Żelazny Liść: Część Pierwsza Wędrowiec Lias
Pierwsza część wielowątkowej historii fantastycznej o dwóch bohaterach: młodym Liasie i dorosłym Zielonym Andy'm
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Rzeka Insekai była najpiękniejszą i zarazem najdłuższą rzeką w Księstwie Nieocienionym. Ciągnęła się od ogromnych gór Baoa we wschodniej granicy państwa, kończąc w Morzu Błyskawic. Przepływała przez wiele różnych miejsc, od centralnego miasta Kanibali, poprzez najróżniejsze wieże oraz Niziny Kameleona. I właśnie tam, pośród malowniczych ogromnych drzew porośniętych różnokolorowym mchem – czasami najzwyklejszym, zielonym, lecz zdarzały się przypadki czerwonego, czarnego czy niebieskiego; jakie tylko sobie wymarzono – płynął wraz z prądem rzeki Insekai ogromny, żelazny liść z metalowym połyskiem. A na owym liściu, z dumnie podniesioną głową, dryfował pewien wyjątkowy chłopak, o imieniu Lias. Siedział, oparty o łodygę wystającą z liścia; jedną nogę miał wyprostowaną, drugą podciągniętą pod brodę, obejmując ją rękoma. Jego zadumana mina, praktycznie bez wyrazu, nie świadczyła o niczym, a patrzył on w niebo. Jego strój, był zielono-pomarańczowy. Zielone krótkie spodenki, zapinana bluzka bez rękawów oraz dziwny kapelusz, imitujący grzyb; zielony, gruby trzon oraz tego samego koloru kapelusz, ozdobiony pomarańczowymi kropkami. Obok chłopaka, prawie na krawędzi liścia – z którego wypadnięcie, było ewidentnie niemożliwe, bowiem jego boki szły w górę, tak, iż liść przypominał łódkę – leżała zielona torba o kształcie walca i z pomarańczowym paskiem jako zawieszeniem jej na ramię. W pewnym momencie, Lias wyjął z niej lutnię, na której zaczął grać. Jej muzyka, była tak porywająca i tak niezwykła, iż w przeciągu paru chwil, stało się coś niezwykłego; nagle, czas jakby przyśpieszył biegu i w przeciągu chwil zapadł zmrok, mimo iż przed chwilą słońce znajdowało się w najwyższym punkcie nieba. Lian odłożył lutnię i nieco drżącym głosem powiedział. -Przyjdźcie do mnie cienie. Wzywam was i jestem gotowy na spotkanie. Rzeka Insekai w przeciągu chwil wypełniła się mrokiem a z nieba spadła pierwsza błyskawica.
…
-Witamy, witamy jego wspaniałą mość!- zakrzyknął jeden z Kanibali. Zielony Andy prychnął pogardliwie; jak ten parszywy zjadacz ludzkich ciał, miał śmiałość zwracać się do niego jak do władcy? Powinien paść i lizać mu stopy; chociaż nie, jego język jest w końcu splamiony i nie zasługiwał nawet, by lizać stopy Andy’ego. W zamian za to, Kanibal musiał po prostu spłonąć. Zacisnął zęby, wiedząc, że nie może nic wskórać. Już dawno jakiś Kanibal spróbowałby choćby go ugryźć, gdyby nie to, że przybywał tu z rozkazu Wielkiego Inkwizytora Odyna Trzeciego. I tak te parszywe psy, nawet nie próbowały ukryć śliny, która litrami wylewała się z ich godnych pożałowania gęb. Wielki Inkwizytor wysłał go do nich, by sprawdził, czy nie złamali zasad przymierza; i rzeczywiście, nie zrobili tego, lecz Andy zamierzał choćby na kolanach błagać Odyna, by ten pozwolił mu wytępić tę plagę. Plagę, bowiem rzeczywiście była to plaga; zbiorowisko małych wiosek na bagnach, w których rodzice kazali najstarszemu synowi, zjadać młodsze rodzeństwo, po to aby z wiekiem był coraz smaczniejszy. Dodatkowo, od czasu do czasu podgryzali go, nie mogąc się doczekać posiłku. A teraz, gdy przybył do centralnego miasta tej szarańczy, oraz do ,,pałacu’’ w którym mieszkał władca Kanibali, okazało się iż owym pałacem jest po prostu najzwyklejszy domek jakich na tych bagnach pełno, z tym, że miał on drzwi oraz okna zamiast dziur. Kiedy Andy wraz z dwoma przybocznymi wkroczyli do pseudo pałacu, przywitał ich łysy kanibal bez reki, lecz poza prychnięciem, nie wywołało to u niego żadnej reakcji. I, tak jak się spodziewał, w powietrzu unosiła się ta sama woń, co na całych tych jebanych bagnach; woń martwych ciał, woń gnoju – Kanibale nie zawracali sobie głowy budowaniem toalet, załatwiali się, dosłownie pod siebie, bowiem nie nosili również ubrań – oraz woń krwi. A w samym centrum, tego wszystkiego, pod przeciwległą ścianą pomieszczenie, na krześle mającym imitować tron siedział uśmiechnięty od ucha do ucha władca Kanibali, sam Lecter we własnej osobie. Parszywy mutant mieszaniec, jak myślał o nim Andy. Sam był mutantem, obdarzonym tak zwaną ,,żelazną skórą’’ lecz jego mutacja była wynikiem wypadku a nie krwi rodziców. Natomiast Lecter był na oko dwumetrowym olbrzymem z lewą ręką jakby kraba. Pomarańczowa, ogromna i zakończona ostrym szponem. Dodatkowo jego prawe oko przesłaniała czarna opaska, jaką noszą piraci. Do tego był stworem, lubującym się w ludzkim mięsie. Być może Inkwizycja dawno by go już zniszczyła, gdyby nie pewien szczegół. Bowiem kilka lat temu, Wielki Inkwizytor osobiście widział, na co stać krabiego mieszańca; dysponował on mocą, która sprawiała, iż ktokolwiek uderzył go z pomocą siły fizycznej ranił sam siebie… im więc byłeś silniejszy, tym gorzej dla ciebie a lepiej dla Kanibala. Zielony Andy zacisnął pięść, wiedząc, że nie może postępować pochopnie. I wtedy Lecter wytrzeszczył głowę, i świdrując Andy’ego wzrokiem, przechylił ją na prawy bok. Uśmiechnął się a wtedy Andy zobaczył jego żółto-czarne zęby, zza których powoli wysunął się niemal fioletowy język. -Witaj, przedstawicielu Inkwizytora- powiedział spokojnym i głębokim głosem. Ton owego głosu, sugerował, że mimo doskonałej tarczy, jaką był on sam, krab-człowiek nie polegał jedynie na sile był także sprytny. Jednak niedostatecznie sprytny; mimo iż trwało to ledwie ułamek sekundy, to Andy dojrzał chwilę, gdy oczy Lectera nabrzmiały i pojawiło się w nich szaleństwo, pragnienie krwi, oraz pogarda, pogarda do głupiej Inkwizycji. Andy zignorował ten przebłysk i tonem równie spokojnym, co przed chwilą jego przeciwnik, powiedział: -Przybyłem, żeby przekonać się, czy postanowienia traktatu z Inkwizycją zostały zachowane. Lecter na chwilę wystawił zęby, jakby miał ochotę warknąć, lecz w porę opanował się. -Oczywiście, że zostały zachowane. Jednak… Uśmiechnął się na chwilkę i przybrał męczenną minę. -Ubolewam nad tym, że Inkwizytor oraz Inkwizycja nie ufają mi na słowo. To pierwsza taka sytuacja, od zawarcia pokoju. Ciekaw jestem, czym naraziłem się dla was panie, oraz dla waszej organizacji? Andy, przygotowany na tego rodzaju wywód miał już gotową odpowiedź. -Inkwizycja cały czas trzymała rękę na pulsie, jaśnie Kanibalu. Lecz od niedawna zaczęliśmy otrzymywać niepokojące raporty, mówiące, jakoby Kanibale zaczęli porywać ludzi, spoza swego królestwa. Wysłano mnie, by zbadać tę sprawę. Którą opcję wybierzesz?- zadrwił w myślach Andy- Będziesz udawał zaskoczonego lub zasmuconego? Na pewno będziesz próbował się wykpić, lecz to nie znaczy że ci uwierzymy. I ty o tym wiesz… …ale i tak spróbujesz. -Ojojoj… no cóż, musicie chyba wiedzieć, że moi poddani są dość… dzicy? Mogli zrobić coś, co nie zgadzało się z moimi rozkazami. Ale obiecuję, zajmę się tym. Więc tak stawiasz sprawy? No dobrze, na to też byłem przygotowany. -Tak, wiemy o…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil ZielonyAndy
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…