zebrane opowiadania bez końca...
o miłości, przyjaźni i takie tam...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Ż Y C I E N I E D O S K O N A Ł E
Małgorzata Skrobek
CÓŻ CI MOGĘ DAĆ
Kiedy spojrzała na zegarek była już szósta trzydzieści. Pociąga odjeżdża za godzinę. Powinna już wstać. Popatrzyła na leżącego obok Marcina. Nie tak łatwo będzie odejść. Ale jeśli zacznie się rozczulać, nie skończy się to nigdy. podniosła się z ociąganiem. Łatwo powiedzieć „trzeba tylko wstać i wyjść”, gorzej to zro-bić. Ale wczorajsza rozmowa wyjaśniła wszystko. Ona musi jechać, a jemu chyba było to obojętne. Zresztą, pół nocy nad tym myślała. Teraz już nie ma na to czasu. Spakowała się szybko, umyła. Chciała jeszcze zrobić sobie kawy. Sięgała po cukier, kiedy stojący obok kubek runął na podłogę robiąc trochę hałasu. Zaklęła podnosząc go. Usłyszała, jak Marcin się budził. - Która godzina ? - usłyszała chłopaka. Osłodziła sobie kawę, wypiła łyk. Czuła, że nie dopije jej do końca. - Za pięć siódma. - Rany, co ty robisz o tej porze ? Już wiedziała, że cała wczorajsza rozmowa nic nie znaczyła dla niego. Ona wysilała się, żeby mu wszystko wytłumaczyć, a on się dzisiaj pyta po co tak wcześnie wstała. Równie dobrze mogłaby w ogóle z nim nie rozmawiać. - Kawę. Chciałam się napić kawy. - Co ty tam marudzisz ? Chodź no tu do mnie... - wyciągnął do niej rękę , nawet nie otwierając oczu. - Nie mam czasu, Marcin. Siódma dwadzieścia mam pociąg. Muszę się śpieszyć. - Jaki pociąg ? - tym razem otworzył oczy i spojrzał na nią zaspany. - Normalny. Do Jeleniej Góry. - A po cholerę ci pociąg do Jeleniej Góry ? Westchnęła. Chętnie rzuciłaby czymś w niego, żeby wreszcie zaczął brać ja na poważnie. - Mówiłam ci wczoraj, że tam jadę. Że muszę jechać. - Ale ... - usiadł na łóżku i tym razem wydawało się, że wreszcie się obudził i zaczął normalnie myśleć. - Myślałem, że tylko tak mówiłaś, że to jeszcze nie postanowione... - Chyba nie bardzo mnie wczoraj słuchałeś. Prosiłam cię wprawdzie o pilną uwagę, ale jak widać lekceważyłeś mnie. - Co ty gadasz ? Zaraz, poczekaj. Ty chyba nie mówisz poważnie. Wczorajsza rozmowa nie była chyba ostateczna, musisz to jeszcze przemyśleć, Aniu... Odstawiła kubek z niedopitą kawą i podeszła do swojej torby. Ta rozmowa nie podobała jej się, a nie miała już żadnego powodu, żeby brać w niej udział. - Decyzja moja jest ostateczna. Pojedziesz ze mną ? - Wiesz, że teraz nie mogę... - A kiedy będziesz mógł ? Za rok, dwa ? Ja nie mogę dłużej czekać. Muszę tam jechać. Muszę pracować, zarabiać... Tu nie mam żadnych szans. Zresztą... Czy ci w ogóle zależy na tym, żeby ze mną jechać ? Pokiwał głową, a gest ten nic nie znaczył. Spuścił głowę, jakby nie wiedział, co odpowiedzieć. To Annie wystarczyło. Była już koło drzwi, kiedy zatrzymał ją jego głos : - A co ze mną ? Zostawiasz mnie bez słowa i myślisz, że jesteś w porządku ? - Ja muszę jechać. Jeżeli to moja wina, dobrze, przyjmuję ją. Nie wiem nawet co nas łączyło. Mam wrażenie, że chodziliśmy tylko do łóżka. Wszelkie rozmowy jak widać, nie interesowały cię. Jeżeli się rozejdziemy, ułatwi nam to życie. Cześć ! - Anka ! Drzwi trzasnęły i już jej nie zobaczył. Miał wiele czasu, żeby przemyśleć to, co Anna powiedziała wczoraj i dzisiaj. Tylko tyle mógł zrobić.
Dwa lata później. Jelenia Góra. W mieszkaniu siostry Anny panował jak zwykle bałagan. Obie nie umiały dbać o porządek , ale nawzajem wyzywały się , próbując coś z tym zrobić. Z marnym skutkiem. Anna wróciła z zakupów, powkładała rzeczy do lodówki i poszła do pokoju. Zobaczyła siostrę szykującą się w łazience. - Matko, znowu burdel w tym domu. Nie było mnie pół dnia. Co ty tu wyprawiasz ? Ponieważ nie było odpowiedzi, dała sobie spokój z rozmową na temat bałaganu. - Wychodzisz gdzieś, Wanda ? - Tak. Mamy przyjęcie. Nasz reżyser się żeni. - Kotwiński ? - Tak. - A to dobre... - zaczęła się śmiać. - Co cię tak cieszy ? - Kiedyś coś tam między nami ... niby było. I on mi proponował małżeństwo. Wyczułam u niego jakąś... sztuczność. Miałam wrażenie, że mówi to każdej, z która się prześpi. - Spałaś z nim ? - Nie. I może dlatego proponował mi małżeństwo... W każdym bądź razie odszedł z kwitkiem. - To i jemu odmówiłaś ? - Oczywiście. Stary grzdyl. Myślał, że dam się nabrać na teksty „ muszę się ustatkować”, „jestem już w sile wieku”... Wolałabym zrezygnować ze sceny, niż wyjść za niego. Umalowana już Wanda weszła do pokoju i zaczęła się ubierać. - Jesteś taka zimna, czy udajesz taką ? Wzruszyła ramionami, włączyła telewizor. Nie lubiła tego tematu. A jeśli tak było, starała się unikać rozmowy. - Wydaje ci się. Potrafię kochać. - Ciężko mi w to uwierzyć. Po tym, co tu widziałam... No, rozumiem. Kotwiński za stary. Ale inni ? - Nie mówmy na ten temat. Idź już. Ryszard ma przyjść. - Ach tak ? No to jak go spotkam, to powiem mu, żeby nie przychodził. Anna spojrzała na siostrę dziwnie, ale zauważyła, że ta żartuje. Roześmiała się. - Dlaczego ? - Jeżeli oczywiście nie chce być następnym biedakiem, który dostanie kolejnego kosza. - Przestań. Uważasz, że wszyscy chcą się ze mną żenić. Lubię go, on mnie też, ale żadne z nas nie myśli o ślubie. A jeżeli, to ja już mu wybije to z głowy. - No, sama widzisz. Biedny Ryszard. - Wanda dokonała ostatnich poprawek garderoby na sobie. - No, to ja lecę. Jak wyglądam ? - Oczywiście beznadziejnie. - Dziękuję. Anna zapaliła papierosa. Spacerowała po pokoju, nie zważając na porozrzucane na podłodze ubrania, buty, na bałagan na stole, gdzie nie można nic znaleźć. Po popielniczkę poszła do kuchni. Poszła do swojego pokoju, wyciągnęła z szuflady Marcina zdjęcie. Popatrzyła na niego smutno. Nie napisała do niego, ani sło-wa. Chciała przecież zapomnieć. A raczej nakazała sobie zapomnieć. On pewno też zapomniał. Nie próbował jej szukać, skontaktować się z nią. Po co miała więc do niego pisać, czy dzwonić... To, że ona nie zapo-mniała, nic nie znaczyło. Nie chciała o nim zapomnieć, chciała myśleć o nim w przerwach między jednym przedstawieniem a drugim. Chciała kochać go , dopóki się dało , dopóki miłość się nie wypali. Dlatego odrzucała propozycję małżeństwa, stałych związków. Przyjdzie i na to pora. Może coś się zmieni...
Kamienna Góra. Marcin zmieniał matce pościel. Dzisiaj znowu nie wytrzymała i oddała mocz do łóżka. Robi-ła to ostatnio dość często. Zdawała sobie z tego sprawę, ale nie umiała nad tym zapanować. Przepraszała syna, że ma z nią tyle kłopotów, ale dawała też mu w kość, doskonale to rozumiejąc. Wyrzucił starą pościel do kosza, z którego już się wysypywało. Nie miał w tym tygodniu czasu, żeby prać. W pracy miał dużo roboty, ledwo zdążał przychodzić do domu o trzeciej, żeby mogła wyjść sąsiadka i dać matce obiad. Matka nie lubiła jak się spóźniał i tylko on mógł ją karmić. Poszedł do kuchni, gdzie wyrosła góra brudnych naczyń. Miał tego dość. Czy ta Kłębowska nie mogłaby chociaż raz coś zrobić w tym domu ? Cały dzień nic nie robi, tylko plotkuje po kątach. Wstawił wodę na herbatę. Wrócił do pokoju, usiadł, zapalił papierosa. - Mamo... - odezwał się zupełnie nieświadomie. - No, co tam ? - Chciałbym wyjechać na parę dni. Matka podniosła się z trudem poruszona. Popatrzyła na syna i westchnęła. Znała już ten wzrok i nie cierpiała go. - Synu... Przecież nie możesz, ja nie mogę tu zostać sama... Kto będzie chodził obok mnie ? -Poproszę tego nieroba... Przepraszam, panią Kłębowska. Zapłacę jej, to przynajmniej może zacznie naprawdę ci pomagać. Tylko na parę dni... - mówił prawie błagalnie. - Marcin, nie możesz mnie zostawić. Wiesz, że Kłębowska sobie nie poradzi. A ja... ja niedługo umrę, wtedy będziesz mógł sobie wyjeżdżać. - Nie mów tak. - Ale taka jest prawda. Boję się tej śmierci. Nie mogę być sama, gdy do mnie przyjdzie. Zapadło milczenie. Marcin był zdziwiony, że zaczął o tym mówić. Myślał o tym bezwiednie , może cza-sem miał ochotę to zrealizować, ale to były tylko takie wolne myśli, które nie miały żadnego kształtu. Teraz go właśnie przybierały. Przestraszył się sam siebie. - A gdzie chcesz jechać ? - zapytała matka, myśląc, że może się myli. - Do Jeleniej Góry. - Po co ? - Poszukać Anki. - Tak myślałam - chciała zacząć swoją tyradę na temat tej dziewczyny, ale zaczęła kaszleć. - Tej... tej... - Mamo, tylko znowu nie zaczynaj. Wiesz dobrze, że nadal ją kocham. I nic na to nie poradzę, że nie mogę jej zapomnieć. -Synu... - matka, jak to matka, wyczuła, że krzykiem nic nie wskóra. - To przecież głupota. To ona odeszła od ciebie, zostawiła cię tutaj i pojechała w wielki świat. Przez dwa lata nawet się do ciebie nie odezwała. Widocznie ona już zapomniała. A może już gdzieś wyjechała, a może wyszła za mąż... A na pewno ma dużo pieniędzy, jeżeli udało jej się zrobić karierę, tak jak mówiłeś. - Mamo, kariera w Jeleniej Górze ! - aż sam się roześmiał. - A ty pojedziesz do niej w swoim jedynym świątecznym garniturze i co jej powiesz ? „ Kocham cię i wróć do mnie ” ? A ona rzuci to wszystko i zaraz tu z tobą przyjedzie. Do tej wiochy. Marcin, zastanów się. Gdyby chciała , zadzwoniłaby do ciebie, napisała parę słów... Ona tam pewno dobrze się bawi i ma w nosie twoja miłość. Milczał. Ale matka już widziała po jego twarzy, że trochę mu zamąciła. Może zmieni zdanie. To dla jego dobra. Jak wszystko zresztą. - Masz rację - odezwał się , a ona odetchnęła. - Nie mam z czym do niej jechać. Jedynie ze swoja miłoś-cią, a to chyba dla niej trochę za mało. Po to tam przecież pojechała. Po pieniądze. Dałbym jej wszystko, a nie mam nic. Trochę to niesprawiedliwe. Ludzie mają tak dużo, a nic nie dają. A ja... - Kochanie, woda się gotuje - głos matki był już o wiele spokojniejszy. Kolejną bitwę o syna wygrała. - A o niej zapomnij. Podniósł się ciężko. Zgasił papierosa. - Cały czas próbuję. - Nie warta tego, synu. Nie warta.
Wanda znów się szykowała i w całym domu fruwała garderoba. Anna miała dzisiaj wolne i bez słowa sprzątała po siostrze. Postanowiła doprowadzić ich mieszkanie do normalnego stanu. - Boże, ta szminka mi nie pasuje do tej sukienki... Aniu, ty miałaś taką fioletową... Anna westchnęła. - Leży w mojej kosmetyczce, jeżeli jej już nie brałaś. - Mówisz tak, jak bym ci wszystko brała. Anna pokiwała głową i podniosła z podłogi dwie pary butów Wandy. Jednemu ruszał się obcas, ale nie mówiła już jej o tym. Niech ta kobieta już wyjdzie stąd ! - Aniu, nie masz trochę drobnych ? - Nie. Byłam dzisiaj w kościele i zbierali na jakiś zakon. - To ile dałaś ? - Pięćset złotych. Wandzie aż torebka wypadła z ręki. - Czyś ty zgłupiała ? Rozumiem, chciałaś raz być hojna. Ale tyle, to lekka przesada. - Nie ubyło mi. - Ale wydawaj pieniądze na rozsądniejsze rzeczy. Kościół ma pieniądze. - Bo im ludzie dają. - Dobra, nie mówmy już o tym. Wybierasz się dzisiaj gdzieś ? - Tak, jadę do Kamiennej Góry.... - powiedziała i zamilkła. Nie chciała tego powiedzieć. Myślała o tym od dawna, ale przecież nie chciała od razu teraz tego reali-zować. Bała się tam jechać. Marcin nie dał znaku życia, nawet jej nie szukał. Przecież wiedział, gdzie ona jest. Po co więc miała do niego jechać ? - Gdzie ? - Wanda była zdziwiona, ale nie oderwała się od lustra i ostatnich poprawek. - Nigdzie. Wyjdę do miasta, zrobię trochę zakupów. Nic nie ma w tym domu do jedzenia, do picia... - O nie, tylko nie kolejny wykład. Uszykowana i gotowa Wanda stanęła przy drzwiach. Zajrzała jeszcze do torebki, sprawdziła , czy ma najpotrzebniejsze rzeczy. - Co ty wyskoczyłaś z tą Kamienną Górą ? - zapytała nagle. - Nie wiem . Kiedyś chciałam tam jechać. No idź już, bo się spóźnisz. Będziesz na kolacji ? - Nie. Anna doprowadziła do jako takiego wyglądu mieszkanie, usiadła i zapaliła papierosa. Co jej przyszło do głowy z tą Kamienną Górą ? I co, miała wsiąść do pociągu, wysiąść tam i co ? Iść do Marcina, zapukać i co powiedzieć ? Chyba tylko od razu uciec . Nie wyobrażała sobie teraz spotkania. Nic o nim nie wiedziała, może już się ożenił, może już tam nie mieszka... Wyszła na zakupy. Chodziła ulicami myśląc o tym wyjeździe, ale nie bardzo mogła sobie na to pozwolić. Najpierw spotkała Koryckiego, który koniecznie chciał ją wciągnąć do swojego programu. Później spotkała Muszlową. Kiedyś Anna dostała jej rolę . Krótką bo krótką, ale kobieta nie odzywała się ładnych parę tygo-dni. Teraz już jej przeszło. Mówiła, że znalazła sobie miejsce w innym kabarecie. Wracała już do domu, kiedy spotkała Ryszarda. Zapraszał ją na kolację. Chciała wejść do domu, zanieść zakupy, przebrać się i dopiero wyjść, ale on nagle stwierdził, że nie chce czekać i żeby od razu weszli cos zjeść. Wzruszyła ramionami i zgodziła się. Dopiero kiedy usiadła, domyśliła się, o co może chodzić męż-czyźnie. Mówił mało, kiedy czekali na zamówienie, kiedy jedli. Wreszcie odezwał się : - Aniu... - Tak ? - Mam do ciebie jedno pytanie - wziął oddech i zapytał : - Smakowało ci ? - Oczywiście, było wyśmienite. Zwłaszcza sałatka. No - ponaglała go, bo zamilkł nagle. - Mów. - Tyle jesteśmy razem, a ja nie mogę powiedzieć tak prostej rzeczy... - Czyżbyś chciał się ze mną ożenić ? - pomogła mu. Spojrzał na nią ze strachem. Powiedziała to tak zimno i obojętnie, że kiedy podawał jej ogień, ręka mu zadrżała. - Można to tak ująć. I co ty na to ? Może już się zastanawiałaś nad tym ? Roześmiała się i Ryszard pogubił się jeszcze bardziej. Ta dziewczyna tak go pociągała. Za to, że była taka tajemnicza i nie do rozgryzienia. Ale czasami było to męczące. - To wszystko jest takie zabawne - powiedziała. - A co ty w tym widzisz zabawnego ? - To wszystko. Patrzył jak wypuszcza dym z ust i czekał na dalsze wyjaśnienia, ale ona nie kwapiła się. W pewnym momencie przestała się uśmiechać, a w jej oczach pojawiły się łzy. - Nie, to nie jest zabawne. To jest smutne. Człowiek, z którym byłam kiedyś najdłużej, kochałam go, nie chciał się ze mną ożenić, ba, nawet nie powiedział mi, że mnie kocha. A inni, znają mnie zaledwie miesiąc, lub dwa i już są skorzy do żeniaczki. Czy to jest mądre ? Ryszard milczał. Wiedział już, że odpowiedź na jego propozycje będzie negatywna. Że nie zdobędzie serca tej zimnej z pozoru dziewczyny. Tylko z pozoru, bo nie chciała się z nikim wiązać. Pod tą maską pozoru kryła się kobieta gorąca, która kochała kiedyś jednego człowieka.
Spojrzał na zegarek. Powinien już się położyć spać, ale nie był śpiący. Wstał zresztą dzisiaj późno. Zaczął przeglądać gazety z całego tygodnia. Czas mu się strasznie dłużył. Nie mógł się przyzwyczaić do nowej roli, coś mu brakowało w tym domu. Zaczął rozwiązywać krzyżówki. Wstał, żeby zobaczyć coś w encyklopedii, gdy usłyszał dzwonek do drzwi. Kto to może być o tej porze ? Widok osoby za drzwiami zaskoczył go zupełnie. Nie mógł powiedzieć słowa, nie mówiąc już o poruszeniu się. - Cześć! - powiedziała Anna trochę zbita z tropu. Nie wiedziała, jak ma się zachowywać. - Czy... mogę wejść ?
..............................................cdn
CZTERY DNI
Siedzieli na ławce w parku i debatowali, gdzie mogą iść. Oczywiście zdania były podzielone, ale wszyscy wiedzieli, że i tak decydujące zdanie będzie miał Darek. Próbowali wiele razy mu się sprzeciwić, ale jego pozycja lidera tej grupy była zbyt mocno ugruntowana, żeby zmienić to w jeden dzień. - Chodźcie do Fenixu - rzucił ktoś hasło. - Nie - od razu sprzeciwił się Darek. - Nudzą mnie tamtejsze panienki. - A po co ci panienki ? My ci nie wystarczymy ? - Może... - Darek splunął i spojrzał uważnie na wszystkie dziewczyny. - Gdybyście były trochę mądrzejsze... Baśka z uśmiechem przytuliła się do niego. - Tobie to chyba żadna nie dogodzi, co ? Delikatnie, ale stanowczo po raz kolejny odsunął jej ramię. - Narazie nie mam takiej potrzeby. - Tak, wiem. Dla ciebie kobieta powinna być co najmniej królową, uwielbianą przez wszystkich, nie pijąca, nie paląca, myśląca poważnie , mądra, inteligientna... - Inteligentna. Jeżeli już używasz trudnych słów, naucz się ich wymawiać. - On już miał kiedyś taką dziewczynę... - zaczęła Magda, ale poczuła na sobie taki wzrok, że odechciało jej się mówić dalej. - Może wreszcie ustalimy, gdzie idziemy - wtrącił Sławek. - Przede wszystkim tam, gdzie można się upić - wtrącił Darek. - A może raz moglibyśmy potańczyć. - No to idziemy do Zodiaka. Baśka znów próbowała zdobyć trochę względów Darka, ale z bardzo miernym skutkiem. Od dłuższego czasu próbowała przekonać tego chłopaka do siebie, ale rzadko jej to wychodziło. Może nie odtrącał jej tak widocznie, ale na pewno nie zbliżyli się do siebie nawet na krok. Tak bardzo jej się podobał, a na dodatek nie przejawiał normalne- go zainteresowania innymi dziewczynami, więc uważała, że ma szanse. Byli ze sobą prawie codziennie, miała więc nadzieje, że wreszcie doceni jej zalety i zainteresowanie jego osoba i pewnego dnia będą na prawdę razem. Na tej imprezie oczywiście chłopaka nic nie interesowało oprócz wódki. Owszem, zatańczył z nią raz, ale tylko dlatego, że go poprosiła. Uwielbiała z nim tańczyć, bo to jedyna chwila, kiedy ją obejmował. Patrzyła na jego twarz i tak bardzo jej się podobał, że aż ją ściskało. Starała się jednak nie okazywać tych uczuć, bo wiedziała, jak on na to zareaguje. Zadziwiał ją, odkąd się poznali. Był bardzo przystojny, uwielbiała jego półdługie, czarne włosy. Chłopak miał forsy jak lodu, jego rodzice mieli jakąś prywatną firmę odzieżową, ale niezbyt go to interesowało. Nie chciał pracować tak, jak oni, pieniądze mało dla niego znaczyły. Interesował się tylko muzyką heavy metal, motorami i... wódką, jeśli można to nazwać zainteresowaniem. Wracali do domu nieźle nagrzani . Śpiewali po drodze jakieś piosenki, darli się niemiłosiernie, rozwalili parę koszów na śmieci i czuli się szczęśliwi, czuli się wolni. Darek mieszkał z nich wszystkich najdalej, miał willę na perypetiach miasta, a Baśka mieszkała po drodze, więc na koniec zostali sami i dziewczyna brała to za odprowadze-nie jej. Chciała go złapać po ramię, ale wyrwał się. - Dlaczego jesteś taki , Darek ? - nie wytrzymała wkońcu. - Pamiętam cię jeszcze parę lat temu. Nie znaliśmy się tak dobrze, a ty chyba chodziłeś z tą ... no, tą rudą, jak ona się nazywała ? Judyta ! Byłeś wtedy chyba zupełnie inny. Nie zauważyła, że spiął się, gdy usłyszał o tej dziewczynie. Jego przyćmiony wódką umysł reagował zawsze tak samo, gdy ktoś wspominał imię tej dziewczyny, ale mało kto to zauważał. - To było przed wojną i nie pamiętam tego. - A może nie chcesz pamiętać ? Nie podobałeś się pewno wtedy sobie, co ? - To moja sprawa. Czego się wtrącasz ? I za dużo gadasz. Nigdy nie lubiłem gadatliwych bab. - Judyta była jeszcze bardziej... - A ta znowu swoje. Ostrzegam cię, że moja cierpliwość się kończy. Czego żeś się uczepiła tej Judyty ? - Bo byłeś wtedy inny, bardziej normalny jeżeli chodzi o sprawy sercowe. Przecież jesteśmy razem, a ty wiesz, że ja cię... - Przestań, kobieto. Za dużo sobie po nas obiecujesz. Wiesz przecież, że nic do ciebie nie czuję. Więc przestań zawracać mi głowę. Twój dom, cześć ! I po raz kolejny załamana i musząca się poddać, przynajmniej dzisiaj weszła do budynku.
Pociąg zwolnił w tym miejscu. Otworzyła okno i wciągnęła powietrze. Było jakieś inne niż tam, skąd wracała. Wszystko tu było inne. Inna zieleń traw, inne pejzaże, inni ludzie. Wracała do domu. Nareszcie ! Niemcy nie podobały jej się, chociaż żyła tam, jak i jej rodzice lepiej niż w Polsce, ale to nie było to. Tu była u siebie, tam tylko jakby w gościnie. Musiała tu wrócić. Skończyła szkołę, nauczyła się języka, tu może teraz startować do pracy. Papiery ma idealne. Pociąg przyspieszył i pani, siedząca obok spojrzała na nią wymownie, więc zamknęła okno i wyszła na korytarz. Słyszała polską mowę i uśmiechała się. tak, to był jej dom. Wracała wreszcie. Do swojego miasta, do swoich przyja-ciół. Najbardziej brakowało jej Darka. Nie pisał, nie odpowiadał na listy. Był bardzo obrażony, że wyjeżdżała. Nie mógł tego zrozumieć, obwiniał ją o tą decyzję. Myślała, że po prostu przykro mu było, że wyjeżdża, ale że będzie pamiętał o niej, że nie zrezygnuje tak łatwo... Mówiła przecież, że tu wróci. Magda, jedyna koleżanka, która utrzy-mywała z nią kontakt listowny, nie chciała za bardzo pisać o jej byłym chłopaku. Raz wspomniała tylko, że chyba jest wściekły na Judytę za ten wyjazd i teraz nawet nie chce o niej rozmawiać. Była bardzo ciekawa jak wyglądał, czy bardzo się zmienił, czy ma kogoś, jak ja przyjmie... Dojeżdżała na miejsce. Weszła do przedziału, wzięła torby i przeszła do wyjścia. Z daleka zobaczyła już grupkę przyjaciół. Pomachała im. A oni narobili takiego szumu, że cały dworzec patrzył na nich. - Cześć Judyta ! Ale jesteś lacha ! - Dziękuję za ten wspaniały komplement ! Nigdy tak o mnie nie mówiliście. Warto chyba było wyjechać, żeby cos takiego usłyszeć. - Ale ciuchy ! Jak pachniesz ! - Przestańcie ! Może wreszcie przywitacie się ze mną ? Całowali się, nawet między sobą. Judyta była na prawdę rozbawiona. - Widzę, że nic się nie zmieniliście. Takie same matoły, jak byliście. - O herr Judyta ! Obrażasz nas. - Ale cieszycie się, że przyjechałam ? - Oczywiście. Wielkim twoim błędem było to, że wyjeżdżałaś, ale widząc cię w takim stanie wybaczamy ci to. - Zapraszam wszystkich wieczorem do siebie. Robię imprezę. - Tak, wiemy. twoja ciotka nam powiedziała. Widzieliśmy już twoje mieszkanie. - Wcześniej, niż ja ! No, nie. Nie zgadzam się. Ale trudno, muszę wam to wybaczyć. - Bierzesz taryfę ? - Nie, chciałam się przejść, nie mam przecież daleko. A co, już musicie iść ? - Mamy coś do załatwienia. - A więc do wieczora. Czekam na was. - Będziemy, o to się nie martw. Jedynie Baśka nie musiała nigdzie iść. Wzięła jedną torbę Judyty i ruszyły. Nie szła tu przypadkowo. Chciała po-rozmawiać z dziewczyną, a raczej wyjaśnić jej, że jeżeli przyjechała i chce wrócić do Darka, to nie będzie to łatwe. - A gdzie Darek ? - nie wytrzymała wreszcie Judyta, którą ciekawość i rozczarowanie gryzły od zatrzymania się pociągu. - Ach, wiesz jak to Darek. Powiedział, że nie będzie stawał na głowie tylko z tego powodu, że ty przyjeżdżasz. Też miał coś do roboty. Był z nami w twoim nowym domu, może dzisiaj przyjdzie - powiedziała z nadzieją w gło-sie. Chciała od razu pokazać Judycie, że są razem. - Czy... Czy na prawdę jest... taki inny... Słyszałam, że bardzo się zmienił. - Jest niemożliwy. To już nie ten chłopak, którego znałaś. Ale ja i tak go kocham. - A ... Odwróciła głowę, żeby Baśka nie widziała jej rozczarowania. A więc jednak ma dziewczynę ? Ale dlaczego to jest właśnie ta ? Nie jest przecież za bardzo bystra, ani mądra... No, może i ma jakąś tam urodę, ale reszta tej oprawy jest trochę zbyt uboga, jak na wymagania Darka. Przynajmniej tak było, zanim wyjechała. A więc trochę się zmieni-ło. Dlaczego Magda nie napisała jej o tym ? No tak, dosyć dawno nie pisała, odkąd dowiedziała się, że Judyta wraca. Tymczasem Baśka obserwowała dziewczynę, chcąc wyczuć jej reakcję. Zauważyła, że nie pozostało to bez odze-wu. Uśmiechnęła się do siebie. - Szkoda tylko, że nie potrafi okazywać swoich uczuć - brnęła dalej. - Zrówna z błotem każdego, na kim mu zależy. A naprawdę mało jest takich osób. - Jesteście ze sobą ? - zapytała Judyta takim tonem, jakby czekała na zaprzeczenie. - Oczywiście, dużo nas łączy. Judyta miała jeszcze spytać o parę rzeczy, ale wyczuła w głosie Baśki jakiś fałsz. Zastanawiała się, co to może być. Może czuła zagrożenie ze strony Judyty, dlatego chciała zaznaczyć, że Darek jest jej ? W każdym bądź razie postanowiła walczyć o chłopaka, dopóki będzie widziała cień szansy.
Pogoda dopisywała w tym roku. Umówili się więc na basenie. Judyta musiała umyć okna, więc przyszła później. Rozglądała się i widziała parę osób w wodzie. Szukała kogoś , kto siedziałby przy rzeczach, chciała rozłożyć się tam, gdzie wszyscy. Po paru minutach zauważyła siedzącą samotnie na kocu Baśkę. - No, wreszcie jesteś . Siadaj. Jak wszyscy poszli do wody, to nie ma ich już godzinę. Nie mam do kogo gęby otworzyć. - Przykro mi, ale ja też idę do wody. - No, nie. Wy mnie wszyscy wykończycie. Już nigdy tu z wami nie przyjdę. Kiedy się rozbierała, miała zapytać Baśkę, czy widziała się z Darkiem i czy wie, dlaczego nie przyszedł do niej wczoraj na imprezę. Ale wkońcu zrezygnowała. Jeżeli on nie chce się z nią spotkać, to jej też nie powinno na tym zależeć. Stanęła na brzegu basenu, rozejrzała się za kim znajomym. Kiedy zobaczyła Magdę i Ilonę, skoczyła do wody i podpłynęła do nich. - A gdzie nasi chłopcy ? - zapytała. - Poszli skakać z trampoliny. - A można ? - Nie wiem. Gadali z ratownikiem. Zauważyła Sławka i popłynęła do niego . - Nie skaczecie ? - Pozwolił nam tylko raz. Nie ma dzisiaj tego od trampoliny i boi się. - Idę się spytać. - Gdzie ? - Do ratownika. Chcę też skoczyć. Sławek spojrzał na nią z niedowierzaniem. Ona zawsze go zaskakiwała, ale tym razem był pod wrażeniem. - Chyba żartujesz. Nie pozwoli ci. - Słyszałam, że go znasz. Zaprowadź mnie do niego. - Poczekaj, najpierw z nim pogadać. Po chwili podeszli do niej. Ratownik patrzył na nią z rozbawieniem. Miała ochotę walnąć go w tą zadowoloną twarz. - Masz kartę ? - Tak, ale niemiecką. - Więc przykro mi... - O co chodzi ? Cudzoziemcom zakaz pływania ? Dyskryminacja kobiet ? Co mam zrobić, żebym mogła sko-czyć ? - Tak ci na tym zależy ? Chcesz popełnić samobójstwo ? - powiedział i zaśmiał się ze swojego dowcipu, ale zaraz gwizdnął na kogoś, że wpycha dziewczynę na siłę do wody. - Skakałam sto razy na dzień - próbowała nie wybuchnąć. - Karol, daj spokój - powiedział Sławek. Był bardzo ciekaw czego Judyta nauczyła się w tych Niemczech.- Prze-cież gdyby nie umiała, nie pchałaby się na górę. Ten zawahała się na moment, a może też był ciekaw, była to pierwsza dziewczyna , która chciała to zrobić. Wreszcie zgodził się. - Ale pamiętaj. Jeżeli coś pójdzie nie tak, odratuję cię, mogę stracić pracę tutaj, ale wtedy policzę się z tobą. Chciała mu wreszcie powiedzieć coś do słuchu, ale dała sobie spokój. To i tak nic nie da. Skoczy i niech ten palant się wypcha. Poszła na górę, a w międzyczasie parę osób już się nią zaciekawiło. Sławek krzyknął na pary swoich znajomych i Judyta miała swoich widzów. Zrobili jej nawet miejsce w wodzie. Skoczyła w bardzo dobrym stylu. Dostała oklaski od swoich przyjaciół. Podpłynęła do ratownika i rzuciła : - Jak widzisz, nie musisz mnie ratować. Nie wdawała się już w dyskusję. Popływała jeszcze trochę i wyszła z wody. Na kocu siedzieli już wszyscy. - Judyta, ty chyba zwariowałaś - powiedziała Baśka. - Myślałam, że mi serce stanie, jak leciałaś w dół. - Ładnej popeliny nasiałaś. Ja myślałem, że ty żartujesz z tym skakaniem. - Gdzie żeś się tego nauczyła ? - Cześć Judyta ! Usłyszała te słowa za sobą. Poznała jego głos. Odwróciła się powoli bojąc się, żeby głos jej nie zadrżał, ani nie zrobiła jakiegoś głupstwa. Wyciągnęła do niego rękę. - Cześć Darek ! Wreszcie się zjawiłeś. Zdaje się, że nie lubisz starych znajomości ? - nie wytrzymała. - Już się wypowiadasz, a nie masz o tym zielonego pojęcia. Po prostu nie miałem ostatnio czasu. I już wiedziała po tym powitaniu, że to, co ich kiedyś łączyło nie ma już żadnego znaczenia. Nie wspominając już samego powitania. Na pewno nie obejmie jej i nie pocałuje. Na pewno nie ucieszy się już na jej widok. Tylko Baśka ucieszyła się z takiego obrotu sprawy. Mimo lekkiego zażenowania wśród wszystkich odezwała się : - Widziałeś Darek, jak Judyta skoczyła ? - Nie. Idę się zamoczyć. Judyta już nie patrzyła za nim. Położyła się na ręczniku . Wszyscy jeszcze dyskutowali o jej skoku, ale ona nie brała w tym udziału. Myślała oczywiście o Darku. Zmienił się trochę. Przytył, ale nie na tyle, żeby to było jakimś zmartwieniem, przybrał po prostu bardziej dojrzalszą postać mężczyzny. Włosy ściął krótko, w przeciwieństwie do innych. Zauważyła, że w Polsce była tendencja do długich włosów. W Niemczech chłopcy już skracali swoje fryzury. Twarz miał już opaloną, bardziej niż inni, musiał więc pracować na powietrzu. Zrobiło jej się go żal. Chłopak miał więcej rozumu niż wyniósł ze szkoły, ale niestety musiał pracować jako fizyczny. Nigdy nad tym nie ubolewał. Miał przecież pieniądze rodziców, mógł skończyć technikum, zająć się czymś wznioślejszym niż rozrabianie cementu, czy przerzucanie węgla. Zanim wyjechała myślała, że namówi chłopaka na dalszą szkołę, że przekona go, że nie trzeba się wściekać na pieniądze, że mogą też pomóc w życiu. Przytakiwał jej, nawet wyczuła, że był z tego zadowolony. A później ona wyjechała i usłyszała, że skończył zawodówkę i na tym się jego edukacja zakończyła. Co za szkoda, że zadał się z tą Baśką. Może teraz byłaby w stanie go przekonać. Tylko jak zmienić jego antypatię do niej ?
Siedzieli tym razem u Jacka. Deszcz padał już trzeci dzień. Wymyślili więc imprezę. Tyle, że nikt nie tańczył. Chłopcy z Judytą rozmawiali o polityce, ona dużo wiedziała o partiach niemieckich, ale i tak Darek zaprzeczał pewnym rzeczom. Nie pomogła perswazja, że przecież chyba Judyta mogła lepiej wiedzieć o tych rzeczach niż on. Po godzinie zażartej dyskusji, która zmierzała już ku nieuchronnej kłótni, Baśka wraz z innymi dziewczynami miała tego dość. - Może byście tak już skończyli ten nudny temat. - O co ci chodzi ? - rzucił Darek. Judyta doprowadzała go do wściekłości, bo wiedziała więcej od niego, ale wolał dyskusję z nią, niż z Baśką. - Jak skończymy, to skończymy. Na pewno nie wtedy, kiedy ty nam karzesz. - Baśka ma rację - Judyta nalała sobie piwa. - Mówmy o tym, co wszystkich interesuje. - A o czym można z nią rozmawiać ? - Darek był bezlitosny.- O ciuchach ? Fryzurach ? Ile można o tym gadać ? - No, nie przesadzaj - oburzyła się Baśka. - O tym też możemy porozmawiać... - Judyta szła na kompromis. Baska machnęła ręką. - Nie wysilaj się Judyta. Nasz szanowny pan jest bardzo wymagający. A do takich docinek trzeba się przyzwyczaić. On tak zawsze. Darek miał coś powiedzieć Baśce i wytłumaczyć Judycie, ale wierzył w inteligencję tej drugiej i wiedział, że ta będzie wiedziała, o co tu chodzi, a zwłaszcza jemu. A Judyta musiała przyznać dziewczynie rację. Ostry w gębie to on był. I do wszystkich jednakowo. Dlatego też miała pewne wątpliwości, co do zawiązku Baśki z Darkiem. Coś tam może miedzy nimi było, ale na pewno nie miłość, przynamniej ze strony chłopaka. Wręcz byłaby skłonna powiedzieć, że ją traktował najgorzej. Baśka była najładniejszą dziewczyną w grupie, ale chyba też i najgłupszą. Judyta nie chciała jej obrazić, ale miała do niej trochę pretensji. Po co się ogłosiła, że jest jego dziewczyną ? Nie jest tak, ale wiązało to ręce Judycie. Nic nie mogła działać. Ale przecież postanowiła sobie, że jeżeli się da i jest jeszcze jakaś szansa, będzie walczyć. Chciała z nim porozmawiać, ale bez przerwy była przy nim Baśka. Bez względu na zachowanie, docinki i antypatię chłopaka, ona wciąż była przy nim. Chłopak siedział cały czas przy stole i pił. Nie była innej rady. Musiała podejść do nich obojga. Ktoś włączył wolną piosenkę. Zmieniła zamiar poproszenia go do innego pokoju. - Czy bardzo byś się czuł poniżony, gdybyś zatańczył ze mną ? - zapytała. Spojrzał na nią uważnie. Zastanawiał się, czy żartuje, czy mówi poważnie, ale półmrok panujący w pokoju nie pozwolił mu na dokładne oględziny. - Nie - powiedział wreszcie i podniósł się. Baśka z niepokojem spojrzała na nich. Chyba powinna coś zrobić. Ta Judyta gotowa jest jeszcze przekonać go do siebie. Musi coś wymyślić. - Przepraszam, że cię poprosiłam, ale... - Nie przepraszaj za to, co chciałaś zrobić. Był zły, że się zgodził. Bliskość dziewczyny przywołała niepotrzebne wspomnienia. Myślał, że już mu minęło i chciał to sobie udowodnić, ale mylił się. Kiedy ją objął, wszystko wróciło. A przecież nie chciał tego. - A może są takie rzeczy, które człowiek chce robić, ale chce też za nie przeprosić. - Nie lubię, jak ktoś to robi bez przerwy. - Zdaje się, że szukasz ideału. - Nie szukam, bo go nie ma. - A jednak Baśka... - Co Baśka ?! - prawie , że krzyknął. - No, nie wiem jak wy to nazywacie, ale chyba jesteście ze sobą. A ona... - Kto ? My ?! - roześmiał się ostro i nieprzyjemnie. - Nie rozśmieszaj mnie. Kto ci takich głupot nagadał ? Pewno ona sama ci powiedziała. Och, wszystkie jesteście jednakowe. Judyta odetchnęła trochę, ciesząc się z tej nowiny, ale siłą powstrzymała się od wybuchu jeśli chodzi o to, co powiedział na końcu. Przerażało ją to, że był aż taki cyniczny. Nie można było się zorientować, kiedy mówił prawdę, a kiedy po prostu się nabijał. - Co nic nie mówisz ? - zapytał, bo to było niepodobne do Judyty, żeby po czymś takim zamilkła.. - Hamuję się, żeby nie powiedzieć ci czegoś przykrego, a później przepraszać cię za to . - Ależ nie krępuj się. Nie jestem znowu taki delikatny. - Szkoda, że stąd wyjechałam. Zmarnowali cię tutaj. Roześmiał się. Na prawdę ubawiła go ta opinia. - Kto ? - Ci wszyscy. Nie wiem w jaki sposób, bo oni są inni od ciebie, ale przy nich stałeś się tragiczny. - Nikt mnie nie musiał wychowywać - już się nie śmiał. - I ty też byś tego nie zrobiła. Uważasz, że jesteś inna ? - No... W pewnym stopniu na pewno tak. I myślałam, że ty też. Ale nie wiem, albo udajesz, albo... - Wiesz co ? Zajmij się inną osobą. Już mam niepotrzebnie Baśkę na głowie, starczy mi. - Gdybyś nie chciał, nie miałbyś - rzuciła przez zęby. - Ale nie martw się. Za dużo przebywałam w kulturalnym towarzystwie, żeby cię móc znieść. - Chcesz mnie obrazić ? - Nie. Rozmawiam tylko z tobą, tak jak ty ze mną. - Chyba nie bardzo. Bo narazie rzniesz wielką damę. - W twoim towarzystwie wyjątkowo mam na to ochotę. Piosenka urwała się. Odsunął się od niej. - Cieszę się - powiedział ironicznie - że to się już skończyło. Było wyjątkowo i niepotrzebnie długie. Odwrócił się i wyszedł do kuchni. Wyprowadziła go z równowagi. A przecież miał się jej nie dać. Miał nie zwracać na nią uwagi, miał się trzymać od niej z daleka. Wiedział, jaka była i czuł się zagrożony. Myślał, że miłość do niej dawno mu wywietrzała i normalne przebywanie w jej towarzystwie niczym mu nie grozi. Ale mylił się. Nie wiedział co to jest, ale wyraźnie go drażniło. Judyta tymczasem uśmiechnęła się do siebie. Reagował na nią. A to już jest jakiś postęp.
- Idziesz już ? - Jutro mam rozmowę w sprawie pracy. Muszę się trochę przygotować. Judyta przyszła do Baśki wiedziona zwykła ciekawością. Wiedziała, że ta nie lubi jej i będzie wymyślać niestworzone rzeczy, ale mówiła też ciekawe i prawdziwe historie. Nieświadoma, że mówi o rzeczach, które nie powinny wychodzić poza okręg tylko dwojga ludzi opowiadała wciąż wszystko, co działo się pod nieobecność Judyty. Ale mimo wszystko Baśka to nie było wymarzone towarzystwo dla niej. Może było jej też żal tej dziewczyny. Pchała się sama w ramiona beznadziejności i cyniczności, bo taki był Darek. I miała nikłe szanse, żeby on to kiedyś docenił. - Zostań, pociesz mnie. Judyta usiadła i westchnęła. Musiała to jakoś rozegrać lojalnie. - Nie mogę ci pomóc. Obie dobrze wiemy, że kochanie takiego chłopaka jak Darek jest rzeczą nie tylko trudną, ale i beznadziejną. Jedno ci mogę poradzić. jeżeli chcesz go nadal zdobywać, to na pewno nie w taki sposób, w jaki ty to robisz. - Chcę być z nim. A sposobów na niego próbowałam już masę. - Nie ulegaj mu chociaż tak... - Łatwo ci mówić. Kiedyś też byłam taka mądra, na początku. Sprzeciwiałam mu się, trwałam przy swoim zdaniu i nic z tego nie wychodziło. Dlatego próbuję teraz tego. Gdyby chociaż chciał iść częściej do łóżka... Ostatnio nie pamiętam kiedy byliśmy... Może jakieś dziecko... Judyta wzdrygnęła się na myśl, że Darek mógłby spać teraz z Baśką, gdy ona tu jest. - Tego lepiej nie próbuj. - Och, muszę się łapać wszystkiego. Dopiero teraz dotarło do Baśki, że mówi trochę za dużo Judycie. Gotowa pomyśleć, że między nią a Darkiem jest beznadziejnie i zacznie się brać za niego. - Gdybym nie miała szans - zmieniła szybko ton - dałabym sobie z nim spokój. Ale znam go i wiem, że... Ktoś zadzwonił. Baśka wyszła otworzyć i po chwili wpadła do pokoju Ilona. - Judyta, ratuj ! Chłopaki popili sobie i poszli nad rzekę. - No i co ? - Oni są zalani i chcą pływać o tej porze. Szybko zerwały się z Baśką i wyszły w trójkę. Ilona była bardzo przejęta. - Wszystko przez Darka. On zawsze musi coś wymyśleć głupiego i niebezpiecznego. Oczywiście musiał być jakiś zakład. Tym razem wykombinował sobie, że wypiją bardzo dużą ilość alkoholu , a później będą się ścigać w pływaniu. - O Boże, Darek... - jęknęła Baśka. - Ten twój Darek doprowadzi mnie kiedyś do szału. Oni ledwo trzymali się na nogach jak wyszli od Jacka. Sławek prawie szedł na kolanach. Oczywiście Darek kazał im iść na most, bo tam jest najgłębsza woda. Co się dzieje z tym chłopakiem... Jeszcze wykrzykiwał, że to jest sztuka, a nie jakieś skoki do wody. Judyta wiedziała o co chodzi, ale Ilona nie mogła mieć o to do niej pretensji. Darkowi odbiło już wcześniej. Może i ona była za to odpowiedzialna, ale teraz już jest co innego. - A o co się założyli ? - zapytała, chcąc odciągnąć uwagę od siebie. - O jakąś płytę... Chyba Iron Maiden. Dochodziły już do mostu. Szukały ich ze wszystkich stron. Wreszcie Judyta zauważyła kogoś płynącego tuż przy brzegu. Zbiegły na dół. Baśka krzyczała , że to był Darek. Nikogo więcej nie było widać. - Judyta, ratuj. Boże, oni chyba się już potopili... Boże... Darek ! Darek wracaj ! Obie Baśka i Ilona zaczęły krzyczeć i narobiły takiego rabanu, że nieliczni przechodnie zaczęli schodzić się w tym miejscu. Judyta skoczyła do wody, chociaż nie widziała szans na zauważenie kogoś w tych ciemnościach, nie mówiąc już o ratowaniu. Pozwoliła, żeby wiry wciągnęły ją na dno i zaczęła szukać. Nagle zahaczyła o coś ręką. To chyba było ciało. Objęła je wpół, wypłynęła na powierzchnię i dopłynęła do brzegu. Ilona pomogła wydostać topielca z wody. - Znalazł się ktoś ? - zapytała. - Nie. Baśka biegnie za Darkiem. Ten baran płynie dalej. Karola nie ma... - Dzwoń po pogotowie. I po milicję, straż, nie wiem, może oni szybciej... Judyta znów weszła do rzeki, zanurkowała na dno, ale nie miała już siły, macanie na oślep nic już nie dało. Chciało jej się płakać , była zrozpaczona.
Nie rozmawiali na ten temat ani razu. Nie padło ani jedno słowo. Milczenie potęgowało grozę, która wisiała w powietrzu. Przyszli wszyscy na pogrzeb, rzucali grudki ziemi na trumnę w milczeniu. Dopiero kiedy wychodzili z cmentarza, Sławek powiedział : - Mogłem być ja na jego miejscu. Zdanie zabrzmiało jak wyrocznia, może dlatego nikt nie podjął tematu. Wracali wszyscy do domów razem. Nie spieszyło im się, nie chcieli się rozstawać. Może czuli, że gdy tylko się rozejdą, coś może się znowu stać. Razem czuli się bezpiecznie. - Dlaczego uratowałaś mnie, a nie jego ? - wybuchnął niespodziewanie Sławek. Judyta spojrzała na niego zaskoczona. Bała się jakichkolwiek pytań na ten temat. Ale musiała stawić temu czoło. - Bo ciebie pierwszego wyczułam. Nie miałam wyboru, czy ratować ciebie, czy jego. - Jak ja się teraz czuję ? Rodzice Karola patrzyli na mnie, jakbym to ja był winien jego śmierci. - Na mnie patrzyli tak samo - Judyta wreszcie wydusiła to z siebie. - czekałam tylko, aż podejdą do mnie i rzucą się na mnie z pretensjami, tak jak ty teraz. Chciałam uratować was obu. Zresztą nie wiedziałam, że jest tak źle... - Nie mogę znieść tej myśli, że on miał mniej szczęścia... - Wyładuj się lepiej na kimś innym - powiedziała rozdrażniona Baśka, która szła obok Darka. Chciała złapać chłopaka za rękę, ale jak zwykle wyrwał się. Wiedziała, że wszyscy obwiniają jego za to, co się stało. Dlatego chciała być przy nim , chciała mu dodać otuchy, chciała żeby wiedział, że ona go nie obwinia. Ale zachowanie chłopaka nie świadczyło o tym, żeby chciał to docenić, chyba w ogóle nie wiedział o tym, że Baśka go nie potępia. - Darek... Milczał, więc już nie próbowała. Włożyła ręce w kieszenie i szła przygaszona nie tylko śmiercią kolegi, ale także problemami z Darkiem. Już nie miała do niego sił. Bała się, że ten wypadek może ich oddalić od siebie. Spojrzała na Judytę. Ta przejmowała się wszystkim tylko w dniu wypadku. Teraz widać było, że wszystko po niej spływa. Baśka zastanawiała się, co takiego urzekło Darka wiele lat temu, że wybrał ją jako swoją dziewczynę. Nie była piękna, teraz może ubierała się lepiej, ale wtedy jej ubiór był bardzo skromny i niemodny. Nie znała jej wtedy tak dobrze, ale słyszała od innych, że była bardzo przemądrzała, wywyższała się nad wszystkimi, okazując swoją wiedzę a ich braki w nauce. To Darek przekonał ich do niej, dzięki niemu była w ich paczce. Jak dobrze, że już mu z nią minęło. - Chodźcie może do mnie - odezwała się Judyta. - Nie - powiedziała za wszystkich Magda. - Jeszcze chwila, a nie będziemy potrafili normalnie rozmawiać. Mu-simy żyć dalej normalnie. Co się stało, to się stało, nic na to nie poradzimy. Myślę, że w sobotę możemy się spotkać u mnie na imprezie i bawić się . Chyba nie będę przekładać tych urodzin ? - Pewnie, że nie - szybko powiedziała Baśka. - Powinniśmy dalej żyć normalnie. Wszyscy przytaknęli i wreszcie zaczęli się rozchodzić do domów. Baśka nieśmiało zaproponowała Darkowi, że-by ją odprowadził, ale ten burknął coś na odczepkę i odszedł. Nie wiedziała, co ma zrobić, może powinna iść z nim do domu... machnęła jednak ręką. Nie jest w stanie dzisiaj znieść dłużej jego niechęci i chamstwa. Judyta skręciła już w swoją ulicę, ale widząc, że Baśka zostawiła Darka samego, poczekała, aż ta zniknie na bez-pieczną odległość zawróciła i podeszła do chłopaka. - Poczekaj ! Odwrócił się nerwowo, a kiedy zobaczył, że to nie Baśka, jego oczy zrobiły się zimne. - Nie mam ochoty na rozmowę. - To się zmuś. - Odkąd przyjechałaś tutaj z wielkiego świata, narzucasz swoje zdanie. - Taki mam już charakter. Zapomniałeś ? - Tak ? - zatrzymał się. - No to powiedz mi to wreszcie prosto w oczy ! No ! - poganiał ją. - Powiedz, że Karol zginął przeze mnie ! Powiedz !! - Ciszej - rozejrzała się z przestrachem, że Baśka może ich usłyszeć. - Nic ci nie będę mówić. Ale cieszę się, że cię to gryzie. - Nie wiem, z czego się cieszysz. Wsadził ręce do kieszeni i szedł dalej. Ulżyło mu, że Judyta nie powiedziała mu tego. - I tak tego nie zrozumiesz. Zresztą... Nikt ci tego nie powiedział, dlaczego ja miałabym to robić ? - Bo ty lubisz mówić to, czego inni nie mówią. I po co się wleczesz za mną ? - Nie wlokę się, tylko idę. Chcę odwiedzić twoich rodziców. Jeszcze u nich nie byłam od przyjazdu, a myślę, że chyba powinnam. I mam nadzieję, że przyjmą mnie lepiej niż ty. - Nie musisz tam iść.- Wiem - wybiegła przed nim i szła chwilę do tyłu i przypomniała mu dawne czasy. Taka ja pamiętał. - Ale chcę. Nie wpuścisz mnie ? A może zaraz wygonisz ? Jeżeli o to chodzi, to będziesz mnie musiał wyrzucić siłą, inaczej nie wyjdę. - A siedź sobie. Co mnie to wszystko obchodzi. Zbliżali się do domu państwa Brańskich. Rozejrzała się. Trochę się tu zmieniło. Wokół drzwi wejściowych pięły się kwiatki, wzdłuż alejki, która prowadzi do wejścia przybyło parę krzewów peoni, a po ścianach budynku pięły się pędy winorośli. Kiedy Darek otwierał drzwi kluczem , powiedziała : - Chciałam ci przypomnieć, chociaż powinieneś to wiedzieć z przed kilku lat, że kobiety puszcza się pierwsze. Puściła do niego oko. Spojrzał na nią ironicznie, ale poczekał aż wejdzie. Kiedyś przecież zawsze tak robił. Kie-dyś ... Dawne zapomniane czasy. Rodzice siedzieli na dole i oglądali jakiś program. Na widok Judyty mama Darka uśmiechnęła się. - Dzień dobry ! - Judyta ! Dzień dobry ! Wreszcie się zjawiłaś. Siadaj, proszę. Władek, przycisz to. Jak tam po pogrzebie ? To straszne co się stało. - Tak, ale nic na to nie można poradzić. Zapłacił za swoją głupotę. Nie on jeden i nie ostatni. Szkoda chłopaka... Ale nie mówmy o tym. Jesteśmy tak przygnębieni - pokazała na Darka, który siadał na fotelu - że musimy porozma-wiać o czymś innym, żeby nie popaść w wielką rozpacz. - No, mów co tam u ciebie. Tak mało o tobie wiemy, Darek nic nam nie mówił... Chłopak poprzełączał programy, wreszcie podniósł się i pewnie chciał wyjść, ale Judyta powiedziała szybko : - Napiłabym się herbaty, Darek. Pani Brańska bojąc się ostatnio częstej niemiłej reakcji syna na taką prośbę, chciała się podnieść. - Zaraz ci zrobię... Ale ku jej zdziwieniu syn powiedział : - Siedź, ja zrobię. Odprowadziła go zdziwionym wzrokiem, ale zaraz zajęła się gościem. Lubiła tą dziewczynę. Kiedyś, kiedy jesz-cze przed wyjazdem byli za sobą, ona i jej syn, widziała jaki dobry wpływ miała na niego. Była madrą, dążącą do czegoś dziewczyną i popychała w dobrym kierunku Darka. Od kiedy jednak wyjechała syn zmienił się niewyobraża-lnie. Zaczął pić, zrezygnował z technikum, poszedł pracować fizycznie i pomału staczał się w dół z ta swoją grupą, która wpędzała go w bagno. Jakby tego było mało, jego zachowanie też schodziło na psy. Zrobił się arogancki, wręcz niemiły, nieuprzejmy i chamski. Matka Darka próbowała wszelkimi sposobami zmienić go, odkręcić to wszystko, w co popadał, ale bez skutku. Zamknął się przed wszystkimi i brnął dalej w to nijakie życie. Odkąd Judyta przyjechała ( rodzice dowiedzieli się tego nie od syna ) , dalej nie chciał o niej rozmawiać. Pani Brańska obawiała się, że coś musiało między nimi zajść nieprzyjemnego, bo kiedy tylko zapytała o dziewczynę, Da-rek robił się jeszcze bardziej zły i odburkiwał coś nieprzyjemnego. Dlatego była bardzo zdziwiona, że teraz nie tylko zrobił im wszystkim herbatę, to jeszcze usiadł z nimi, czego nie robił już od paru lat i jeszcze dyskutował ostro na różne tematy. Jak kiedyś, pomyślała matka chłopaka. Może wreszcie coś się zmieni w tym chłopaku. Koło dziewiątej Judyta podniosła się. - Będę się zbierać. - Zaraz - zatrzymała ją pani Brańska. - Przecież nie poczęstowaliśmy cię nawet kolacją. Zaraz zrobię coś do je-dzenia. - Dobrze. Ale jeżeli pani pozwoli, to my z Darkiem to zrobimy. Matka Darka spojrzała na syna niepewnie, ale ten posłusznie szedł za Judytą. Spojrzała na męża. - Widziałeś to ? Kiedy Darek wszedł za Judytą, zamknął drzwi. - Słucha, złotko. przeholowałaś. - Nie, kochanie. Po prostu pomagam ci odnaleźć siebie. Otworzył usta, ale nic już nie powiedział. Ze złością wyjął chleb i zaczął go kroić. ta sytuacja była nie do zniesie-nia, ale Judyta miała rację. To był dawny on. Wspólne kolacje, wspólne rozmowy. Judyta miała większą wiedzę od niego, więcej czytała i się uczyła, ale on miał lepsze rozumowanie. Szybciej kojarzył fakty, szybciej zapamiętywał. Razem rozumieli się doskonale, ale też i kłócili, co jednak nie przeszkadzało im być razem. No właśnie, razem... Wtedy byli razem. Nie chciał znowu takiej sytuacji. Nie chciał kolejnego rozstania. A pobyt Judyty tutaj nie był cał-kowicie pewny. Jedli kolację w dużym pokoju i oglądali program, który dotykał sprawy mieszkań, a raczej ich brak. Jedna rodzi-na mieszkała w suterenie od dwóch lat. Gruba rura od ciepłej wody przedzielała pomieszczenie na pół. Kobieta mia-ła dwoje dzieci, mąż gdzieś pił. I właśnie administracja domu chciała ich wysiedlić. - Pani, ale gdzie my pójdziemy ? Tutaj, w tej kamienicy ludzie są dobrzy, przynoszą nam nieraz coś do jedzenia, pomagają przy dzieciach. Gdzie ja mam się teraz podziać ? Do przytułku? Tam nie ma pieniędzy na nic... - Co za ludzie ? - nie wytrzymała Judyta. - Co oni im tam przeszkadzają ? - Słyszałaś - powiedział Darek. - Mieszkańcom to przeszkadza. Boją się ... Co oni tam mówili ? Wszy, brudu, demoralizacji i kij wie, czego jeszcze. - Dwa lata mieszkali tam i im nie przeszkadzało? - Pewnie przeszkadzało, ale nie wiedzieli co zrobić - wtrąciła matka Darka. - Może już wcześniej interweniowa-li, ale nikt nie chciał się tym zająć. A teraz ... Nie wiem, czy ta reporterka jest za tymi ludźmi, czy przeciwko... - Gdyby była przeciwko, dawno by ich stamtąd wyrzucili i nie robili reportażu. - Ci ludzie z tej kamienicy... - Judyta wydęła wargi. - Pozbawić ich mieszkania na parę dni. Ciekawe, co by zro-bili. - A ty uważasz, że co powinni robić z takimi ludźmi, którzy nie mają własnego mieszkania, nie mają pieniędzy na nic ? - zapytał Darek. - W Niemczech są takie organizacje, które pomagają takim rodzinom. Tam mają na to środki, ale przeważnie tra-fiają tam ludzie innej narodowości niż Niemcy. To są straszne miejsca... Byłam kiedyś w jednym z nich... Nie dziwię się, że ona nie chce tam iść. - Obawiam się, że u nas to wszystko wygląda jeszcze gorzej. Nie mają pieniędzy, ludzie ich przeganiają z miej-sca na miejsce, nie chcą mieszkać obok takich ośrodków. - Żadna przyjemność - rzucił Darek obojętnie, ale Judyta spojrzała na niego wrogo. - Uważasz, że nie powinno być takich miejsc ? - Tak. Powinni budować jakieś kamienice, żeby ci ludzie mieszkali normalnie. Żadnych tak ośrodków. Ludzie z natury nie chcą takich miejsc. - Ci ludzie nie maja pieniędzy. Uważasz, że byłyby to normalnie wyglądające kamienice ? W Niemczech jest taka... - Co mnie obchodzi co jest w tych twoich Niemczech ? Rozmawiamy o ludziach, którzy mieszkają tutaj. - Dużo wzorów branych jest z zachodu. Zresztą każdy kraj patrzy na inny, szuka lepszych rozwiazań. - Ciszej, mówią co postanowiła spółdzielnia... Judyta zaczęła sprzątać ze stołu. Spojrzała na zegarek. - Pójdę już. Bardzo dziękuję za kolację. - My również dziękujemy. Wpadaj do nas częściej. Darek odprowadził ją do drzwi. Chciała coś powiedzieć, ale uprzedził ją. - Może zadzwonić ci po taksówkę ? Jest już ciemno - uśmiechnął się promiennie. - Nie, dziękuję. - To spory kawałek drogi. - Jeszcze i ty ją pokonasz. Obiecuję ci to. - Dobranoc , kochanie.
Tym razem imprezę robili u Ilony. Lato było krótkie w tym roku. Trwało zaledwie dwa tygodnie, kiedy przyje-chała Judyta. Później zrobiło się chłodniejsze i deszczowe. Ponieważ towarzystwo nie miało zbyt dużo pieniędzy na wałęsanie się po knajpach, organizowali dyskoteki w domach. Wychodziło taniej. Darek miał dość tych imprez, z tymi samymi twarzami, w tym samym towarzystwie. Czasem ktoś zaprosił jakąś nową twarz, ale to nie było to co w knajpie. Dlatego też nie liczono na to, że dzisiaj przyjdzie. Ale jednak ostatni, ale zjawił się. Baśka nieśmiało zaproponowała mu, żeby usiadł obok niej. - Dobra ! Trudno było nie zwrócić na to zjawisko uwagi. Dlatego i Baśka i Judyta spojrzały na niego bardzo zdziwione. Baśka ucieszyła się w duchu. Może wreszcie coś drgnęło. Wzięła go pod ramię i oparła głowę na nim, ale odsunął ją. - Nie wieszaj się na mnie. No i tym jednym zdaniem wyprowadził ją z błędu. Szybko spojrzała na Judytę, czy dziewczyna to widziała, ale ona już nie patrzyła na nich. Darkowi tymczasem wlewano karniaka. Baśka jednak nie rezygnowała. - Nie pij tak dużo dzisiaj. - A co dzisiaj za szczególny dzień ? Robię, na co mam ochotę. Będę pił tyle, ile mi się podoba. - Zostaw trochę dla innych - usłyszał Judytę. Miał jej też coś powiedzieć, ale już nie patrzyła na niego. Wypił więc jeszcze jeden kieliszek. Potem nastąpiło kolejne zdziwienie , gdy po raz pierwszy od niepamiętnych czasów Darek poprosił Baśkę do ta-ńca. Dziewczyna była wniebowzięta. Nie było oczywiście żadnych przytulanek, ani czułych rozmów, ale na razie to jej wystarczyło. A później snuł się cały czas po mieszkaniu. Raz po raz sięgał za wersalkę, wyciągał stamtąd butelkę i wypijał łyk. kiedy po raz kolejny tam sięgnął nie wypił, ale wziął butelkę i wyszedł do innego pokoju. Upił łyk i postawił ją na stole. Musiał pomyśleć. Sytuacja, w której się znajdował była nie do pomyślenia. Nie mogło tak dalej być. Przecież... Nie zdążył usiąść, gdy do pokoju wpadła Judyta. - Ani mi się waż to pić ! Spojrzał na nią rozbawiony. - Nie rozśmieszaj mnie, panienko. - Koniec z twoim piciem. Ileż można to znosić ? Człowieku, opamiętaj się. Przepijasz pół życia. Zostaw to. Poro-zmawiaj ze mną. Milczał, chociaż sytuacja była nie tylko zabawna, ale robiła się też męcząca. - Zostaw tą butelkę, albo wyrzucę ją przez okno. Roześmiał się. - Tak ? No to spróbuj.Ruszyła do stołu. On jednak wstał , jednym ruchem zgarnął butelkę ze stołu i schował ją za siebie. Próbowała mu ją zabrać. Raz z jednej strony, raz z drugiej. Skakała przy nim jak kotka. Była na prawdę zaba-wna. Ale on wiedział, że nie zrezygnuje. Zawsze stawiała na swoim. Pamiętał o tym. - No i co ? - rzucił rozbawiony. Wyprostowała się i spojrzała mu w oczy. Przeszedł go dreszcz. Już zapomniał jak mogą działać kobiece oczy. - Nie wypijesz tego. - Mylisz się. Nie mam powodu, dla którego miałbym tego nie wypić. - Masz. - Tak ? Nic mi o tym nie wiadomo. Może mnie oświecisz i powiesz mi , co to za powód ? - Ja . - Ty ? - roześmiał się, ale tym razem śmiech był już mniej szczery. Czuł, że rozmowa wkracza na grząski grunt.- Nie rozbawiaj mnie do łez. Nie zauważył jak to się stało. Po prostu zarzuciła mu ręce na szyję i pocałowała go. Przez chwilę chciał się odsu-nąć, ale zamurowało go. Zresztą nie była to taka straszna chwila. Kiedy odsunęła się od niego powiedziała : - Nie wypijesz. Odwróciła się i wyszła z pokoju. Kiedy pierwsze oszołomienie minęło, nadeszło uczucie wściekłości. Jak ona mogła go tak zaskoczyć? Wszystkiego po niej się spodziewał, ale nie tego, że go pocałuje... Co ona sobie wyobra- ża ? Że ma do niego jeszcze jakieś prawa ? Sięgnął po butelkę, otworzył ją, ale nie wypił. Patrzył na napój, który ostatnio stał się jego napojem życia. To dzięki niemu mógł zagłuszyć wszystkie swoje głosy, które kazały mu zmienić swoje postępowanie. To dzięki niemu nie myślał o tym, że kiedyś został porzucony przez dziewczynę, którą kochał, że marnuje życie, że nie ma już żad-nych ambicji... Teraz Judyta przypomniała mu o tym wszystkim. Jakim prawem ? Dlaczego po raz drugi miesza w jego życiu, wywraca je do góry nogami ? Wziął butelkę i poszedł do pokoju, gdzie wszyscy się bawili. Postawił ja na stole i usiadł. Rozejrzał się. Judyta tańczyła z kimś, chyba nie zwracała na niego uwagi. Baśka też z kimś tańczyła, więc odetchnął. Nie będzie mu zada-wać głupich pytań. Czekał , aż piosenka się skończy i Judyta usiądzie przy stole. Obserwował ją. Tymczasem usiad-ła obok niego Baśka. Zaczęła mu coś mówić, zadawać jakieś pytania... Nagle Darek zerwał się. Judyta podnosiła właśnie kieliszek . Podszedł do niej, wyrwał jej z ręki naczynie i odstawił. - Nie pij kochanie tyle - powiedział. - Masz powód, żeby nie pić, prawda ? Wrócił na swoje miejsce. Judyta siedziała osłupiała, a Baśka prawie otworzyła usta ze zdziwienia. Na szczęście była już zbyt pijana, żeby o to pytać. Poprosiła Darka do tańca i poszli tańczyć. Już nie obchodziła go Judyta. Rozchodzili się koło trzeciej. Leszek wciąż kręcił się koło Judyty, ale ona już miała kolejny plan w głowie. Myś-lała, że już nie ma szans, że Darek naprawdę już zapomniał o tym co ich łączyło. Jednak to, co zrobił, przekonało ją, że jeszcze nie jest za późno. - Odprowadzę cię - powiedział Leszek. - Przykro mi, Lesiu, ale muszę jeszcze coś załatwić z Darkiem. - Dałabyś już sobie z nim spokój. Spojrzała na niego zdziwiona. Nie wiedziała, że kolega przejrzy ją, ale przecież nie kryła tego przed nikim. No, może przed Baśką. - Jeszcze nie. Ale żeby dostać się do Darka, było bardzo trudnym zadaniem. Baśka pilnowała się chłopaka, chodziła za nim krok w krok. Była bardzo zdziwiona, że jest tak trzeźwy. Ostatnio musieli go wynosić, bo nie chciał sam wyjść. Krzyczał, że jest fizycznym pracownikiem i raz ktoś może jego przenieś. Judyta nie widząc innego wyjścia, kazała Magdzie zawołać Baśkę do łazienki. Więc kiedy oddaliła się wreszcie od Darka, Judyta podeszła do niego. Zapalał właśnie papierosa. - Mógłbyś zamówić mi taksówkę ? - zapytała zapinając guziki kurtki. - A co to ja jestem ? Służący ? - Służący zamawia taksówkę, kolega odprowadza. Spojrzał nią z zaciekawieniem. Znowu coś sobie ubzdurała i pewno nie łatwo zrezygnuje. Nie wiedział już, jak ma z nią postępować. - Ale będziesz musiała poczekać, aż odprowadzę Baśkę - uśmiechnął się. - Czyżby ? Spojrzała na niego ironicznie i w tym momencie Baśka weszła do pokoju i podeszłą do nich. Judyta uśmiechnęła się do siebie. - Basiu - odezwała się do dziewczyny. - Pójdę z tobą kawałek, dobrze ? Chyba, że Darek cię odprowadza... - Ja idę do domu, cześć ! Baśka nie mogła uwierzyć, że chłopak tak szybko się zmył. Była pewna, że pójdą razem, że porozmawiają po drodze. Wzruszyła ramionami i obie wyszły z mieszkania. Deszcz przestał padać. Chmury jednak nie rozeszły się i nie było widać gwiazd, oglądanych przez wszystkich o tej porze roku. Baśka zaczęła paplać o Darku i nie przestała, aż do samego domu. Judyta w ogóle jej nie słuchała i z ulgą pożegnała ją. Szła chwilę zamyślona, gdy usłyszała za sobą kroki. Nie musiała się odwracać. - Cieszę się, że okazałeś się kolegą - powiedziała. Darek zrównał się z nią. - Skąd wiesz, że to ja ? - Lata doświadczenia i intuicji. Ja nie zapomniałam . Zresztą wiedziałam, że pójdziesz za mną. - Po to tylko, żeby ci wybić z głowy kolejne próby usidlenia mnie. Stanęła . Spojrzał na nią taki pewny siebie, że aż zrobiło jej się go żal. - Ja ? Ciebie ? Teraz ty mnie rozśmieszasz - ruszyła dalej. - Tak, tak, kochanie. Próbujesz to robić odkąd tylko tu przyjechałaś. Dlaczego tylko mi zabroniłaś pić ? Miała mu wszystko powiedzieć. Co czuła, czego nie przestała czuć przez te lata rozłąki. Jednak czuła, że to nie ona powinna pierwsza się odsłonić. - Nie wiem. Może chciałam, żebyś wreszcie zaczął normalnie żyć. A może po ostatniej imprezie bałam się, żebyś nie zrobił czegoś Baśce... Myślała, że to dobry powód, ale Darek stanął. W jego oczach pojawiła się złość. - Tym razem przesadziłaś.
.......................................cdn
C Z Y MU W Y B A C Z Y S Z ?
Siedziała w obskurnym pokoju i czekała na niego. Bała się, żeby nie zobaczył jej ojciec, ale była zbyt przejęta, żeby myśleć o tym poważnie. Musiała tu przyjść. Miała tyle pytań, tyle rzeczy nie rozumiała i tyle rzeczy ją przerażało. Mimo to nie dawała za wygraną. Może jest tak , jak mówi Mariusz ? Może to wszystko nie jego wina ? Sierżant Adamski patrzył na nią z zazdrością. Wiele by dał, żeby tak ona na niego czekała. - Może napijesz się kawy ? - zaproponował. - Nie, dziękuję. Wyobraziła sobie poobijane , brudne kubki, starą kawę i przedpotopowy czajnik. Po takim wyglądzie pokoju nie mogła spodziewać się niczego innego. Ponadto nie lubiła tego Adamskiego, odkąd zorientowała się, że leci na nią . Nie, jeden gliniarz w rodzinie wystarczy. Ponadto nie bardzo za nimi przepadała. Jeszcze i teraz ta sytuacja... Trzasnęły gdzieś drzwi. Drgnęła. Spojrzała na zegarek. Miała już dość czekania. I tego głupiego milczenia. Ktoś wszedł do pokoju i powiedział do Adamskiego. Nie zrozumiała, ale ten spojrzał na nią, więc podniosła się. - Iść z tobą ? - Nie ! - prawie krzyknęła. Jeszcze tego by brakowało, żeby pokazała się z nim. Wyszła na korytarz. Na ławce siedział Mariusz. Podniósł się, stanął na przeciwko niej i uśmiechnął się. - Chodź - wzięła go pod rękę i wyszli z budynku. Przez chwilę szli w milczeniu. Cieszyła się, że może iść z nim ulicami, patrzeć na innych szczęśliwych ludzi . Dopiero teraz to odczuła. - Dzięki, że przyszłaś po mnie - odezwał się. - Cieszę się, że cię wypuścili, ale prawdę mówiąc, byłam zdziwiona, że to zrobili. - Byłem niewinny, nic nie mogli na to poradzić. - Tak, ale ... już siedziałeś. Drgnął i spojrzał na nią. W jego oczach pojawił się strach. - Skąd wiesz ? - Trudno nie wiedzieć, mając takiego ojca. - Tak... Oboje zaszliśmy sobie za skórę. Jestem ciekawy, kto wygra. Ona też poczuła strach. Chłopak nie cieszył się, że wyszedł, tylko myśli o krzywdzie, jaką mu wyrządzono. Czy kiedyś będzie w stanie o tym zapomnieć ?
Po raz pierwszy byli razem na imprezie. Mariusz nie lubił tego rodzaju rozrywek i unikał ich jak mógł. Ale lubił też dobrze zjeść i wypić oraz posłuchać dobrej muzyki. Ponadto Alina wyglądała dzisiaj naprawdę ponętnie. Niestety nie tylko on to zauważył. - Alino, jesteś dzisiaj w dechę . - Byle tylko nie bardzo twardą. - Twój ojciec powinien zapewnić ci obstawę w dzień i w nocy. - Muszę nad tym pomyśleć. Byle tylko nie byli tak bardzo przystojni. Mariusz patrzył i słuchał tego spokojnie, ale pomału zaczął się wkurzać. Alina tańczyła ze wszystkimi, bez przerwy ktoś chciał z nią rozmawiać, a jemu znudziło się siedzieć samemu. Kiedy wreszcie usiadła obok niego, żeby się czegoś napić, wziął ją za rękę. Spojrzała na niego pytająco. - Mam do ciebie prośbę - powiedział. - Czy mogłabyś już mnie więcej nie opuszczać ? - Dlaczego ? Przyszłam tutaj bawić się. - No to może starczy już tej zabawy ? - O co ci chodzi ? - nie bardzo rozumiała, albo tylko udawała. - Siedzę tutaj jak kołek. Chcę pobyć trochę z tobą. Sięgnęła po szklankę i uśmiechnęła się dyskretnie. No, chłopak zaczyna robić postępy. Już nie był zimny jak głaz. Gdyby wiedział, jak bardzo jej się teraz podoba... Ale nie może mu tego okazać. - Jesteś przecież ze mną . - Nie, siedzę tutaj sam, a ty bez przerwy gdzieś fruwasz. - To ty też fruwaj. Przyszliśmy się tutaj bawić. - Chcesz, żebym bawił się tak jak ty, z innymi ? - Nie - roześmiała się. - Chcę tylko wyraźnie usłyszeć, co chcesz ode mnie. Zgasił papierosa, objął ją i pocałował. - Szkoda na to czasu.
Spytała przechodzącego mężczyzna o godzinę. No tak. Czekała na niego już pół godziny. Miała dość. To zdarzało się co raz częściej. Co spotkanie, czekała co raz dłużej. Tym razem nie miała zamiaru czekać więcej niż dziesięć minut. Ponieważ nie doczekała się, poszła do Jarka sama. Może później przyjdzie. - No wreszcie - przywitał ją Jarek. - A dlaczego sama ? - Mariusz nie przyszedł, nie wiem, co się stało. Zrobił jej herbatę, rozmawiali, ale ona wciąż myślała, co się mogło stać. Na każdy dzwonek, lub dźwięk telefonu zrywała się, ale niestety to nie był Mariusz. Nie mogła usiedzieć, więc zebrała się wcześniej. Kiedy Jarek podawał jej kurtkę, zapytał : - Długo chodzicie ze sobą ? - Ponad pół roku. - I jak, poprawił się ? - Co masz na myśli ? - No ... wiesz, w stosunku do prawa. - Oczywiście ! To zupełnie inny chłopak. Inaczej nie byłabym z nim. Nie chciała o tym rozmawiać. Odczuła, że Jarek nie lubi Mariusza, więc nie będzie mu tłumaczyć wszystkiego. Kiedy wyszła owiał ją zimny wiatr. Teraz dopiero się wkurzyła. Będzie musiała iść taki kawał sama. Nie wzięła nawet złotówki na autobus, czy taryfę. Otuliła się szalikiem, schowała głowę w kołnierz, gdy nagle usłyszała : - Hej, mała. Zabawimy się ? Zesztywniała, ale nie mogła już nic zrobić. Ktoś zaszedł ją od tyłu, zatkał usta i zaciągnął w bramę. Zaczęła się wyrywać, ale było ich kilku, więc nie przyniosło to efektu. Coś mówili, śmiali się, ale była tak przerażona, że nic nie rozumiała. Nagle słyszała z oddali krzyk, uściski zelżały, sprawcy gdzieś zniknęli. Oparła się o ścianę, ledwo żywa, bojąc się otworzyć oczy. - Nic ci nie jest ? - wyrwał ja głos z odrętwienia i wreszcie otworzyła oczy. To był Adamski. Po raz pierwszy spojrzała na niego przyjaźnie. Podała mu ramię, wyszli z bramy. - Nie, nic mi się nie stało. Czy to zawsze ja muszę mieć takie przygody ? - rozkleiła się zupełnie i zarzuciła ręce na szyję sierżanta i przytuliła się do niego. Zaskoczony Wojtek nie wiedział co ma robić w takiej sytuacji. Dziewczyna wręcz go unikała zawsze, a teraz... Nie zdążył pomyśleć, gdy Alina odsunęła się gwałtownie, jakby zrozumiała, że postąpiła nie tak. - Przepraszam - powiedziała . - Odprowadzę cię do domu - zaproponował. - Dzięki. Była mu wdzięczna, mimo, że w dalszym ciągu nie czuła do niego sympatii. Dzisiaj jednak nie mogło być inaczej. Gdyby nie on... Nawet nie chciała o tym myśleć. Nazajutrz spotkała Mariusza w drodze do szkoły. Miała się do niego nie odzywać, ale w taki sposób niczego by się nie dowiedziała. - Czy to będą od teraz takie twoje stałe numery ? - zapytała. - Przepraszam cię. Chłopaki chcieli wczoraj wywinąć jakiś numer i ... - A co mnie obchodzą twoi koledzy ? Nie jesteś przecież ich opiekunem. Wczoraj o mały włos nie zgwałcono mnie. - Nie żartuj . - Wcale mi nie jest do żartów po wczorajszym. Objął ją i pocałował w policzek. - Przepraszam cię Alina . Ja naprawdę nie mogłem wczoraj przyjść. - Ostatnio nigdy nie możesz ! - powiedziała z wyrzutem. - A ty nigdy mi nie chcesz uwierzyć. Nikt mi nie chce wierzyć ! Jak mam się zmienić, gdy wszyscy mnie tak traktują ? A zwłaszcza ty, na której mi najbardziej zależy. Przez chwilę milczeli oboje. Alina wiedziała, co czuje Mariusz, ale nie mogła mu tak łatwo odpuszczać każdy jego wyskok, inaczej straci go zupełnie. - Dlaczego nie mówisz mi wszystkiego ? - zapytała. - Sama wiesz, że nie mogę ci mówić wszystkiego. Sama mnie o to prosiłaś i uznaliśmy, że tak będzie najlepiej. Powinnaś wiedzieć jak najmniej. - Ale czasami mógłbyś coś... - była już bez sił. Nie miała dla niego żadnych argumentów. - I co, znów mam ci to wszystko wybaczyć ? Uśmiechnął się i pocałował ją.
Iwona spojrzała na zegarek. Siedziała u Aliny już godzinę i zrobiło się już późno, a Mariusza wciąż nie było. - Chyba już pójdę - powiedziała. - Poczekaj jeszcze trochę. Mówił, że może przyjść dzisiaj później. - Dlaczego ? - A, tego już nie wiem. Ale sama chciałaś go poznać, więc możesz jeszcze trochę poczekać. Iwona sięgnęła więc po kolejnego papierosa i zapaliła. - Nigdy ci tego nie mówiłam, ale Mariusz mi się bardzo podoba. Gdy was widziałam razem... Zazdrościłam ci. - Przepraszam, czy ty chcesz mi go odbić ? - Och, przestań. Chcę go poznać, nic więcej. No, chyba, że zainteresuje się mną - roześmiały się obie. - Nie, żartuję. Przecież wiesz. - No wiem, ale on podoba się nie tylko tobie. Już parę dziewczyn mi to mówiło. I dlatego czasami zastanawiam się, dlaczego on ze mną jest. Czy czasem nie spłaca tylko długu za tamto... I boję się, że jeszcze trochę i znajdzie sobie inną. Nie będzie miał z tym większych trudności. - Nie wydaje mi się. Gdyby chciał, już by to zrobił. A ty zrobiłaś dla niego bardzo dużo, nie wiem, czy któraś odważyłaby się na tyle. A teraz to każda chciałaby go wziąć, już gotowego do normalnego życia. I myślę, że chyba on nie będzie taki głupi, żeby cię teraz opuszczać. - Mam nadzieję, że masz rację. Ale ja mam ostatnio duże wątpliwości. Myślę o tym co raz częściej. A ponadto nie jest chyba jeszcze taki zupełnie czysty. Spotyka się jeszcze z jakimiś podejrzanymi typami, więc nie wiem, czy kiedyś nie wymyślą czegoś. Widzę, jak on czasami myśli, jak się czymś dręczy... I nie może znieść, jak zaczyna się brać za coś, a wszyscy wiedząc o tym co robił, nie dają mu szans. Iwona zgasiła papierosa, podniosła się. - Idę, Alina. Nie mogę już dłużej czekać. Będę się bała później iść. A może Mariusz będzie zły, że nie jesteś sama w domu. Koleżanka wyszła, a Alina znowu przeczuwała najgorsze. Podeszła do okna, ale nikogo nie widziała na ulicy. Zjadła kolację i miała już iść się myć, gdy zadzwonił dzwonek. Zerwała się i pobiegła do drzwi. - No wreszcie... Boże, co się stało ? Mariusz wyglądał nieszczególnie. Miał otartą twarz, rany na policzku i podbite oko. Usiadł ciężko na wersalce i zamknął oczy. Czekała, aż zacznie mówić, ale on nie kwapił się do tego. Zrobiła mu herbaty. - No mów wreszcie , co się stało. - Nic się nie stało. Chcę tylko przez cały czas wrócić do normalnego życia. Ale czy ktoś może mi w to uwie-rzyć ? Twój ojciec mnie tak załatwił. Przecież już samo to, że tam byłem, musiało świadczyć o tym, że coś zrobiłem. - Musiałeś coś zrobić ! - nie wytrzymała, bo już nie wiedziała, co ma o tym sądzić. - Nic nie zrobiłem !!! - wykrzyczał, ale nie poruszył się. Brzmiało to jak krzyk rozpaczy.- Ale domyślałem się, że tak zareagujesz. I wiesz, co myślę ? Darujemy sobie może dalsze bycie razem. Podniosła się jak rażona prądem. Stawało się to, czego się bała. - Dlaczego ? - Jeszcze się pytasz ? Nie zniosę twoich ciągłych podejrzeń, nie zniosę tego, że mi nie wierzysz. Po co zresztą masz się zadawać z bandytą ? I oczywiście nie interesuje cię, jacy są gliniarze, jak się uprą na ciebie, to nie odpuszczą, nie ważne, czy jesteś winny, czy nie. Ale ciebie to nie interesuje, bo po co ? Dowiedziałabyś się prawdy o swoim ojcu i mogłabyś go znienawidzić. A tak, zawsze możesz zrzucić winę na mnie i mieć czyste sumienie. Przecież musiałem coś zrobić, nie ? Nie mogli mnie pobić za nic. Nie może ci się to pomieścić w głowie. Niech ci będzie, nie mogę cię przekonać, więc zaraz sobie stąd pójdę. - Nigdzie nie pójdziesz ! Jeszcze nie wiedziała, czy dobrze robi, ale Mariusz miał słuszność. Nie znała sprawy, więc nie mogła wiedzieć, jak było naprawdę. Musiała mu ufać, jeżeli chciała być z nim. - Litujesz się nade mną ? Nie trzeba. - A ty spłacasz dług za to, że wtedy ci pomogłam ? - wypaliła wreszcie to, co ją tyle nurtowało. Spojrzał na nią ostro. Nie wiedział, czy ma wyjść od razu, czy może walnąć pięścią w stół... - No widzisz ? Zobacz jak to jest, gdy się osądza człowieka zbyt pochopnie. - Nie spłacam żadnego długu. - A ja nie lituję się nad tobą. Jeżeli ty mi nie wierzysz, to dlaczego ja mam ci uwierzyć ? Zamilkli oboje. Każde z nich chciało być w porządku, ale każde z nich nie chciało być oszukiwane. Alina wreszcie usiadła obok niego, objęła go delikatnie i oparła swoja głowę o jego. - Nigdzie cię dzisiaj nie puszczę. Zostaniesz tutaj. Ojciec wróci dopiero jutro. A jeśli nawet... Jestem już dorosła. - Twój ojciec porządnie sobie dzisiaj zaszkodził. - Adamski też maczał w tym palce ? - sama nie wiedziała, dlaczego o to pyta. - Nie, ten raczej trzyma się od tego z daleka, ale nie jest znowu taki święty. A dlaczego pytasz ? - Bo też mi się wydawało, że on jest trochę inny. Może jednak należy wierzyć w jakiegoś policjanta ? Spojrzał na nią takim wzrokiem, że postanowiła już nigdy tak nie mówić.
Ojciec z córką siedzieli na przeciw siebie. Jakże odmienne były ich nastroje. Jakby siedziało w pokoju dwoje obcych sobie ludzi. I żadne z nich nie chciało ustąpić. - Dlaczego ty nie chcesz mnie słuchać ? Nigdy nie chciałaś. - Mam dość twoich pouczeń i wykładów ! Już dość - dodała ciszej. - Dlaczego ? Czy radziłem ci kiedyś źle ? Czy słuchając mnie straciłaś coś ? - Ale teraz mam ochotę wyjść na tym źle, rozumiesz ? Nie chcę cię słuchać. Bo tymi swoimi radami zatruwasz mi życie i szczęście ! Ojciec nie wytrzymał pierwszy, podniósł się zdenerwowany, otworzył kolejne piwo. - Czym ci zatruwam ? Prawdą ? To nie moja wina, że twój ukochany nadal robi to, co robił. - To nieprawda! On tego nie zrobił. - Wierzysz mu ? - Tak, wierzę ! - wypaliła mu patrząc hardo w jego twarz. Napił się piwa, podszedł do okna. - A dlaczego mi nie wierzysz ? - Wierzę ci tylko wtedy, gdy jesteś ojcem, a nie gliniarzem. Rozumiesz ? - Czy to źle, że oczyszczamy miasto z takich drani ? - Z jakich drani ? On jest moim chłopakiem. Przestał robić to, co kiedyś robił. Zajmij się prawdziwymi bandytami, Jak mnie napadli, to ich nie znalazłeś. A teraz pastwisz się nad człowiekiem, bo się na niego uwziąłeś. - Czyli moje zdanie tu się nie liczy ? - Tylko wtedy, gdy mówisz do mnie jak ojciec. A teraz mówisz do mnie jak policjant. Chciał coś powiedzieć, gdy zadzwonił telefon. Alina nie ruszyła się, wiedziała, że to na pewno nie do niej. Po trzech dzwonkach ojciec podszedł to aparatu. - Tak... Ilu ich było ? ... A co z Kołodziejem ?.... Dobra, już jadę . Odłożył słuchawkę. Napił się piwa, spojrzał na córkę. - To nie on. Wypuścili go . Alina odetchnęła. Ojciec zaczął się ubierać . Miała łzy w oczach, ale postanowiła, że nie będzie płakać przy ojcu. Podniosła się i ruszyła do siebie. W przedpokoju mężczyzna zatrzymał ją. Nie patrzyła na niego, a on nie bardzo wiedział co ma powiedzieć. Po chwili spojrzała na niego. - Uważaj - odezwała się - bo możesz stracić swoją jedyną córkę. Odczekała, aż ojciec wyjdzie, umyła się i też wyszła. Poszła do domu Mariusza, ale nie było go. Szukała i pytała o niego kolegów , ale nikt nic nie wiedział. Późnym wieczorem wracała do domu. Po drugiej stronie ulicy, na ławce siedział Mariusz. Odetchnęła i usiadła obok niego . - Wiedziałam, że to nie ty. - Naprawdę wierzyłaś we mnie ? - Tak. Pokłóciłam się nawet z ojcem. - Dzięki. Chociaż raz. - Jeszcze mnie nie okłamałeś, muszę ci wierzyć . Objął ją, przytuliła się do niego mocno i wreszcie czuła się szczęśliwa i bezpieczna. - Gdyby mnie wsadzili... Przychodziłabyś ? Spojrzała na niego groźnie. - A po co ? - Och ty...
Leżeli obok siebie, przytuleni, spokojni. Wypitych kilka lampek nastroiło ich romantycznie, szczególnie Mariusza. - Kiedy twój ojciec przyjdzie ? - zapytał. - Nie wiem, znowu ma dzisiaj jakąś akcję. O co ci chodzi ? Pytasz już o niego trzeci raz. - Dobra, już nie będę. Gładził ją po ramieniu. Zamknęła oczy i było jej naprawdę przyjemnie. Całował ja delikatnie, ale do niczego nie dochodziło. Była tym bardzo zdziwiona. - Kochasz mnie ? - zapytał. - Co ci dzisiaj jest ? - Twój widok mnie oszałamia. - Nigdy się tak nie zachowywałeś... - Odpowiedz mi na pytanie. - Przecież wiesz, że tak. - A dokąd będziesz mnie kochać ? - Dopóki nie przestanę - roześmiała się. - Mariusz, co ty dzisiaj wygadujesz ? - Kochanie, powiedz mi. Kiedy mogłabyś przestać mnie kochać ? - Nie wiem - zastanawiała się. - Może gdybyś mnie oszukiwał, albo próbował mnie zabić... A co, masz zamiar to zrobić ? - Jeszcze nie wiem, muszę się zastanowić. Zaczął ją całować, ale widziała, że myślami był zupełnie gdzie indziej. Czuła, że coś jest nie tak, ale prawdę mówiąc bała się go spytać. Spędzili więc cudowne chwile i rozstali się, a ona o nic nie zapytała. Nazajutrz nie pojawił się u niej. Wiedziała, że stało się coś, czego się obawiała. Nie wiedziała, czy ma czekać, aż samo się wyjaśni, czy już podnieść alarm, może jeszcze coś zaradzi... Poczekała jeszcze dzień. Gdy Mariusz nadal się nie odzywał, zaczęła go szukać. Jednak albo nikt nic nie wiedział, albo nikt nic nie chciał mówić. Wiedziała, że coś jest nie tak, ale nie była w stanie nic poradzić. Wieczorem była już wyczerpana i naprawdę zrozpaczona. Nie wiedziała, co może jeszcze zrobić, bo w domu nie miała zamiaru siedzieć i czekać. Ponieważ ojciec też nie pojawił się dzisiaj w domu, postanowiła iść na komendę. Może ojciec powie jej coś...
...........................................cdn
M A S Z K A R A
Romek spojrzał na Elkę. Chyba przestała mu się już podobać. Może za bardzo za nim była, może już mu się przejadła... Wolał już się uczyć, niż iść z nią na ten koncert. Ani nie interesowało go jakieś brzdąkanie awan- gardowej grupy, ani towarzystwo tej dziewczyny. A to oznaczało bliski koniec. Na początku bardzo mu się podobała i może to dlatego tak szybko się kończy ? - Co mi się tak przyglądasz ? - zapytała dziewczyna zaciekawiona jego nagłym zainteresowaniem. - Z tej strony mam gorszy profil. - A czy to ważne ? - rzucił znudzony. Te jej uwagi wyjęte z archiwalnego kufra osłabiały go. - Chodźmy szybciej, jeżeli nie chcesz się spóźnić. Jest już za dziesięć - dodał parę minut, żeby wyglądało dramatyczniej. - A podoba ci się moja sukienka ? Spojrzał na nią uważniej. Krój był bardzo śmiały i mógł mu się podobać, ale nie lubił takiego koloru. Przy-pominał mu zgniłe liście. - Może być. - Kupiłam ją wczoraj, specjalnie na ta okazję. Wiesz, mama wczoraj mówiła mi... Wyłączył się. Była tak nudna, że słuchanie jej jeszcze bardziej go przygnębiało. Myślał o matce. Szykowała mu jakąś niespodziankę i bardzo się jej bał. Miała straszne pomysły, odkąd pamiętał. Kiedy tylko zachowywała się tajemniczo, przeczuwał coś niedobrego. Obejrzał się za jakąś dziewczyną i wpadł na kogoś. Spojrzał na ja-kiegoś wypłocha, z tłustymi włosami i krzywym nosem. - Uważaj jak chodzisz - rzucił jej i spojrzał zaraz na twoje buty. Na szczęście nie ubrudziła ich. - Przepraszam - powiedziała dziewczyna silnie wystraszona, ale stała i jakby czekała na ciąg dalszy. Minęli ją już bez słowa. Elka spojrzała tylko na to brzydkie stworzenie i już ją nie obchodziła. Kiedy weszli do budynku, humor Romka poprawił się na moment. Przyszło wielu jego znajomych, mógł wreszcie profesjonalnie porozmawiać o tym, na co przyszli, ale niestety, nie było to łatwe. Elka nie opuszczała go ani na moment. Śmiała się głupio i bez przerwy, wieszała się na nim, wtrącała się do rozmowy, chociaż mało z tego wiedziała. Kiedy zabrzmiały pierwsze dźwięki koncertu, złapała go za rękę i już nie mógł się sku-pić. Cały koncert był dla niego jedną wielką , bezkształtną plamą. Nawet nie próbował odzyskać spokoju. Jesz-cze bardziej utwierdził się w przekonaniu, że między nimi wszystko się skończyło. Odprowadził ją po występie do domu, szybko pożegnał. Kiedy stanął na przystanku, rozpadało się. Przeklinał dzisiejszy dzień i kurczył się z zimna. Jeszcze ktoś stanął na przystanku i wsiadł razem z nim do autobusu. Nie zdziwiłoby go to, ale również wysiadł tam, gdzie on. Odwrócił się, żeby zobaczyć kto to. To była jakaś dziewczyna i wydała mu się znajoma. Szedł chwilę skulony i kiedy odkrył, że wciąż za nim idzie, przypomniał sobie tę twarz. To była ta maszkara, na którą wpadł dzisiaj, gdy szedł z Elką. Tego było już za nadto. Odwrócił się gwałtownie i poczekał, aż dziewczyna go dogoni. - Czego za mną łazisz ? - zapytał, bo nie widział innej możliwości niż ta, że za nim chodziła. - Czego ode mnie chcesz ? Spojrzała na niego zdziwiona i oczywiście wystraszona. Teraz, zmarznięta i zmoczona wyglądała jeszcze gorzej. - Ja ? - odezwała się cicho, jakby nie miała sił. - A kto ? Ksiądz ? Odczep się ode mnie, albo mów o co ci chodzi. - Nie, tego wolał uniknąć, więc zmienił tok rozmowy. - Na randkę nie ma mowy, nie gustuje w takich szkaradach. Milczała, patrząc na niego jak zranione zwierzę. Nie żałował jej, był wściekły dzisiaj na wszystko. Nawet łagodny wzrok nieznajomej nie uspakajał go. Czekał, aż się coś odezwie, żeby móc wyładować się słownie chociaż, ale dziewczyna nie była skora do rozmowy. - No mów coś ! - krzyknął, aż się skuliła i to go trochę otrzeźwiło. Machnął ręką i ruszył do domu. Czuł, że dalej idzie za nim, ale w dalszej odległości. przyspieszył więc, wszedł do klatki, otworzył drzwi od swojego mieszkania. Rozbierał się z mokrych rzeczy. Z kuchni rozlegały się jakieś głosy. Oprócz matki był w domu jakiś mężczyzna. Zajrzał tam. - Dzień dobry - powiedział odruchowo, chociaż widok siedzącego przy stole mężczyzny nie był zachęcają-cy. Był nieogolony, ubrany niechlujnie i siedział, jakby mieszkał tu od lat. - Wejdź Romek - powiedziała uśmiechnięta matka. - Poznajcie się. To będzie twój ojczym. Obaj obejrzeli się od stóp do głów. Romek myślał, że nic go dzisiaj już nie jest w stanie zaskoczyć, ale mylił się. Matka dołożyła mu na koniec. - A więc to jest twój synuś... - odezwał się mężczyzna przepitym głosem. - Bez poufałości, ojczulku. Powiedział to spokojnie, ale wszystko się w nim gotowało. Wyszedł do swojego pokoju, ale nim zamknął drzwi ktoś zadzwonił. Gdyby w progu stanął teraz anioł, albo diabeł i wołał go do siebie, chyba by go nic nie zdziwiło. Jednak widok dziewczyny, która go dzisiaj prześladowała doprowadził go do wściekłości. - Ty na prawdę masz nie po kolei w głowie. Wyjeżdżaj stąd, albo za moment inaczej będziemy rozmawiać. - Wpuść ją - usłyszał z tyłu swojego nowego „ tatusia”. - A to niby dlaczego ? - wiedział, że tamten musi mieć powód, żeby tak mówić, ale musiał pokazać mu, kto tu jest u siebie. - Bo to moja córka. Spojrzał na dziewczynę, która oczywiście bardzo wystraszona patrzyła na swojego ojca . Uśmiechnął się przymilnie, bo już nie miał sił się wściekać i poszedł do kuchni. Matka szykowała kolację. - Co tu jest, przytułek, czy co ? - powiedział, łapiąc kawałek chleba. - Kto tu ma zamiar jeszcze mieszkać ? - Nie podnoś głosu. Przyda nam się ktoś do pomocy. Jest cicha, spokojna, nie będzie nam przeszkadzać. A u nich w domu sprzątała, gotowała... Wzruszył ramionami i wyszedł z kuchni, mijając się z nowymi lokatorami. Musiał po raz kolejny przyznać mamie , że kolejna niespodzianka jej się udała. Miał wejść do pokoju, gdy zadzwonił telefon. Odebrał. To była Mirka. - Romek, mam bilety na koncert, ten, o którym mówiłeś. Idziemy ? - Byłem przed chwilą. - Z kim ? Jak zdobyłeś bilety ? - dziewczyna była szczerze zdziwiona. - Czy to ważne z kim ? Nie mam czasu do końca tygodnia. Potem możesz zadzwonić. Cześć. Wszedł do swojego pokoju, trzasnął drzwiami i rzucił się na łóżko. Koniec na dzisiaj. Koniec z niespodzia-nkami, z rozczarowaniami, koniec z dzisiejszym dniem. Nazajutrz rano obudził się z bólem głowy. Wyłączył zegarek i przez przypadek zrzucił go z szafki. Zaklął. Przecież dzisiejszy dzień nie może być taki jak wczoraj. Poszedł do łazienki, a później do kuchni. Na stole czekało na niego śniadanie, a przy kuchence krzątała się jego nowa „ siostra”. - No, no - powiedział siadając. - Postarałaś się. jak ty właściwie masz na imię ? - Ula - powiedziała tak cicho, że nie usłyszał i musiała powtórzyć. - Pospolite imię - skomentował, chociaż znał tylko jedna dziewczynę o tym imieniu. - Ale jak na ciebie, to i tak dobrze. A gdzie mieszkaliście ? - Najpierw mieszkaliśmy w Bolesławcu. Ale tata musiał odejść z pracy i przenieśliśmy się tutaj. Mieszkaliśmy u mojego wujka, brata mamy, na Lipowej. A więc dlatego widział ją wtedy na tym przystanku, mieszkała tam, gdzie Elka. - A twój stary gdzie się poznał z moją ? - Nie wiem. On mi nie mówi takich rzeczy, a ja nie pytałam. Poznałam twoja mamę miesiąc temu. I od razu powiedziano mi, że się pobierają. Napił się mleka, było niesłodkie, więc musiał osłodzić. Powiadomił ją , że słodzi wszystko. - Moja matka też mnie poinformowała o tym dopiero wczoraj. A tak było tu spokojnie... A teraz widzę, że może się tu poprzewracać do góry nogami. A ile ty masz lat ? - Siedemnaście. - No niech cię licho ! - Wydawała mu się dużo młodsza. Spojrzała na niego z zainteresowaniem, więc nie chciał rozwijać tematu. - A zresztą, co mnie to obchodzi. Na wykładach było dzisiaj w miarę spokojnie, profesor Kozioł był bardzo cierpliwie ustosunkowany do stu-dentów, więc po krótkiej przerwie, jaką lubił sobie robić, Romek wyszedł z uczelni. Był umówiony z Iloną. Właściwie powiedział jej, że zobaczy, co się da zrobić. A ona czekała na niego przy domu towarowym. Pocało-wała go namiętnie przy powitaniu. - Myślałam, że już nie przyjdziesz. Zwiałeś ? - zapytała. - Nie było innej rady. - O rany, i co będzie ? - Och, przestań. gdzie idziemy ? - Chodźmy do parku. - Do parku ? Coś ty zwariowała ? Chcesz, żeby mnie wyśledzili ? - No to ... chodźmy do ciebie - powiedziała z zażenowaniem. - U mnie chata spalona. matka sprowadziła sobie gacha, a jakby było tego mało, to jeszcze przeprowadził się do nas ze swoją córką. Dobre, co ? Chodźmy stąd, bo zaraz zobaczy nas ktoś znajomy. Postawił kołnierz, jakby to miało go ukryć. - Wiem! - wymyśliła wreszcie dziewczyna. - Jolka ma wolną chatę. Jeżeli jest w szkole. - To idziemy, raz. Był zdziwiony, że dziewczyna chętnie przystaje na propozycje pójścia do domu. Zawsze się od tego wzbra-niała, odkładała to, co chłopak od niej chciał. Ale chyba tym razem już się zdecydowała. Od razu po wejściu do mieszkania, Romek przystąpił do ataku, ale i tym razem nic nie wyszło. Ilona była dziewicą i wymagało dużo zachodu, żeby się oddała, a on nie miał tyle cierpliwości. Usiadł wreszcie spokojnie na wersalce i zapinał spodnie. - Kiedy ty masz zamiar, co ? - rzucił jeszcze zawstydzonej dziewczynie. - Nie wiem, Romek. Boję się... - Napisz do gazety, może coś ci poradzą. - Nie denerwuj się, Myślałam, że już jestem przygotowana... - A jak ty się chcesz przygotować ? Z książek, może z filmu ? - Przestań. - Bo mnie już wnerwiasz. Kiedyś przecież będziesz musiała, a wtedy możesz trafić na kogoś gorszego, niż ja.- Podniósł się, założył kurtkę, która leżała na ziemi. - Idę. Jak się zdecydujesz, to daj znać. Tylko niech to będzie pewna decyzja. Cześć. - Nie pocałujesz mnie ? Co te dziewczyny chcą z tym całowaniem ? Nie chcą się kochać, ale by się całowały na potęgę. Z niechęcią spełnił jej prośbę i wyszedł. Właściwie mógł nie wychodzić. Było zimno, a on przecież miał jeszcze tyle czasu. Spotkał na szczęście Karola i poszli na piwo, pogadali. Wreszcie po godzinie pierwszej wrócił do domu. - Mamo ! - krzyknął od progu, zdejmując buty, ale nikt mu nie odpowiedział. - Jest tu kto w tym domu ? - Ja - z jego pokoju wyszła Ulka. Zrobił się czerwony na twarzy i ruszył do niej jak oparzony. - Co ty tu robiłaś ? - Sprzątam... - Wynoś się stąd ! I to szybko ! To jest mój pokój i wara ci od niego ! Choćby tam miesiącami nikt nie sprzątał, choćby zarósł brudem, nie wolno ci tu wchodzić, rozumiesz ? Zjeżdżaj do kuchni, tam twoje miejsce ! Dziewczyna była przerażona, ale wysłuchała wszystkiego i poszła potulnie do kuchni. Romek obejrzał wszystko dokładnie, ale musiał stwierdzić, że każda rzecz była na swoim miejscu, nic nie było poprzekładane. Tylko tak, jakby trochę przejaśniało w tym pokoju. Czuł świeże powietrze, musiała więc wietrzyć. Rzucił swoja torbę na podłogę i poszedł do kuchni już w spokojniejszym nastroju. Był głodny i miał nadzieję, że było co jeść. Na taborecie siedziała skulona Ulka i płakała. Miał już wyrzuty sumienia, nie chciał jeszcze patrzeć na nią i przypominać sobie, co zrobił. - No i czego beczysz ? Mogłaś się spytać i nie byłoby problemu. Masz coś do jedzenia, bo umieram z głodu. Wstała, wytarła sobie oczy rogiem fartucha, wzięła talerz i nalała mu zupy. Usiadł przy stole i czekał, aż przyniesie mu. A kiedy postawiła mu talerz na stole, znowu usiadła i skuliła się. Nie wiedział,, czy jeszcze pła-kała. Jeszcze bardziej poczuł się winny i to go wkurzało. - Ulka, przestań. Nic się przecież takiego znowu nie stało. Zdenerwowałem się i tyle. Dlatego na ciebie wyjechałem. Nie reagowała. Nie wiedział już co ma robić. Chętnie powiedziały jej parę zdań do słuchu, ale czuł, że z nia nie można tak. - O co ci chodzi ? Mam cię przeprosić ? W porządku, przepraszam cię. Otarła łzy, wstała wzięła od niego talerz i nałożyła mu drugie danie. Już nie siedziała, tylko zajęła się czymś przy kuchni. Romek patrzył na nią z niedowierzaniem. Co za dziewczyna! Wygląda jak zmokła gęś, jakby do trzech nie umiała zliczyć, ale wyznaje jakieś wartości, których on nigdy nie miał w domu i które go nie intere-sowały. Może dlatego tak łatwo przyszło mu ja przeprosić. Ale co będzie dalej ? Umył się i poszedł się uczuć. Musiał trochę nadrobić materiału, nie przykładał się ostatnio. Po godzinie słyszał jak wróciła matka i jej nowy partner. Matka była roześmiana, mówiła głośno. Musiał dużo silnej woli, żeby znów zatopić się w książkę. Kiedy chciał sobie zrobić przerwę, usłyszał podniesione głosy. To mężczyzna coś krzyczał. Zaciekawiło go to, więc wyszedł ze swojego pokoju. Przy drzwiach kuchennych stała Ulka, a jej ojciec stał nad nią i coś jej tłu-maczył. - Co ty sobie wyobrażasz ? To tak cię uczyłem ? - Nie brałam - głos dziewczyny był nieporównywalnie cichy. - Same chyba nie wyparowały. Romek spojrzał na dziewczynę. W innych przypadkach nie zaciekawiłoby go to, ale jej widok i ten mężczy-zna znęcający się nad nią poruszył go. To był właściwie jego dom , a ten obcy nie powinien się tu czuć tak bardzo pewnie, nawet jeśli to była jego córka. Z drugiego pokoju wyjrzała matka. Była spokojna, w ogóle nie zainteresowana tym co się dzieje. - Zenuś, brałeś przecież rano jakieś papierosy. - Wydaje ci się - burknął i wszedł do pokoju. Dziewczyna spojrzała na Romka. Ponieważ nic nie robił, ani nie mówił odetchnęła i zniknęła w kuchni. Stał chwilę jeszcze , zastanawiając się co robić, ale wolał jednak wrócić do nauki. Póki jeszcze miał zapał. Po dwóch dniach Ilona zdecydowała się wreszcie na to, czego od niej wymagał. Błagała przez cały czas, żeby uważał, reagowała przesadnie na każdy jego ruch, nie skupiała się w ogóle na drobiazgach, które mogłyby przynieść jej zadowolenie. A kiedy już to się stało, nawet nie jęknęła, więc Romek przez moment pomyślał, że w ogóle nie była dziewicą. Kiedy już on sam skończył, położył się na plecach i zamknął oczy. Nie czuł duchowej satysfakcji. Więcej było wokół tego szumu, niż było warte. Dopijał kawę i ubierał się. Ilona jeszcze myła się w łazience. Kiedy przyszła, wstał. - Idziesz już ? - zapytała rozczarowana. - Tak. - Ale dlaczego ? Mieliśmy przecież zostać tu na noc. - Chyba zgłupiałaś. Ty masz już dość, a ja mam zostać tu na noc ? Po co ? Spojrzała na niego błagalnie, ale nie wiedziała co odpowiedzieć. Dla niej było to wszystko oczywiste, więc nie rozumiała chłopaka. - Zostań... - Daj mi spokój. Szkoda twojej fatygi. Ciesz się, że ten pierwszy raz masz już z głowy. I masz szczęście, że trafiłaś na mnie. Innego, za takie fanaberie, jakie wyprawiałaś trafiłby szlag. No, to lecę. I nie dzwoń, ja się odezwę. Szedł szybko do domu, bo było zimno i czuł się źle. Ostatnio nic go nie cieszyło. Bał się, że może wszystkie uciechy życiowe ma już za sobą. Nie wiedziałby, co ze sobą zrobić. Przecież w życiu, przynajmniej jego tylko o to chodzi. Dlaczego więc, mając tego w miarę dużo, nie jest zadowolony ? Wszedł do domu i kiedy się rozebrał od razu wszedł do łazienki. Był zamyślony i dopiero po chwili usłyszał z kuchni podniesione głosy. A raczej, jak zwykle jeden głos, jego ojczyma. Matka i „Zenuś” wzięli potajemnie ślub, o którym nikt nie wiedział. Miał to gdzieś, to go akurat najmniej już interesowało. Ale wiecznie niezadowolony i krzyczący całe dnie tatuś doprowadzał go do wściekłości. Odkręcił delikatnie wodę, wlał płyn i wychylił się zza drzwi, żeby lepiej słyszeć. - Czy ty mnie w ogóle słuchasz ? Sto razy ci powtarzam ! Za smarkata jesteś, żeby palić ! I to w taki sposób. Podkradając ojcu ! Co za tłumok ! Pytam ci się po raz ostatni, brałaś te papierosy ? I jak zwykle cichy, spokojny głos Ulki, która ledwo usłyszał : - Nie. Nie wytrzymał, poszedł do kuchni. Dziewczyna spojrzała na niego i dopiero teraz zauważył, że ma duże, brązowe oczy. I w tym momencie dostała w twarz od swojego ojca. Zachwiała się i upadła na zlew. - Przestań kłamać ! - krzyknął jej ojciec, na którym efektowny upadek córki nie zrobił żadnego wrażenia. Romek jednak nie wytrzymał. - Co ty z nią robisz ? Chcesz ja zabić ? Mężczyzna odwrócił się do niego trochę zbity z tropu, ale nie na długo. - A ty czego się trącasz ? - Jestem u siebie, więc uważam... - Mało mnie interesuje, co uważasz. A z tobą - zwrócił się do dziewczyny, która już podniosła się i nadal stała sztywno, jak na przesłuchaniu - jeszcze porozmawiam. Wyszedł. Ulka chciał również wyjść, ale Romek zatrzymał ją. Posadził ją na taborecie, obejrzał jej twarz. Nic jej nie było, tylko miała zaczerwieniony policzek. Wziął trochę lodu z lodówki i przyłożył jej do twarzy. Nie patrzyła na niego, wzrok miała utkwiony w swoje ciapcie. - Spójrz na mnie - powiedział, ale nie podniosła wzroku. - Słuchaj Ulka - zaczął i poczuł się jakoś dziwnie. - Wiem, że nie masz do mnie zaufania, ale może da się coś zrobić. Brałaś te papierosy ? Zasłoniła rękoma twarz. - Zgłupiałaś ? Nie mam zamiaru cię bić. Milczała jednak. Nie patrzyła na niego, ale nie płakała. Nerwowo przeplatała trokami od fartucha. Spojrzał na jej tłuste włosy. Była żałosna, ale przecież nikt nie miał prawa ją tak traktować. A ona mogłaby się trochę bronić. Westchnął. Nic chyba z nią dzisiaj nie wskóra. Nie ufała mu, bo i z jakiego powodu ? Bo się nagle nią trochę zainteresował ? - Dobrze by było - powiedział - żebyś myła częściej te włosy. Byłyby trochę przyjemniejsze. No i mogłabyś je jakoś podciąć... Przestała się bawić sznureczkami, widział, że była napięta, a więc słuchała go. Jemu jednak zrobiło się głupio. Kim on się zajmuje ? Gdyby ktoś ze znajomych go teraz zobaczył. - Idę się kąpać, ale jestem głodny. Podniosła się i zaczęła mu szykować jedzenie.
Chłopak odszedł wreszcie i Romek odetchnął. Kurtkę świetnie się nosiło, ale teraz należało ją spłacić. Jedną ratę już dał, ale Włodek chciał resztę, tak zresztą się umawiali, ale oma zapomniał. I skąd tu wziąć pieniądze ? Jak na złość wczoraj wziął od starej na dyskotekę. Zabawili się nieźle i cała forsa poszła. Próbował pożyczyć od paru kumpli, ale nie mieli, albo nie chcieli mu pożyczyć. Zatruło mu to dzisiejszy dzień. Miał iść na spotkanie z Teresą, ale nie randka mu była w głowie. Musiał mieć te pieniądze. Ponieważ był głodny, poszedł do domu i w milczeniu jadł obiad, zastanawiając się nad rozwiązaniem problemu. Ulka patrzyła na niego z za-ciekawieniem. Nie przywitał się, nie zauważył jej nowej sukienki. - Nie patrz tak na mnie - oprzytomniał trochę. - Forsa mi potrzebna. - Dużo ? - Pięć stów. Usiadła, nalała kompotu do szklanki. Znów spojrzała na chłopaka. - Dlaczego jesteś taki ? - zapytała. - Jaki znowu ? - Dzwoniły do ciebie Teresa i Ilona. Umówiłeś się z nimi jednocześnie. - Daj mi spokój. Może mi się pomyliły godziny. Potrzebna mi jest forsa - powtórzył. Wstała nagle i poszedł do telefonu. Wykręcił numer. - Cześć Elu... Tak, nie dzwoniłem ostatnio. Słuchaj, mam do ciebie prośbę... Wiem, kochanie, ale posłuchaj mnie. Potrzebuję pięć stów... Nie dokończył, bo nagle znalazła się przy nim Ulka i wyrwała mu słuchawkę. Spojrzał na nią zaskoczony. Wyciągnęła rękę, w której trzymała pieniądze. - Masz . I miej chociaż tyle honoru, żeby nie pożyczać ich od tych swoich... panienek. Odwróciła się i weszła do swojego pokoju. Spojrzał na banknoty, które wcisnęła mu do ręki i musiał przy-znać, że go zatkało. Owszem, zdawał sobie sprawę, że pożyczając od dziewczyn, które mało go interesowały było nie fer, ale przecież była to sytuacja podbramkowa. I na pewno nie spodziewał się, że Ulka też tak będzie sądziła i że powie mu to ... No, owszem, robiła to już nie raz, ale... ale... No nic, miała rację, jak zawsze. Dokończył obiad i poszedł szybko do Włodka oddać mu pieniądze, a w drodze do domu wszedł do Teresy. Czuł się lekko i chciał to okazać. Zdziwił się, że otworzyła mu jej matka. Miało jej nie być. - Tereniu, do ciebie. Uśmiechnął się do kobiety. Taka właśnie powinna być matka. Odkąd ja poznał i mimo, że widział ją tylko dwa razy spodobała mu się jej opiekuńczość i zainteresowanie córką i jej sprawami. Dziewczyna wyszła z pokoju, widać było, że płakała. Jednak widząc Romka ucieszyła się. - Wchodź. Co się stało ? - zapytała zamykając za nim drzwi. - Dlaczego nie przyszedłeś ? - Byłem, tylko pomyliły mi się godziny. Kłamstwa przychodziły mu tak łatwo. Skąd nabył tą umiejętność ? Wyssał z mlekiem matki, czy sam wymyślił to udogodnienie. Nieśmiało do pokoju zajrzała matka Teresy. - Może napijecie się herbatki ? Nie zdążył odpowiedzieć, gdy rozległ się zupełnie odmienny, rozdrażniony głos dziewczyny : - Możesz zrobić . - A może kolega wolałby kawy ? - Idź już stąd. I zrób tej herbaty. Teresa łatwo pogodziła się już z tym, że chłopak nie przyszedł na spotkanie. Jego wizyta wynagrodziła jej to, więc żeby nie tracić czasu, przysunęła się do niego i zaczęli czułości. Po chwili weszła do pokoju matka, niosąc przed sobą tacę. - Proszę, herbatka. I ciasto, wczoraj upiekłam, ale jeszcze świeże. - Dobra - Teresa miała dość tej wylewności mamy, która była w tym momencie zupełnie nie na miejscu.- skończ już. Postaw to i idź już. Ciasto nie jest znowu takie wspaniałe. Matka jakby wcale nie słyszała obraźliwego tonu córki powiedziała : - Co ty Tereniu opowiadasz ? Niech kolega spróbuje i sam oceni. Romek ugryzł kawałek. Ciasto było dobre. Wahał się jednak z odpowiedzią, chociaż obie wpatrzone w nie-go czekały na opinie. - Bardzo dobre, musze przyznać. Mi przynajmniej smakuje - dodał, widząc karcący wzrok dziewczyny. - No widzisz ! - kobieta uśmiechnęła się do córki, ale widząc jej wściekłą minę, zaczęła się wycofywać. - Dobrze, już idę. Uprałam ci te rzeczy. Uprasować ? - Tak. Idź już. Kiedy drzwi się zamknęły, Teresa podniosła się. - Co z tobą ? Dlaczego robisz mi na złość ? Najpierw nie przychodzisz na spotkanie, teraz przytakujesz mo-jej matce... Spojrzał na nią zdziwiony i poczuł, że ma chyba tego dość. Chamskie zachowanie dziewczyny wobec jej matki drażniło go. Nie powinna tak się zachowywać, zwłaszcza, że miała inną matkę niż on i nie doceniała te-go. - Nie przytakuję jej. Po prostu ciasto mi smakuje i tyle. - No oczywiście - wytłumaczenie Romka nie uspokoiło jej. - Robisz mi na złość, żeby mnie dobić, żeby... Co ja ci takiego zrobiłam ? Połknął ostatni kawałek ciasta i podniósł się. - Wiesz co ? Mam dość twoich fanaberii. Nie przyszedłem tutaj , żeby się z tobą ani kłócić, ani wysłuchiwać twoich bredni. - Przepraszam cię, Romuś - szła za nim do przedpokoju. - Ja nie chciałam... Nie odchodź... - Cześć ! I nie dzwoń. Wyszedł wkurzony. I znowu nie wypaliło. Chciał uczcić to, że oddał dług, miał również ochotę... Ale te dziewczyny nigdy nie miały wyczucia. Skręcił nagle chcąc przejść przez ulicę i ... wpakował się prosto pod sa-mochód. Nie był to groźny wypadek. Miał trochę sińców, ale musiał zostań tydzień w szpitalu. Kiedyś byłaby to dla niego prawdziwa udręka. Teraz zapamiętał mile ten pobyt, a to z jednego tylko powodu. Miał wyjść w poniedziałek, ale poprosił lekarkę, która się nim zajmowała, żeby mógł iść do domu już w so-botę. Użył swoich czarów i kobieta zgodziła się. Nie chciał, żeby matka przychodziła po niego, chociaż nie kwapiła się zbytnio ani z odwiedzinami, ani nie interesowała tym , że mogłaby przyjść po syna. Była bardzo za-jęta swoim nowym mężem, który pochłaniał jej masę czasu. Romek był już przyzwyczajony do tego, chociaż ostatnio ktoś przypominał mu, jak powinno być w normalnym, rodzinnym domu. Ciężko mu było wejść do domu, gdyż miał jeszcze obandażowaną rękę. W domu panowała cisza . Usłyszał jednak jakieś ruchy w kuchni, a więc była tylko Ulka. Postawił torbę na ziemi i wszedł do kuchni. Odwróciła się , a gdy go zobaczyła zdziwiła się. - Co ty tu robisz ? Miałeś... - Tak, wiem. Ale miałem już dość siedzenia tam bezczynnie. Konorska mnie wypisała - mrugnął do niej okiem, a ona już wiedziała o co chodzi. Miała na sobie tą sukienkę, którą ostatnio kupiła. Miała większy dekolt, nad czym dziewczyna ubolewała, ale szybko ją pocieszył, że nie jest on znowu taki duży. Zresztą podobała mu się ta sukienka i nie krył tego. Nowa fryzura dziewczyny też mu się podobała. Od razu inaczej wyglądała i można było wreszcie normalnie na nią popatrzeć. - Jesteś głodny ? Za parę minut obiad będzie gotowy. Poszedł więc po torbę i wszedł do swojego pokoju. Było posprzątane, wszędzie panował porządek, ale nie przejmował się tym. Pozwolił Uli zrobić tu trochę porządków. Ostatnio nie miał na to czasu i musiał przyznać rację dziewczynie, że panował tu istny chlew. Wypakowywał torbę, gdy zadzwonił telefon. Poszedł odebrać. - Cześć, tu Elka. Słyszałam, że byłeś w szpitalu. - Dobrze słyszałaś. - Mam nadzieję, że już wszystko w porządku ? Wiesz, dzwonię, bo mam bilety do kina... - Nie, czuję się fatalnie. Chyba będę musiał się jeszcze położyć. - Szkoda... To kiedy się zobaczymy ? - Zadzwonię - powiedział i odłożył słuchawkę. Poszedł do kuchni, usiadł. Ulka nalewała zupę do talerza. Miała już inną minę, niż poprzednio. - Widzę, że nadal jesteś taki sam - powiedziała stawiając przed nim talerz. Popatrzył na nią chwilę w milczeniu. Miał coś powiedzieć, ale zrezygnował. Wziął łyżkę i zaczął jeść. Dzie-wczyna wzięła swój talerz i usiadła na przeciw niego. Nie miała chyba apetytu, bo mieszała łyżką w zupie i nie jadła. - Naprawdę - odezwała się wreszcie - dziwię się tym dziewczynom. Traktujesz je jak... nie chciałabym się wyrażać, a one i tak lgną do ciebie jak muchy do lepu. - To ich sprawa. - A twoja nie ? Jakie one mają być, jak ty je tak traktujesz ? - Widocznie na to zasługują. - Żadna dziewczyna nie zasługuje na takie traktowanie! - rzuciła łyżką w talerz i zupa rozprysła się po sto-le. Podniosła się, żeby wytrzeć plamy. - Przepraszam, uniosłam się. Nie powinnam narzekać, mnie nikt tak nie traktował, ale to tylko dlatego, że nigdy nikt się mną nie interesował. Ale gdy patrzę na ciebie... - Nikt się tobą nie interesował, bo nie dbałaś o to. Teraz zaczęłaś myśleć o sobie, dbasz o wygląd i myślę, że nie długo będą pukać do naszych drzwi twoi wielbiciele. - Przestań... Jeżeli coś się zmieniło w moim wyglądzie, to tylko dzięki tobie... - podała mu drugie danie. - Ale jeżeli maja się mną interesować tacy chłopcy jak ty, to dziękuję. - Taki niedobry jestem tylko ja. Spojrzała na niego podejrzliwie, a widząc , że żartuje roześmiała się, razem z nim. Zjadł drugie danie w mil-czeniu. Kiedy zabierał talerz, wziął jej rękę i pocałował. O mało nie wypuściła talerza z drugiej ręki. - Co ty robisz ? - zawstydziła się. - Chciałem ci podziękować. - Za co ? - Za... prawdę mówiąc wszystko. Najpierw za to, że przychodziłeś do mnie do szpitala i to codziennie. Dzię-ki tobie lepiej zniosłem ten pobyt . Wiesz, że żadna z moich, jak to powiedziałaś panienek nie przyszła ? - Może nie wiedziały. A może wreszcie się zemściły na tobie. - Nie, przecież Elka dzwoniła przed chwilą. Po prostu... Nikt nie pomyślał o tym, żeby odwiedzać mnie, że tego w szpitalu się potrzebuje. A ponadto... Wprowadzasz w tym domu naprawdę ... rodzinną atmosferę. Jakiej nie było tu przez wiele, wiele lat. - Ja też nie miałam wesoło w domu. O czymś takim - objęła wzrokiem pomieszczenie - marzyłam całe ży-cie. - W każdym bądź razie dziękuję ci. - No, wreszcie jakieś porządne słowa w twoich ustach. Może jeszcze nie jest na ciebie za późno... Pogroził jej palcem i poszedł do siebie.
Romek popatrzył za dziewczyną. Nie spodziewał się tego, co ze sobą zrobiła. Gdyby jej wcześniej nie znał, chętnie by ja poderwał. Podeszła do niego Irena. Jej odsłonięte ramiona bardziej go jednak przyciągnęły. - Kto zaprosił tu Ryśka ? - zapytała. - Nie wiem. pewno Elka. Interesuje cię ? - Przestań. Przecież wiesz, jaki on jest, gdy wypije. - O kim mówicie ? - podeszła do nich Alicja. - O Ryśku - Irena patrzyła właśnie na chłopaka wyjątkowo antypatycznie. - Słyszałaś, jak się zachowywał na imieninach... u Majki, czy Teresy... Nie pamiętam już, ale słyszałam... - Kochanie - Romek odłożył szklankę z winem. Ramiona tej dziewczyny co raz bardziej go kusiły. - Zosta-wmy tego palanta w spokoju i chodźmy zatańczyć. Objął ją i przycisnął od razu do siebie. Spojrzał tylko jeszcze za Ulką. Rozmawiała z Jackiem, wszystko w porządku. - A tobie co odbiło, żeby przyjść z tą... - Irena zauważyła , że Romek wciąż patrzy za Ulką. - O kogo ci chodzi ? - O tą maszkarę, z którą przyszedłeś. Jak jej tam... Ulka ? - Kochanie - starał się być spokojny, chociaż wkurzały go słowa dziewczyny. - Zabrałem ją ze sobą, żeby się trochę rozerwała. Ojciec nie daje jej żyć w domu. - Jest beznadziejna. Zobacz jak ona wygląda. Wszyscy się z niej śmieją. Obejrzał się za nią. Właśnie stanęła tuż przed światłem lampki nocnej. Chyba Irena przesadzała. Owszem, nie była piękna jak wiele innych tutaj dziewczyn, ale wyglądała nawet interesująco. A może tylko jemu się tak wydawało ? Dlatego, że widział ją w dużo gorszym stanie i ta różnica była dla niego bardziej widoczna i to na korzyść. Ponadto podszedł do niej następny chłopak, więc chyba nie tylko on to zauważył. O co więc tym dzie-wczynom chodziło ? Ach, chyba już wiedział. - Śmieją się z niej, bo im opowiadałem , że jest w domu popychadłem dla swojego ojca. Ale przecież nie wygląda tak źle.... - Nie ? Jest okropna. Te włosy... Już są niemodne. I ta sukienka... - Nie znam się na tym. I wydaje mi się, że inni mężczyźni w tym pokoju też tego nie zauważają. - Bo są głupi. Kiedy skończyli, usiadł i napił się wina. Odechciało mu się Ireny. Musi poszukać sobie innej dziewczyny na dzisiejszy wieczór. Obiecał wprawdzie Ulce, że odprowadzi ją do domu, kiedy będzie miała dość, ale może spodoba jej się ktoś i nie będzie musiał tego robić. Ile ją namawiał, żeby z nim tu przyszła. Wywlekał takie stare argumenty, których nie używał od lat, aż sama Ulka się z nich śmiała. Jednak zgodziła się. Sama chciała też wyrwać się z tego domu, w którym była tylko służącą. Uśmiechnął się właśnie do niej, gdy usiadł obok niego. - Przepraszam cię za mnie - powiedziała. - A tobie co znowu ? - Chyba nie powinnam tu przychodzić. Słyszałam, jak o mnie rozmawiali. Chyba śmieją się nie tylko ze mnie, ale i z ciebie. Wszystkie dziewczyny patrzą na mnie jak ... - Daj sobie spokój, dziewczyno. Chłopakom się podobasz, więc reszta niech ci lata. - Romek - usłyszał wołanie Elki. - Jedziemy po paliwo. Jedziesz z nami ? - Nie chce mi się. Po co ja wam ? Dziewczyna podeszła do nich i usiadła chłopakowi na kolanach. - Romuś, z tobą zawsze weselej... - Ela, chyba starczy tego co jest... - Romek ! Ty się już nie wymądrzaj, bo ostatnio coś nie bardzo z tobą... - Dobra - nie chciał podejmować tej zbędnej dyskusji. - Jadę z wami. Zaraz przyjdę. Dziewczyna odeszła, a on przechylił szklankę i wypił całą jej zawartość. Spojrzał na Ulkę, która odłożyła trzymaną w ręku szklankę. - Pójdę do domu - powiedziała. - Dlaczego ? - Nie zostanę tu sama. Oni mnie zjedzą żywcem. - Nie przesadzaj, Ula - czuł lekki szum w głowie, ale wiedział, że powinien się opiekować tą dziewczyną. - Ja zaraz przyjadę, wrócimy do domu razem, obiecałem ci to. Chyba, że znajdziesz sobie kogoś... - Chyba żartujesz. Nie chcę tu nikogo. I ten Rysiek... Jest nachalny, chamski i nic do niego nie dociera. Boję się go. Słyszałam o nim... - Kochanie - wziął ją za rękę. Dla nich obojga była to taki szok, że spojrzeli na siebie, ale nic więcej nie zrobili. - Przestań gadać głupoty. Gwarantuję ci, że nic ci się nie stanie. W porządku ? Wrócimy do domu ra-zem, tak jak ci obiecałem. Wyrwała swoją rękę. Milczała. Patrzył na nią i znów widział w niej przestraszone zwierzę. Podniósł się. - Nie jedź - powiedziała to tak cicho, że raczej domyślił się, niż usłyszał. Usiadł z powrotem . Nie czuł się już normalnie. Alkohol dawał znać o sobie i chyba nie bardzo wiedział, co robił, bo objął ją i pocałował w policzek. - Zostań. Zaraz wrócę. I jeżeli będziesz chciała, pójdziemy do domu. Nie spojrzała na niego. Wyjechali. Karol szalał za kierownicą. Był to nowy wóz ojca Elki i wyjechali trochę za miasto, żeby się przejechać. Dziewczyna piszczała z radości, kiedy na zakrętach rzucało ja po całym samochodzie. Romek kiedyś też usiadłby na miejscu kierowcy i robił dokładnie to samo. Teraz jednak nie bardzo mu się to podobało. - Nie szalej Karol, bo nie wyrobisz - powiedział wreszcie, kiedy uderzył głową w sufit. - Stary, nie łam się. Widzę, że jesteś skwaszony i cię nie poznaję. Ja nie wyrobię ? Elu, powiedz mu, czy ja nie wyrobię ? - mówiąc to odwrócił głowę do tyłu, w stronę dziewczyny i właśnie w tym momencie skręcał. Zarzuciło ich. Karol zdążył jeszcze zahamować, ale wpadł w poślizg i przechylając się na bok zatrzymali się na pobliskim słupie. Romek ocknął się pierwszy. Pierwsze, co sobie pomyślał to to, że ma już dość w tym roku wypadków. Co za dużo to nie zdrowo. Na szczęście czuł, że może się ruszać, a więc znowu nie było to groźne. Ktoś tam na górze czuwa nad nim, jak to powiedziała kiedyś Ulka. Gdyby teraz mógł być z nią. Po co jechał z tymi wariatami ? Samochód wrócił do normalnej pozycji. Próbował się wydostać, ale drzwi trzymały mocno. Zaczął je szar-pać. Wtedy właśnie ocknął się Karol. - O cholera - powiedział. - No i nie wyrobiłem. -Jesteś cały ? - zapytał go Romek. - Chyba tak. Tak mi się wydaje. A co z Elką ? - Nie wiem, idę do niej. Kiedy Romek otwierał tylne drzwi, Karol wołał dziewczynę po imieniu, ale nie odpowiadała. Romek wycią-gnął ją z samochodu i położył na ziemi. Była nieprzytomna, ale nie wiedział dlaczego. Nic nie widział, w tym miejscu było bardzo ciemno. - Zostań tu z nią. Ja idę zadzwonić po pogotowie. Zadzwonię też po Marka. Niech zobaczy samochód. - Ojciec Elki nas zabije - powiedział Karol. - Zajmij się nią. Ruszył w stronę miasta. Widział jednak, że odjechali kawałek drogi i najbliższy dom z telefonem jest dale-ko. Po piętnastu minutach dotarł do pierwszych zabudowań, ale w pierwszym nie otworzono mu, chociaż słyszał głosy. Drzwi otworzyły mu się dopiero za trzecim razem. Wytłumaczył, że musi zadzwonić po pomoc. Wysoki, barczysty mężczyzna wpuścił go do środka i patrzył podejrzliwie. Kiedy zadzwonił po pogotowie zapytał : - Mogę jeszcze gdzieś zadzwonić ? Mężczyzna skinął głową. Dobrze, że nie zadawał pytań. - Marek ? Tu Romek. Słuchaj, mieliśmy wypadek. - No nie, jeszcze to. Co się stało ? - Karol za szybko jechał. Nic nam się nie stało. To znaczy Elce chyba cos jest, ale jeszcze nie wiem co. Ja pojadę z nią do szpitala , a ty przyjechałbyś tutaj, zobaczył co z samochodem... - Nie mogę przyjechać... Rysiek zabrał samochód. - Jak to zabrał ? - Słuchaj... Wyszło nie tak... Marek rzadko miał taki przerażony głos, więc Romek wiedział, że coś się stało. - Co żeście narozrabiali ? - Rysiek... Upił się w jednej chwili i ... Wywlókł dziewczynę do innego pokoju... Zgwałcił ją. - I to wszystko ? - odetchnął. Żaden gwałt nie zrobiłby na tych dziewczynach wrażenia. - Może to dla ciebie mało, ale on... trochę przesadził. Chyba ją bił, pewno mnie chciała mu dać... W każdym bądź razie dziewczyna jest cała we krwi, nawet nie wiemy skąd... Nikt nie słyszał jak krzyczała, dopiero jak skończyła się muzyka... To nie nasza wina, nie słyszeliśmy nic !! - w głosie Marka dało się wyczuć panikę. - Kto to był ? - Ta twoja Ulka...
....................................................cdn
MIEĆ DLA KOGO ŻYĆ
Przy stole ostro dyskutowano na temat narkotyków. Ponieważ Karola drażnił ten temat, skinął na dziewczynę i pociągnął ją w kąt pokoju. Nawet nie zauważono, że odeszli od stołu. Usiedli na podłodze. - Dlaczego odeszliśmy ? - zapytała Marta. - To była ciekawa dyskusja. - Och nie - powiedział zniecierpliwiony. - Nie chcę gadać na ten temat. Ponadto chciałem o czymś z tobą porozmawiać. - Dzisiaj ? Akurat teraz ? Pokiwał głową. Westchnęła. Nie miała ochoty na rozmowy. Chciała trochę wypić i miło spędzić ten wieczór. A Karol był dzisiaj wyjątkowo poważny. Lubiła tą jego powagę, ten wieczny spokój, czego jej bardzo brakowało, ale czasami było to męczące. Chłopak napił się wina z przyniesionego tu kieliszka. Objął dziewczynę, ale milczał. - No, słucham. -Zaraz. Myślisz, że powiesz „słucham” i ja już mogę mówić ? To trzeba pomyśleć, przemyśleć... - Och ty mój myślicielu - wzięła go pod ramię i przytuliła się do niego.- Co to za poważna sprawa - Jest poważna, uwierz mi. Ile ty masz lat ? - Ja ? Dwadzieścia dwa. - A ja ? Spojrzała na niego rozbawiona. - A ty masz dwadzieścia pięć. - A ile lat się znamy ? - Dwa. - Wszystko więc jest w normie. Oczywiście kochasz mnie ? - Karol, do czego ty zmierzasz ? - Chcę się z tobą ożenić. Chcę, żebyś się nad tym zastanowiła. Już nie patrzyła na niego. Chyba wystraszyła się trochę. Spojrzała na znajomych siedzących przy stole. Nie słyszała ani słowa z tego, o czym rozmawiali. Poczuła pustkę, ale gdy ponownie spojrzała na chłopaka, nie miała już żadnych wątpliwości. - Chyba nie mam się nad czym zastanawiać - odezwała się, a Karol aż wstrzymał oddech. - Teraz , czy później odpowiedź będzie pozytywna. Wypuścił powietrze i odetchnął. Pocałował ją w policzek i przytulił do siebie. - Cieszę się. Prawdę mówiąc, bałem się twojej odpowiedzi, wydawało mi się, że coś jest nie tak, że coś cię gryzie... Ale cieszę się, że nic ci nie jest i tak szybko się zdecydowałaś... Milczała. Ktoś ich zawołał do stołu. Karol podniósł się. - Teraz możemy iść się zabawić. Uśmiechnęła się, ale przez moment poczuła ból. Powróciły wspomnienia. Karol miał rację. Coś ją gryzło. Ale teraz to chyba już tylko zła przeszłość. Na Karola można liczyć.
Próbował po raz dziesiąty ruszyć mebel, ale ten uparł się i wcale nie miał zamiaru ani drgnąć. Karol usiadł na podłodze i popatrzył na segment. Musi go przesunąć. Od tygodnia stał krzywo, a jego ojcu to nie przeszkadzało. Przecież wyglądało to strasznie. Miał wrażenie, że za moment się przewróci i wszystkie książki wypadną na ziemię. Zerwał się, nabrał powietrza i spróbował jeszcze raz. Tym razem mu się udało. Najpierw parę milimetrów, a później już dwa centymetry, tyle ile mu zależało. Kładł dywan na swoje miejsce, gdy rozległ się dzwonek. Poszedł otworzyć. Za drzwiami stała zdyszana Marta. - Co się stało ? - zapytał, całując ją w policzek. - Przestraszyłam się takiego faceta... Wydawało mi się, że idzie za mną. Na wszelki wypadek uciekłam mu. - Ale robił coś, czy mówił... Biegł za tobą ? - Mam nadzieję, że nie. Nie przeszkadzam ? - spojrzała na poprzesuwane meble. - Nie. Ustawiałem segment, bo stał krzywo. Trochę z nim powalczyłem. Zaraz to poustawiam na miejsce. Napijesz się herbaty ? - Chętnie. I jestem bardzo głodna. Masz jakieś jedzonko ? - Tak. Wczoraj zrobiłem zakupy. Bo na mojego ojca nie ma co liczyć. - Pomóc ci ? - chciała iść z nim do kuchni, ale zatrzymał ją. - Nie, dam sobie radę. Idź, usiądź sobie. Posłuchała więc i wróciła do pokoju. Włączyła telewizor. Zatrzymała się na muzycznych programach. Nie miała takich w domu, a Karol nie bardzo lubił ich słuchać, więc mogła skorzystać z okazji. Kiedy chłopak wszedł do pokoju z kolacją, rozległ się dzwonek. Poszedł otworzyć. To był sąsiad, który zawsze wszystko dobrze wiedział. W rękach trzymał ogromną paczkę. - Dzień dobry. Przyszła dzisiaj do was paczka, a ponieważ nikogo nie było w domu, pozwoliłem sobie... - Dziękuję - Karol nie chciał wysłuchiwać nic na temat tego, jak on to zrobił i dlaczego. Zabrał od niego pudełko i sięgnął po pieniądze. - Poproszę o drobne, nie mam wydać... - Marta ! - krzyknął, nie chcąc iść do pokoju i zostawiać pana Baryłę samego w jego przedpokoju. - Nie masz jakiś drobnych ? - Poszukaj w kurtce. W zewnętrznych kieszeniach nie było, szukał więc wewnątrz kurtki. Oczywiście sąsiad już zaczął swój wykład na temat jego ojca i musiał część tego wysłuchać. Tymczasem Marta pałaszowała ze smakiem jedzenie, chcąc wykorzystać nieobecność Karola. Znowu zwrócił by jej uwagę, że nie powinno się jeść tak szybko. Musiała jednak przyznać, że potrafi szykować, nie tylko kolacje, ale i dobrze gotował obiady. Kiedy się pobiorą... Jeszcze dźwięk tego słowa wywoływał u niej dziwne reakcje. Może nie zdawała sobie z tego sprawy, może nie wiedziała, jak ma to wszystko przebiegać... To była poważna decyzja, może zbyt pocho- pna ? Do pokoju wszedł Karol. Kończyła jeść bardzo powoli i kulturalnie. Nie zauważyła, że był dziwnie zmieniony. - Co to za paczka ? - zapytała. - Od wujka. Leki dla ojca. - Jakie znowu leki ? - Do zakładu. - Jakiego... A ! To twój ojciec dalej tam pracuje ? Była szczerze zdziwiona. Wiele słyszała od Karola, że jego ojciec tylko na moment tam pracował, że to miała być tylko przysługa dla znajomego. Było z tym wiele kłopotów, nie było go całymi dniami w domu. Karol przez to wszystko zaczął nienawidzieć każdego narkomana, ćpuna i tym podobnych. Nie lubił tej pracy ojca i wiele razy namawiał go na rzucenie tego. - Niestety. Chyba wciągnął się tam na dobre. W szpitalu ma tylko jakieś nieliczne dyżury. I odbija mu nieźle. Kiedyś zaczął mnie podejrzewać, że biorę. Przeszukał nawet mój pokój. Robi mi niekończące się wykłady na temat szkodliwości wszelkiego rodzaju używek, opowiada mi o ich skutkach, o śmierci... Jakby nie wiedział, że sam tego nienawidzę, że w życiu nie upodliłbym się w taki sposób. O ciebie też pytał. - Tak ? I co ? - Powiedziałem mu, że tak jak ja gardzisz tym, a ponadto nie wiedzielibyśmy nawet skąd to brać. Dopiero po chwili Marta zauważyła, że Karol jest jakiś dziwny. Popatrzyła na niego chwilę, a ponieważ nie reagował, zapytała : - Co ci jest ? - Mi ? Dlaczego pytasz ? - Widzę, że coś jest nie tak. Co cię wkurzyło ? Ta paczka ? - Nie. Milczał. Dopiła herbatę i patrzyła na chłopaka. Znała go i wiedziała, kiedy było coś nie tak. - Karol... Wiesz, że nie dam ci spokoju, dopóki mi nie powiesz. - W kieszeni masz zdjęcie jakiegoś chłopaka. - Że co ? - nie bardzo rozumiała. - W jakiej kieszeni ? Karol wyszedł do przedpokoju. Była na prawdę zdziwiona. Jakie zdjęcie, o co mu chodzi ? Próbowała sobie przypomnieć czyje zdjęcie mogła mieć w kurtce, ale nic jej nie przychodziło do głowy. Chłopak wrócił po chwili niosąc w ręce zdjęcie i rzucił je na stół. Marta spojrzała na nie i wzięła do ręki z niedowierzaniem. Było mocno zniszczone i zatarte. Patrzyła na nie chwilę w milczeniu. - Gdzie ono było ? - W twojej kurtce. W bocznej kieszeni. Masz ją rozprutą, to było za materiałem. - Boże ! Myślałam, że już wszystkie wyrzuciłam... Odłożyła zdjęcie na stół, ale wciąż na nie patrzyła. Znowu te niepotrzebne wspomnienia, które nie powinny już nigdy wracać. - Może mi wreszcie coś powiesz ? - rzucił niecierpliwie. - Co ? - spojrzała na niego jakby z innego świata. - A! Kto to jest ? Mój dawny chłopak. No nie patrz tak na mnie. Widzisz w jakim stanie jest to zdjęcie ? Zapomniałam zupełnie o nim. Musiałam je wyprać razem z kurtką... - Nie wiem, czy mam ci wierzyć... Spojrzała na niego z niedowierzaniem. - Przestań. Przecież to stare zdjęcie, z czasów, gdy byliśmy razem. - Ponieważ nie zmieniał swojej miny, dodała : - Przestań , mamy się pobrać, a ty mnie posądzasz... - Widujesz się z nim ? - Nie. Ja... Nie chcę go widzieć. Ostatnio widziałam go ... chyba rok temu. Też nie chciał ze mną rozmawiać, śpieszył się, albo udawał, że się spieszy. - Długo byliście razem ? - Sporo - jej głos na moment załamał się, ale przezwyciężyła to. - Pięć lat. Nagłym ruchem sięgnęła po zdjęcie i zmięła je, rzucając na talerz. - I co się stało ? - drążył Karol, jakby nie widział, jak cierpi. - Odszedł ode mnie, zostawił, rzucił mnie... Ni z tego ni z owego... Powiedział, że nie ma sensu dalej tego ciągnąć. Dopytywałam się o co chodzi, chciałam wiedzieć, co jest grane. Powtarzał, że to nie ma sensu. I już więcej się nie widzieliśmy. Pamiętała jak dziś tą rozmowę. Była wtedy w takim szoku, że nie mogła w stanie normalnie myśleć. Coś się między nimi psuło, czuła to. Czuła, że Rafał ma jakieś kłopoty, ale nie chciał o nich z nią rozmawiać. Kiedy okazało się, że chce z nią zerwać, próbowała dowiedzieć się co się stało. Pytała o wszystko, co jej przychodziło na myśl. Nie pasowali do siebie, zawiódł się na niej, zrobiła coś strasznego, ma inną... Na wszystko zaprzeczał i nic nie chciał więcej mówić. No to nich jej chociaż powie, że przestał ją kochać. Nie, on ją nadal kocha, ale „to nie ma sensu „ . Przez pewien okres czasu, gdy usłyszała takie stwierdzenie, robiło jej się niedobrze. - Dlaczego mi o nim nie opowiadałaś ? Dlaczego ten chłopak ja tak męczy ? Z nikim o tym nie rozmawiała i nie chciała. To był zamknięty rozdział i bardzo bolesny. - Czasami ci wspominałam, ale nie chciała na ten temat mówić. Chyba rozumiesz... Karol chyba nie rozumiał, ale już o nic więcej nie pytał.
Kiedy się obudziła , za oknami było ciemno. Jeszcze miała nadzieję, że to, co się zdarzyło dzisiaj po po-łudniu było tylko snem. Niestety, dookoła panowała biel, obok ustawione były jeszcze dwa łóżka, a ona leżała w trzecim, z nogą na wyciągu. To niemożliwe, to nie mogło jej się przytrafić. Nigdy dotychczas niczego nie zwichnęła, nie mówiąc o złamaniu. Ale widocznie przyszedł na nią czas. Tylko jak ona tu wytrzyma ? Ta cisza, która doprowadzała ją do rozpaczy, szczęk łóżek szpitalnych i ten zapach... Nigdy nie lubiła szpitali, nawet chodzić w odwiedziny. A teraz, z tą nogą, przyjdzie jej tu poleżeć ładnych parę tygodni. Na stoliku zauważyła kwiaty. Wczoraj ich tu nie było. Może to nie jej stolik ? Kiedy przyszła pielęgniarka zapytała : - Czyje to kwiaty ? - Pani. Był tu jakiś chłopak i zostawił je dla pani. - Nie wpuścili go - raczej stwierdziła niż zapytała. - Nie, nie chciał pani budzić. I śpieszyło mu się. Jak to mu się spieszyło ? Ona złamała nogę, przykuli ją do łóżka, a Karol nie chce wchodzić, bo się gdzieś śpieszył ? Nie chciał jej budzić ? Ona będzie tu teraz spała całymi dniami. Tylko on ją może odwiedzać. Nie ma przecież rodziców, nie ma rodzeństwa, nie ma nikogo... Jak dobrze, że wreszcie założy rodzinę i będzie miała to, czego nie miała od dawna. Nazajutrz rano zjawił się Karol, trzymając w ręku bukiet kwiatów. - Jak dobrze, że jesteś - nadstawiła mu policzek. - Znowu kwiaty ? Rozpieszczasz mnie. - Dlaczego znowu ? Popatrzyła na niego dziwnie i pokazała na stojący obok bukiet. - To nie moje - podsunął sobie stołek i usiadł. - Byłem tu wczoraj, ale nie chcieli mnie wpuścić. Dzisiaj udało mi się tylko na parę minut. No, mów. Jak to się stało ? Opowiadała pobieżnie, nie chcąc się roztkliwiać nad sobą. Później zaczął opowiadać Karol, ale po chwili zdała sobie sprawę, że go nie słucha. Skąd te kwiaty ? Kto je mógł przynieść ? Co to za chłopak ? Pytała później swoich znajomych, którzy ją odwiedzali, ale nikt nic nie wiedział. Pytała pielęgniarki, ale ona też nic nie wiedziała, bo ten chłopak podał jeszcze komuś i dopiero ona je dostała. Dała sobie wreszcie spokój. Samo się kiedyś wyjaśni.
Ślub musiano odwołać. Marta nie mogła chodzić przez pół roku. Później poruszała się o kulach. Dopiero po siedmiu miesiącach zdjęto jej gips i wtedy Karol zaczął nalegać , żeby wreszcie ustalono nową datę ślubu. Marta nie bardzo miała do tego głowę. Choroba strasznie ja przygnębiła, chciała jeszcze trochę poczekać, może nie po to, jak mówiły inne dziewczyny, żeby „pobyć wolną „, ale po prostu chciała jeszcze pobyć sama. Karol, prawdę mówiąc trochę ją ograniczał, nie na wszystko pozwalał. Siedzieli właśnie u Karola i mieli poważnie o tym porozmawiać, gdy zadzwonił telefon. Chłopak wyszedł odebrać, a kiedy wrócił nie miał wesołej miny. - Co się stało ? - zapytała. - Ojciec zadzwonił. Zapomniał jakiś dokumentów, muszę mu je przynieść. - Co za problem, możemy iść. Było już dosyć późno. W Monarze szykowano się do mycia. Karol chciał przejść korytarzem jak najszyb-ciej, żeby nie patrzeć na ludzi mieszkających w tym budynku, ale Marta nie mogła jeszcze tak szybko chodzić, więc wrócił się do niej i podał jej ramię. Dziewczyna, w przeciwieństwie do swojego przyszłego męża była ciekawa tych ludzi, jak tutaj żyją, dlaczego tu trafili, co im to miejsce daje. Ostatnio myślała, jak podstępnie wyb-rać się do ojca Karola, ale nic jej nie przychodziło do głowy. Dzisiaj okazja sama się nadarzyła. Kiedy weszli do gabinetu pana Wiśniewskiego, nikogo tam nie zastali. - Czekamy na niego ? - zapytała Marta z nadzieją w głosie. Karol spojrzał na zegarek. - Chwilę poczekamy. Musi przyjść zaraz, bo mówił, że te papiery są mu bardo potrzebne. Usiadła w fotelu i odetchnęła. - Odpocznę trochę. Ta noga mnie jeszcze boli. Karol podszedł do radia i włączył je. Po chwili usłyszeli na korytarzu podniesione głosy. - Gdzie on mógł uciec ? Przecież nie ma już tej meliny ? - Podobno znalazł coś na Południowym Osiedlu. - Od kiedy go nie ma ? - Miał być dzisiaj , o ósmej, Drzwi się otworzyły i do pokoju wszedł ojciec Karola. - O, jesteście - spojrzał na leżące papiery. - Dzięki, że mi to przynieśliście. - Będziesz na noc ? - zapytał Karol, który podniósł się. - Nie. Mam tyle dzisiaj na głowie. Uciekł nam właśnie... - Tato, nie interesuje nas to - spojrzał na Martę takim wzrokiem , że musiała podnieść się. - Już idziemy. Pan Wiśniewski wiedział o nastawieniu do tego co robił jego syna , ale zawsze przejawy obojętności z jego strony bardzo go bolały. Nic więc nie powiedział, spojrzał na swoją przyszłą synową, która wzrokiem próbowała przeprosić za sytuację. Kiedy wyszli z budynku, Marta zapytała Karola : - Dlaczego tak bardzo nienawidzisz tego miejsca ? Mógłbyś trochę pomóc ojcu . - Chyba żartujesz. Nie mam najmniejszego zamiaru. Każda wizyta tutaj doprowadza mnie do szału. Nie mo-gę na nich wszystkich patrzeć, nie mógłbym znieść widoku narkomana na głodzie. Bo już nie raz widziałem. A najgorsze jest to, że oni, czyli mój tata ratują tych wszystkich... wyrzutków społeczeństwa. I po co ? Przecież oni wszyscy, na swoje własne żądanie się wykańczają. Czyli sami chcą umrzeć. Po co więc ojciec ma się zabi-jać, żeby ich ratować ? Spojrzała na niego z wyrzutem. Znała poglądy Karola, ale za każdym razem, kiedy o nich mówił przerażały ją. I za każdym razem próbowała je zmienić. - Co ty opowiadasz ? Rozumiem, wszyscy to wiedzą, że narkotyki to śmierć. Ale tak samo wódka, papiero-sy ... Ludzie sięgają po to z różnych powodów, myślą, że jeżeli coś się zmieni, rzucą to. Tylko ,że później nie jest to już takie łatwe. I właśnie twój ojciec pomaga im wrócić do normalnego życia. Chcą tego, inaczej takie instytucje byłyby puste. A gdybym to ja chciała umrzeć ? Nie ratowałbyś mnie ? - Ciebie zawsze, przecież cię kocham. - Ale gdybym chciała umrzeć. Gdyby coś się stało i nie umiałabym sobie z tym poradzić, chciałabym umrzeć. Czy nie ratowałbyś mnie ? Spojrzał na nią bardzo poważnie i poczuła ulgę, że wreszcie coś drgnęło w tych jego ciasnych poglądach. - Czy coś się stało ? Dlaczego chcesz umrzeć ? - Och nie... Zamilkła zrezygnowana. Nie mogła uwierzyć, że Karol znowu myślał tylko o sobie. Przecież można czasem coś zmienić w swoim życiu, choćby takie nastawienie do narkomanów. Marta musi jeszcze poczekać. Kiedyś musi się tak stać. A zresztą, nie to będzie najważniejsze w ich małżeństwie.
Stała z kwiatami przed drzwiami mieszkania. Nie mogła się decydować. Może niepotrzebnie tu przychodzi-ła ? Karol z ojcem znowu będą się kłócić. Już nie mogła ani na to patrzeć, ani tego słuchać. Rozumiała Karola, kiedy miał pretensje do swojego ojca, bo co raz rzadziej bywał w domu, ale rozumiała też jego ojca. Praca w takim miejscu wymagała poświęcenia. Ale Karol nie mógł tego zrozumieć. Albo nie chciał. Odkąd umarła jego matka całą uwagę skupił na ojcu, potrzebował go, jak mały chłopiec. A pan Wiśniewski... Ten zakład to chyba była ucieczka od normalnego świata. Śmierć żony nie pozwalała mu normalnie dalej żyć. Nigdy dokładnie nie mówili jak umarła ich matka i żona. Teraz Marta przypuszczała, że może to miało coś wspólnego z narkotyka-mi. Tłumaczyło by to zachowanie i Karola i jego ojca. Szkoda tylko, że obaj nie poszli w tym samym kierunku. I szkoda, że Karol nic jej nie chce o tym mówić. Zadzwoniła wreszcie. Za wszelką cenę spróbuje ich pogodzić. Otworzył jej Karol i po jego minie wiedziała, że już jest coś nie tak. Weszła dalej. - No, gdzie jest jubilat ? - zapytała ? - Nie ma. - Jak to nie ma ? W swoje urodziny gdzieś wyszedł ? - Tak, jest w pracy. Rano cos załatwiał i zamienił się na popołudnie. Nie przypuszczał chyba, że ktoś będzie pamiętał o jego urodzinach. - No to idziemy do niego. Niech na drugi raz nie robi takich numerów i siedzi w domu. - Nie wiem, czy to dobry pomysł... - Wiem, że nie masz ochoty tam iść, ale nie będziemy się wściekać na niego, tylko przeniesiemy imprezę. Przecież nie będziemy tam siedzieć do północy. Karol nie był przekonany. Pójście do „tego” zakładu było dla niego udręką, ale ostatnio oddalali się od sie-bie, może tym razem będzie inaczej... Ojciec Karola bardzo się ucieszył na ich widok. Nie miał dużo pracy, w zakładzie był spokój. - Gdybym wiedział ... - nie skończył, gdyż syn przerwał mu : - Gdybyś normalnie żył , jak człowiek, wiedziałbyś. Zapanowało milczenie. Marta podniosła się, żeby otworzyć szampana, ale Karol wziął od niej butelkę. Oj-ciec powiedział, że idzie zawołać panią Krysię i Anetę. Kiedy wrócił ze swoimi współpracownikami, zrobiło się trochę weselej. Jednak zdążyli wznieść toast i wypić po łyku, gdy do pokoju wpadła jakaś dziewczyna. Była roztrzęsiona i zrozpaczona. - Panie Januszu, znaleźli Rafała. - Kiedy, gdzie ? - Nie wiem...- była bliska płaczu. - On był nieprzytomny. On... chyba nie żyje... - Co ty dziewczyno opowiadasz... Pan Wiśniewski wypadł jak burza z gabinetu, a Aneta uspakajała dziewczynę. Karol odstawił kieliszek z taką siłą, że o mało nie pękł. Marta drgnęła, ale nie wiedziała co ma powiedzieć. Chłopak miał rację. - Widzisz, jak to się wszystko kończy - powiedział z przekąsem. Aneta odprowadziła dziewczynę do jej pokoju. Wróciła po chwili do gabinetu, gdzie panowała złowroga ci-sza. Pani Krystyna próbowała wytłumaczyć ojca Karola, ale niezbyt dobrze jej to szło. - Kiedy on zniknął ? - zapytała Aneta, którą mało interesowały waśnie rodzinne. - Niech pani zobaczy jego kartę. Kobieta podeszła do regału i szukała teczki znalezionego chłopaka. Położyła na biurku , wyciągnęła jakąś kartkę i obie pochyliwszy się nad nią rozmawiały o czymś. Marta mimochodem spojrzała na teczkę i przeczytała widniejące na niej nazwisko. Zbladła. I jednocześnie zrobiło jej się gorąco. Spojrzała na Karola, czy zauwa-żył zmianę na jej twarzy, ale ten stał przy oknie i zastanawiał się, co ma dalej robić. Kiedy kobiety przerzucały całą kartotekę chłopaka, Marta wyłapała jego adres. Tym razem zrobiło jej się słabo. Chciała zapytać coś na jego temat, ale usłyszała Karola: - Chyba nie ma sensu, żebyśmy tu czekali, aż mój ojciec raczy się zjawić. Chodź Marta. Urodziny mojego ojca już się skończyły. Teraz ona wzrokiem przeprosiła kobiety i oboje wyszli. Nie odzywała się ani słowem. A Karol myślał, że to z jego powodu.
Szła korytarzem patrząc na numery. Robiła to powoli. Bała się tam wejść, ale nie wyobrażała sobie, żeby mogła się wycofać. Wreszcie stanęła przed właściwym numerem pokoju. Nabrała powietrza i weszła. Leżący na łóżku chłopak otworzył oczy i wyraz zdziwienia odmalował się na jego…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil kokoska
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…