nikogo nie zastaliśmy. Tak… bardzo tajemnicze zniknięcie kilkudziesięciu osób, ale w obecnych czasach nikogo nie dziwiło i nie zastanawiało. Było to nieważne. Najczęściej bowiem każdy martwił się o własny tyłek. Nawet taka instytucja jak rodzina znacznie zmalała na znaczeniu. Sytuacja na świecie była tak dramatyczna, że nawet poczucie bliskości pojawiające się w momentach krytycznych zostało w ludzkich umysłach unicestwione. Poczułem, dziwne otępienie niczym po wypiciu dużej ilości mocnego alkoholu. W końcu nie spałem już ponad dwie doby… Z odrętwienia wyrwał mnie zduszony, jakby czymś przytłumiony krzyk. Później zapadła głucha cisza. Ocknąłem się w szpitalnym holu, czekając na wezwanie do chorego, aby móc spełnić swój zawodowy obowiązek – spisać testament. Jestem notariuszem. W razie gdyby osiemdziesięciosiedmioletni staruszek, biznesmen – pan D, którego majątek wyceniano na 157 miliardów dolarów amerykańskich – wybudził się z farmakologicznej śpiączki, przyszedłby do mnie jego syn – z zawodu neurochirurg – pan X. lub córka – pani Z. Przybiegł natomiast wnuk – pan N: - Pan D nie żyje! Został zamordowany… - wykrzyczał pan N i osunął się na podłogę, mdlejąc. Pobiegłem do Sali, w której leżał pan D. Znajdowali się tam już wszyscy Ci, którzy byli obecni w szpitalu, zgromadzili się wokół ciała – martwego już – biznesmena. Było nas tylko kilka osób. W naszej okolicy – w promieniu setek kilometrów – nie znajdowała się żywa dusza… Wszyscy staliśmy nad panem D i spoglądaliśmy na niego z góry. W jego czole tkwiła mała dziurka, ślad po oddanym przed strzale z pistoletu małego kalibru. Poduszka, na której staruszek leżał była już cała we krwi. Ktoś z nas to zrobił. Strzelił do niego, z niemal chirurgiczną precyzją. Ktoś znajdujący się w tym pomieszczeniu. Martwa cisza trwająca już kilka przesyconych grozą minut przedłużała się, więc zabrałem głos. Wszyscy zgromadzili się wokół mnie, a ja zacząłem mówić: - Ktoś z nas jest mordercą i miał pewnie tylko jeden cel. Stać się posiadaczem 157 miliardów dolarów amerykańskich. I powiem wam jeszcze jedno. To ja jestem tą osobą.
Zdecydowanym ruchem wyciągnąłem z ukrytej kabury pistolet z tłumikiem. Obracając się na pięcie strzelałem szybko i pewnie, zgodnie z ruchem wskazówek zegara.
II
Z powodu braku pomysłu co teraz mam zrobić zacząłem czyścić pistolet. Załatwiłem ich. Leżeli teraz nieruchomo na szpitalnej podłodze. Zastanowiłem się czy rzeczywiście jestem aż tak moralnie zepsuty… Cóż, takie czasy. Teraz kiedy cena za litr czystej, nieskażonej wody przekraczała 10 dolarów trzeba sobie jakoś radzić. Zaraza, o której wcześniej wspomniałem dostała się do wielu rzek, co skutkowało skażeniem w mórz i oceanów. Pozostały niewielkie zbiorniki zawierające jeszcze czystą wodę, lecz było jej naprawdę niewiele. Zaczęto pozyskiwać ten niezbędny do życia płyn w sposób laboratoryjny, co z kolei było procesem niezwykle kosztownym. Woda stała się napojem bogatych elit. Do cholery, tak naprawdę wszystko podrożało. Produkty codziennej potrzeby stały się niezwykle trudno dostępne. Świat opanowały wojny, zarówno międzypaństwowe jak i domowe. Zarówno w nich jak i poprzez choroby zginęło mnóstwo ludzi. A ja na odludziu siedziałem na łóżku, obok martwego pana D. Zastanawia mnie czy zabiłem ich z konieczności, czy naprawdę to polubiłem. Za dnia notariusz, w nocy zabójca. Chyba jednak trochę mnie to pociągało. Przypominam sobie pierwsze moje morderstwo. Miałem wtedy 11 lat. Bawiłem się z kolegą samochodami. Zabrał mi moją ulubioną ciężarówkę. Staliśmy na górze schodów, a ja go popchnąłem. Schodów było dużo, wydawało mi się, że spadał powoli, a ja miałem dużo czasu na przemyślenia. Krzyczał bardzo głośno, darł się aby mu pomóc. Gdy był w połowie drogi na dół, zacząłem się śmiać. Nie wiem czemu, ale wewnętrznie nie czułem żadnej winy. A kiedy znalazł się na samym dole – znieruchomiał. Nigdy nie zapomnę tego momentu. Ja na górze, jak triumfator, a on martwy na dole. Gdy przyjechała karetka, którą wezwałem powiedziałem z przejęciem, że biegnąc potknął się i spadł ze schodów. Okazało się, że skręcił kark. „Dobrze mu tak” – pomyślałem wtedy. Od tej pory, kiedy było to konieczne – zabijałem. Raczej kiedy ja uważałem, że było to konieczne. Tak zamordowałem prawie całą swoją rodzinę. Z ubezpieczenia dorobiłem się wtedy wielkiej fortuny. Straciłem ją jednak w mgnieniu oka. Straciłem fortunę, żonę, dzieci, i reputację, słowem całe piękne życie, które wypracowałem. Wtedy już nie mordowałem. Chciałem odciąć się od ciemnej przeszłości, zapomnieć o niej. Ale ten skurwysyn zabrał mi wszystko. Odwróciłem się w jego kierunku i powiedziałem z szyderczym uśmiechem na ustach: - Już mi nic nie odbierzesz, panie D…
III
Nadal siedzę i czekam. Przeszukałem już wszystkie portfele i zebrałem w sumie około 6 tysięcy dolarów. Im się już nie przydadzą. Minęły już dwie godziny od strzałów, które oddałem. Nikt ich nie usłyszał, gdyż po pierwsze w okolicy nikogo nie ma, a po drugie, gdyby był, już by tu przybył. Nie pozostało mi nic, tylko czekać. Na nią. Kocham ją. I ona mnie też. Mnie, a nie pieniądze, jak moja żona, gdy jeszcze je posiadałem. Ta akcja w szpitalu to był pomysł mojej ukochanej. Dzięki niej uwierzyłem w siebie i w to, że jestem w stanie dokonać aktu zemsty doskonałej. Poznałem ją, gdy byłem na samym dnie. Szlajałem się biednymi ulicami Londynu, głodowałem, a gdy cokolwiek wyżebrałem – przepijałem. Ona wyciągnęła mnie z tego bagna, w które zagłębiałem się coraz bardziej. Była w podobnej sytuacji jak ja, jednak starała się własną pracą, wytrwałością i poświęceniem stanąć na nogi. Było to siedem lat temu, zaraza zataczała coraz szersze kręgi, trwała już wojna w Środkowej Afryce, kraje europejskie były w przededniu wojny domowej, a ja jakimś cudem jeszcze żyłem. W stanie upojenia alkoholowego zasnąłem na chodniku, a obudziłem się w jej mieszkaniu. Zaniosła mnie tam, ratując mi tym samym życie, gdyż w pobliżu doszło do ulicznej strzelaniny, w której niechybnie bym pewnie zginął. Powiedziała, że wyglądam na przyzwoitego człowieka, który pije z powodu życiowych problemów. Zgadzało się. Pokochałem ją za to, że mnie nie odrzuciło. Następnej nocy opowiedziałem jej całą historię swojego życia, dosłownie wszystko. Bałem się, że mnie wygoni, gdyż miała pod swoim dachem mordercę. Nie zrobiła tego.…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil skifan
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…