Zajazd pod martwym szczurem#2: Zjazd druidów
Do zajazdu wpada banda brudnych,śmierdzących, sikających na kwiatki i starych mężczyzn.... Zwanych powszechnie druidami. Czy właściciel to przeżyje?
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Poprzednim razem doszliśmy do dość konstruktywnego wniosku iż burżuje należą do najbardziej kłopotliwych gości. Ta teoria działa za życia jak i po śmierci. Jednak okazuje się iż po śmierci jest jeszcze jeden rodzaj klientów który może przysporzyć dużych problemów, a może nawet większych - banda staruchów którzy śmierdzą, wcinają ziółka, biegają nago i Bóg jeden wie czemu sikają na kwiatki które stoją w holu. Zwą się druidami. Nie wiedzieć czemu każdą dziwną rzecz, wszystko co łamie jakiekolwiek przepisy, tłumaczą Wolą Matki Natury której są jedynie skromnymi sługami.... A każdy kto przebywał w ich towarzystwie dłużej niż pięć minut Matkę Naturę zaczyna zwać starą wywłoką..... To oczywiście najłagodniejsze określenie. Jednak była też oczywiście - jak zawsze - jaśniejsza strona medalu. Druidzi posiadali duże zasoby gotówki którą potrafili choinie obdarowywać swych przyjaciół. Tak więc ten mały, nagi i śmierdzący problem mógł być małym, nagim i śmierdzącym dochodowym problemem. Trzeba było tylko wszystko odpowiednio rozegrać. A któż mógł to zrobić lepiej niż właściciel Zajazdu Pod Martwym Szczurem...? - Bosko! - ucieszył się właściciel po czym przypomniał sobie kto jest na drugim końcu linii - Diabelsko znaczy się Wasza Piekielna Niegodziwość. Kiedy możemy spodziewać się tych... pięciu druidów? Doskonale. Dobrze. Wszystko będzie gotowe na piątek. Tak oto nasz kochany właściciel zyskał możliwość wzbogacenia się o naprawdę niezłą sumkę wkładając w to niewiele pracy. Pozostało jedynie wszystko przygotować do piątku... Czyli miał całe pięć dni. W sam raz. Stali mieszkańcy zajadu tacy jak admirał Halfrotten czy hrabina Vrakula chętnie przystanęli na pomysł by pomóc w dekorowaniu zajazdu na przyjazd dość nietypowych gości choć każdy szykował dekoracje na swój uroczy i nie powtarzalny sposób. Admirał zaoferował poprzybijanie białego płótna ścian w holu. Niestety kiedy wspiął się na drabinę przez przypadek przybił sobie rękę do ściany po czym odpadły mu nogi i wypadła żuchwa. Biedaczek wisiał tak cztery godziny zanim ktoś go znalazł. Stwierdził, że jednak nie zraził się do pomocy i - jeśli nie w ten sposób - pomoże w inny. Zaoferował pomoc w kuchni gdyż za życia w armii służył trochę w kuchni. Niestety i z tego pomysłu musiał zrezygnować gdy w cieście pokrzywowo-muchomorowym znalazło się jego ucho. O ile kucharz stwierdził iż wygląda tam ładnie i na pewno doda pewnej orientalnej nutki tej potrawie admirał zażądał natychmiastowego zwrotu swej własności. Tak więc jak widzicie w kuchni też nie mógł pomóc.... Jednak jak na kombatanta wojennego przystało nie lubił czuć się nie potrzebnie i musiał coś robić, coś w czymś był lepszy od innych. Chodził od jednej osoby do drugiej pytając się czy może w czymś pomóc jednak każdy odpowiadał, że doskonale radzi sobie samemu. W końcu zrezygnowany wziął się za robienie kartonowych czapeczek [ choć i przy tym musiał dwa razy wyciągać swoje oko z czapeczki]. A cóż mogła robić hrabina Vrakula? Och! Taka dystyngowana dama może robić jedynie najtrudniejsze i najpoważniejsze rzeczy! Biegała po kuchni próbując potraw, kwasząc się i doradzając kucharzowi, narzekała, że białe płótna są źle powieszone, komentowała kolory kartonowych czapeczek i robiła tysiące innych tego typu rzeczy czyli.... nie robiła nic. W końcu ktoś się zdenerwował i wysłał ją do kotłowni by przerzuciła kilka set kilogramów węgla. A ponieważ hrabina była prawdziwą damą nie odmówiła tylko wręcz mężnie skierowała się do kotłowni przerzucać węgiel. Natomiast para topielców którzy pojutrze mieli opuszczać zajazd postanowili, że również pomogą by mieć styczność z tym pospólstwem i by choć raz w życiu zakosztować pracy fizycznej. Ci ciekawe nie traktowali tego jak pracy, a raczej jako dodatkową i darmową atrakcję turystyczną nie wymienioną w broszurce zajazdu. Jednak przez długi czas nie mogli wybrać sobie odpowiedniej pracy narzekając na każdą która według nich była nie odpowiednia. Aż w końcu znaleźli sobie zadanie.... Zajęli się rozkładaniem pościeli na łóżkach dla przyszłych gości. Zanim ktokolwiek z obsługi się zorientował co oni robią cała pościel była już rozłożona. Jak wiadomo topielcy i po śmierci są okropnie mokrzy tak więc całą pościel trzeba było wymieniać - była tak wilgotna, że i za tysiąc lat sama by nie wyschła - a jak wiadomo na taki przyjazd wszystko musi być zapięte na ostatni guzik Wszyscy krzątali się po całym zajeździe chcą by wyglądał jak najbardziej "druidzko" i mistycznie by tylko przypodobać się gościom. W czwartek wieczorem cały zajazd był już przyszykowany i ani trochę wyglądem nie przypominał tego sprzed paru dni. Niestety nie wyglądał też ani trochę druidzko. Żadna z osób szykująca dekoracje nie miała z druidami wcześniej styczności i ozdoby szykowali w oparciu o to co słyszeli od znajomych oraz od hrabiny Vrakuli - czyli mniej więcej nic nie wyglądało tak jak powinno. Większość mebli była poprzykrywana białymi płótnami które miały stworzyć "magiczny i wielce mistyczny nastrój który jest druidom potrzebny do ich przemyśleń na temat natury". W efekcie hol wyglądał tak jakby miało się odbyć wielkie malowanie do którego w celu przygotowań poprzykrywano wszystko. Ponieważ druidzi kojarzyli się z naturą poprzynoszono pełno kwiatów i poustawiano je byle gdzie na ziemi. Czyli było tak zielono i tłoczno, że żeby gdziekolwiek dojść trzeba było kluczyć wąskimi korytarzykami z kwiatów. Dodatkowo nie wiedzieć czemu była przygotowana wręcz cała armia dań wegetariańskim. Widać nikt nie wiedział jakimi mięsożercami są druidzi i jak nie znoszą samych warzywnych potraw. Choć w tym wypadku określenie przygotowanych dań "warzywnymi" było przejawem bardzo głupiego optymizmu. Większość z tych dań nie zawierała ani grama warzywa, a to co znajdowało się w środku nie było nawet dalekim kuzynem jakiegokolwiek warzywa. Najkrócej mówiąc nawrzucano do środka wszystko to co było zielone i nie było pochodzenia zwierzęcego. Z tego powodu w niektórych potrawach znajdowała się nawet ziemia i piach. ["Och drogi kucharzu! Ja - hrabina Vrakula - nieraz gościłam u siebie druidów! I zapewniam pana, że nie cenią sobie bardziej niczego niż trochę piachu w potrawie! To zgrzytanie zębami które uderzają w ziarenka sprawia im niesamowitą przyjemność! Dzięki temu czują się bliżej natury!"] Tak więc zajazd był naprawdę przygotowany na przyjazd gości.... ale nie tak jak powinien, ale to nie ważne bo druidzi byli tak szajbnięci, że nawet nie zwrócili na to uwagi..... Pojawił się jednak pewien problem.... Otóż wysłannicy Piekła kłamali z zasady, nawet jeżeli sprawa była ważna dla nich, a nie dla kogoś innego. Prawdopodobnie posiadali coś na wzór kleptomani. Tyle, że zamiast kraść mimo woli nagminnie kłamali i to w każdej sprawie, choćby to miało być drobniutkie kłamstewko..... Tak też był i tym razem. Z tą różnicom iż drobniutkie kłamstewko polegało na tym iż.... Zamiast pięciu przyjechało dwudziestu pięciu druidów.... A wyglądało to tak: - Uwaga! - szepnął w teatralny sposób właściciel - Idą! Witamy w.... W tym momencie drzwi się otworzyły, a do sali wpadł tum brodatych staruszków w białych togach. - Ratuj się kto może! - wrzasnął ktoś z komitetu powitalnego i wszyscy wpadli w panikę - Ratuj się! Otaczają nas! Goście zaczęli biegać w każdym kierunku jednak żadnemu nie udało się uciec. Wszędzie poustawiane kwiatki w doniczkach utrudniały skutecznie ucieczkę i po paru minutach wszyscy już byli dopadnięcie przez druidów którzy wskakiwali wszystkim na plecy. Hrabina Vrakula broniła się najdzielniej. Zabawne, ale w takich sytuacjach zapomina się, że jest się damom z dobrego domu.... Dopadła do admirała Halfrotten'a, wyrwała mu rękę i zaczęła nią okładać druida który siedział jej na plecach. Admirał natomiast i tak ledwo radził sobie z tym który siedział jemu na plecach. A bez jednej ręki był zupełnie bezbronny. Położył się na plecach i zaczął się tarzać. Najwyraźniej pomylił sposób na ugaszenie ognia ze sposobem na pozbycie się druida z pleców. Tymczasem właścicielowi udało się wejść na piętro i ze schodów oglądał pole bitwy. Każdy ze stałych gości został zaatakowany przez jednego druida, recepcjonista starał się wyperswadować dwóm druidom, że nie je się księgi gości. Boy hotelowy natomiast biegał od kwiatka do kwiatka okładając każdego sikającego druida. Sytuacja niewątpliwie wymykała się spod kontroli. Jednak wpadł na genialny pomysł - a przynajmniej tak mu się wydawało..... - Korzonki dla wszystkich w jadalni! - krzyknął najbardziej zachęcającym tonem na jaki mógł się zebrać. Jednak to był błąd... Dopiero wtedy się zaczęło. Okazało się, że druidzi nie mieli zamiaru zrezygnować ze środka lokomocji jakim byli biedni goście. Zaczęli wszystkich okładać pięściami by ci skierowali się do jadalni.... Goście skapitulowali i skierowali się w stronę jadalni. Jedynie hrabina zrzuciła z siebie druida który najwyraźniej nie był przyzwyczajony do takiego obrotu spraw i zaczął przed nią uciekać, jednak ona nie dawała za wygraną i ganiała za nim dokoła uderzając go raz za razem ręką admirała w głowę. A skoro o nim już mowa.... Biedaczek w drodze do jadalni zgubił drugie ramię oraz nos.... Niewątpliwie nie był to jego najlepszy dzień. W jadalni druidzi skupili się na jedzeniu zapominając o swoich niewolnikach którzy w popłochu uciekli do właściciela [admirał po drodze zbierał swoje części które mu odpadły], a razem z nim uciekli do kotłowni przekonani, że tam będą bezpieczni. Sytuacja do najlepszych nie należała. Zajazd został zajęty przez bandę świrusów którzy śmierdzą. - Pamiętam.... - zaczął admirał po przyczepieniu nosa - Jak za moich czasów zostaliśmy zaatakowani znienacka.... - Znienacka? - odezwała się hrabina która za wszelką cenę chciała dodać coś mądrego - Byłam tam kiedyś na wakacjach.... Okropne miejsce..... - W każdym razie powinniśmy przeprowadzić kontratak i wymordować wszystkich...- zakończył admirał z poważną miną doświadczonego wojaka. - Wymordować? - odpowiedział właściciel poważnie rozważając tą opcje - Nie sądzę by to przysporzyło memu zajazdowi dobrej opinii... Nie da się ich jakoś.... wyłapać i wypuścić na wolność? - To zajmie więcej czasu... Ale jest możliwe - po czym poczuł się odpowiedzialny za mowę motywacyjną do swych "Żołnierzy" - Nie mogę was zmusić do walki.... Bo nie wiadomo czy ktokolwiek z nas wyjdzie z tego żywy... Ale pamiętajcie iż oni zajęli nasz Zajazd! A walka krwawa będzie.... Możecie stracić kończyny, zostać oszpeceni do końca wieczności.... I potępieni na wieki..... - Yyyy... cóż... - przerwał jeden z gości - miałem zamiar walczyć, ale skoro tak to będzie wyglądało... nie mogę! Mam żonę i w ogóle! Jak widać mowa motywacyjna zadziałała w zupełnie odmienny sposób niż miała. Wycofali się prawie wszyscy goście. Ostatni głos zabrał José - ofiara morderstwa z zaawansowaną paranoją: - Cóż... Pomógłbym bardzo chętnie.... Ale mam dziwne przeczucie, że dziś zginę! - przemówił z przerażeniem. - Ty już jesteś martwy.... - odrzekła Vrakula. - No właśnie! I wciąż pamiętam jak zginąłem! To takie zdarzenie z którego nie chcę mieć więcej wspomnień niż już mam! Po tej krótkiej naradzie została mała grupka walecznych osób: Hrabina Vrakula, admirał Halfrotten, boy hotelowy i recepcjonista [nie mieli ochoty walczyć, ale po minie właściciela stwierdzili, że innego wyboru nie mają] oraz sam właściciel. Prawdziwa parszywa piątka. - Plan wygląda następująco - zaczął admirał poważnym tonem - ja i hrabina skierujemy się by zdobyć kuchnię pozbawiając tym samy naszych wrogów żywności. Bez niej długo nie wytrzymają. Boy i recepcjonista wkroczą do holu w celach dywersyjnych. Przy odrobinie szczęścia zajmiemy kuchnię bez problemów. Zaczynamy! Boy i recepcjonista wyruszyli jako pierwsi. Zatrzymali się jednak przy drzwiach do holu. - Co miał na myśli mówiąc dywersyjne? - zapytał się boy, nigdy nie był zbyt pilnym uczniem za życia. - Mamy biegać w koło i wrzeszczeć. - odpowiedział z przekonaniem recepcjonista. Tak więc wybiegli do holu biegając między kwiatkami i wrzeszcząc. Niestety to właśnie robili druidzi więc nikt nie zwrócił na nich najmniejszej uwagi, jednak oni byli tak zajęci tym wspaniałym planem dywersyjnym, że nawet nie zwrócili na to uwagi. Tymczasem admirał i hrabina siedzieli w szybie kuchennym którym mieli wjechać do kuchni. Powoli wjeżdżali na górę starając się nie zwrócić na siebie uwagi skrzypieniem dochodzącym z szybu. Niestety ponieważ akcja dywersyjna nie poskutkowała dwunastka druidów już czekała przy drzwiczkach czekając aż najeźdźcy wjadą na górę. Gdy tylko to się stało zostali wywleczenia na zewnątrz. Admirał momentalnie zgubił ucho co go jedynie zmotywowało do walki. Zaczął gryźć staruchów i turlać się dokoła najwyraźniej nie pamiętając wciąż iż jest to sposób na ugaszenie się. W hrabinie z kolei zrodziła się prawdziwa bestia. Wywracała druidów i skakała po nich aż ci piszcząc zaczęli uciekać w popłochu. W pewnym momencie chwyciła nawet tasak i skróciła jednego o głowę. Opamiętała się jednak. Mimo iż damie przystoi bronić siebie i swoich przyjaciół z pewnością jednak jej nie przystoi