Złodzieje Snów
Wszyscy jesteśmy zamknieci w siatce powiazań. Nawet nie wiemy jak bardzo.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
‘Największy ból sprawia ludziom wiedza połączona z bezsilnością’ ~ Herodot
{i}‘…Starożytne Miasto Falhard płonęło. Ogień trawił marmurowe ściany pałacu Cesarza, łapczywie pożerał domy, stajnie i tawerny. Mieszkańcy, niczym małe czarne mrówki wylegali przez wszystkie bramy, niosąc na plecach wszystko, co stanowiło dobytek ich życia. Większość targała ciężary znacznie przekraczające masę ich ciała. Nic dziwnego. Miasto, od zawsze stanowiło centrum znanego świata, co ułatwiało handel i życie w ogóle. Nie dzisiaj. Elementy świata znanego Alexandrowi Lucjuszowi Herrano rozpadały się z każdym walącym się budynkiem. Miasto, dom, marzenia, wspomnienia, kariera. Wszystko związane było z tym miejscem. Miejscem, które w ciągu kilku najbliższych godzin najprawdopodobniej zmieni się w wielką kupę osmalonych ruin. Oczywiście, istniały też pozytywne strony zaistniałej sytuacji. Najprawdopodobniej, nikt nie będzie zawracał sobie głowy wyegzekwowaniem zaległych podatków, a przy odrobinie szczęścia większość wierzycieli, którzy od wielu tygodni, dzień w dzień, z uporem godnym strażniczych maszkaronów warowali pod drzwiami niewielkiego biura położonego na drugim piętrze tawerny ‘Pod Piórem i Obrazem’ rozpełźnie się po świecie zapominając o pewnym zadłużonym po uszy detektywie. System runął, a Herrano się do tego przyczynił. Teraz był szczęśliwy…’{/i}
***
‘Mam! Zacznę jak Hitchcock. Wstrząsnę posadami świata. Wielki pożar. Miasto, którego cesarz niczym Neron opętany manią wielkości poświęca, by uwiecznić swe imię. Albo inaczej… Nie cesarz. Zwykły, szary podwładny, którego marzeniem jest wyrwanie się z błędnego koła powiązań i podległości. Jedynym sposobem na rozbicie cyklu, jest zniszczenie otoczenia! To jest pomysł!’ Obudziłem się gwałtownie. Oblany potem. Jak każdego ranka zerwałem się z niewielkiego, zasypanego różnobarwnymi poduszkami łóżka. Właściwie, większość znanych mi ludzi nie nazwałoby tego łóżkiem. Nie pasowało ono, do plastykowych stereotypów stworzonych przez wodospady reklam. Bardziej przypominało legowisko, leże wymoszczone w rogu zagraconego pokoju. Co prawda, ostatnio kupiłem gruby i dość wygodny materac, ale by konkurować do miana łóżka, brakowało jeszcze, co najmniej czterech kiczowatych, bladoniebieskich nóg. Moja uwaga szybko przegalopowała po tej myśli i zawróciła w stronę snu. Dziś w nocy przybyła moja muza. Nie był to sen oczywiście. Mimo usilnych starań i stada indiańskich łapaczy snów zwisających ponad legowiskiem, nigdy dotychczas nie udało mi się zapamiętać choćby pojedynczego szczegółu z darów Morfeusza. Owszem, zdarzało mi się śnić. Tego byłem pewien, a moją pewność potwierdzała porozrzucana pościel oraz nagrane w ramach eksperymentu mamrotania i bełkoty wydobywające się nocą z mych ust. Po prostu nie miałem pamięci do snów. Muza zawsze pojawiała się wraz z pierwszymi promieniami sztucznego słońca rozświetlającymi mrok Bloku. Mieszkałem wysoko, na osiemdziesiątym piętrze. Stać mnie było na luksus własnego nieba i słońca programowanego niezależnie od centrali piętra. Sprawiała, że pierwsze myśli, które pojawiały się w głowie, zawsze krążyły wokół jakiejś szczególnej sceny, wydarzenia. Najczęściej myśli owe stawały się zaczątkiem nowej powieści bądź rozdziału. Tak było z ‘Requiem dla Ludzi’ i ‘Snem’, które zapewniły mi wysoką pozycję na pisarskiej drabinie korporacji Hoshi. Dziś znowu przybyła, i był to znak, że mimo pewnych zmian nie straciłem talentu. Nadal, w przeciwieństwie do milionów szaraków byłem twórcą i żaden kontrakt nie mógł mi tego odebrać. Przelazłem ponad zagradzającym mi drogę do biurka stosem starych książek. Przeciskając się między dwoma szafkami rzuciłem okiem na ekran ścienny. Na jego stucalowym monitorze jak na złość właśnie rozbłysło zawiadomienie o nowej wiadomości. Nie miałem na to czasu. Niezapisane pomysły miały nieprzyjemną właściwość zanikania, a do tego nie mogłem dopuścić. Pracowałem na starym, niepołączonym z ogólnoświatową siecią komputerze. Nie lubiłem, gdy coś mi przeszkadzało podczas pracy, a wszelkiego rodzaju reklamówki, kanały informacyjne i programy komunikacyjne, które z właściwym sobie uporem przeciskały się przez zabezpieczenia, i w najbardziej nieodpowiednim momencie pojawiały się na ekranie doprowadzały mnie do szewskiej pasji. Starłem kurz z klawiatury i oczyściłem monitor. Coś mi jednak nie pasowało. Czegoś brakowało. Moje miejsce pracy zawsze było pewnego rodzaju świątynią. Róg pokoju i dwa wypełnione przedWojennymi książkami regały tworzyły mini pomieszczenie oddzielone od reszty świata niewidzialną bariera. Co ważniejsze, pozbawione było wszystkich z pozoru niepotrzebnych przedmiotów, zajmujących większą część powierzchni reszty mieszkania. Tu też znajdowało się jedyne przysługujące mi okno. Okno z widokiem prosto na Park Centralny z jego łodziami i gondolami wolno płynącymi siecią kanałów zawsze tonących w przyjemnym cieniu. Wieczorami system zapalał usiane gwiazdami holoniebo, a między starymi drzewami pojawiały się płomienie latarń. Za każdym razem, gdy wyglądałem przez okno marzyłem, że jestem młodym, biednym, aczkolwiek dobrze zapowiadającym się pisarzem, który przybył do przedWojennego Paryża, czy innej Wenecji, by spróbować swych sił. Marzenia były piękne, lecz rzeczywistość dużo bardziej brutalna. Owszem, byłem dość bogaty, by pozwolić sobie na luksus tego właśnie piętra - notabene, jednego z najbardziej ‘uduchowionych’ pięter w Blokach – jednakże, stać mnie było zaledwie na klitkę wciśniętą tuż pod sufitem, między windami a korporacyjną świątynią postkonfucjanizmu. Na szczęście mieszkanie było doskonale wygłuszone. Po chwili uważnej obserwacji, zorientowałem się, czego brakowało. Nigdy nie zaczynałem pisania bez kubka gorącej kawy. Nigdy. To było najważniejsze z przyzwyczajeń, a przecież przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka. - Alfredzie, kawa! – mój głos zabrzmiał głucho i jakoś obco w pustym mieszkaniu. Nienawidziłem mówić do Systemu, ale naprawdę nie chciało mi się ponownie przebywać długiej wędrówki do kuchni. Zwłaszcza, że swędziały mnie opuszki, co oznaczało, że Pomysł oczekuje przelania na papier. - Panie Adrianie, kawa gotowa. – dochodzący z okolic podłogi głos robota w brzmieniu przypominał niesprawny kosiarkę. Nigdy nie znalazłem dość czasy by wyregulować minigłośnik. Zresztą mi on nie przeszkadzał. Jak zwykle, sobie tylko znanymi ścieżkami dotarł do biurka dowożąc niebieski kubek aromatycznego płynu. Był jedyną istotą, która poza mną miała prawo wchodzić, tudzież jak w jego przypadku, wtaczać się do sanktuarium. - Chciałbym przypomnieć, że ma pan dziś umówione spotkanie z panną Joanną, oraz że otrzymał pan nowa wiadomość. - Tak, tak – mruknąłem pochylając się nad klawiaturą – Zajmę się tym później. Wszystko było gotowe. Liczyła się tylko opowieść.
***
{i}‘…Wioskowa karczma nie oferowała zbyt bogatego menu. Kasza, gulasz, jajecznica i piwo. I tak było tego dużo. Zwłaszcza po przemarszu kolumny uchodźców ze stolicy. Dziwne, że cokolwiek zostało. Herrano od trzech dni wlókł się bezdrożami Cesarstwa. Kto by pomyślał, że w tym chaosie jaki powstał po upadku Miasta, ktokolwiek będzie miał czas by ścigać nic nieznaczącego łotrzyka. Cóż, najwyraźniej nie był tak nieważny jak mu się wydawało. Siedział w ciemniejszym kącie sali uważnie obserwując wejście. Najchętniej nie pokazywałby się ludziom aż do granicy prowincji, ale niestety byli mieszkańcy stolicy zabili bądź przepłoszyli wszystkie okoliczne zwierzęta i jeśli nie chciał umrzeć z głodu, musiał uzupełnić zapasy. Zaklął pod nosem. Każda minuta pobytu w tym miejscu powiększała ryzyko napotkania pościgu. Nie wiedział dokładnie kto, ani dlaczego go ścigał. No dobrze… mógł się domyślać dlaczego. W końcu był jedną z osób, które doprowadziły do upadku systemu. Uśmiechnął się na myśl o płonącym Mieście. Nie wiedział tylko, komu zawdzięcza gromadę łowczych na plecach. Właściwie mógłby wskazać na Cesarza, ale ten najprawdopodobniej miał większe zmartwienia na głowie. Nic to, najważniejsze to dotrzeć do Havry. Tam mógł przeczekać u Janeis. Jej zawsze mógł zaufać…’{/i}
***
Z Joanną umówiłem się w barze ‘Kowboj Saturna’. Uczciwa knajpa, w której zielonoskóry Old Shatterhand podaje prawie fioletowe steki naśmiewając się z niebieskiego Indianina. Zawsze lubiłem to miejsce. Wspaniale kontrastowało z szarością i jednolitą papką komercjalnego miasta. Czasami wydawało mi się, że właściciel przyjął tę stylistykę na złość projektantom pięter. Cały budynek, zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz stanowił cierń w boku korporacji. Po ostatniej rozróbie, przed dwoma czy trzema miesiącami wydawało się, że komercja zwycięży. Na szczęście właściciel nie poddał się i odnowił lokal. W jeszcze bardziej kiczowatym stylu. Joanna oczywiście stawiła się dokładnie na czas. Nigdy się nie spóźniała. Czasem wydawało mi się, że wszystko robi zgodnie z jakimś z góry ustalonym planem. Jednak w pewien sposób uwielbiałem jej towarzystwo. Do tego umiała słuchać i jeśli tylko nie zajmowała się pracą, była doskonałą towarzyszka życia. - Jak nowa książka? – oboje nie przepadaliśmy za niepotrzebnymi pogaduszkami. - Wczoraj rzuciłem pracę. – uśmiechnąłem się szeroko obserwując wyraz zaszokowania wypływający na jej twarz. Takie momenty są bardzo cenne. Należy je zapamiętywać do późniejszego wykorzystania. - Co? Opadła bezwładnie na krzesło. Odruchowo odrzuciła z twarzy niesforny kosmyk włosów. Uwielbiałem te jej blond włosy. Były chyba jedyną rzeczą, której nie potrafiła do końca kontrolować. - Rzuciłem pracę. Zerwałem kontrakt z Hoshi. – powtórzyłem, uśmiechając się zaczepnie. Zmarszczyła brwi. W jej rękach znikąd pojawiła się biała, papierowa chusteczka. Jej i mój los był już przesadzony. Podczas kłótni Joanna zawsze…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Wojciech Ruchniewicz
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…