Wróć do katalogu

Zapiski cz.1

Pierwsza "edycja" moich zapisków [dzielona kolejno na trzy cześci - Polska, Anglia oraz Szkocja ] - są to wspomnienia głównie z Wielkiej Brytani - aczkolwiek poświeciłam też trochę uwagi akcji w Polsce.

merkowaty, opublikowano , 24 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Okres od połowy 2004 roku do końca 2005.

POLSKA

Był to jeden z tych błogich dni, zwanych przez ludzi „sobotą”, spędzanych u R., w jej małym pokoju. Pokoik, nie za duży. Idealny na to, aby myśli się w nich nie gubiły, idealny na to, aby się o mury nie rozbijały. Ja przesiadywałam na fotelu, kręcąc się na nim – taki mój tik nerwowy. R. zataczała małe kółka Piszę to, bo wiecie – takie dni były „ułożone” według schematu, który nie istniał. Taki schemat przyzwyczajenia, gdy zniknie, czujesz, że coś Ci brakuje w smaku, jakie ma życie. W przerwach między rozmowami, dosięgała nas cisza, panująca w domu. Dom, który nigdy nie pozwalał wdzierać się dźwiękom do środka. Zdawać by się mogło, że nawet dźwięk dzwonka do drzwi był przez niego tłumiony. Raz jednak, dźwięk odważył się to zrobić. Rozerwał ciszę. - Pójdę zobaczyć, kto to. R. nigdy nie otwierała drzwi bez wiedzy, kto za nimi czeka. - O, kurier… - Powiedziała ze zdziwieniem. Każdy dzwonek do drzwi był dla niej równoznaczny z kolejną rudą spławiania szkodnika. Człowieka. - … aż dziw bierze, że paczka dotarła… i to jeszcze w sobotę. Chodź ze mną. Wstałam leniwie z fotela, aby podążać za poganiającym spojrzeniem R. Czasem niedobrze mi się robi, gdy czytam w książkach, że ktoś w pośpiechu, strachu, albo w radości zeskakiwał po trzy stopnie ze schodów. Pomyślcie, tylko trzy stopnie! R. zeskakiwała całą kondygnację – inaczej schodzić już nie potrafiła. - Dzień dobry! – Zawołał żywo młodziutki kurier. – Jest ktoś dorosły w domu? Nie słyszałam odpowiedzi R., ale widziałam za to niepozorny ruch – zaciśnięcia palców w pięść. Wahała się najwyraźniej – zabić kuriera czy nie? - O, może pani odbierze przesyłkę? – Zwrócił się do mnie chłopak wcale nie speszony milczeniem R. Odebrałam. Gdy kurier odszedł, R. wciąż stała w miejscu. Ujęłam delikatnie jej dłoń. Nigdy nie potrafiłam być „szorstka” wobec niej. Jej było to zupełnie obojętne, lecz mi już nie. - No chodź, mała dziewczynko. – R. była wysoka. – Zabijesz go innym razem. - R. miała 16 lat, ale każdy, kto jej nie znał, myślał, że jest już na pewno pełnoletnia. Milczała do końca dnia, posępnie uśmiechając się kącikiem ust.

***

Wpadłam jak burza do mojego pokoju, gdzie znajdowała się R. Szalałam, trzepiąc się po małym pomieszczeniu, gdzie było okno, a z okna widok na nic. Osoba trzecia uśmiała by się na nasz widok. R. siedziała spokojnie przy komputerze, niczym nie wzruszona. Była jeszcze w piżamie. Ja w czapce uszatce, jedynej czapce, w której nie wyglądam jak przypał. Z głową przechyloną na bok, wpatrywała się w zdjęcie dziewczyny, którą najwyraźniej obdarzyła mocnym uczuciem. Prawdę mówiąc, R. nigdy w nic dobrze nie celowała, i tym razem znów spudłowała okropnie. Kot R. spojrzał na mnie z pogardą. Nie byłam mu dłużna. R. nie lubi kotów, ale ja je uwielbiam. Po co ona go trzyma? Tak. Ja nie mam serca do zwierząt, ale R. je kocha. Nie potrafi starego darmozjada wyrzucić na dwór, żeby wybił wszystkie żyjątka w okolicy. - Hmm… - Mruknęła R. „niby” przyłapana na zamyśleniu. Jak dobrze, że tym razem wróciła na ziemię, dzięki odgłosom mojej walki z kotem. Nawet nie wiecie, ile zawsze kosztowało mnie wysiłku przytachanie armaty, której huk wystrzału ściągał R. na ziemię. - Pokaż ją. – Warknęłam do niej. Wcale nie chciałam, aby tak to wyszło. - NIE! – Krzyknęła zrozpaczona. - Ej, pokaż! Chcę…! Power off w komputerze. Spryciara. - Tyyyyyyy…! – Zarzuciłam ręce na jej szyję. Ona w pisk. Nie krzyczała „Gwałcą!!!” tak jak zawsze, gdy się z nią bawiłam. Obie byłyśmy w podłym humorze. Takim „wisielczym”. Nigdy nie chciała mi powiedzieć, dlaczego nie lubiła, aby dłonie znajdowały się na jej szyi; dlaczego dopuszczała tam tylko usta spragnione skóry. Zaczęłyśmy się bić. Często się biłyśmy, bo po tym nabierałyśmy do siebie szacunku. Cicha woda. Jak to było, że jej smutne dłonie, potrafiły się zacisnąć w kościstą pięść i tak bezdusznie uderzać nimi - niczym w bęben – w mój brzuch? Jak ona to robiła, że rozkładała mnie na podłodze jak ręcznik na plaży, siadała na mnie pewnie i biła tak długo, aż nie ujrzała łez, zrodzonych przez bezsilność? Składała mnie po tym wszystkim. Jestem tylko człowiekiem, a ona miała do mnie instrukcję.

***

W przedostatni dzień przed wylotem do Anglii patrzyłam na gwiazdy. To był taki wspólny dzień z R., który pamiętam jak przez mgłę. A słowo daję, byłam trzeźwa i nawet soku jabłkowego nie piłam. Wieczór, a konkretnie ten krótki moment, pamiętam dobrze, wyraźnie. Kolory rysują mi się w pamięci tak samo rześko, jakie było tej nocy powietrze. Usłyszałam za sobą kroki R. - Jak to jest? - Z czym? R. nigdy do mnie nie mówi po imieniu. - Z gwiazdami. R. spojrzała przelotnie na gwiazdy. Nie lubiła na nie patrzeć, bo czuła się wtedy tak cholernie samotna. - Ludzie patrzą się na nie i wskazują sobie, że ta jest ładna i ta, a tamta, a tamta po lewo z tymi po środku, to wyglądają nawet jak niedźwiedź. Stałam tak z R. na balkonie. Przyjemnie było oczy wlepiać w te świecidełka. Nigdy na nie patrzeć za dużo nie miałam okazji. Może kiedyś, jak będę w woju, w okopie siedzieć na nocnych ćwiczeniach., wspomnę tą chwilę. - Która jest najładniejsza? – Spytała R. - Chcesz jedną? - Tak. Głupie zachcianki. Spojrzałam na nią. - Idź do lustra i spójrz na swoją twarz. – Cisza. – Może dojrzysz wreszcie dwie piękne gwiazdy. Tyle, że zielone. - Mam zgniłego koloru oczy. Powstrzymałam się od parsknięcia z niezadowolenia. Długo milczałyśmy. - O zobacz! Jest! -Co? - Gwiazda! - Gdzie? - No jak to gdzie? – Podeszłam do niej i wskazałam jedną piękną gwiazdę. Gdyby była większa i bardziej „rozgwiaździsta”, nadawałaby się na choinkę. – Widzisz? – Nawet nie licz na to, że ktoś kiedyś dojrzy gwiazdę, którą wskazujesz.

ANGLIA

- Widzisz tamtą rodzinę grubasów? – Spytał ojciec. - Którą? - No tamtą! - Ale którą?! - No nie widzisz?! - Widzę! Ja tu widzę ruska w czapce uszatce, widzę chińczyków, widzę Murzynów, widzę panią w futrze, widzę ludzi, którzy wrócili z ciepłych krajów. – Stwierdziłam, bo było to zupełnie oczywiste. Tym bardziej, że byliśmy na lotnisku Stansed. - Ale widzisz tamtą rodzinę grubasów, obok telefonów i małych chińczyków? - Widzę. Widzę, że Anglicy to same spasione dupy. - A nie mówiłem? Tak wyglądała dla mnie „pierwsza Anglia”.

***

- Wiesz co, ciepło tutaj jest, buty zmienię na letnie adidasy. – Zagadnęłam do ojca. Miałam na stopach „buty zimowe” – bez nich oraz ciężkiej kurty zimowej zamarzłabym. Zanim wylecieliśmy, Polska została zasypana śniegiem. Byliśmy na lotnisku, przy budkach telefonicznych. Mama ledwo wylądowała na Wyspach Brytyjskich, a już musiała wszystkich obdzwonić. Ja nie miałam takiego problemu. Kto by się mną martwił, tam w Polsce, że samolot mógł spaść? Gdyby spadł, większa połowa ludzi z rodzinnego miasta zacierałaby z zadowoleniem ręce, mówiąc „A nie mówiłem? Mało im było, to jeszcze do Anglii musieli polecieć! A teraz co? Zginęli! A nie mówiłem, że trzeba było zostać?”. Jak malutkie grono byłoby ludzi żałujących się mojej rodziny – gdyby coś nam się stało. - Pewnie. Zmień, bo będzie Ci w pociągu gorąco. Złapałam za swoją zieloną, materiałową walizę, która ważyła 23 kg. No tak – zamknęłam ją na kłódeczkę, aby nikt jej nie okradł. Cholera! Przecież w tamtej chwili byłam jeszcze „świeżo” przewrażliwiona na złodziejstwo Polaków. - Mam kluczyk na naszyjniku. Odepnij mi go. - Już już. Rezultat był taki, że i kluczyk i naszyjnik (od M.K.) poleciały na zimną posadzkę. Spojrzeliśmy bezradnie po sobie. Nagle obojgu nam zaświtała jedna myśl: „Szukać, bo ukradną!” - obawy, niczym Polsce. Cholera, w Głownie przecież kradli wszystko. Nawet kwiaty z ogródków wykopywali. Pamiętam do tej pory, jak ze zdziwienia wyjść nie mogłam, gdy M.K. opowiadała mi, jak jej mama zasadziła kwiaty, a następnego dnia były już tylko dziury w ziemi. Miotaliśmy się bezradnie, w poszukiwaniu malutkich przedmiotów, które jak na złość, kolorem były niemal identycznie do podłoża. - Tam jest! Spojrzałam na ojca, a on na mnie, jak gdyby każde z nas uważało, że jedno drugiemu kawał robi i mówi do niego po angielsku. - Tam jest, obok telefonu. Coś zaskoczyło w moim mózgu. Wyprostowałam się i ujrzałam szykowną kobiecinę w futrze, wskazującą palcem (na którym pobłyskiwał jakiś pierścień) moją zgubę. - Dziękuję. A więc Anglicy zamiast z radością przyglądać się czyjemu nieszczęściu i przeszkadzać przy tym – rzeczywiście pomagają.

***

Herman zaprowadził mnie do collegu, który był za pierwsza przecznica od ulicy głównej, przy której leżała moja secondary school.. Gdy wchodziłam do budynku, miałam nieodparte wrażenie, iż jestem na lotnisku. Ogromne, zielone boiska oraz budynek collegu, który nie przypominał ani trochę szkoły – taki oczywisty wzór polskiej szkoły - sprawiały niesamowite złudzenie. Przesz szyby było widać bibliotekę, gdzie najwięcej miejsca poświecono komputerom. Widziałam małe kawiarenki, gdzie młodzi i starsi ludzie zajadali sobie. Widziałam salon fryzjerski. Mijałam ludzi, swobodnie, normalnie ubranych, chińczyków, Murzynów, dorosłych ludzi. To nie mogła być szkoła!

***

Phil, szczupły facet po 50, menager kursu ESOL wypytywał mnie o dane osobiste. Gdzie mieszkam, gdzie mieszkałam w Polsce, jakimi językami posługuję się, nr telefonów, zawody wykonywane przez rodziców - w każdym razie wszystko, dzięki czemu z łatwością mogli mnie zidentyfikować. Tylko zdjęcia nie chcieli. - Czy...w tej szkole są jacyś Polacy? - Spytał Herman. Przejmował się mną, jak własnym dzieckiem. - Hmm... Nie...mamy studentkę, która mówi chyba po rosyjsku... Ale polaków tutaj nie ma. A wiec byłam pierwszą polka tutaj.

***

- Monika? - Tak? - Jak to jest... - Zaczęła Ildii, druga nauczycielka z ESOL. - Że Wy, Polacy oraz Czesi i...ym… -...Słowacy. - Podpowiedział Danu.. - A tak, racja, dziękuję Danu. No właśnie - rozumiecie się? Bez używania angielskiego? Przecież pochodzicie z trzech różnych państw! Wszyscy, my - przedstawiciele trzech różnych narodowości, wyszczerzyliśmy zęby. - Polski, Słowacki, i Czeski to bardzo podobne języki. I wróciliśmy do wertowania słowników, pozostawiając Ildi z niedowierzającym wyrazem twarzy.

***

- Widzisz? Tutaj jest Gdańsk. G-d-a-ń-s-k. Tutaj mieszkałem, zanim do Anglii wyjechałem. – Palec Piotra wskazywał małą kropeczkę na mapie świata dla dzieci. - Gdańśk... - Powtórzyła miękko Czeszka. - Wiesz, byłem w Solidarności. Przez to wyrzucili mnie z pracy. To były wtedy straszne dni. - Solidarność? - Czeszka, swoim zwyczajem, musiała zastanowić się dłużej. -Ach! Solidarności! Wiem co to jest! Piotr, gdyby mu starczyło czasu, opowiedziałby Czeszce całą historię Polski po polsku.

***

- Jak daleko masz do pracy? – Spytałam mamę, gdy rozpakowywałam walizę podróżną. - Z centrum jest 10 minut samochodem, z Kettlebrook’u jest drugie dziesięć…więc trzeba tak liczyć z dwadzieścia minut. Znalazłaś już mydło u siebie? 10 minut jazdy! Nie mogłaby powiedzieć w kilometrach? - Nie, szukam cały czas. – Ręka ugrzęzła mi wtedy pod przytłaczającą ilością rzeczy w walizie. – No ale ile to będzie w kilometrach? Tak jak z Głowna do Strykowa? - Nie coś ty! To nie jest aż tak daleko! – Przygryzła wargę, patrząc na moje poczynania. – Chyba będziesz musiała wyjąć wszystkie rzeczy i wtedy dopiero poszukać mydła. - Chyba tak. – Ukłułam się w palce. – Auu! … Dobra, a ile jest do miasta? - Pół godziny. - Jak z Dąbrowskiego na Swobodę? - Nieeeee, coś ty! Pół godziny, mówię przecież. - … - Spojrzałam na nią posępnie. - No co? – Spytała zdziwiona. - Nie możesz powiedzieć, jak normalny człowiek, ile to jest metrów albo kilometrów? - Ale tutaj nikt nie mówi odległości w metrach! Miała rację. Jeśli ktoś powiedział, że do centrum idzie się pół godziny, to szło się…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych