Zaginiony list.
List, a więc dla odmiany coś innego.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
23.03.08
Drogi Czytelniku. (kimkolwiek jesteś)
Jeżeli trzymasz w ręku mój list, to jest to, albo oznaka tego, że może być już za późno, nie ma już mnie, a więc automatycznie nie ma o czym mówić albo tego, że nareszcie ktoś zainteresował się moim losem i może nie wszystko jeszcze stracone. Znajduje się obecnie w miejscu, gdzie normalna poczta nie funkcjonuje. Tyle tylko mogę zdradzić, bo, jakkolwiek parszywe jest moje życie, nadal jestem do niego dość przywiązany. Wracając do braku poczty a także Internetu, gołębi, telefonów, chcę powiedzieć, że tylko ta luka cywilizacyjna jest powodem, dla którego , umieszczam list w butelce i rzucam na mętne jak moja codzienność fale. Inaczej mógłbyś pomyśleć, że jestem jakimś szalonym XXI wiecznym Robinsonem.
Otoż nie jestem Robinsonem a już na pewno biznesmenem z „Cast away” Nazywam się Carl i jestem dziennikarzem. Pozwolisz, że nie pytając o zgodę i to, czy masz ochotę poznać moją smętną historię, po prostu Ci ją opiszę. Żeby jednak zachować resztki przyzwoitości, ostrzegę Cię najpierw, że to, co wyczytasz w moim liście, może diametralnie odmienić Twoje życie. Więc jeśli postanowisz posiąść wiedzę zamieszczoną przeze mnie na skrawku tego papieru, to miej na uwadze, że opowieść ta jest wyjątkowo nieprzyjemna. Już na samą myśl o tym, że musze to opisywać (a muszę, jeśli chcę zacząć żyć normalnie) robi mi się niedobrze. Powiem szczerze, że gdybym to ja znalazł się w sytuacji, w jakiej stawiam teraz Ciebie, nie jestem pewien, czy po prostu nie wrzuciłbym teraz tej kartki do kominka i pozbywszy się problemu, nie udałbym się na długi spacer z rodziną po jakimkolwiek parku – zakładając oczywiście, że masz rodzinę, czym ja niestety nie mogę się pochwalić. Dlatego zdaje się na Ciebie. Czuję się odrobinę lepiej z myślą, ze uświadomiłem Cię jednak ryzyka jakie podejmujesz. Chcesz – czytaj, nie – nie nalegam (mimo, że ten długi i pokrętny dość wstęp zdaje się temu przeczyć).
Był poniedziałkowy ranek, nic nadzwyczajnego. Jak zwykle w poniedziałki obudziłem się w podłym nastroju, z perspektywą spędzenia dnia, w biurze pełnym przemądrzałych kobiet wypisujących bzdurne rady do damskich pisemek. Na moje nieszczęście, życie, które ułożyłem sobie w najdrobniejszych szczegółach, potoczyło się nie tak, jak zakładałem na początku studiów i zamiast stać się szanowanym dziennikarzem- zajmującym się poważnymi sprawami , wylądowałem w podrzędnym pisemku, przeznaczonym dla zdesperowanych, samotnych kobiet. Możesz sobie więc wyobrazić, czym była dla mnie- samodzielnego, całkowicie niezależnego faceta- praca ze zgrają natrętnych bab. Jeszcze żeby te ‘baby’ mówiąc kolokwialnie, były młode i atrakcyjne- przeżyłbym jakoś. Ale nie, znowu wszystko nie po mojej myśli. W pracy spotykałem same rozwódki po 40-ce, które uważały się za „genialne dziennikarki, po przejściach i z bogatym doświadczeniem” .Irytacja nie opuszczała mnie ani na chwilę, a na samą myśl o bliższej współpracy z którąś z nich, wzrastała jeszcze bardziej. Tego dnia, feralnego poniedziałku, szef wezwał mnie do siebie w „nadzwyczajnie pilnej sprawie”. Znałem takie sprawy, oczekiwałem, że zaproponuje mi kolejny arcywspaniały artykuł o cudownych paniach domu, nadający się w jego mniemaniu na pierwszą stronę. Jednak kiedy przekroczyłem próg jego gabinetu, zbił mnie z tropu widok długonogiej blondynki siedzącej przed należącym do niego, mosiężnym biurkiem. Wyobrażasz sobie? Od razu pomyślałem, że może i tutaj od czasu do czasu, można liczyć na cud, ale nadal nie byłem pewien, czego się spodziewać. Zająłem wolne miejsce, a szef przedstawił mi ową piękność, mówiąc, że jest to Roksane Stranger, nowa szefowa najlepiej prosperującej agencji reklamowej w naszym kraju. Byłem pod wrażeniem. Ona roztaczała taką aurę... Nadal nie rozumiałem jednak , co szefowa tejże agencji ma wspólnego ze mną. Nie musiałem się tego długo domyślać. Okazało się, że Roksane jest zainteresowana ciągłą współpracą z nami. Na początek miałem przeprowadzić z nią wywiad, potem już na bieżąco śledzić i opisywać sukcesy jej firmy. Wszystko to oczywiście na wyłączność. Możliwość współpracy z kobietą, która zaszła tak daleko, dawała nam gwarancję zainteresowania tym tematem innych, zwykłych gospodyń domowych, lubiących śledzić życie bogatych bizneswoman. Nie wierzyłem wtedy własnemu szczęściu. Nie mogłem mylić się bardziej... Umówiliśmy się już następnego dnia na dziesiątą rano. Ona była bardzo punktualna, a ja bardzo spięty. Nie spodziewałem się wtedy po niej, że mogłaby zrobić krzywdę chociażby muszce - wyglądała na taką uroczą i delikatną. Już po krótkim czasie zaczęliśmy spotykać się częściej. Na początku nie byłem w stanie uwierzyć, że ktoś taki jak ona, mógłby być mną zainteresowany, a tym bardziej w to, że ja zaczynam interesować się nią, ponieważ już od jakieś czasu, jedyną rzeczą, na której mi naprawdę zależało, była tylko praca. Czas spędzany w jej towarzystwie zawsze upływał mi dziwnie szybko, a zaraz potem nie mogłem doczekać się następnego spotkania. Najzwyczajniej w świecie się zakochiwałem. Często wpadałem do niej do biura, tam otrzymywałem nowy zestaw materiałów do przeanalizowania i przedstawienia w prasie coraz to nowych zawodowych sukcesów mojego „bóstwa”. Cieszyłem się już na samą myśl spojrzenia w te jej zielone oczy. Redakcja bardzo zyskała na promowaniu wizerunku ‘nieskalanej niepowodzeniami Roksane’. Wzrosła nam liczba czytelniczek, a z ankiet pytających o „ najczęściej sięgany przez Ciebie magazyn” wynikało, że zarówno kobiety, jak i mężczyźni zaczęli przeglądać to niegdyś przez nikogo nieczytane pisemko, którego byłem przecież pracownikiem. Moje artykuły autentycznie interesowały ludzi. Uważałem to wtedy za mój największy sukces. Wyobraź sobie satysfakcję z tego, kiedy komuś smakuje to, co ugotowałeś, ciekawi spektakl, który wyreżyserowałeś, czy nawet śmieszy żart, który opowiedziałeś. Tak właśnie czułem się, wiedząc, że ludzie chcą czytać to, o czym piszę. Miałem jeszcze do tego Roksane, z którą, co prawda, nie byliśmy formalnie parą (
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Loona
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…