ZAKLĘCI W ZCASIE CZ III
Nie dzielę tekstu zgodnie z rozdziałami, ale da się wytrzymać.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Rozdział 2 UCIECZKA
Pod skałą, na której schował się ostatniej nocy już pojawili się mali zwiadowcy. Musiał na chwilę odpocząć, bo rana, jaką mu zadali swoją dziwną bronią wciąż krwawiła i bolała. Mocniej zacisnął opaskę wokół zranionego uda. Musiał znowu uciekać. Ukryć się. Ale dokąd? Gdzie miał szukać pomocy i schronienia? Otoczony był wrogami i zdrajcami. Cały dotychczasowy świat, jaki znał, runął w gruzach. Pozostawała tylko jedna możliwość ucieczki. Droga, na której nikt od niepamiętnych czasów nie postawił stopy i z której nikt już nigdy nie wrócił. „Droga donikąd”, „Droga Zapomnienia” – różnie ją nazywano, ale jedno było pewne, jest to droga tylko w jedną stronę. Nie miał wyjścia. Dzikie i złowieszcze ujadanie wygłodniałych psów było słychać głośno i wyraźnie. Spojrzał w górę. Nad nimi latały krwiożercze grobozy. Już układały się do ataku. Ich mocne szczęki czuły smak rozrywanego mięsa. Ostre szpony szykowały się do uderzenia. Złowróżbne krzyki połączone z piskiem świadczyły, że mają go schwytać w pułapkę, ale nie zabić. Nigdzie nie mógł skryć się przed ich wspaniałym i wszystkowidzącym wzrokiem. Wiedział, że to najlepsze stworzenia do tropienia. "Nie mam wyjścia" – pomyślał i jeszcze raz obejrzał się przez ramię. Pogoń była tuż za nim. Na bezkresnej równinie widział jak czarna linia powiększa się z każdą chwilą. To czarni jeźdźcy. Przed nim z daleka majaczył las – granica jego świata. Dalej była Wielka Niewiadoma. Ruszył przed siebie. Biegł najszybciej jak mógł. Las jednak jak na złość powoli przysuwał się do niego. "Zbyt wolno" – pomyślał, - "nie zdążę, jeszcze trochę, jeszcze tylko trochę..." - czuł niemal na grzbiecie tych, co od tak dawna go ścigali. Jawor potknął się, ale nie upadł, resztką sił zachował równowagę. Już prawie go mieli, gdy ściana lasu stanęła przed nim. Odwrócił się ostatni raz, by po chwili skryć się w Tajemniczym Lesie. Wciąż biegł przed siebie, choć mięśnie odmawiały mu posłuszeństwa. Nie miał już sił. Czuł jak krew pulsuje mu w głowie, miał wrażenie, że za chwilę rozsadzi mu czaszkę. Przystanął. Mięśnie drżały mu tak mocno, że nie miał sił ustać na nogach. Chciał posłuchać, czy pogoń trwa nadal, ale słyszał tylko szum i tętnienie własnej krwi. Ostatkiem sił zszedł z drogi i rzucił się w rosnące opodal krzewy. Starał się zdusić w sobie głośne sapanie, ale z płuc wychodził ostry świst. Świat wirował mu przed oczami milionami białych i czerwonych plam. Nagle wokół zapanowała cisza. Nasłuchiwał. Nic. Żadnej pogodni, żadnych krzyków, szczekania psów, krzyków grobozów... Nic. Tylko szum lasu. Obejrzał się za siebie. Zobaczył nieskończony las, a dałby sobie głowę uciąć, że wbiegł tylko na jego początek. "A więc to tak. To dlatego nie ma powrotu. No i dobrze. Ja już nie mam dokąd wracać. Mogę tylko iść przed siebie. Może ta droga zaprowadzi mnie do innego, lepszego świata. Nie wiedział jak długo szedł. Mijał wiele skrzyżowań i rozwidleń. Na początku zostawiał znaki, później doszedł do wniosku, że to nie ma sensu. Mijały dni. Noce spędzał w lesie. I gdy w dzień słyszał wesoły świergot ptaków, to w nocy zaczynało się prawdziwe życie. Co rusz słyszał ostatni krzyk jakiegoś ptaka, bądź małego zwierzęcia. W pierwszą noc spał na ziemi. Jednak czyjeś skradające się kroki i sapanie szybko zapędziło go na drzewo. Od tamtej pory jego łóżkiem stawały się szerokie rozgałęzienia drzew-olbrzymów. W końcu zobaczył przed sobą Wielkie Miasto. Był głodny i spragniony. Nie pamiętał już kiedy ostatni raz zjadł coś smacznego i pożywnego i kiedy spał w wygodnym łóżku. Ale gdy tylko wszedł do Wielkiego Miasta niewiadomo skąd podjechało do niego dwóch strażników i wrzucili go do samochodu. Nie wiedział nawet gdzie i jak długo był w środku, bo samochód poruszał się bezgłośnie i nie czuć było żadnych ruchów. Po chwili drzwi otworzyły się i strażnicy wyciągnęli go niczym worek z samochodu. Zaczął krzyczeć i wyrywać się w przerażeniu. Myślał, że dostał się w ręce wroga. „To nawet tutaj mają swoje macki przeklęci”. Wciągnięto go do jakiegoś budynku. Po drodze, kątem oka zobaczył tylko, jakąś łysą dziewczynę w dziwnym stroju, która bacznie mu się przyglądała. Później nie do końca wiedział co się z nim działo. Pamiętał tylko, że wrzucono go pod prysznic, a potem kłuto jakimiś igłami. Potem już tylko szarpaninę i znowu ucieczkę przez las. Nie pamiętał już ile minął skrzyżowań i rozwidleń. Nie pamiętał nawet w którą szedł stronę i jak długo szedł. - Jakie to ma znaczenie? Żadne. Teraz już nic nie ma znaczenia – z braku towarzystwa zaczął mówić sam do siebie. Nagle zobaczył przed sobą jagodowy krzew. Rzucił się na niego jak wygłodniały wilk. Gdy oberwał z niego owoce zobaczył kolejny krzew. Szedł tak śladem jagodowych krzaków, póki nie zaspokoił pierwszego głodu. Nagle usłyszał jakieś głosy. Przywarł do ziemi i zaczął nasłuchiwać. Jednak nikogo nie widział, mimo że głosy były coraz bardziej wyraźne. Spojrzał w górę. Nad nim siedziały dwa kruki. - Zobacz. Żadnego pożytku z niego nie ma, bo ani to ładne, by oko nacieszyć, ani mądre by porozmawiać, a walczy o swoje życie, jakby było coś warte. - Oni wszyscy tacy są. - O mnie mówicie? – spytał Jawor. Ptaki nagle spojrzały na niego, zatrzepały piórami i zamilkły. Po chwili jeden z nich odezwał się. - Rozumiesz nas? Wiesz o czym mówimy? - Tak - To niemożliwe. Ludzie są zbyt głupi, by rozumieć naszą mowę. Ludzie zawsze wymagają, by to zwierzęta uczyły się ludzkiej mowy i ich rozumiały. Nie możesz nas rozumieć, to zbyt trudne dla człowieka. - Nie jestem człowiekiem. - Nie??? Spod tej sierści i dziwnego ubioru trudno rozpoznać kim właściwie jesteś. - Jestem laurypis. - A cóż to za dziwoląg? - Laurypis to ktoś pomiędzy człowiekiem, ogrem a elfem. - A! Kundel - kruki rykneły szyderczym śmiechem. - Nie kundel, ale jedna z najstarszych ras, która właśnie umiera. Gdy my rządziliśmy światem, ani kruków, ani ludzi jeszcze nie było. - No i narządziliście, jak widać. Nic z tych waszych rządów nie wynikło, skoro nikt o was nie słyszał. - O to chodziło. Ale gdzie ja jestem? - W lesie - ptaki śmiały się w najlepsze. Po chwili poderwały się i odleciały. Jawor postanowił iść za nimi. Wkrótce znalazł się na krawędzi przepaści. Właściwe raczej się tego domyślał, niż widział. Świat przed nim zniknął we mgle. "No i widzisz dokąd cię ta droga zaprowadziła? Na skraj przepaści. Przed tobą już tylko bezkresne nic..." - Skacz - Słucham? – spytał Jawor rozpoznając skrzekliwy głos kruka. - Chcesz skończyć z dotychczasowym życiem? - Chcę, ale nie chcę śmierci. - Nikt ci nie każe umierać. Ale postanowiłeś chyba iść ciągle przed siebie i nie zawracać z raz obranej drogi. Przed tobą jest tylko przepaść, zawrócić nie możesz. - Postanowienia można zmienić. - Ale już wiesz, co jest za tobą. - Wiem też, co jest przede mną, a wszystkich dróg nie sprawdziłem. - Zadaj sobie najpierw pytanie, czego szukasz i czego pragniesz. Bo jak dotychczas błądzisz bez celu w nadziei, że znajdziesz dla siebie jakiś kąt. Spytaj się siebie, jakiego życia dla siebie oczekujesz. - Spokojnego, bez wojen, w ciszy i spokoju... - To jesteś na właściwej drodze. Nie zawsze to, co widzisz jest prawdą. Ufaj sercu, a nie oczom. Po tych słowach kruki znów poderwały się do lotu i zniknęły nad przepaścią. - Też sobie znalazłem przewodników... – mruknął Jawor. - A niech tam – machnął ręką, zacisnął mocno oczy i postawił krok. Ale nic się nie stało. Nigdzie nie spadł. Stał na jakimś niewidzialnym podłożu, a wokół otaczała go mgła. Ruszył przed siebie. Nagle mgła zaczęła się przerzedzać, widział przed sobą zarys skał, drzew, zarośli. Czuł na sobie czyjeś spojrzenia, miał też wrażenie, że we mgle coś szybko mignęło tuż przed nim. Po chwili wyszedł na jakąś polanę. Okazało się, że jest to szczyt wzniesienia. Stąd rozpościerał się widok na całą krainę. Otaczały ją pasma gór. - Jak tu pięknie - szepnął. Różnorodność kolorów drzew i roślin jakie tu rosły, różnobarwne zbiorniki wodne oraz wodospady i gejzery przyprawiała go niemal o zawrót głowy. Jawor, wychowany na bezkresnych równinach, nigdy wcześniej nie widział czegoś równie pięknego. "Oto miejsce, którego szukałem..." – pomyślał i ruszył przed siebie. Niebawem znalazł się w niewielkiej kotlince, którą przecinał potok. Usiadł pod wiszącą skałą i rozejrzał się wokół. W strumieniu płynęła czysta woda, wokół było mnóstwo jagód, grzybów i różnorodnych roślin, których nie znał. Postanowił pozostać tutaj na dłużej. Przecież i tak musi się gdzieś ukryć przed Czarnymi Jeźdźcami. Jego świata nie da się już uratować, a to miejsce wydaje się być wspaniałą kryjówką i przystanią, przynajmniej na jakiś czas. Nie wiedział tylko do kogo należy ta ziemia i czy wolno mu tutaj przebywać. Tuż niedaleko znajdował się spróchniały pień drzewa. Z gałęzi i ogromnych paproci utworzył dach, a w miejsce drzwi wstawił kłodę. Legowisko wykonał z mchu i rosnącej wokół trawy. W ten sposób szybko stworzył sobie dom. Wszedł do środka, zasunął kłodę i nawet nie wiedział kiedy zasnął... Nagle poczuł silne uderzenie, czyjeś ręce zarzuciły na niego jakiś materiał, owinęły go w niego, niosły przez jakiś czas dziwną drogą. Dziwną, bo miał wrażenie, że jest w studni; dudnienie kroków dochodziło jakby ze wszystkich stron. Później była już tylko ciemność i oczy. Ktoś czegoś od niego chciał. Nie pamiętał co się działo, ale miał wrażenie, że kogoś strasznie zdenerwował. Za karę został wtrącony do Otchłani...
Rozdział 3 WIELKA OTCHŁAŃ
Radunia czuła jak jakiś tępy przedmiot wgniata jej się pod łopatkę, wokół roztaczał się ogromny odór, otworzyła oczy, ale nie było tej charakterystycznej poświaty Wielkiego Miasta. Wręcz przeciwnie, otaczał ją mrok. „Musiałam trafić do piekła, skoro tak śmierdzi”- mruknęła pod nosem. Spróbowała się ruszyć. - Kurcze blade niech to piorun trzaśnie! Za jakie grzechy grzęznę w jakiś pomyjach? Zaraz się uduszę... – niezbyt zadowolona z zastanej sytuacji pomrukiwała pod nosem Radunia. Coś przygniatało jej nogi, a jednocześnie krępowało ruchy ciała. Nasłuchiwała, ale wokół była cisza. Mimo panującego odoru wiedziała, że znajduje się na wolnym powietrzu. Starała się ruszyć, powoli uwalniała się od czegoś lepkiego, w końcu wydostała się na zewnątrz tego czegoś. Postanowiła poczekać aż się rozjaśni. - Mam nadzieję, że nastąpi to zanim się uduszę – mruknęła do siebie. - Ooooo, śpiąca królewna się obudziła – usłyszała gdzieś w okolicy nóg, a słowom towarzyszyły chichoty. - Witamy o Najjaśniejsza – dodał kolejny głos z udawanym uniżeniem. Radunia spojrzała w tamtą stronę – za stopami zobaczyła wiele par żółtych skośnych oczu, należących do istot przypominających koty. Te jednak poruszały się na dwóch nogach, a wzrostem dorównywały niektórym ludziom. - Witajcie – odparła – ale powiadam wam nie musicie pełzać u mych stóp. - Hrrrrr, sssss – rozległo się groźne pomrukiwanie. - Uważaj! Radunia spróbowała wstać, ale na grząskiej powierzchni straciła równowagę i upadła. - Ała – krzyknęła – gdzie ja jestem? - Na wysypisku Wielkiego Miasta - Co??? Wyrzucają ludzi jak śmieci? - Albo uznali, że jesteś martwa, albo, że nie opłaca się ciebie leczyć. - Kim jesteście? – Bo na koty to mi nie wyglądacie, choć jesteście jacyś kotowaci – przepraszam, ale nie potrafię was zidentyfikować. - To raczej kim ty jesteś, że widzisz w ciemności. Twoje oczy świecą tak jak nasze, choć do nas nie jesteś podobna. - Jestem człowiekiem. - Nie kłam! Podeszła do niej z kocią gracją przywódczyni. Ludzie nie widzą w nocy! - Jestem człowiekiem, ale nie wiem skąd pochodzi ten dar – skłamała. Pamiętała doskonale tamtą noc i późniejsze lata - Kim jesteś i skąd pochodzisz! – twarz przywódczyni była tuż przy Raduni. Zabłysły ostre kły kocicy. - Pochodzę z innego świata, jestem człowiekiem, ale kim wy jesteście? - Pani! Ona mówi prawdę, gdyby była z Miasta, wiedziałaby o nas. Jej oczy nie kłamią – powiedziała istota stojąca tuż za przywódczynią. - Czy jest stąd jakieś wyjście? – spytała Radunia. Kocice roześmiały sie szyderczo. – Dla ludzi nie ma stąd ucieczki! Zginiesz jak inni – zabrać ją! Do Raduni zwinnie podbiegły kolejne Kobiety-Koty i chwyciły ją pod ręce. Zawlekły ją na twardy grunt. - Teraz mogę iść już sama, nie ucieknę wam, nie mam dokąd. Radunia ze zdziwieniem stwierdziła, że Kocice ją puściły, ale czujnie pilnowały, by szła równo pośrodku nich. Sięgały jej zaledwie do ramion, ale sprytem i zwinnością przewyższały znacznie. Po chwili zatrzymały się. Odsunęły klapę na ziemi. Zaczęły schodzić po wysokich stopniach. Schody zdawały się być dopasowane do istot o wiele wyższych od ludzi. Po chwili weszły do szerokiego holu, a stamtąd kolejnymi schodami na niższy poziom. Kroczyły cały czas w ciemnościach labiryntem korytarzy aż w końcu dotarły do małej sali. Radunia ze zdziwieniem zobaczyła, że ściany wydają słaby blask. Spojrzała na nie z przerażeniem. - Co było kiedyś w tym miejscu? - Legenda głosi, że miejsce święte. - A nie kopalnia? - Dlaczego pytasz? - Te ściany... – wskazała palcem- to może być pierwiastek promieniotwórczy. - Masz nas za idiotów? Tak oświetlamy nasze podziemia. Wyłącznik jest tu – wskazała kocica przykładając rękę tuż nad legowiskiem. - Pani! Pani! – dochodził głos z tyłu - Co się stało Rainez? - Wasz syn... - Mów! - Jego oddech jest już ledwo wyczuwalny. Odchodzi na drugą stronę. Już nic nie jestem w stanie uczynić. - Nie! Nie pozwolę, by przekleństwo zabrało mi syna! To ostatnia nadzieja... - Może ja mogłabym pomóc? Spytała Radunia. Jestem lekarzem. - Kim? - Lekarzem, medykiem jak wolisz. - Cha! Sądzisz, że jesteś lepsza od naszych najlepszych medyków? Wy ludzie nie dorastacie nam do pięt. Wy ludzie sądzicie, że jesteście najmądrzejsi z tym waszym krwiożerczym instynktem do zabijania dla przyjemności. I tobie miałabym powierzać los mojego syna? - Czasem wstyd mi, że jestem człowiekiem, ale pamiętaj, że pochodzę z innego czasu i innego świata. Nie masz nic do stracenia.
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Radunia
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…