Wróć do katalogu

Zamek w Herzleid - cz.1

Jako że większość moich textów jest długa, tym razem podzieliłem na 2 części. Historia stworzona dla koleżanki która miała na zaliczenie napisać "opowiadanie gotyckie".

PCScorpio, opublikowano , 14 min czytania, 4,2 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Najdroższa moja Lucyndo, słowa me nie są w stanie opisać w pełni wydarzeń, które w ostatnich dniach stały się moim udziałem. Zmuszony jestem jednakże spróbować, z powodu wagi tych wydarzeń, którą sama wkrótce będziesz mogła ocenić. Wszystko zaczęło się pewnego wieczora w moim niewielkim nauczycielskim mieszkaniu w Wittenberdze, kiedy jak zawsze przeglądałem przyniesione przez służącą listy. Jeden z listów przykuł moją uwagę : koperta z dziwnego żółtego papieru, zalepiona woskową pieczęcią jak w średniowieczu. Otwarłszy ją, przeczytałem, co następuje :

Herzleid, dnia 5 listopada Roku Pańskiego 1870

Szanowny Doktorze Karnapf !

Proszę mi wybaczyć, iż późną jesienną porą niepokoję Pana tak niespodzianym wezwaniem. Nazwisko moje z pewnością nie jest Panu obce, jako że podobnie jak ja zajmuje się Pan naukami przyrodniczymi w całej ich rozciągłości. Przyczyną mego listu są ostatnie dzieła Pańskie na temat nowo odkrytych właściwości krwi, wydane niedawno w Wittenberdze. Jak być może Panu wiadomo po ostatnich moich odczytach na owej znakomitej uczelni, natura krwi jest jednym z zagadnień, nad którymi pracuję ostatnio szczególnie intensywnie. Pewne spostrzeżenia zawarte w Pana pismach spowodowały, że zapragnąłem osobiście spotkać się z Panem i przedyskutować te zagadnienia, może się to bowiem okazać nieocenioną pomocą w mojej dalszej pracy. W związku z powyższym pozwalam sobie zaprosić Pana do mojej posiadłości w Herzleid. Proszę, o ile pozwolą na to Pana obowiązki, o jak najszybszy przyjazd. Mapę z zaznaczoną drogą załączam.

Z wyrazami szacunku, Gerhard Froschenstein, Profesor Nauk Wszelkich

Nazwisko Froschensteina istotnie nie było mi obce; był to profesor nauk przyrodniczych o wielu znakomitych osiągnięciach, słynął też jako badacz mesmeryzmu i innych zjawisk traktowanych przez oficjalną naukę dosyć pobłażliwie. Zdziwiło mnie jedynie, od kiedy zaczął tytułować siebie profesorem ‘nauk wszelkich’. Nagłe zainteresowanie tego naukowca moją osobą wzbudziło moje nieznaczne podejrzenia, zwłaszcza iż wymienione przezeń pisma nie zawierały tak naprawdę żadnych rewelacji. Mimo wszystko, ze wględu na swoją karierę naukową, której kontakt z tak znaną osobistością mógł pomóc w sposób znaczny, zdecydowałem się przyjąć zaproszenie.

* * *

Po kilku dniach jazdy koleją, znalazłem się wreszcie w zapomnianej przez Boga wiosce Herzleid, w pobliżu której znajdowała się osamotniona posiadłość Froschensteina. Do celu udałem się wynajętym powozem, gdyż kolej nie dochodziła tak daleko. Droga prowadziła przez las, dziką niemalże puszczę. Obserwując ciemne i groźne drzewa przesuwające się nieustannie za oknem, zastanawiałem się, dlaczego profesor obrał na swe mieszkanie podobną dzicz, i jakież to nie cierpiące zwłoki sprawy oczekiwały mnie w jego siedzibie. Pierwsza niespodzianka czekała mnie, gdy powóz zatrzymał się. Do celu był jeszcze, jak się okazało, kawałek drogi: domostwo Froschensteina okazało się autentycznym gotyckim zamkiem - niezbyt wielkim, lecz mimo wszystko dostojnie górującym na wzgórzu widocznym ponad nieprzebytym lasem. Woźnica jednakże odmawiał dalszej jazdy i wysadził mnie, wyrzucając mój kufer w błoto na drodze. Siąpił drobny listopadowy deszcz i las wokół mnie wcale nie zachęcał do spaceru, lecz woźnicy żadne pieniądze, prośby ni groźby nie mogły nakłonić do przewiezienia mnie przez ostatni etap drogi. - Nie wiem, z jakiego powodu wybiera się pan w to przeklęte miejsce - wybełkotał tylko, zabierając się do drogi powrotnej - Ja jednak nie zamierzam zapuszczać się tam razem z panem! Żegnam, i niech Wszechmogący ma pana w swojej opiece ! Z tymi słowy smagnął konie i odjechał, ja zaś zastanawiając się nad motywami tego cokolwiek dziwnego zachowania zacząłem taszczyć swój kufer w kierunku czerniejących na zasnutym chmurami niebie wież zamku. Drobny deszcz zmienił się w prawdziwą jesienną ulewę, i gdy po pół godzinie wspinałem się do bram zameczku, byłem nie tylko zmęczony, ale i przemoczony do suchej nitki. Z ochotą witałem otwierający się przede mną dziedziniec; pod obszernym dachem tego domostwa mogłem ogrzać się i wypocząć. Zameczek był piękny, ale budził także grozę; omszałe baszty wyzierające na rozpościerające się wokół lasy budziły we mnie zachwyt niezrozumiale przechodzący w dogłębny smutek. A rzeźbione gargulce pod dachem szczerzyły czarcie kły w ukrytej groźbie. Jakaś tajemnica kryła się w tych odwiecznych murach, przyprawiając mnie o nieokreślony niepokój. Mój racjonalny, naukowy światopogląd nie dopuszczał oczywiście możliwości, że coś może mi grozić ze strony duchów dawnych mieszkańców tego miejsca lub tym bardziej kamiennych maszkar; ale dziwaczne przeczucie zagrożenia zakiełkowało gdzieś na dnie mej duszy, gdy rzeźbione podwoje otwierały się przede mną. Froschenstein przywitał mnie osobiście, w towarzystwie zaledwie jednej służącej. Profesor był postawnym siwowłosym mężczyzną, na którym podeszły wiek nie odcisnął zbytniego piętna; odziany był w staroświecki żakiet, którego poły łopotały, gdy otwierał ramiona na me powitanie. Służąca, piękna młoda dziewczyna o blond włosach ukrytych pod białym czepkiem, szybko zdjęłą moje mokre odzienie i zaniosła kufer do pokoi gościnnych. - Proszę wybaczyć niewygody, drogi doktorze - opowiadał gospodarz - Tutejsi wieśniacy to bardzo przesądni ludzie; sprawy, którymi się zajmuję budzą wśród nich plotki i niepokoje. Posiłek, który wnet podadzą, z pewnością wynagrodzi panu trudności. Przed posiłkiem pozwoliłem służącej zaprowadzić się do swego pokoju - jak się okazało, autentycznej średniowiecznej komnaty o murowanych ścianach, z kominkiem, łożem i oknem wychodzącym na lasy okalające zamek. Złożyłem tam swoje bagaże i zmieniłem przemoczoną w czasie deszczowego marszu odzież. Posiłek natomiast podano w jadalni, która musiała być niegdyś głównym hallem zamku; ściany obwieszone sztandarami oraz tarczami dawnych rodów tworzyły wokół długiego stołu niezwykły klimat. Na stole zaś stanęły pieczone udźce, wątróbka, flaczki i czerwone wino. Gospodarz jadł niewiele i przez cały czas przyglądał mi się badawczo. Jego głębokie, jasne oczy błyszczące spod siwych brwi wprost przewiercały mnie na wylot tak, że czułem się nieco zakłopotany. Wreszcie zaczął rozmawiać ze mną na temat moich badań i publikacji. - A więc zajmuje pana krew, doktorze? - zagadnął. - Tak, była to moja specjalizacja w czasie studiów medycznych... W ostatnich pismach, o których pan wspominał, koncentrowałem się na nowych doświadczeniach z przetaczaniem krwi i jego skutkami u pacjentów... - O ile się nie mylę, w jednym z owych pism nawiązał pan też do dawnych legend o upiorach. - Upiorach?? - Wampirach, jeśli

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych