Wróć do katalogu

Zamek w Herzleid - cz.2

"Opowiadanie gotyckie" - część druga

PCScorpio, opublikowano , 16 min czytania, 4,4 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

(aby znaleźć część 1, kliknij w Portfolio > Lista publikacji :)

* * *

Trzeci dzień upłynął w całkowitym odosobnieniu. Przeglądałem dzieła zgromadzone w bibiliotece profesora, jego samego jednak nie widziałem przez cały dzień. Spacerowałem po zamku, czasem wyglądałem przez okna, jednak widok spowitych we mgle lasów wprawiał mnie w tak niezwykłą melancholię, że postanowiłem wreszcie trzymać się jak najdalej od okien do czasu wyjazdu z tego dziwnego miejsca. Większość czasu spędziłem na leżeniu w swoim pokoju i ponurych rozmyślaniach. Wreszcie późnym wieczorem, Heidi przyniosła mi wiadomość, że profesor oczekuje mnie w swojej prywatnej pracowni. Wreszcie miałem tam wejść ! Zaniepokojony, ale również podniecony tą perspektywą pozwoliłem się zaprowadzić na miejsce. Pracownia mieściła się w podziemiach zamku. Pragnąc jak największej tajemnicy, profesor trafnie ukrył ją wśród lochów, w których za dawniejszych czasów ich więźniowie musieli cierpieć niewysłowione okrucieństwa. Zupełnie oniemiały, szedłem za swoją przewodniczką poprzez kręte i ciasne korytarz, oświetlany jedynie pełgającym płomykiem trzymanej przez nią pochodni. W tym podziemnym labiryncie sam nie znalazłbym drogi nawet przez rok. Wreszcie wędrówka skończyła się... Oczom moim ukazał się obszerny loch oświetlony przez setki pochodni i świec. W jego głębi, pośród dziesiątków półek zalegających murowane ściany, między stołami i dziwacznymi machinami, widniała sylwetka mojego gospodarza. Zamiast profesorskiej bieli odziana była jednak w czarny płaszcz. - Otóż i tajemna pracownia profesora - zawołałem, pomimo niepokoju siląc się na dobry humor - Wreszcie spotkał mnie ten zaszczyt ! Dziękuję ci, moja droga, za pokazanie drogi do tego...?! Głos mój urwał się, gdy ujrzałem, że Heidi leży bez życia na posadzce. Rzuciłem się do niej, dotykając pulsu, ujmując w dłonie jasnowłosą głowę. Oczy były puste, ciało całkowicie zimne. Wiedziałem już, dlaczego jej dotyk wydawał mi się tak dziwny. To ciało nie umarło; zdawało się, że nigdy nie posiadało życia. - Głupcze ! - usłyszałem rechoczący głos Froschensteina - Nie dałeś się oszukać wczoraj, nie mów więc, że aż tak dziwi cię to odkrycie! Czyżby zwiodła cię ta kukła, którą stworzyłem pradawną magią? Nie martw się jednak; ten błąd będzie twoim ostatnim. Wstając na nogi, odruchowo obróciłem się ku drzwiom. Te jednak zamknęły się - same. Niewidzialna siła zatrzasnęła je z hukiem; ciężkie skoble zasunęły się, klucz szczęknął w zamku. - Nie ma stąd wyjścia - oświadczył profesor, który, jak się zdawało, dokonał tego wszystkiego jednym ruchem ręki. Obróciłem się powoli. Spojrzałem jeszcze raz na ciało Heidi, tak pięknej teraz w swojej martwej bezbronności. Sztuczny człowiek? Kukła stworzona magią? Magia? Rozglądałem się po pracowni. Po przedmiotach ustawionych na półkach. I na stołach. Setki butelek, retort i antałów z cuchnącymi cieczami niewiadomej proweniencji. Wijące się po ścianach rurki. Szczypce, noże, sztylety, igły i piły, i narzędzia, których nie potrafiłem nazwać, które jednak z całą pewnością nie wchodziły w skład wyposażenia zwykłęgo badacza przyrody. Rzędy pękatych słoi zapełniające półki zawierały w sobie rzeczy, na które patrzeć nie miałem najmniejszej ochoty. Węże, glisty, wije, skolopendry i robactwo nienazwane przez naukę. Zakonserwowane serca, wątroby, zwoje jelit i innych wnętrzności. Gałki oczne unoszące się w bulgoczącym konserwancie. Ucięte głowy i dłonie. I płody wyrwane z łon matek. A na półkach w najdalszym kącie pracowni, oświetlanym przez mnóstwo świec ustawionych wokół ludzkich czaszek, piętrzyła się biblioteka profesora Froschensteina. Prawdziwa biblioteka, dzieła dostępne tylko nielicznym. Tytuły wymalowane zawiłym gotykiem na grzbietach były trudne do odcyfrowania. - ‘Necronomicon’... ‘De Vermiis Mysteriis’... ‘Magii Czarney Wszelakiey Kompendium Zebrane’... ‘O Demonach i Duchach Otchłani, I Ich Przyzywaniu’... - drżące wargi w końcu odmówiły mi posłuszeństwa - Przeklęte, zakazane dzieła... Profesorze... Froschenstein ! Kim jesteś, człowieku? Nie jesteś przyrodnikiem. Alchemik! Przeklęty czarownik ! Mój gospodarz zaśmiał się strasznie. - Studiuję tę wiedzę od dawna. Znalazłem w niej to, czego nigdy nie nauczy mnie nędzna nauka śmiertelników. Odwieczne sekrety, klucze do władzy nad światem. Ostatnim zaś kluczem jesteś ty, drogi doktorze. I twoja bezcenna krew. - Moja krew? Czego chcesz ode mnie, obłąkańcze? Dlaczegóż moja krew miałaby być tak ważna? - Wiesz o tym lepiej, niż ja. Wkrótce jednak i ja się tego dowiem. Pradawny egipski rytuał, który może mi dać moc równą bogom, wymaga jednego skłądnika, którego poszukiwałem od lat. W końcu jednak znalazłem go w tobie. Krew prawdziwego wampira. Cofnąłem się pod drzwi i zacząłem szarpać skoble, ale otworzyć ich nie było sposobu. Froschenstein nie zważając na moje wysiłki grzebał wśród swoich narzędzi. Wyciągnął w końcu dziwny przyrząd, podobny do wąskiej szklanej butelki, z jednej strony zakończonej długą igłą. Napełnił go podejrzanym płynem z jednej ze swoich retort i zatkał wylot czymś podobnym do tłoku. Blask igły przeraził mnie. Zaprzestałem szarpania i oparłem się o drzwi. - Jesteś szalony, nieszczęsny starcze ! Ja miałbym być wampirem? Skąd taki pomysł? Twój rozum zanikł od starożytnych bajek, które studiujesz ! - Dajmy pokój dziecinnym wyzwiskom. Długo szukałem magicznymi sposobami śladu któregoś z was; w końcu odkryłem emanacje dziwnej mocy z Wittenbergi ! To doprowadziło mnie na twój trop. Wybitny przyrodnik, tak zainteresowany krwią! Dziwny lekarz, który swych pacjentów przyjmował tylko wieczorem i nocą! Który nigdy nie wygłosił odczytu za dnia! Twoje ostatnie pisma zdradziły cię całkowicie. Nie zdradziłeś się w rozmowach i nie skusiła cię moja przynęta; teraz jednak jesteś mój. Twoja krew i dary, które daje, są moje. Trzymając przyrząd z igłą, ruszył do osobnego stolika, na którym leżało obok siebie mnóstwo dziwnych rzeźbionych przedmiotów: starożytne talizmany, magiczne amulety, skalpy, kurze łapki, leki i totemy wszelkiej maści. Wydobył spośród nich rzecz nieoczekiwaną: wielki, srebrny krucyfiks. - Ten znak ochroni mnie przed twoim atakiem - rzekł, wyciągając go daleko przed siebie - Dzięki temu schwycę cię i zaprowadzę do stołu, do którego przywiązany będziesz srebrnym łańcuchem. Potem wypompuję z ciebie krew, potrzebną mi do rytuału, kóry przekaże mi drzemiącą w niej moc. Jeżeli przeżyjesz, dokonam na tobie dalszych eksperymentów. Profesor Froschenstein - mag i znawca demonów; przyrodnik, który pierwszy zbadał żywego wampira! Przerosnę wszystkich alchemików wszechczasów ! Wyszedł zza stołu i uczynił parę kroków w moim kierunku. Gdy mimo woli przyjąłem postawę obronną, wcisnał lekko tłok przyrządu z igłą, który wówczas wyrzucił z siebie fontannę kropel - co budziło skojarzenia tak nieskromne i wstrętne, że w trosce o Twe dziewicze serce nie przytoczę ich wcale. - W tej strzykawce znajduje się woda święcona z wyciągiem z czosnku - rzekł - Jeżeli spróbujesz jakiejkolwiek sztuczki, wstrzyknę ci to. Nie muszę chyba mówić, jakie to będzie mieć efekta. Jeśli nie chcesz umrzeć w większych cierpieniach niż to konieczne, nie ruszaj się. - A jeżeli mylisz się - odparłem - Jeśli wampiry nie istnieją, a ja jestem zwykłym człowiekiem? Czy staniesz się mordercą, czy będziesz mógł żyć z piętnem swojej winy?! - Froschenstein nie myli się nigdy. Gdyby jednak to nastąpiło, czy myślisz, że pierwszy raz odbieram życie? - mag ścisnął mocniej krucyfiks i uśmiechnął się pobłażliwie - Dobro nauki wymaga brutalnych posunięć. - Przeklęty czarowniku ! - zakrzyknąłem z pianą na ustach - Przeklętyś ty i ziemia, która cię nosi! Ile jeszcze żywotów odbierzesz w imię swoich szalonych idei?! - Jeden żywot z pewnością - alchemik roześmiał się śmiechem tak paskudnym, że opisać tego nie zdołam. Z tymi słowy zaczął zbliżać się do mnie. Igła strzykawki lśniła w jego prawej ręce, w lewej zaś kurczowo ściskał krucyfiks, niemal zasłaniając…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych