Wróć do katalogu

Złodzieje oceanów cz.1

Wyjaśnienie zagadki Trójkąta Bermudzkiego?

To_Ya, opublikowano , 32 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Prolog

Kiedy w roku 2043 odkryto układ planetarny towarzyszący odległej o około 10,7 lat świetlnych od Ziemi Epsilon Eridani, rozpoczęto przygotowania do wyprawy badawczej w te okolice galaktyki. Było to ogromne przedsięwzięcie i wymagało znacznych nakładów finansowych oraz wielkiego wysiłku inżynierów projektujących gwiazdolot, dlatego zdecydowano się na współfinansowanie ekspedycji przez wszystkie najbogatsze, a zarazem wysoko rozwinięte państwa. Cała społeczność międzynarodowa czekała w napięciu na chwilę, kiedy spełnią się marzenia ludzi o podróży poza układ słoneczny. Wielokrotnie przypominano film z pierwszego lądowania człowieka na księżycu oraz stare kroniki, w których pokazywano niezwykłe zainteresowanie ludzi obserwujących to wydarzenie na ekranach telewizorów. Dopiero w dniu 11 lipca 2047 roku, o godzinie dziewiętnastej czasu uniwersalnego wszystkie stacje radiowe i telewizyjne przekazały od dawna oczekiwaną wiadomość. Choć wypowiadana była ona w wielu językach, to jej treść wyglądała niemal identycznie i dotyczyła pierwszego w historii ludzkości startu załogowego statku kosmicznego dalekiego zasięgu. Statek ów po odłączeniu się od bazy księżycowej „Selene” miał opuścić Układ Słoneczny i udać się w daleką podróż, która miała potrwać zaledwie – dzięki osiąganiu przez gwiazdolot szybkości nadświetlnej – około piętnastu lat. Poinformowano również o składzie międzynarodowej załogi, na czele której stanął pułkownik Jonathan F. Preston, natomiast na jego zastępcę powołano majora Lwa Leontijewicza Popowa. W składzie ponad stuosobowej załogi znalazło się również czternaście kobiet. Do dzielnych pionierów międzygwiezdnych podróży życzenia szczęśliwego powrotu wysłali niemal wszyscy przywódcy państw zrzeszonych w Organizacji Narodów Zjednoczonych. Życzenia napłynęły również ze Stolicy Apostolskiej. Na holoprojekcjach można był zaobserwować, jak od bazy kosmicznej odrywa się potężny walec gwiazdolotu i odczytać umieszczony wzdłuż kadłuba dwujęzyczny napis: ­ STAR ­ ЗВЕЗДА ­ W centrum dowodzenia lotami kosmicznymi, wyposażonym w dziesiątki stanowisk komputerowych, za pulpitami których siedzieli informatycy nadzorujący z ziemi przebieg pierwszej części lotu. Wielka holoprojekcja w jednej części centrum ukazywała świetlny punkt przesuwający się na tle trójwymiarowej mapy nieba, zmierzający ku jaskrawo błyszczącemu celowi, którym był Epsilon Eridana. Tymczasem Gwiazda z coraz przędzej oddalała się od stacji orbitalnej, aż w końcu osiągnąwszy szybkość nadświetlną opuściła układ słoneczny. Ponieważ jeszcze przed startem większa część podróżników – poza dowództwem gwiazdolotu, pracownikami obsługi technicznej oraz niewielką grupą naukowców poddana została hibernacji przestrzeni na pokładzie było aż nadto. Nie brakowało również miejsc w salach odnowy biologicznej, na basenie, w ogrodzie i innych miejscach przeznaczonych dla rozrywki i relaksu załogi. Podróż przebiegała spokojnie i bez emocji, dlatego wszyscy chętnie korzystali z tych udogodnień.

1

Któregoś dnia w sali odpraw gwiazdolotu zwołana została narada w której wzięły udział następujące osoby: Pułkownik Jonathan F. Preston – wysoki szczupły, wyglądający na nie więcej niż czterdzieści lat, choć tak naprawdę liczył ich sobie już pięćdziesiąt sześć. Jedynym tego świadectwem były przyprószone siwizną skronie odbijające się od, ostrzyżonych „na jeża” czarnych włosach. Był doświadczonym pilotem myśliwców Stealth, potem dowódcą dywizjonu, by przejść na etat NASA, jako pilot statków kosmicznych; Major Lew Leontijewicz Popow – z wyglądu całkowite przeciwieństwo Prestona – niski lekko otyły, z wielką, łysą, przypominającą tonsurę mnicha głową, otoczoną jedynie wianuszkiem całkiem białych włosów. Obdarzony nieprzeciętną inteligencją absolwent czterech fakultetów. Choć był majorem lotnictwa, to – jak sam zwykł był powtarzać żartem – pilotował jedynie samoloty bezzałogowe. Za jego plecami mówiono, iż były to samoloty szpiegowskie, jako że tajemnicą Poliszynela było, że służył przez pewien czas jako agent rosyjskiego wywiadu; Szef ekipy naukowej – doktor Olgierd Pawłowski – absolwent Politechniki Warszawskiej i Instytutu Maxa Plancka; Lekarz ekspedycji – doktor Bjoern Johannson – czterdziestoletni, jasnowłosy olbrzym, z twarzą pokrytą jasnorudawą brodą, zwany przez współtowarzyszy wikingiem, przeciw czemu początkowo protestował, twierdząc, że nie jest Norwegiem, lecz Szwedem. Po jakimś czasie przyzwyczaił się do swego przydomku, a nawet go polubił i w rozmowach za pośrednictwem intercomu zawsze przedstawiał się tą ksywką; Sylwia Dupont – egzobiolog z Quebeku – drobna, niespełna trzydziestoletnia, czarnowłosa maskotka zespołu; Naczelny inżynier gwiazdolotu – Masushiko Mifune – Japończyk ze szczepu Ajnów – szczycił się swoim dziadkiem – znanym japońskim aktorem; Doktor Mahmud Hashad – psycholog z Palestyny; Patrick O’Hara – pochodzący z Ulsteru, ogniście rudy, z twarzą pokrytą niezliczonymi piegami, pilot promu, oraz kilkoro jeszcze naukowców, pilotów i techników

– Tak więc, w dniu dzisiejszym, o godzinie 14:27 czasu pokładowego główny komputer podał sygnał rozpoczęcia hamowania – zakomunikował Preston. – Oznacza to, szanowni państwo, że osiągnęliśmy półmetek. – Czyżby pan nie miał zamiaru powracać na ziemię, pułkowniku? – zażartował Pawłowski. – A, tak. Przepraszam. Oczywiście ćwierćmetek. Czy w związku z powyższym są jakieś pytania? – Proponuję zorganizować z tej okazji bal kostiumowy – wyrwał się niepoprawny żartowniś – doktor Johanson. – Doktorze, czy pan kiedykolwiek spoważnieje? – z uśmiechem zapytał Preston. – Mam nadzieję, że nie. W przeciwnym wypadku nie zdołałbym do końca wytrzymać z wami na tej wycieczce. Wam wszystkim również zalecam trochę mniej powagi, a będziecie zdrowsi. – A wtedy umrze pan z nudów – do rozmowy włączył się major Popow.– Nie ma obawy. Przy takim kucharzu, jak nasz, będę miał cały czas pracę przy leczeniu waszych żołądków – zaśmiał się lekarz. – Aha. Majorze Popow, zdaje mi się, że chciał pan jeszcze porozmawiać z pilotami... – ni to zapytał, ni stwierdził Preston. – Zgadza się. – A zatem pilotów proszę o pozostanie; reszta jest wolna.

