Zapach Lavendy - cz. 5
Ostatnia część, wielki finał, szokująca prawda! :) Zakończenie historii o problemie z piekła rodem. Jeśli podobały się Wam poprzednie części, to tę musicie przeczytać obowiązkowo.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Ruszył dalej; po około dwudziestu metrach galeryjka znów przechodziła w zwykły korytarz, lecz tym razem po prawej stronie ukazało się jeszcze wąskie przejście, a za nim strome schody, znowu prowadzące w górę. Po kolejnych kilkudziesięciu stopniach poczuł wreszcie na twarzy lekki, ciepły powiew... schody kończyły się otworem w sklepieniu, przez który wesoło mrugały do Barnavy niezliczone gwiazdy. Podszedł cichutko jeszcze parę kroków i wyjrzał ostrożnie na zewnątrz. Znalazł się na szczycie niewielkiej baszty bez żadnych flanek, dzięki czemu nawet teraz, z poziomu de facto podłogi, widział dziedziniec zamku, mury obronne i światła miasteczka za nimi. Nie licząc bladej poświaty księżyce, dziedziniec, podjazd, stajnie i mury wokół nich były niemal całkowicie pogrążone w ciemności, jedynie tu i tam pełgał płomyk lichej pochodni, bardziej niż do źródła światła podobny do wiercącego się, żółtego robaczka na czyimś czarnym surducie. Co za przeklęty skąpiec, pomyślał Barnava, śpi na złocie, a żałuje na świece, na remonty, na wszystko! Ogarnęło go autentyczne wzburzenie, chociaż z oczywistych względów ciemność była mu teraz na rękę. Spojrzał za siebie i wśród wyraźniejszej teraz, rubinowej mgiełki dostrzegł jeszcze trzy podobne wieże; razem z tą, na której się znajdował tworzyły kwadrat połączony murem, nad którym nieco górowały. A pośrodku niewielkiego podwórca, skryty przed niepożądanymi gośćmi, zawistnymi spojrzeniami i knowającym szpiegostwem, bezpieczny we wzmacnianej stalowym rusztowaniem szklanej kopule, rósł sobie spokojnie eutzlotzlahliphphitquoaesh, chociaż Barnava wciąż używał krótszej wersji jego nazwy. Krwista poświata biła właśnie od niego, załamując się na szkle, skrząc się i tańcząc po jego powierzchni niczym nieuchwytne wspomnienie. I rzeczywiście, można było samemu się domyślić, jak wygląda wielki banan. Z delikatnym czubkiem. Barnava wyszedł z ukrycia i, nikogo nie dostrzegając, zeskoczył na mur poniżej. Właściwie to, że nikogo jeszcze nie napotkał, zaczynało go już trochę niepokoić. Szło mu tak jakby za łatwo. Czyżby Rothild był aż tak pewny siebie? Ataku z wewnątrz mógł się raczej nie spodziewać, ale ta pustka na korytarzach była wręcz zuchwała. Nikt jednak nie zdawał się interesować jego skromną osobą. Dlatego stanął na krawędzi muru i wyjął z torby przeklętą butelkę, od której to wszystko się zaczęło. Czas się od niej wreszcie uwolnić! Niestety, gdy uważniej spojrzał na szklaną kopułę dostrzegł, że wszystkie okna, o których wspominała Lavenda, są zamknięte. Szlag, zaklął w duchu. Diabli! Zamknęli je na noc, to było do przewidzenia! Jedynie u samej góry otwarte były cztery niewielkie lufciki, jednak – chociaż dzieliło go od nich nie więcej niż pięć metrów - niewielka była szansa na to, by celnie trafić do środka – po ciemku, i za pierwszym razem. Wychylił się jeszcze, przymierzył do rzutu tylko po to, by się upewnić, i wtedy zauważył... ...że nie zwrócił na coś uwagi. Oto umilkł świerszcz, grający gdzieś niedaleko, a faktura pustki za plecami Barnavy uległa delikatnej zmianie, sugerującej jakiemuś szóstemu zmysłowi, że już taka pusta nie jest. A może chodziło o to coś ostrego i chłodnego, co delikatnie, ale stanowczo dotknęło jego karku. - Mógłbyś wyświadczyć sobie przysługę i skoczyć z tego muru głową w dół – dobiegł go zza pleców chrapliwy głos. – Ale myślę, że nie masz na to dość odwagi, co? Nieprzyjemne śmiechy za plecami sugerowały, że właściciel ostrego przedmiotu nie jest sam. - Odwróć no się powoli, i bez numerów. Dobra, mamy go! Na ten okrzyk na dwóch sąsiednich basztach pojawili się łucznicy, a kilku kolejnych żołnierzy z chrzęstem i stukiem ekwipunku wybiegło na plac pod nimi. - Wpadłeś, bratku! – ostra rzecz okazała się mieczem, a jego posiadacz niewysokim, krępym typem z gębą krzywą, w hełmie trochę za dużym i z nastroszonym wąsem przypominającym emerytowaną miotłę. Za nim stał oddział zamkowej gwardii; broń i pancerze połyskiwały efektownie w świetle księżyca. – Myślałeś, że cię tak tu dopuścimy, co? Że pewnie nawet nie wiemy, że uciekłeś, co? I że tak ci pozwolimy się tu szwendać, na pewno, do kroćset, i łazić po zamku, i zmajstrować co tam chciałeś, co?! – kiedy tak krzyczał, przypominał marszowy werbel – kilka bardzo szybkich uderzeń, pauza, znów tremolko, i znowu przerwa. Ekscytował się przy tym co niemiara, skutkiem czego hełm co i raz lądował na nosie. – Bo pewnie masz nas za wiejskich głupków, co? - Gdzieżbym śmiał powziąć taki zamysł, mospanie – wypalił Barnava szybciej, niż zdążył pomyśleć. - Co? - Mówiłem, że... - Żem tam słyszał, coś powiedział! Ręce trzym w górze, i puść to to, co tam trzymiesz! – pomimo okropnej składni, Barnava polecenie zrozumiał. Zaczął powolutku, by nikogo nie sprowokować, schylać się, jakby chciał butelkę postawić pod nogami. - Chciałem tylko powiedzieć, panie... - Co? – zaskoczył wszystkich słownictwem strażnik. - ...gacie wam spadły. - Css...?! Była to dosłownie sekunda, w dodatku okupiona wierutnym kłamstwem, lecz Barnava wykorzystał ją doskonale bez cienia skrupułów. Gdy kurdupel zakłopotany opuścił wzrok, wybił się mocno z lekko ugiętych nóg i poszybował w tył... - E! On kłamał! – doleciał go jeszcze krzyk gwardzisty. – Łapać go! Jeśli przeżyję, myślał lecąc w dół, znajdę sobie spokojną, normalną żonę, założę spokojną, normalną rodzinę i będę odtąd wiódł spokojne, normalne, może nawet nudne życie. I będę szczęśliwy. A jeśli zginę, zostanę spokojnym, normalnym umarłym. Odprawią mi spokojny, normalny pogrzeb... Trafił w sam środek dużej tafli szkła. Rozpadła się na tysiące odłamków, które skrząc się i migocząc w krwawej poświacie, deszczem rubinów opadły wraz z nim ku niewielkiemu trawnikowi, zadbanemu jak córka lorda na wydaniu. Barnava zdołał jednak w locie się obrócić, tak że zamiast spaść wprost na szmaragdową murawę, wylądował na pniu eukookalippituosa, obejmując go niezgrabnie rękami i nogami. Na moment odebrało mu dech, po czym osunął się powoli w dół, żłobiąc palcami głębokie bruzdy w miękkiej jak ciasto egzotycznej roślinie. Gdzieś obok świsnęła strzała, ale ktoś w górze krzyknął: - Nie strzelać! Uszkodzicie roślinę! Biegiem na dół, szybko! Barnava tymczasem dość niezgrabnie wylądował na ziemi. Fragment zieleni, na którym rosła magiczna roślinka, był kołem o średnicy około sześciu metrów – był to naturalnie szczyt wieży, którą zauważył na piętrze poniżej. Wyrastał dobre pięć metrów nad poziom dziedzińca, więc zgromadzeni poniżej strażnicy dużo krzyczeli i brzęczeli żelastwem, ale póki co nic nie mogli mu zrobić. - Drabinę! Prędko! Łapać go, niecnoty! – darł się z góry posiadacz wąsów. Barnava wiedział, że czasu ma mało. Butelka wypadła mu z rąk, gdy lądował na pniu, i rozbiła się chyba nie dość blisko, by zaszkodzić przedstawicielowi zagranicznej flory. Jednak miał wrażenie, że czerwony poblask mimo wszystko jakby osłabł. Zapewne skutkiem ran, jakie eukookalippituos odniósł podczas jego podróży w dół. Nie było co zwlekać; paru strażników rozbiegło się już w poszukiwaniu drabiny. Wyjął zza paska nóż, który zdobył uciekając z lochu, i bez litości zaczął piłować nim pień rośliny. Piłował zapamiętale, śpiesząc się jak diabli, co chwilę zerkając ku krawędzi trawnika, czy już ktoś się doń nie wspina – czas uciekał, a jedyną nadzieją na doczekanie jutrzenki była ewentualna interwencja Lavendy... spływały po nim kolejne strużki potu, ramiona zaczynały boleć, ale piłował, dźgał i kroił, jakby słońce miało więcej nie wstać – co w odniesieniu do niego, w pewnym sensie, było prawdą. Jeśli jednak roślina była tak wrażliwa, jak mówiła dziewczyna, lada chwila powinno być już po niej. Ktoś przystawił do kopuły pierwszą drabinę; Barnava zaczął ciąć jeszcze szybciej. Nie chciał tracić czasu na wybijanie kolejnej szyby i odpychanie drabiny, a był już tak blisko końca... - Szybciej! Łapcie go szybciej, dorwijcie go, wy powolne bydlęta! – krzyk dochodzący z góry był tak przepełniony wściekłością, że momentami przechodził w falset. – Nakarmię wami świnie, do jasnej cholery! Posiekam i spalę! Ruszacie się, jakbyście kim byli, co? Co?! Barnava podniósł się z klęczek. Widział już hełm pierwszego żołnierza wspinającego się ku niemu, pojawiły się również kolejne drabiny. Jeszcze miał szansę! Z całych sił naparł na osłabiony, podpiłowany pień eukookalippituosa, w tym samym momencie pierwszy ze strażników rozbił mieczem szybę i zaczął gramolić się do środka. A za nim szli następni. Pchnął mocniej... - Nieee!!! Patrzcie co on robi! – kwiczało z góry. - Zatrzymać go, zatrzymaaać! Aaach! ...i gruby, zielonkawy pień złamał się, przechylił i powoli, majestatycznie, jakby wyczuwając dramatyzm chwili, osunął w dół, w połowie drogi ku swojemu końcowi zahaczając czubkiem o metalowe rusztowanie kopuły – i zatrzymując się. Zapadła cisza; wszechobecna, pełna wyczekiwania cisza, a wszyscy zamarli tak, jak stali – biegnąc, wspinając się czy tłocząc na dziedzińcu. Umilkły krzyki, rozkazy, chrzęst pancerzy, stukot obcasów, nawet nocne ptactwo. Strażnicy z niedowierzaniem, szeroko otwartymi ze strachu oczyma patrzyli na przekrzywiony pień. Znieruchomiały uniesione miecze, opadły szczęki, serca przestały bić, a płuca oddychać. Wszyscy czekali na kolejny ruch Przeznaczenia. Gdyby w tym momencie na niebie rozgorzały ognie Apokalipsy, a aniołowie zadęli w złote trąby, prawdopodobnie nikt z zebranych nie zwróciłby na to uwagi. A gdyby znalazł się wśród nich ktoś obdarzony wyjątkowo czułym słuchem, jego uszu doleciałby cichutki, krótki, pełen boleści pisk, i mógłby pomyśleć, że to jakaś przerażona myszka biada nad tym, co się właśnie stało. Ale to nie była żadna myszka. Żadna myszka nie ma takich wąsów. Z zastoju pierwszy ocknął się Barnava, postanawiając dopełnić dzieła – przyskoczył do pnia i zaczął kopać, z całych sił próbując przełamać go na pół. Niemal w tym samym momencie z góry dobiegł opętańczy krzyk: - Strzelać! Strzelaaać! Zabić go, obedrzeć ze skóry, aaarrghh! Wbić na paaal! Świat wrócił do gry. Strażnicy wznowili bieg, a Barnava kątem oka dostrzegł pierwsze trzy strzały, zmierzające ku niemu ze swym zabójczym przesłaniem, cisi posłańcy śmierci – i zdążył jeszcze pomyśleć, że takie szczegóły zauważa się podobno jedynie tuż przed zgonem. I że chociaż umysł to dostrzegł, ciało nie zdąży już zareagować. Że to już koniec... I wtedy ktoś krzyknął donośnie: - Esztur, k'haba omnneth! Znowu wszystko ucichło, jak makiem zasiał. Wszelkie dźwięki urwały się nagle jak marne podwiązki. Barnava, nie doczekawszy śmiertelnego ciosu, w końcu odważył się otworzyć oczy – a od tego, co ujrzał, miał prawo nabawić się solidnego bólu głowy. Kolory nagle gdzieś wyparowały, pozostawiając po sobie jedynie różne odcienie szarości niczym własne widma, słabe, niewyraźne i dalekie. Martwa cisza, niczym ciężka, czarna kotara otuliła świat całkowitym przeciwieństwem brzmienia; był to coś, co znajdowało się na rewersie monety, którą dzieliło z dźwiękiem. Ludzie zastygli w ruchu jak namalowani, jak posypane szarym popiołem doskonałe posągi wykute ręką samego Boga, dzierżącego dłuto stworzenia. Ale najdziwniejsze chyba były strzały, które zawisły w powietrzu zaledwie kilka grubości palca od twarzy Barnavy, niczym patyczaki, które ukradły pająkom sekret przędzenia niewidzialnych nici. Mówiąc krócej, ze światem stało się coś naprawdę niecodziennego. Ale zanim zdążył się naprawdę zdziwić, w obłoczku czarnego dymu, z cichym puknięciem niespodziewanie pojawiła się ona. Dyszała z wściekłości – ale była to wściekłość tego typu, jaką odczuwa się z radości, że w końcu można zrobić coś naprawdę brzydkiego komuś, kto już dawno na to zasłużył. - Zaczekaj tu na mnie! – krzyknęła głosem, któremu raczej nie należało się sprzeciwiać. – Zaraz wracam! Po czym wyszła tak, jak weszła. A po niecałej minucie, podczas której Barnava z niedowierzaniem przyglądał się szaremu światu, znów rozległ się odgłos podobny do wyciąganego korka szampana i Lavenda stała już przed nim, z wyrazem tryumfu na twarzy. Tuż obok niej stał komisarz Rothild, którego trzymała za kark – tak samo szary i znieruchomiały jak i cała reszta. Usta miał otwarte, twarz zaniepokojoną, lewą ręką coś komuś wskazywał, a w prawej trzymał wysokie buty. Na tle swoich strażników wyglądał nieco komicznie w nocnej koszuli i czepku na głowie. - Uwierzysz? – zawołała dziewczyna. – Już, kanalia jedna, próbował mi uciec! A taki był niedawno odważny, że o! - Lavendo! – krzyknął Barnava. – Co to…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil marcinos83
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…