Zaległe wspomnienie
żadnych sugestii odnośnie treści...;P polecam przeczytać po zmroku i w miarę możliwości kilka razy...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Czekaliśmy na ten dzień długo. Ile można mieszkać u mamy? Jeszcze tylko podpis, czysta formalność. Wreszcie jest. Upragniony metalowy przyjaciel. Przyjaciel, który pozwolił mi dostać się do Twojego magicznego świata. Do miejsca w które nikt poza Tobą nie zagląda. Wiele razy spacerując przez Twą duszę widziałem napis: 'Wróć później'. Ale mi ciągle było spieszno. Nie powiem, żebym był mistrzem cierpliwości.
Jednak siadając wielokrotnie we dwójkę na naszym ukochanym odludziu i oglądając spacerujące nad naszymi głowami chmury, widziałem jak pęka, znika łańcuch, a za nim uchylają się następne wrota. A tam był ogień. Nie taki, który parzy i niszczy. O nie! To był ogień, który koi. Bierze w swoje ciepłe dłonie zimne i nieczułe jak kamień serce... Delikatnie jak piórko łaskocze po stopach, sprawiając mimowolny uśmiech. Uśmiech pomaga, uśmiech pociesza, uśmiech wyzwala nadzieję. Nadzieja jest jak echo miłości. Pojawia się i znika i powraca. Jak bumerang, cukierek z dziecięcych lat.
Klucz do zamka. Dwa razy w lewo. Lekkie naciśnięcie klamki i już. Uchylają się. Stare sosnowe drzwi. Wiesz jak się cieszyłem jak pierwszy raz mi je otworzyłaś? Że mam do kogo wrócić. Że zawsze będziesz na mnie czekać w domu. "Pukajcie a będzie wam otwarte"- babcia często tak mówiła. To jako jedyne mi się podobało z tych wszystkich jej mądrości. A Ty mi otworzyłaś...
Charakterystyczny zapach, dawno tu nie wietrzyli... Spojrzałem na Ciebie. Miałaś ogień w oczach. Ten sam gdy Cię pierwszy raz pocałowałem. Długo się na to zbierałem. Bałem się odrzucenia. Próbowałem się jakoś wewnętrznie zabezpieczyć. Żeby starać się żyć, mimo wszystko. Gdybym tylko wtedy wiedział jakie to piękne. No i ten ogień. Powraca co jakiś czas. Nie prosiłem o niego. Sam przychodzi, gdy najbardziej tego potrzebuję. Czy człowiek sam potrafi go rozpalić?
Trzymając się za ręce zrobiliśmy pierwszy krok. Już tu jesteśmy. Wchłaniając się nawzajem oglądaliśmy nasze mieszkanie w milczeniu. Jeden pokój, drugi, trzeci, kuchnia, łazienka i oczywiście balkon. Od zachodniej strony. W marzeniach widziałem kolejne zachody słoneczka. Nie trzeba nam było słów. Cisza była taka piękna...
Nie przeszkadzało nam, że wszystko było w surowym stanie. Białe ściany i zakurzone podłogi. My jednak mieliśmy wizję naszego zakątku. Wszystko już dużo wcześniej zaplanowaliśmy. Każdy szczególik. Nawet krzyżyk od babci uwzględniliśmy. Nie przeszkadza, a babcia się ucieszy. Ja osobiście traktowałem krzyż jak każdy inny mebel. Nawet mi się podobał. "W krzyżu cierpienie , w krzyżu zbawienie"- tak mawiała babcia. Dla mnie jedynym synonimem cierpienia były chwile, gdy nie było Cię obok mnie. Moją religią było kochać i być kochanym. Ty również nie byłaś nigdy praktykująca katoliczką. Gdy ludzie chodzili do kościoła, my spacerowaliśmy po parku. Gdy pościli, bawiliśmy się w najlepsze... Gdy się smucili, my się śmialiśmy... A teraz oni się śmieją a nas nie ma...
Po jednej z imprez zostałem w domu sam. Nie dało się ruszyć, taki bałagan. Towarzystwo zakończyło odwiedziny, a Ty poszłaś spać do mamy. Byłaś zła na mnie... Dodatkowo procenty "pomagały" mi wyrazić wszystko to, co tkwiło we mnie, w tej ukrytej, ciemnej części. Trzask drzwi słyszę do dzisiaj. Te same wrota, które razem otwieraliśmy.
Było już późno, grubo po północy. Półmrok ogarniał całe pomieszczenie. Za oknem słychać było cichy odgłos upadających na parapet kropel deszczu. Kap, kap, kap. Czasami księżyc wychylał się zza chmur, żeby sprawdzić czy wszystko jest w porządku... Ale nie było w porządku. Od tego wieczora nic już nie było w porządku. Chodziłem po mieszkaniu jak opętany. Nie potrafiłem sobie znaleść miejsca. Od kuchni do pokoju i tak w kółko. Coś mnie gryzło. Chciałem porozmawiać... Ale tego dnia powiedziałem już wystarczająco dużo.
Nagle usłyszałem odgłos tłukącego się kieliszka. Spadł tuż za mną. Odwróciłem się i nic. Nie było śladu szkła, a może nie chciałem żeby był. Do dzisiaj nie potrafię tego zrozumieć. Stojąc w korytarzu spojrzałem na dwie świece, które dawały jedyne światło. Światło tak potrzebne. Światło oznajmia nowy dzień, nową codzienność, nowy smutek. Mimo iż wszystkie okna były zamknięte, płomyki świec wyraźnie chyliły się ku sobie. Jakby chciały się zbliżyć do siebie, połączyć w jedno. Pomyślałem wtedy, że światło daje życie i w tym samym momencie jedna świeca zgasła. Nie przejąłem się tym zbytnio ale rozłożyłem się wygodnie w fotelu. W tym samym, w którym wielokrotnie siadaliśmy we dwójkę, mimo iż jest bardzo wąski.
Chciałem włączyć telewizor, kiedy na ekranie zobaczyłem swoje odbicie. Młodego, przystojnego mężczyznę. Męża, który lada dzień zostanie ojcem. Szczęśliwy jak nigdy. Zamknąłem oczy, żeby Cię zobaczyć, a gdy je otwarłem, na ekranie obok świecy zobaczyłem dwoje dzieci. Chłopczyka i dziewczynkę. Mieli może około czterech lat. Trzymali się za swoje niewinne rączki. Wyglądali jak dwa małe aniołki.
Spokój i poczucie bezpieczeństwa malowały się na ich obliczach. Wiązała je niewidzialna więź. Były wieczne, prawie nikt nie może rozłączyć takich łańcuchów. Tylko śmierć. Bo jedno potrzebuje drugie, żeby żyć, żeby kochać.
Nie od dziś wiadomo, że dziecięce uczucia są nierozerwalne. Nikt nie potrafi tak kochać jak dzieci. Swoją czystą, nieskazitelną miłością obdarzają każdego, bo nie wiedzą co to zło. Dopiero za kilka lat zostaną brutalnie wyrwani ze świata swoich marzeń i snów. Do miejsca, gdzie tylko czeka się na śmierć... Dlatego każdy, kto ma swój własny świat, gdzie spotykają się ze sobą wszystkie marzenia i sny, otwiera jego bramy tylko przed wybranymi.
Przeraźliwy dźwięk dzwonka z komórki zakłócił ciszę. Nawet nie miałem siły żeby go szukać. Wciąż ta sama melodyjka... Dochodzące dźwięki wywołały u mnie jakiś okropny stan. Stałem między dwoma strumykami. Każdy płynął w inną stronę. Pierwszy w stronę światła. Miał wielką ochotę żeby tam podążąć. Woda była cieplutka i aż prosiła, żeby do niej wejść. Mimo to po strumieniu pływały łodzie. Każda mogła pomieścić nieskończoną liczbę osób. Wszędzie ten sam Kapitan. Młody, piękny w długich włosach i z anielskim wyrazem twarzy. Są na świecie ludzie, którzy odpychają swoim wyglądem. Nawet jeśli mają w sobie to coś, rzadko potrafimy je zobaczyć przez skórę. I nie dlatego, że jest to gruba skóra. Bo tak na prawdę jesteśmy ślepi...
A ten Kapitan, mimo że był tak piękny, każdemu podawał rękę. Wydawało mi się że każdy z nim rozmawiał. Kiedy przepływał niedaleko mnie, wyciągnał dłoń. Przeraziłem się. W dłoni była dziura. Jakby ktoś ją dawno temu przebił na wylot. Spojrzałem w Jego oczy. Zapraszały mnie do siebie. Tak pięknego spojrzenia jeszcze nie widziałem. Nie mogłem zrobić kroku w żadną stronę. Nagle ktoś klepnął mnie w ramię. Nikogo jednak za mną nie było. Gdy ponownie sporzałem na Kapitana, tulił do siebie jakąś dziewczynę... Była łudząco podobna do Ciebie. Zazdrość mnie opanowała. Drażniło mnie, że inni mogą pływać u boku Kapitana. Ja nie mogłem. Zrobiłem krok do tyłu. Poczułem lodowaty chłód. To był drugi strumień. Płynął do cichej otchłani. Nie było okrętów, Kapitana. Tylko głuche jęki wydobywały się z toni. Nie chciałem tam wejść. Próbowałem się wycofać, odejść. Wejść na okręt. Czy byłaś tam? Już zbyt długo Cię nie widziałem. Nagle poczułem jak ktoś ciągnie mnie za ręce. Nawet nie mogłem się opierać. Komuś bardzo zależało, żeby mnie wyciągnąć z tego szamba...
Upadłem twarzą do ziemi. Leżałem tak między dwoma strumieniami. Bez sił, bez szans na lepsze życie. Nagle poczułem chłód na mojej ręce. Ktoś jakby pisał po niej. Nie potrafiłem odczytać literek. Po chwili jednak usłyszałem dziecięcy głos. Szepnął mi na ucho : "My już cię kochamy tato". To było jak wiadro zimnej wody podczas snu. Momentalnie podniosłem wzrok. Zobaczyłem tę samę dwójkę maluchów co wtedy na ekranie…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil kryska
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…