Zawsze być człowiekiem?
Odyseja marsjańska w bardziej ludzkim wydaniu
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Cisza w kosmosie jest ciszą absolutną tylko w kategoriach ludzkiego słuchu. Jednak rozszerzenie skali powoduje, że kosmos staje się hałaśliwym miejscem. Monotonny szum twardego promieniowania słońca, piskliwe wycie magnetosfery planet czy też dudniący łomot odległych pulsarów. Czasem zdarzają się też krótkie ostre fale wywołane przez ginące gwiazdy. Są to jednak zjawiska naturalne, wpisane w rytm wszechświata. Dlatego też, chaotycznie szerokopasmowa praca silnika jądrowego powodowała dysonans. Jednak poza sześcioosobową załogą statku, w promieniu milionów kilometrów nie było nikogo kto mógłby to zauważyć.
Dowodzący misją Patric Cliver wychylił się z fotela tak aby widzieć kto wchodzi na mostek. - Witaj szefie - rzucił Benningsen przeciskając się przez właz. Jak leci - dodał, kiedy dostał się do środka i pewniej chwycił ześligu. - Jak co dzień - odparł Patric - siadaj i przejmuj wachtę. Ja mam dosyć. - No to robimy standard. Dowódca wcisnął przycisk rejestratora i zaczął mówić. - Dwudziesty trzeci dzień lotu, godzina 16.00. Zmiana wachty numer 131, przejmujący - astrogator Benningsen. - Potwierdzam - powiedział astrogator na użytek protokołu. - Stan statku w normie. Zbiorniki paliwa pierwszy i trzeci , napełnienie dziewięćdziesiąt procent. Zbiorniki drugi i czwarty sześćdziesiąt procent. Odchyłka kursowa minus zero trzy sekundy w płaszczyźnie, w pionie zero sześć sekundy. Planowany manewr korekcyjny za dwanaście godzin. - Potwierdzam. - Układy podtrzymywania życia w normie. Pochłaniacze jeden i siedem pracują. Sześć i trzy regeneracja. Pozostałe odstawione. Zbiorniki tlenu główne osiemdziesiąt trzy procent. Rezerwowe sto. Obieg wentylacyjny drożny. Ciśnienie w kadłubie siedemset dziesięć, brak wycieków. Sieć informacjozbiorcza sprawna, komunikacja i telemetria sprawna. Czas opóźnienia, trzy minuty siedem sekund. - Przyjąłem , potwierdzam przejęcie wachty
Patric zakończył zapis i wcisnął przycisk przesyłu danych. Benningsen odprężył się. - Ataków UFO nie było? - Były aż dwa - odparł Patric rozpinając uprząż - Odparłem oba, prezentując przy tym wdzięk i elegancje. No i niezachwianą wiarę w ideały. - Chcieli czegoś? - Tego co zwykle, naszych kobiet , naszych koni i naszych strzelb. A teraz ja schodzę a ty pełnisz obowiązki, czyli siedzisz i się regulaminowo nudzisz. Ale postaraj się przynajmniej efektownie wyglądać jakby ktoś obejrzał kiedyś zapisy z misji. - Ta jest.
Patric przecisnął się przez właz i przeszedł do części mieszkalnej. Na platformie Cathy zmagała się z maszyną do ćwiczeń. Rzucił okiem na licznik. Dopiero początek treningu wiec nie ma szans na towarzystwo przy stole. Trudno. Pozostali pewnie śpią albo siedzą w swoich dziuplach. Też nie ma co ich wyciągać. Jadł powoli, ostrożnie żeby nie rozrzucać. Statek wprawdzie miał stały ciąg, ale jego przyśpieszenia nie miało nawet ułamka księżycowej grawitacji. Drobniejsze śmieci miały tendencje do wędrowania po kabinie na prądach powietrznych dopóki nie zostały złapane przez wentylator. Kilka dni temu musieli ściągać panel i czyścić filtry bo resztki zaczęły już śmierdzieć. Zresztą jak się zastanowić to cały statek śmierdział. Sześć osób stłoczonych w cylindrze średnicy pięciu i długości trzydziestu metrów. Z zewnątrz wyglądało to nieźle. Gorzej w środku. Komfort i przestrzeń jak w starej łodzi podwodnej. Skończył jedzenie, sprzątnął i bokiem wysunął się z aneksu. Cathy cała zlana potem dalej wyrabiała dzienną porcję wysiłku. Uśmiechnął się i pomachał. Odpowiedział tym samym. Cóż, za parę godzin jego kolej na maszynie do tortur.
****
Trzydziesty dzień misji. Obrót. Silniki wygaszone, załoga w sterowni. Czuć napięcie. - Rozpocząć obrót według standardu. - Jest rozpocząć obrót. Bakburta silniki dziobowe ciąg dwadzieścia, sterburta rufa ciąg dwadzieścia. Impuls dziesięć sekund.
Na obu końcach matowej, nieforemnej bryły statku błyskają ogniki dysz. Ważący setki ton moloch reaguje z usypiającą wręcz powolnością. Przez pierwszych kilka sekund wydaje się że nic się nie dzieje. Potem jednak dziób zaczyna się odchylać od kursu. Błyskają kolejne ogniki. Odchylenie zwiększa się , choć sam statek dalej bezwładnie podąża po starym kursie. Mija prawie pół godziny zanim popychany drobnymi płomykami statek układa się na kursie rufą do przodu. W sterowni płynie litania poleceń i potwierdzeń. Kontrola stosów, kontrola akceleratorów, temperatury chłodziw, stan moderatorów i dziesiątki, setki innych przewidzianych instrukcją. W końcu pada oczekiwane : - Rozruch symetryczny, mały ciąg w osi. - Jest rozruch małym ciągiem - potwierdza drugi pilot. Na rufie statku rozkwitają dodatkowe płomyki. Z początku białe, potem niebieskie by w końcu przejść w barwę wahającą się między błękitem a przeźroczystością. - Ciąg czterdzieści, równo w osi. - Start kontroli stabilności. Wszystkie oczy wpatrzone w zegar. Kolejne sekundy, potem minuty. W końcu sygnał 99 i potwierdzenie. - Statek na kursie - Manewr obrotu zakończono pomyślnie, trzydziestego dnia podróży o godzinie 11:05 GMT. Odchylenia w dopuszczalnych granicach, stan załogi dobry, stan statku dobry. Ekipa statku Capricorn One pozdrawia Centrum i wszystkich tych którzy nas wspierają.
Patric, wcisnął i przytrzymał przycisk transmisji. Było to w zasadzie zbyteczne. Telemetria i tak przekazywał stan statku na bieżąco. Ale takie oficjalne, fizyczne zakończenie dawało poczucie że kolejny krok został zrobiony. Co ważniejsze, taki gest wyznaczał również granice między tym co konieczne i oficjalne a tym co ludzkie.
- No załoga, jak samopoczucie. - Ja to w porządku Master Chief - rzucił Benningsen - ale ten czarnuch Olaf jest pograżony w głębokiej rozpaczy. - Co żeście znów wymyślili?
Olaf z cierpiętniczą miną zaczął grzebać w kieszeni na udzie. Po chwili wyciągnął monetę i wręczył Benningsowi.
- Masz, tym razem twoje szczęście. - O co tym razem był zakład? - Olaf upierał się że nie ułożę prawidłowo Koziorożca w mniej niż dziesięciu pociągnięciach. Wystarczyło osiem. - I dobrze. A reszta? Macie jeszcze czas na szczerość zanim kontrola lotów odbije piłeczkę. Cathy? Olga? Tatiana? - Olga śpi - odpowiedziała Cathy - to jej pora. Zeszła z trenażera godzinę temu. - A Ty? - A ja się nudzę, geolog nie ma tu nic do roboty. - Tatiana? - Nudzę się nie mniej niż Cathy. Tyle tylko że Benningsen jest mi dłużny pieniądze. - Jak to ? - Założył się ze mną że ułoży Koziorożca w pięciu ruchach. Przegrał.
Patric popatrzył ze zdziwieniem na Benningsena.
- Czy na symulatorach udał ci się ten manewr choć raz w pięciu ruchach? - Nie, najmniej było siedem. Projektant symulacji mówił że sześć to nieprzekraczalna granica. - I mimo tego założyłeś się o pięć? - To nie symulator, zawsze była szansa. Dowódca uśmiechnął się z przekąsem. - Się zakładaj z kobietą a będziesz zimą w sandałach chodził. Na panelu zabłysnęła kontrolka transmisji przychodzącej. - No dobra załoga. Chwila luzu była. Wracamy do obowiązków.
****
Trzydziesty pierwszy dzień. Przedział załogowy.
- Naprawdę się z nim założyłaś? - Naprawdę. - Jakim cudem dał się na to namówić? - Pamiętasz kwalifikacje w Centrum? Szanse na lot każde z nas miało jak jeden do trzydziestu. Wszyscy konkurowali Ja z Tobą, Oni z nami. Teraz tego nie ma. Teraz już każdy wie co będzie. Ja wiem że stanę na Marsie. On wie że nie stanie. Nie tym razem. Łatwo go podpuścić, bo musi pokazać że jest tak samo dobry. Że też mógłby lądować gdyby nie decyzja kontroli lotów. - Z tym się nie da tak do końca pogodzić. Ja wiem że zostaje żeby patrzeć na was z góry. A mimo to mam nadzieje że komuś się powinie noga i będę miała szansę. - To muszę uważać żeby nie stać do Ciebie plecami. - Raczej Olaf, nie ty.
***
Trzydziesty pierwszy dzień. Maszynownia.
- Olaf, czarnuchu - myślałeś już co będziesz robił po tej wyprawie? - Ja wiem co będę wtedy robił - odparł, zaglądając w przestrzeń za pochłaniaczem - będę się zajmował byciem sławnym. - Nie wyglądasz na tyle medialnie żeby być sławnym. Zbiornik nie cieknie? - Nie cieknie. Poza tym nie muszę być tak paskudny jak ty, żeby zaistnieć w sieci. Wystarczy że będę pierwszym inżynierem który coś zbudował na innej planecie. Już samo to będzie powodem do sławy. - Dobra właź za następny. Poza tym co z tego ze zbudujesz. W twoim przypadku możesz liczyć co najwyżej na udział w programie "Największe katastrofy" - Będzie spoko. Habitat będzie stał przez lata. A ja będę sławny. I przy tym obrzydliwie bogaty. A tobie pozwolę czasem popatrzeć na mój samochód. - Ten też cały? - Też cały, może nawet pozwolę ci go dotknąć. - Tiaa, jasne. Czy ktoś cię uświadomił że nie masz prawa jazdy ? - Nie będzie mi potrzebne. Będę miał kierowcę. Oną. - Jeśli jakaś ona cie zechce. Dobra - teraz sprawdzamy okablowanie. - Zastanawiałeś się kiedyś po co robimy te kontrole? - Zawsze się nad tym zastanawiam. - I co? - Właź na górę. W sumie tylko po to żeby nie zdechnąć z nudów. Prawie trzy miesiące w przestrzeni. Nawet po odjęciu spania i ćwiczeń, masz setki godzin nic nie robienia. - Szyna główna w sekcjach 1-3 sprawna. W sumie to nawet tysiące godzin - Wiec musieli nam znaleźć zajęcia. Wachty - pomimo tego że w razie „W” automaty zrobiłyby raban, ręczne liczenie pozycji co też zajmuje kilka godzin, nawet te nasze inspekcje. - Sekcje 4-6 sprawne. Z drugiej strony pamiętasz Apollo 13? Jakby ci goście nie umieli robić wszystkiego sami to by tam zostali. - Księżyc to księżyc. Mieli trajektorie swobodnego powrotu. Mieli szansę. A my nie. Sam wiesz że idziemy cały czas na ciągu. Jeśli coś pójdzie nie tak, to nie dolecimy nigdzie. - Mało atrakcyjna opcja. Sprawdź resztę i kończymy. Jutro zaczynamy budowę habitatu, a to oznacza jakieś normalne zajęcie a nie prace pozorowane.
***
Trzydziesty drugi dzień. EVA.
- Zawory zewnętrzne obiegu paliwowego zamknięte. Linia opróżniona. Przystępuje do demontażu. Olaf mocniej chwycił się ześlizgu i przyłożył klucz do pierwszej nakrętki. Przez grube rękawice trudno było cokolwiek poczuć musiał więc polegać głównie na wzroku. Gniazdo złapało. Szarpnął w lewo. Śruba ani drgnęła. Spróbował ponownie, ale bezskutecznie. - Statek. Mam problem. Śruba jest chyba zapieczona. Sprawdzę pozostałe ale tej nie dam rady ruszyć.
Po kolei szarpał się ze wszystkimi śrubami. Część ruszyła, część uparcie nie chciała nawet drgnąć. Przez chwile cicho wyzywał pod nosem. - Olga. Nie obędzie się bez twojej pomocy. Statek proszę o zmianę harmonogramu EVA. - Jest zgoda. Olga schodzi do Ciebie. Kilka minut później zza krawędzi statku wychynęła druga ubrana biało postać.
- Z czym sobie nie radzisz przyjacielu? - rzuciła Olga. - Wiedziałem że inżynierowie słyną z taktu ale teraz wspięłaś się na wyżyny. Nie radzę sobie z oporem tego złomu ze stoczni na księżycu.
- Jakieś pomysły? - Przedłużka do klucza i szarpiemy we dwoje. - A co jeśli urwiemy łby. - Zawsze zostaje jeszcze zawór. Wiesz że zaślepka jest tylko pro forma. - No to targamy.
Po następnych kilku minutach mamrotanych przekleństw linia została odłączona.
- Dobra, zeszło. Zakładam zaślepkę. Olga mam prośbę. Poszukaj większej przedłóżki, po drugiej stronie pewnie będzie ten sam problem.
- Dobra. Przy okazji wezmę szczeliwo. Tam operujemy przy pełnym zbiorniku i jeśli cokolwiek pójdzie nie tak to lepiej zalać przestrzeń między zaworem a zaślepką. - Masz łeb dziewczyno, ja o tym nie pomyślałem.
***
Trzydziesty trzeci dzień. Wnętrze zbiornika paliwowego.
- W sumie wygląda to nieźle. Zrobiliśmy ogląd - ściany, wręgi – bez zastrzeżeń. Nie ma wżerów. Kontrola spawów ultradźwiękami też OK. Zostało zrobić test ciśnieniowy.
Olga odbiła się od ściany i spłynęła obok Benningsena stojącego przy włazie. - Wychodzimy. Zostało go napompować. Jeśli nie strzeli to od jutra zaczynamy montaż. - Zaczekaj jeszcze chwilę. - Co się stało. - Nic. Po prostu tu w końcu jest miejsce. Aż się chce oddychać. Siedzimy przez miesiąc jedno na drugim. Spanie między szafkami, jedzenie w budce telefonicznej. - Nie wspominając o sikaniu. - Sikanie nie jest takie złe. W końcu kibelek jest wygłuszony. - Z nazwy to może jest wygłuszony. Ale masz racje tu jest przestrzeń Olga odbiła się od kratownicy i przeleciała przez całą długość zbiornika. - Super. Miałeś racje - to się nazywa przestrzeń. Benningsen odepchnął się od podstawy i wyhamował na jednej z wręg. Zawisł w powietrzu w połowie wysokości zbiornika. Rozciągnął nogi i ręce tak jakby chciał dotknąć na raz obu ścian. - No wreszcie się można przeciągnąć. Ludki na Marsie będą miały fajnie. Taka kupa miejsca na cztery osoby. - U nas też się zrobi luźniej. Magazyn będzie praktycznie pusty jak zamontujemy klamoty tutaj. - Chyba po wszystkim przeniosę śpiwór do magazynu. Moja kajuta nie dość że ciasna to śmierdzi. - Wszyscy śmierdzimy. Za mało miejsca za dużo ludzi. - Przynajmniej będę sobie swobodnie śmierdzieć. - Koniec marzeń. Wracamy do harmonogramu i rzeczywistości.
****
Dzień trzydziesty czwarty. Część mieszkalna.
- No dobra - teraz pakuj to do ust i reszta treningu pod kontrolą. - Tatiana - zlitowałabyś się trochę - wysapał Olaf. Do końca mam jeszcze godzinę a nie znoszę smaku tej gumy - Ta guma nie ma smaku - ustniki są z silikonu i choćbyś nie wiem jak go memłał smaku mieć nie będzie - Jesteś okrutna. - Mam na celu tylko twoje dobro - Mówisz zupełnie jak moja matka - rzucił - ale wpakował do ust końcówkę spirometru.
Tatiana uśmiechnęła się i złapała za ześlizg. Po chwili zniknęła za przepierzeniem kuchni. Kiedy do Olafa dotarły odgłosy jedzenia, wypluł ustnik i wytarł twarz w rękaw. Przez chwilę biegł w miejscu starając się oddychać jak najciszej. - Przynajmniej chwila oddechu od tej diablicy. Jaki to ma sens. Płuca mam idealne. Inaczej by mnie tu nie było. Ale pani doktor musi mieć zajęcie - to gnębi. W sumie fajna z niej babeczka. Można by się zakręcić jak się to skończy. Albo nawet w trakcie. Trzy miesiące w te, trzy nazad. Długi celibat. Może pęknie wcześniej. - Olaf! - krzyk Tatiany wyrwał go z marzeń - spirometr- do pyska - ale już. Bo uznam że bardziej interesujący jest program analiz pracy perystaltyki - a wtedy wylądujesz z czymś gumowym ale gdzie indziej.
- No dobra,dobra.
Wrócił do treningu tym razem uczciwie trzymając sondę.
- Jednak fajna z niej babeczka. A przy zero g ma boski biust. Ciekawe czy na ziemi też będzie taka fajna. - Nic to - godzinę wytrzymam, potem spać. A potem w końcu uczciwa praca.
***
Dzień trzydziesty piąty. Habitat.
- Dobra dajcie następny pojemnik - co tam mamy - Z opisu wynika że wentylacja - Aha, czyli szlauchy strażackie, zgodne z harmonogramem? - Zgodnie. Teraz kanały, centralka na koniec, w następnym będą pojemniki z litem i reszta armatury.
Następne dwie godziny upłynęły na mozolnym przeciąganiu elastycznych przewodów wzdłuż ścian komory. Potem kolejna godzina na montażu zakończeń. Na koniec test ciśnieniowy.
- Trzyma? - Trzyma. Dwieście milibar i nie cieknie. - To spuszczamy powietrze i montujemy centralkę. - Jak stoimy z czasem? - W miarę. Centralkę pewnie zdążymy założyć, ale okablowanie to już zacznie następna zmiana.
***
Dzień trzydziesty ósmy. Habitat.
- Cholera. Za krótki. Jakbym nie próbował, za krótki. Nie sięga do złącza. - Sprawdź numer. - Czterysta trzydzieści dwa - To by się zgadzało. Numery gniazd? - Po tej stronie T czterdzieści siedem. - Schodzimy na dół i sprawdzamy numer na dole.
Olga przypięła checker i zsunęła się po podłużnicach w stronę śluzy. Olaf nerwowo odbił się od swojego stanowiska i twardo uderzył o podstawę.
- Sprawdź tutaj. - Sprawdzam. Kable cztery-trzy-dwa gniazdo CS cztery siedem. - Czyli się zgadza. - Kurwa. Ktoś zawalił. Albo my albo stocznia. Trzeba sprawdzić przejścia przez wszystkie wręgi. Daj pointera, zobaczymy czy jest w osi. - Po kolei. Wręga cztery, gniazdo dwa dwa - Pasuje - Wręga pięć gniazdo dwa dwa - Pasuje. - Wręgi pięć i sześć tak samo. - Czekaj tu mam dwa cztery i znów dwa dwa. - No to masz przyczynę. Krzywo założyłeś. - Cholera masz racje, dobra wycofam kabel i założę jeszcze raz. - No to wyciągaj. - Nie mów Beninngsenowi, będzie darł łacha ze mnie. - Dobra, dobra, wyciągaj kabel.
***
Dzień pięćdziesiąty czwarty. Przedział mieszkalny.
- Mam dość. Chce tylko spać. Bolą mnie oczy, bolą mnie plecy wszystko mnie boli. - Masz cholerne szczęście, ja już nic nie czuje. Jestem tak padnięty że nawet nie myślę. - I jeszcze mamy obsuwę z planem. Jesteśmy, kurwa dzień do tyłu z montażem. I to tylko dlatego że siedzę non stop z Olgą w habitacie. Praktycznie przestaliśmy ćwiczyć. Jedziemy sam montaż, a i tak jesteśmy w plecy. - Będziemy tego dziada składać do końca na powierzchni. Nie będzie parapetówy tylko wykończeniówka. - Jak już wrócimy to się przejadę do stoczni w Koperniku i wszystkim tamtejszym fachowcom natłukę po pysku. - Nie myjesz się? - Nie, cholera. Idę spać brudny. Umyję się jak wstanę - Jasne mnie to możesz śmierdzieć, ale przed Olgą to się musisz pokazać. - Odczep się. Bo będziesz na Marsie srał w pampersa. Jutro montujemy kibel, więc bądź dla mnie miły
***
Dzień sześćdziesiąty. Mars. Niska orbita. Cała załoga w sterowni.
- Mówi dowódca. Jest godzina szesnasta czterdzieści pięć czasu uniwersalnego. Rozpoczynamy zrzut habitatu.
Patric wprowadza komendę nakazującą zerwanie wybuchowych sworzni. Na łącznikach pomiędzy dawnym zbiornikiem a kadłubem statku następuje seria bezgłośnych eksplozji. Cylinder habitatu powoli oddala się od rakiety. Cliver opuszcza na oczy zestaw telesterowania sprzężony z układami habitatu. Pozostali wpatrują się w swoje monitory i wskaźniki. - Dystans dwieście ,silniki manewrowe ciąg procent procent. Impuls trzy sekundy. Teraz. Z silników habitatu tryskają oślepiająco białe płomienie. Bryła nabiera rozpędu i oddala się w stronę planety. - Dystans sześć tysięcy, odpalenie silników hamujących. Habitat drga i zaczyna spowalniać. W ciągu kilku sekund wytraca część swojej kosmicznej prędkości i opada balistycznie w stronę planety. - Korekta położenia. Obrót tarczą do planety. Kolejne ogniki orientują pojazd u, tak że tarcza termiczna jest skierowana w stronę planety. - Drugie odpalenie silników hamujących. Po drugim odpaleniu następuje kilka minut skupionej ciszy. Habitat wchodzi w rzadką atmosferę. Mimo małej gęstości tarcza zaczyna się świecić na czerwono. Całość opada coraz wolniej, tarcza nagrzewa się przyjmując w siebie ogromna energię kinetyczną. W końcu Ziemski meteoryt rozgrzewa się do białości Mija kilkadziesiąt nerwowych sekund. Potem sekundy przekształcają się w minuty. Powłoka termiczna zaczyna stygnąć, nad habitatem rozkwitają kolejno dwa coraz większe spadochrony. Na dziesięciu kilometrach kolejna seria eksplozji odrywa nieprzydatną już tarczę. Dowódca przełącza na pełną kontrolę zdalną. Idzie nierówno, ułamkowe opóźnienie pomiędzy ruchem ręki a rekcją serwomotorów spadochronu utrudnia sterowanie.
- Cholera ale trzęsie - rzuca nieregulaminowo - Jesteś nad zewnętrznym markerem, wysokość cztery tysiące, dystans siedem dwieście.
Upływają kolejne sekundy. Habitat naprowadzany sygnałami zrzuconych wcześniej markerów opada na wyznaczone miejsce lądowania. Kilkanaście metrów przed celem odpalają ostatnie silniki hamujące, a ostatnia seria eksplozji odrywa zaczepy spadochronu. W końcu całość osiada z wizgotem amortyzatorów.
- Zero i zero. Silniki duże stop. - Jest duże stop. - Położenie? - Trzysta dwadzieścia metrów od finalnego markera. W granicy błędu.
***
Dzień sześćdziesiąty pierwszy. Sterowania. Dwie osoby. Od ogromnej konstrukcji statku odrywa się bardzo niepozornie wyglądający lądownik. Cały cykl powtarza się w sposób niemal identyczny. Tylko teraz dwójka pozostała w sterowni wie, że w ciasnej kapsule znajdują się cztery osoby. Tym razem nie ma nawet nerwowych uśmiechów . Tym razem jest całkowite skupienie. Pierwsza ulga pojawia się po odrzuceniu tarczy kiedy wiadomo że lądownik przeszedł najgorsze. Eter wypełniają nadal suche informacje, wysokość, azymut, odległość do markerów. Końcowe odpalenie hamownic znów powoduje przyśpieszenie tętna. U wszystkich. W końcu pada sakramentalne - Jest zero i zero. Silniki stop. - Jest duży stop. - Koziorożec tu Lądownik. Stoimy. Jesteśmy cali, wszystkie systemy pracują prawidłowo.
Benningsen oddycha z ulgą. - Olga. W twoje ręce. Olga sięga do konsoli. - Potwierdzam prawidłowe osadzenie lądownika. Odległość sto pięćdziesiąt od finalnego markera. Załoga i statek OK. Rozpoczęcie EVA za godzinę i dziesięć minut. Ziemia. Zrobiliśmy to.
***
Dzień sześćdziesiąty piąty. Mars.
- Prawdę mówiąc to spodziewałem się lepszych widoków. - Ja spodziewałem się lepszych warunków i lepszego jedzenia. - Najesz się na Ziemi. Ale widoki mogłyby być lepsze. Na zdjęciach zawsze widać odległy horyzont. A tu co i rusz jakaś burza piaskowa. - Szefie. Nie można cały czas podziwiać widoków. Mamy tyle do kopania i badania że w zasadzie to nie powinniśmy się nawet zatrzymywać żeby się odlać. - Wiem, wiem. Dawaj próbnik. Wiercimy.
***
Dzień sześćdziesiąty siódmy. Koziorożec.
- Jak tam na dole? - Średnio. Mają problem z recyrkulatorem od wody, nie daje tyle ile trzeba. - Da radę naprawić? - Nie za bardzo, bo to nie wina systemu tylko konstrukcji habitatu. Wszystkie wykładziny piją wodę z powietrza. - Ziemia wie? - Wie, to oni podali przyczynę. - Skąd wiedzieli? - A bo ze trzydzieści lat temu na którymś Sojuzie mieli to samo. Wykładziny montowali w środku lata i były przesuszone. - Cholera, ten sam błąd? - Ten sam. Nasze wykładziny były liofilizowane do pakowania żeby nie zgniły. A w trakcie montażu nie nie złapały tyle wilgoci co trzeba.
****
Dzień siedemdziesiąty. Mars.
- W życiu nie byłam taka zmęczona. Miałam nadzieje że przy tej grawitacji nie będzie tak źle. A tu dupa. Co kilka metrów trzeba przystanąć. - Zobaczysz co będzie jak wrócimy na Ziemię. - Tam to po prostu będziemy leżeć. - Akurat. Udało nam się wylądować. Jak wrócimy to wyjadą nas propagandowo maksymalnie. Tak jak Gagarina. Z pół świata zjedziemy. - Tatiana, nie dobijaj mnie. - Nie dobijam. Mam to samo co ty. Wczoraj stałam kilka dobrych minut zanim byłam w stanie podnieść próbki z wiertnicy. - Za bardzo bohatersko to jednak nie wyglądamy. - W ogóle nie wyglądamy bohatersko. To nie Odyseja Kosmiczna. Tam wszystko było sterylne, takie czyste, takie technologiczno-pneumatyczne. A tu sapiemy, podpieramy się i żyjemy w brudzie. No i w ciasnocie. Habitat po zabudowie jest tak samo ciasny jak statek. - Ciesz się że jest. Jakbyśmy robili misje minimum to dwa dni w lądowniku by nas wykończyły.
***
Dzień siedemdziesiąty drugi. Koziorożec.
- Wyłączyłeś kamerę? - Wyłączyłem, ziemia nas nie widzi ani nie słyszy. - Chodź tu, to były długie dwa miesiące
*** Dzień siedemdziesiąty trzeci. Mars.
- Jednak tu jest pięknie. - I kto to mówi. - Od dwóch dni zero burzy. Widok aż po horyzont. Gdyby nie ta czerwień, to byłoby jak w domu.
***
Dzień siedemdziesiąty czwarty. Mars.
- I jak tam twoje próbki. - Nijak. Porosty to na pewno nie są, grzyby też. - Może wyższe organizmy? - Za mało złożone, to jakby ceramiczne żelatynki. A sprzęt mam tu za słaby żeby stwierdzić coś więcej. - Ale żyją? - Cholera je wie. Czasem się ruszają, o ile te wibracje da się nazwać ruszaniem. Wodę wchłaniają, ale tylko jeśli się
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil marcelS
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…