zemsta bottleda
fs. humor horror troszeczkę
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Zemsta Bottleda
To nie były dobre dni dla naszej wioski, zima była tak sroga, jak dawno na tych ziemiach nie było. Trwała całe sześć miesięcy a ostatnie śniegi znikneły dopiero z początkiem drugiego nowiu. W takich wioskach jak nasz głód zajrzał do wielu domów i ojcowie nieraz byli zmuszeni do wysyłania swoich dzieci do miast, aby tam zdobyły prace i środki potrzebne do przeżycia. Wyruszyłem z początkiem lata do odległego o trzy dni drogi Lubzel, rządzonego wtedy przez mądrego i dobrego Urlicha I. Dostałem od rodziny trochę jedzenia i radę, aby przed nastaniem pełnej zimy nie wracać. Tak więc wczesnym rankiem wyruszyłem do Lubzel. Drogę miałem prostą, przez łąki i nie wielkie zagajniki lasu liściastego. Teren, przez który szedłem był delikatnie pofałdowany. Była piękna pogoda, świeciło słońce które ani na moment nie musiało się chować za chmurami. Byłem sam moi rówieśnicy odeszli do innych miast albo poszli za chlebem wcześniej niż ja. Mam na imię Gregory i nie mogłem wyruszyć wraz z innymi, ponieważ musiałem opiekować się chorym ojcem, ale gdy tylko mu się polepszyło mogłem a właściwie musiałem wyruszyć za chlebem. W domu został mój młodszy brat i dwie siostry - oni mogli przez lato z powodzeniem zająć się gospodarstwem i schorowaną matką. Dostałem prowiantu na kilka dni i obiecałem wrócić ze złotem, które miałem zarabiać w tym wielkim mieście. Przez pierwsze godziny szedłem polną ścieżką, którą podróżowali nieliczni w tych czasach wędrowcy, ja przynajmniej nikogo nie widziałem. Nie byłem głupi nie wiadomo jak może się skończyć takie spotkanie. Czasami można spotkać naprawdę nie bezpiecznych ludzi podróżujących i ograbiających swoich towarzyszy podróży. Jakiś czas po południu zrobiłem sobie przerwę na posiłek. Wyprawa była jak na razie bardzo monotonna, nic się nie działo. Poza tym, że teren robił się coraz bardziej falisty, ale wzgórza takie jak teraz mijałem a nawet większe były i w moich okolicach. Po południu, gdy słońce zaczęło się chylić ku ziemi postanowiłem poszukać jakiegoś strumienia, aby się napić świeżej wody i umyć, bo jak twierdziła moja mama to jest bardzo ważne, aby się myć jak najczęściej wtedy łatwiej znajdę pracę w mieście. Ruszyłem, więc w stronę gęstego lasku, teren się obniżał powoli, gdy się do niego zbliżałem. Po krótkiej chwili usłyszałem delikatny szum strumyka, który tam płynął sobie, kto wie od ilu lat lub wieków. Z torby podróżnej wyjąłem ser i świeży chleb, który mi w nocy upiekła mama. Gdy sobie przypomniałem jak się krzątała pół nocy, aby mi go upiec mimowolnie zakręciła mi się łza w oku, wiedziałem, że ona mnie kocha i chce dla mnie jak najlepiej. Chleb był pyszny długo potem takiego nie jadłem, musiałem całej swojej siły woli, aby nie go zbyt wiele, bo przecież pozostał przede mną szmat drogi gdzie raczej są małe, szanse, aby spotkać ludzi, którzy się zemną by podzielili swoją strawą. Z nazbieranych młodych gałęzi zrobiłem sobie prowizoryczny szałas i miejsce do spania. I po chwili smacznie spałem. Zbudził mnie swąd spalenizny, nie znany mi przedtem o takim odcieniu. Dosyć przykry dla zmysłu powonienia. Powoli się obudziłem, niebo zaczynało robić się powoli szare. Wyszedłem z nie wielkiej kotlinki, w której spędziłem noc. Trawa była pokryta rosą a dookoła panowała mgła. Było mi zimno, pomyślałem aby rozpalić ognisko dla ogrzania się, ale najpierw chciałem sprawdzić źródło tego przykrego zapachu który spowodował moje przedwczesne zbudzenie się ze snu. W oddali pod lasem zobaczyłem kłęby dymu. Po chwili zobaczyłem, że w moim kierunku biegną dwie osoby, ale najwyraźniej mnie jeszcze nie zauważyły, po kilku sekundach z lasu wyskoczył jeździec na koniu i najwyraźniej je gonił. Stanąłem jak wryty i nie wiedziałem, co robić, rozsądek podpowiadał mi, aby czym prędzej uciekać, ale z drugiej strony ci ludzie potrzebowali pomocy. Jeździec szybko dogonił jedną z osób uciekających, wyciągnął miecz i ciął w głowę, trysnęła fontanna krwi i uciekający szybko zmarł. Wtedy już wiedziałem, co robić - uciekać, co sił w nogach i nie oglądać się za sobą. Biegłem najszybciej jak potrafiłem. Drugi uciekający musiał mnie zauważyć bowiem o zgrozo skierował się w moim kierunku. Szybko dobiegłem do strumyka i zanurzyłem się w nim tak, że tylko wystawały mi nozdrza, woda była przeraźliwie zimna, ale nie miałem złudzeń, co do mojego losu gdyby mnie dogonił wojownik na koniu. Skryłem się w sitowiu i czekałem aż będę mógł bezpiecznie wyjść. Po chwili zauważyłem, że drugi z uciekających miał najwidoczniej taki sam plan, ponieważ wskoczył do wody i zanurkował, zaraz potem usłyszałem tętent koni i zobaczyłem jeźdzca goniącego - w tej chwili mogłem powiedzieć - że nas. Ale na szczęście z powodu półmroku dojechał nad rzekę około pięćdziesięciu metrów od nas i nie miał w pojedynkę zbyt wielkich szans, aby nas odnaleźć. Przez chwilę się ucieszyłem, moje szanse na przeżycie wydatnie się zwiększyły. Moja radość była przedwczesna. Było tam kilku ludzi wszyscy uzbrojeni w kusze i miecze, na pewno nie mieli pokojowych zamiarów. Usłyszałem, bowiem kilka głosów, które się naradzały nad tym, co robić. Jeden uważał, że zrobił to, co miał i może wracać zadowolony, ale drugi z nich przekonywał ich, że powinni kontynuować poszukiwania zbiega, aby go zabić a każda chwila zwłoki zmniejsza, szanse odnalezienia go. W końcu zwyciężyła opcja, że zadanie, które mieli wykonać zostało wykonane i mogą wracać. Gdy to usłyszałem z ulgi nieomal na głos nie westchnąłem, ale w porę się opanowałem, bowiem moi prześladowcy mogliby to usłyszeć i dokończyć swoje sprawy. Gdy głosy się oddaliły odczekałem kilkanaście jeszcze minut zanim się poruszyłem, zdrętwiałe kończyny bolały mnie nie miłosiernie nie mówiąc już o zimnie, które mnie otaczało z zewnątrz i wewnątrz. Najpierw wynurzyłem głowę z wody a potem tułów, powoli bardzo powoli, chociaż tak naprawdę to chciałem wyskoczyć z tej wody. Gdy już prostowałem nogi nagle ktoś mnie złapał od tyłu za gardło tak, że nie mogłem wydobyć z siebie głosu i powoli zanurzył w wodzie. Próbowałem walczyć, ale dosyć skutecznie mnie przytrzymywał w ten sposób, że moje gwałtowne ruchy umożliwiały mu skuteczniejsze przydusznie mnie. W końcu moja twarz zbliżyła się niebezpiecznie blisko wody, spróbowałem się wyrwać i wtedy straciłem przytomność. Ocknąłem się leżąc twarzą do ziemi nie byłem niczym skrępowany było mi tylko zimno. Pod twarzą miałem wilgotną trawę czułem jak woda ścieka zemnie byłem cały przemoczony, powoli się uniosłem na kolana trwożliwie się rozglądając na boki szukając człowieka, który nie omal mnie utopił. Ale nikogo nie było wokół mnie. Znajdowałem się w lasku nieopodal miejsca gdzie spędziłem noc. Wstałem i ruszyłem na poszukiwanie mojego tobołka, w którym miałem swoje rzeczy. Ostrożnie przeszedłem tych kilka naście metrów i go znalazłem. Wziąłem go na plecy i szybkim truchtem wróciłem do lasku. W lasku ktoś był. Stał tam wysoki mężczyzna w wieku około czterdziestu kilku lat ubrany bogato, ale funkcjonalnie w skórzany płaszcz. Nim zdążyłem się wycofać skinął na mnie dłonią abym do niego podszedł. - Gdzie chodziłeś chłopcze? Zapytał. - Ja, po swoje rzeczy panie ja tam spałem w nocy znaczy nocowałem i miałem tam swoje rzeczy. Kim jesteś panie? Mężczyzna do mnie podszedł i zaczął mi się uważnie przypatrywać w końcu zadał pytanie. - Co tu robisz, gdzie podążasz? - Jestem mieszkańcem pobliskiej wioski idę za chlebem panie do Lubzel. Dlaczego ci mężczyźni pana gonili, kim pan jest czy to pan mnie zatrzymał wtedy w rzece? - Jestem Patric Ainc kapitan straży przybocznej jaśnie nam panującego Urlicha I. Ci ludzie napadli na mnie i na posła, którego ochraniałem wraz z moimi nieżyjącymi jak myślę towarzyszami. Nie wiem, kim oni byli, ale muszę się dowiedzieć. Szukam teraz nowego sługi, dobrze zapłacę, jeżeli chcesz możesz mi towarzyszyć do Substu, jest to dwór księcia Sintha. - Ale dlaczego nie możesz panie wrócić do Lubzelu po większe siły przecież ci, którzy dzisiaj ciebie napadli mogą się jeszcze gdzieś czaić na ciebie panie po drodze? - Nie ważne, musimy ich dogonić i uwolnić posła zanim dotrą do Substu, nie mam czasu aby wracać do Lubzel wtedy będzie już za późno. Rozpalę ognisko aby wysuszyć ubrania a ty się zastanów czy chcesz ze mną wyruszyć. - Dobrze panie wyruszę z tobą -powiedziałem te słowa słuchając siebie w osłupieniu, ale z drugiej strony nie spodziewałem się tak łatwo znaleźć pracę- nazbieram chrustu na ognisko, jest mi strasznie zimno. Po rozpaleniu ogniska usiedliśmy bliżej ognia prawie nadzy aby nasze ubrania mogły jak najszybciej wyschnąć. Patric zaś podczas tego ogrzewania zjadł moje zapasy aczkolwiek się zemną podzielił. Po godzinie nasze ubranie były suche. Zapytałem którędy teraz ruszymy. - Musimy mieć konie, pieszo nigdy ich nie dogonimy pomimo tego, że nie muszą się obawiać pogoni. Tutaj kilka godzin drogi stąd jest zajazd może tam zdobędziemy jakieś wierzchowce i prowiant na drogę. Umiesz jeździć konno? - Nie panie - odpowiedziałem. - Tego się obawiałem, ubieraj się wyruszamy. Pomimo tego, że był starszy te kilka godzin marszu były prawie biegiem. Po drodze tylko dwa razy się zatrzymywaliśmy na krótkie odpoczynki. Późnym popołudniem wreszcie dotarliśmy do starej oberży, która mieściła się w małej wiosce na trakcie prowadzącym do Lubzel z Substu. Mieściła się ona w centrum osady. Śmiało do niej weszliśmy. Karczmarz był człowiekiem gadatliwym, ale także takim, który znał swoją cenę tak, więc Patric Ainc musiał się mocno napocić zanim kupił dla nas dwa wierzchowce i wypytał się o naszych 'przyjaciół'. Dostaliśmy dwie najgorsze chabety, jakie w życiu miałem dotąd zobaczyć, oberżysta pewnie trzymał je na mięso i gdybyśmy ich wtedy nie kupili to za kilka dni ktoś mógłby je sobie zjeść ze smakiem. Dostaliśmy także trochę prowiantu na drogę. Podobno byli tutaj - pięć osób, zjedli posiłek i wyruszyli od razu w drogę mieli, więc nad nami kilka godzin przewagi a ale za to my mieliśmy gorsze konie - pomyślałem o tym wszystkim z ironią. Ruszyliśmy z kopyta odprowadzani ironicznym spojrzeniem byłego właściciela koni na których pomykaliśmy niczym gazele za agentami Sintha którzy uprowadzili posła. Na mnie Patric Ainc nie miał co liczyć w przypadku zbrojnej próby odbicia ofiary uprowadzenia. Nigdy w życiu nie brałem udziału w jakichkolwiek poważniejszych starciach narażających na szwank moje zdrowie. Ponieważ bardzo je sobie ceniłem i nie miałem zamiaru robić głupot typu atak na wyszkolonych agentów złego Sintha. Po wyjechaniu z wioski mknęliśmy przez kilka mil mijając pola i łąki po około dwóch godzinach "szalonego galopu" na naszych wierzchowcach dojechaliśmy do lasu, przez który prowadził trakt. Nie miałem wtedy żadnej praktyki w jeździe wierzchem dlatego też dużą trudność sprawiało mi uchylanie się przed konarami drzew. Patric Ainc przez całą drogę się do mnie nie odzywał, czyli traktował mnie jak swojego sługę, chociaż na początku wydawało mi się że chciał we mnie widzieć swojego pomocnika. Nagle jadąc usłyszeliśmy słabe jęki dochodzące z lasu na prawo od traktu. Patric Ainc podniósł swoją rękę do góry dając znak abym się zatrzymał i zachowywał cicho. - Zostań tutaj popilnuj koni ja pójdę zobaczyć co się tam dzieje. Bezszelestnie zeskoczył z konia poczym znikną w gęstwinie ruszając w kierunku, z którego dochodziły jęki. Zdziwiła mnie sprawność mojego pracodawcy. Nie spodziewałem się bowiem tego po nim. Po kilku minutach wrócił. - Gregory - wyszeptał - chodź ze mną musisz mi pomóc - powiedział. Nieudolnie zeskoczyłem z konia i ruszyłem za nim. Po kilkunastu metrach dostrzegłem leżącego na ziemi mężczyznę. Obok były porozrzucane kawałki sznurka, pewnie był nim związany - stwierdziłem. Razem z Patriciem pomogliśmy mu wstać na nogi i usiąść na powalonym drzewie nie opodal. Był pobity, krwawił z wielu ran które jak to zwykle bywa w takich wypadkach nie były groźne. - Był przywiązany do drzewa tymi linkami - powiedział do mnie Patric. - Gdybyśmy go nie usłyszeli za kilka godzin stałby się ofiarą zwierząt w tym lesie albo mógłby umrzeć z wyczerpania. On pewnie jest, sądząc po stroju kapłanem Bottleda. Widziałem już takich na dworze Urlicha I. Nie jest groźny. Faktycznie człowieka którego uratowaliśmy wyglądał przedziwnie. Ubrany był w zieloną tunikę i niebieskie spodnie. A na stopach miał szpiczaste pantofelki z kolorowymi noskami. - Kim jesteś - zapytał Patric? - Jestem San sala Bim Bim kapłan Bottleda przyjacielu jak to dobrze zauważyłeś - i następcą dobrego Lmonki sala Rum Rum. Zostałem napadnięty przez czterech bandytów gdy jechałem do Subst. Podstępem zrzucili mnie z konia i okradli ale zdążyłem spłoszyć mojego rumaka. Bardzo byli przez to bardzo rozłoszczeni, dlatego tak mnie pobili i przywiązali do drzewa abym nie przeżył nocy. - Jestem Patric Ainc kapitan straży przybocznej jaśnie nam panującego Urlicha I i ścigam tych ludzi. Zabili bowiem dwóch moich przyjaciół. A to jest Gregory mój sługa. W tym momencie skinąłem głową. - Niestety nie możemy dłużej z tobą rozmawiać musimy ich nadal gonić. Gregory wracamy do koni! Kilka mil stąd jest wioska, na pewno musiałeś ją mijać - tam ci pomogą. - To nie możliwe - powiedział z całą powagą San sala Bim Bim - oni mi zabrali bezcenne relikwie muszę je odzyskać. Pozwól panie że się do ciebie przyłączę w pogoni za tymi złoczyńcami. Mówiąc to wstał pokazując że jest jeszcze w stanie chodzić. - To nie możliwe - odparł również z całą powagą Patric Ainc - nie masz wierzchowca i za bardzo byś nas opóźniał w pogoni. Czekaj na nas w wiosce jeżeli bogowie nam pozwolą to będziemy tamtędy wracać. Mimowolnie się wzdrygnąłem na dźwięk tych słów. A San sala Bim Bim przytknął dwa palce do ust i przenikliwie zagwizdał. Po chwili z lasu wynurzył się jeden z najwspanialszych rumaków jakie dane mi było w życiu zobaczyć. Był to ogromny gniadosz, który na nasz widok zaczął nerwowo parskać i kręcić głową. Ale San sala Bim Bim uspokoił go kilkoma słowami. - Muszę odzyskać te relikwie są bardzo ważne dla mnie i dla wyznawców Bottleda miłościwego. Pozwólcie mi jechać z wami na pewno nie będę was opóźniać. - Dobrze a czy masz jakąś broń? - Wyznawcy…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil forgod
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…