2

Salkę projekcyjna gwiazdolotu opuściła niewielka grupa pionierów podróży międzygwiezdnych, pośród których znalazła się Sylwia oraz O’Hara. – Coś ty taka zgaszona, Sylwio? Nie lubisz starych filmów? – Nie powiem, że nie lubię. Często mają więcej uroku, a na pewno znacznie więcej do przekazania, niż dzisiejsze holoprojekcje, jednak te wszystkie komedie, a szczególnie filmy przygodowe i horrory są niemal jednakowe. Jedynie „Dziecko Rosemary” oglądałam po raz trzeci bez znudzenia. Teraz przepraszam cię, ale wybieram się na siłownię. – A czy mógłbym ci towarzyszyć? – Oczywiście. Siłownia dostępna jest dla wszystkich... Choć nie zabrzmiało to zachęcająco, Patrick przyłączył się do ćwiczeń Sylwii.

3

W sali odpraw odbywała się prowadzona przez Pawłowskiego narada. – Jak większości z was wiadomo, potwierdziliśmy istnienie podobnego do naszego układu planetarnego. Tak więc, jeden z celów naszej wyprawy został osiągnięty. Bliższych informacji na ten temat udzieli nam doktor Sumiko Harada. Bardzo proszę, pani doktor. – Udało nam się potwierdzić – podjęła temat drobna Japonka – istnienie układu planetarnego złożonego, z co najmniej pięciu planet. Pierwsza z nich, o masie osiem dziesiątych masy Ziemi oraz druga, czterokrotnie przekraczająca masę naszej planety krążą po orbitach mieszczących się w obrębie hipotetycznej ekosfery. – Dlaczego hipotetycznej? – przerwał jeden z uczestników narady. – Chodzi o ekosferę, w obrębie której mogłoby się rozwinąć życie podobne do ziemskiego. Trzy następne o masach: – kontynuowała Sumiko – cztery i sześć dziesiątych, dwa i osiem dziesiątych oraz jeden, coma jeden mają orbity znacznie oddalone od gwiazdy centralnej. Ze zrozumiałych względów zainteresować powinniśmy się głównie pierwszą z nich. – Dziękuję. Będziemy – ma się rozumieć – prowadzić badania całego układu, skupimy się jednak przede wszystkim na tej ziemiopodobnej. Jeżeli są jakieś pytania, to proszę... Wobec braku chętnych do zabrania głosu Pawłowski zakończył spotkanie.

4

Pułkownik Preston leżąc w swojej kabinie na koi rozwiązywał pewien problem szachowy, który zaprzątał jego umysł od kilku już dni, gdy rozległ się sygnał interkomu. – Odbiór! – powiedział i ukazała się holoprojekcja twarzy Pawłowskiego. – Mamy bombę, pułkowniku. – Tak? – Na Primie jest tlen. – Na jakiej primie? – Ach, tak. Pan jeszcze nie zna naszego kodu. Odkrytym planetom nadaliśmy nazwy zgodne z ich łacińską numeracją, a więc Prima, Secunda, Tertia i tak dalej. – Rozumiem. I powiada pan, że na tej pierwszej jest tlen? – To nie wszystko. Jest też woda. I w ogóle dosyć gęsta atmosfera. – Jakie wnioski? – Na szczegółowe wnioski jest jeszcze za wcześnie. W każdym razie uważam za konieczne wejście na jej orbitę i szczegółowe jej zbadanie. Jeśli nawet nie istnieje na niej życie, to niewykluczone, że mogłaby się w przyszłości nadawać do skolonizowania przez ludzi. – W porządku. Myślę, że ma pan rację. Musimy ją dokładnie zbadać. Proszę zarządzić wybudzanie całej załogi.