obcinanie głów.... Poza tym właściciel będzie niepocieszony goście bez głów raczej nie są skłonni do płacenia za wynajem pokoju.... Jednak to pole bitwy gdzie każdemu może się zdarzyć tak drobna i niewinna pomyłka. Po paru minutach dość zajadłej walki pozostało trzech najtwardszych druidów jednak admirał nie nadawał się już do walki. Dwójka druidów uciekająca w popłochu przed szalejącą Vrakulą zabrała admirałowi nogi i uciekła. - Ofiara wojny... Za życia zdarzały się ciągle... proszę się mną nie przejmować - powiedział hrabinie. Ta najwyraźniej wzięła jego radę do serca bo już okładała po głowie innego druida. Tak wiec mimo iż początkowo wydawało się, że stoją na przegranej pozycji hrabina z zastosowaniem nie typowych cech jak na przedstawicielkę szlachetnego rodu - brakiem delikatności i zaprawieniem w boju jakim weteran bójek barowych by się nie powstydził - odwróciła sytuację na ich korzyść. Pierwsza bitwa o kuchnię zakończyła się ich wygraną. Chwilę potem właściciel wjechał szybem kuchennym i dołączył do nich. - Na Boga! Co tu robią te zwłoki gościa który teraz już NA PEWNO nie zapłaci na podłodze?! - zdenerwował się. - Głowa sama mu odpadła. - odrzekła z przekonaniem hrabina. - Jak to sama odpadła?! - Cóż.... gościłam wielu druidów.... Jak się zdenerwują to zawsze im odpadają głowy... To taki ich zwyczaj... - Rozumiem. - odparł bez przekonania właściciel jednak stwierdził, że nietaktownie byłoby kłócić się z prawdziwą damą. Tak więc na polu bitwy pozostała ich już tylko dwójka gdyż admirał nie miał nóg [ale zapewniał, ze nadal może walczyć! Na wojnie już nie takie rany odnosił...] natomiast boy i recepcjonista tak wczuli się w swoje role, że zapomnieli o całym świecie i biegali między kwiatkami wrzeszcząc coś bez sensu. Najwyraźniej trafiło się im zadanie na miarę ich możliwości. Pozostała kwestia jak poradzić sobie z odbiciem reszty zajazdu. Pewne było, że w dwójkę im to się nie uda, a druidzi nie mogli tu pozostać. Jeżeli jeszcze przez parę godzin będą tak biegać w kółko obsikując każdy kwiatek i niszcząc wszystko dokoła z zajazdu nie pozostanie cegła na cegle. - Już wiem! - wrzasnął uradowany właściciel - musimy dostać się do kotłowni! Wyłączymy prąd! To powinno ich przerazić! - Ale jak przedostaniemy się z kuchni przez hol do kotłowni?! - hrabina wydawała się być przerażona samym pomysłem, nie wspominając o tym jak może być wykonany. - Będziemy udawać druidów! - odrzekł uradowany właściciel, a hrabina drgnęła na tą myśl... tego się właśnie obawiała. - Pan to jeszcze rozumiem... Ale ja jestem kobietą! I to damą na dodatek! - Nic się pani nie stanie jak raz na jakiś czas kogoś po udaje.... Zresztą zawsze uważałem, że mogłaby pani być dobra aktorką.... ten podstęp zadziałał. Na hrabinę takie komplementy działały jak mało co i zaczęła wymieniać w jakich to ona sztukach nie grała i ile to osób jej nie wychwalało. Po pięciu minutach kiedy to skończyła wyliczać mogli zacząć przygotowania. Okazało się niezwykle trudne przygotowanie strojów druidów z rzeczy dostępnych w kuchni. Mieli jedynie do dyspozycji makarony, pełno warzyw, garnki i inne rzeczy z których nie dało się zrobić przebrania, jednak nie zniechęcili się. Z makaronów zrobili sobie…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Kjz
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…