5

Składająca się z pięciu osób grupa eksploracyjna oraz trzyosobowa drużyna pomocnicza udały się do pomieszczenia, w którym przechowywano skafandry oraz całe pozostałe indywidualne wyposażenie kosmonautów. W przygotowaniu do wyprawy towarzyszyli im Preston i Pawłowski. – Kiedy pierwsza grupa wyląduje na powierzchni Primy – przypominał Preston – wy będziecie krążyć na geostacjonarnej... No nie! Na – uśmiechnął się lekko – primostacjonarnej orbicie, by w razie potrzeby przyjść z natychmiastową pomocą. – Chyba nie muszę przypominać o bezwzględnej konieczności utrzymywania ciągłej łączności z bazą? – dodał Pawłowski. Potakiwanie głowami było wystarczającym potwierdzeniem. Po nałożeniu kombinezonów i sprawdzeniu ekwipunku obie ekipy przeszły do śluzy, po czym udały się na pokład startowy, zaś Preston przeszedł do zwanego mostkiem kapitańskim centrum dowodzenia gwiazdolotu. Holoprojekcja pokazała obie załogi zajmujące miejsca w zmodyfikowanych promach typu Harrier Mars-39. Następnie, na polecenie Prestona otwarte zostały luki startowe i kosmiczne pojazdy po kolei opuściły pokład statku macierzystego, by po chwili, ich włączone na całą moc silniki popchnęły maszyny w kierunku błyszczącej niebieskawo w promieniach Epsilona Eridana planety. Po niespełna godzinie lotu pierwszy z promów łagodnie osiadł na powierzchni Primy. – Niezbyt zachęcająco to wygląda – powiedział Bob. – Nawet gór porządnych nie ma. Nie to, co na Marsie – dodał Jean. – Ani oceanów – Bob okazywał dezaprobatę. – Wydaje mi się, panowie, że nie macie racji – do rozmowy włączyła się Sylwia. – Może się mylę, ale wydaje mi się, że na chwilę przed lądowaniem dostrzegłam przed nami jakiś połysk i chyba coś jeszcze. Nie widział pan tego, kapitanie? – Chyba masz rację, Sylwio. To błyszczało, jak woda – odpowiedział O’Hara. – zaczniemy badanie planety od tego miejsca. Jak tam dane? – Temperatura powietrz 293,1 Kelvina, gruntu – 295,7. Prędkość wiatru 1,2 metra na sekundę. Zawartość tlenu 5,2 procent, azotu 93,9, dwutlenku węgla 17 promili. Wilgotność 25 procent. Ciśnienie 783 hektopaskale – złożył raport Misza. – W porządku. Pierwszy zespół do śluz! Powodzenia chłopcy! Bob i Jean przeszli do śluzy i wyszli na zewnątrz. Po opuszczeniu rampy ładowni i wyładowaniu różnego rodzaju aparatury pomiarowej, podłączyli kable energetyczne i rozpoczęli pobieranie próbek gruntu. – Słuchaj, Sylwio – odezwał się O’Hara. Mówiłaś, że przed lądowaniem ujrzałaś coś niezwykłego. – Widziałam. Jestem pewna. Z tym, że nie twierdzę, iż było to coś niezwykłego, tyle tylko, że coś wyróżniającego się na tle pustyni. – A ty, Misza? – Przyznam się, że jednak nie. Ale, skoro widzieliście to oboje, to na pewno coś tam musi być. – No, dobrze chłopcy. Skończyliście? Wracaj na pokład, Bob. Będziesz kontrolował pomiary i pilnował łączności. My uruchamiamy limuzynę i wyjeżdżamy do was. – Yes, sir! Tylko nie zapomnijcie zabrać z sobą przewodnika. A jeśli natkniecie się na jakąś dobą knajpkę, to zamówcie dla mnie porządny stek i zimne piwo. – Masz to u mnie, jak w banku – odpowiedział kapitan. Po chwili z luku wyjechał terenowy, kołowo-gąsienicowy pojazd elektryczny z O’Harą, Sylwią i Miszą na pokładzie. Do ekipy dosiadł się Jean i łazik ruszył w kierunku, w którym miało się znajdować to coś, co dostrzegli Sylwia i O’Hara. Za pojazdem uniosła się chmura pyłu. Jechali już około pół godziny, gdy Sylwia zapytała: – Zauważyliście zmianę? – Tak, jakby... Ale nie mogę się zorientować, na czym polega – odpowiedział O’Hara. – To obejrzyjcie się za siebie – powiedział Misza. – Nic nie widać – równocześnie odpowiedzieli Jean i O’Hara. – No właśnie – z satysfakcją powiedział Misza. – Teraz nic nie widać, a przedtem był tuman kurzu – dodała Sylwia. – No faktycznie przestało się kurzyć – potwierdził Jean. – Czyżby grunt był bardziej spoisty – wyraził przypuszczenie O’Hara. – W pewnym sensie tak – Misza przyjął mentorski ton. – Jest bardziej wilgotny. Spójrzcie tam! – wskazał na wyraźnie ciemniejszą od otoczenia plamę na piasku. – Zatrzymaj łazika! – rozkazał O’Hara. Jean zatrzymał pojazd i wszyscy podeszli do wskazanego przez Miszę miejsca. Nagle idący przodem Jean zapadł się po kolana w ziemię, a gdy usiłował się wydostać z pułapki zagłębił się aż po pas. – Merdè! To jakieś pieprzone bagno. Pomóżcie! Wspólnymi siłami wyciągnęli biednego Francuza z pułapki. – Wspaniała kąpiel – Jean nie stracił dobrego humoru. – Idealna na reumatyzm. Szkoda, że nie mam ze sobą kąpielówek. – Nie krępuj się. Mogę się odwrócić – zażartowała Sylwia. – Trzeba wziąć próbkę tego błocka – O’Hara nie przyłączył się do żartobliwego nastroju współtowarzyszy. – A po co? Nie wystarczy ta, na garniturze Jeana? – ze śmiechem powiedziała Sylwia. – Szefie, to nie jest błoto – włączył się Misza. – A co? – Nie jesteśmy na Ziemi. Błoto, to mieszanina gleby z wodą, a tutaj gleby nie ma. To jest zawiesina piasku i pyłu w wodzie, czyli kurzawka. A próbki już pobieram. Przecież w czymś takim może zaczynać się życie. Po wzięciu próbek wszyscy ponownie zajęli miejsca we wszędołazie. – Ostrożnie Jean – powiedział dowódca ekspedycji. – żeby nasza limuzyna cała nie poszła w twoje ślady. Ruszyli naprzód, a po kilku minutach zza horyzontu wyłoniła się duża połyskliwa płaszczyzna. Po chwili nie mieli najmniejszych wątpliwości, że jest to pokaźnych rozmiarów zbiornik wodny. Gdy dojechali na brzeg Jean skręcił w prawo i łazik powoli posuwał się na granicy wody i lądu. W odległości kilkuset metrów widoczne były jakieś niewysokie pagórki. – Co to takiego? – zapytał sam siebie Misza. – Wydmy. To chyba oczywiste – pośpieszył z wyjaśnieniem Jean. – Być może – skomentował O’Hara. – Ale włącz kamerę. – Baza! Widzicie? – Tu Preston. Widzimy, ale trudno rozpoznać z tej perspektywy. Harrier2! Zmieńcie orbitę i spróbujcie nam to pokazać! – Zgłasza się Harrier2. Już przystępujemy do manewru. Zanim łazik dotarł do tajemniczych wzniesień jego pasażerowie otrzymali przekaz z Harriera2. – Widzicie to, co ja? – wykrzyknął Jean. – Widzimy – odpowiedział mu chór głosów. – Co to jest, do diabła? – zastanawiał się O’Hara. – To wygląda jak... – powoli powiedział Sylwia – ...jak...

6

– ...jak przysypane piaskiem samoloty. – Chyba Masz rację Sylwio. A tam dalej, te duże, to może jakieś hangary? Choć ich kształt jest jakiś dziwny i są trochę za małe. Może jakieś warsztaty... Przyjrzyjmy się temu z bliska – powiedział O’Hara. Opuścili pojazd, podeszli do jednego ze wzniesień i usiłowali wspiąć się na nie, lecz uniemożliwiał to osuwający się piasek. – Chyba muszę ponownie zażyć kąpieli – stwierdził Jean i wszedł do wody, by po wilgotniejszym nieco, a tym samym bardziej spoistym piasku wdrapać się na pagórek. Podszedłszy do jego najwyższego punktu rękami zaczął odgarniać piach. Po kilku minutach pracy wydma zaczęła się gwałtownie osuwać i oczom eksploratorów ukazał się fragment pionowego statecznika samolotu. – Halo, baza!…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych