Zły cz. 2/2
ciąg dalszy części pierwszej ;)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
ZŁEGO część 2
Słońce od samego rana przygrzewało nieznośnie. Od samego rana też kasztelan łaził bez przerwy po grodzie, był na nogach zanim jeszcze by ksiądz Bobak jutrznie zdążył odprawić, gdyby naturalnie reguła jego zakonu o takiej mówiła. Tak się jednak złożyło że jutrzni odprawiać nie musiał, tedy wstał dwie godziny przed południem i wyszedłszy z alkierza na świeże powietrze, pozdrowił pana Mateusza, który był przechodził opodal. - Krążycie po grodzie jak dziki ryś, Panie Mateuszu - zagaił. - Jeszczeście się nie zmęczyli? - Usiedzieć nie mogę - odrzekł kasztelan, podchodząc do zakonnika. - Czas ucieka, dobrodzieju, nikt się do utrupienia tego bambla nie pali, a starej Okólnickiej wszystkie kury dziś rano w obejściu skapiały. - Do jutrzejszej nocy - pocieszył go ksiądz Bobak - wszystko się ułoży. Ufności, panie Mateuszu, zdajcie się na wolę naszego Pana w niebiesiech... Wyciągnął ręce ku niebiosom, lecz ani listek nie drgnął w upale. Kasztelan westchnął. - A tymczasem napijcie się mszalnego wina. Sam go doglądałem. Młode, ale nerwy koi.
* * *
Szarzało ledwie, gdy do bram śpiącego grodu zbliżyła się postać w podróżnym płaszczu i kapturze na głowie. Kaptur był trochę za duży, a płaszcz, gdy bliżej spojrzeć, wykazywał zadziwiające powinowactwo z nocną koszulą, jednak ogólnie spełniały swoje zadanie w kwestii nadawania intrygującego wyglądu.* Postać zatrzymała się pod wrotami i przez chwilę stała nieruchomo, jakby siłą woli mocowała się z ryglami po drugiej stronie. Wreszcie zdecydowała się wejść do środka; ruszyła i, przydepnąwszy sobie sznurowadło, runęła do przodu. Zabrzmiało głuche ‘dong’ gdy jej głowa spotkała się z wrotami.
* * *
Kasztelan naprędce wygładzał poły swego najlepszego surduta; obok niego stał ksiądz Bobak, również podekscytowany, z wyrazem radosnego oczekiwania na twarzy. Stali w sali głównej kasztelańskiego dworku, niecierpliwie zerkając w stronę drzwi. - Jak powiedzieliście, mości dobrodzieju – mruknął z zadowoleniem pan Mateusz – Zesłał nam nasz Pan śmiałka złemu na pohybel! - Oby, przyjacielu, oby – odrzekł z rezerwą ksiądz – Żeby to to tylko taki był, co wie z której strony za broń ma chwytać. Mówicie – zwrócił się do stojącego obok strażnika z nocnej warty – żeście go ot tak pod bramą o poranku zastali? - Ano – potwierdził zapytany – noc całą on chyba tak pod dźwierzami przeleżał, zamiast tak wziąć i zapukać jak normalny człowiek. - To nie jest normalny człowiek – sprostował pan Mateusz, zapinając ostatni guzik – to bohater… na miarę naszych możliwości, oczywiście. - O tempora, o mores!** – powiedział do siebie żartobliwie ksiądz Bobak. Wprowadzono przybysza. Szedł pomiędzy dwoma wartownikami, ukryty pod kapturem, zawinięty w płaszcz (jakiś delikatny materiał, zauważył zakonnik), trochę luźno z niego zwisający (ciekawe rozwiązanie przedniego sznurowania, przemknęło księdzu przez myśl) i sprawiał wrażenie, że nie czuje się w tych szatach za dobrze, a do tego stara się zajmować więcej miejsca wokół siebie niż rzeczywiście fizycznie potrafi. Strażnicy zatrzymali się zaraz za drzwiami, i tajemniczy gość na moment poczuł się zagubiony; zaraz jednak ruszył naprzeciw księdza i włodarza grodu.
----------- * Choć może jednak w stylu zaciekawionych spojrzeń i pytań ‘Gdzie ci to sprzedali?’ niż trwożnego ‘Chowajcie dzieci do piwnicy!’ *** O czasy, o obyczaje!
- Tajemniczy Eckbert z Daleka! – zaanonsował trochę niepewnie jeden ze strażników – Ten, który przybył z zadania się wywiązać, i kasztelańską nagrodę… e, zdobyć! Tajemniczy Eckbert zatrzymał się parę kroków przed kasztelańskim obliczem. - Miłościwie nam panujący pan Mateusz, grodu rządca, i jego dostojność ksiądz dobrodziej Bobak! – przedstawił strażnik. Zapadła chwila krępującej ciszy, jak zwykle gdy nikt nie zaczyna mówić, bojąc się, by nie wpaść komuś innemu w słowo. - No dobrze – podjął w końcu decyzję kasztelan – ja zacznę… - odkaszlnął – Niniejszym, mości panie Eckbercie Tajemniczy, witamy was w naszym skromnym grodzie…nadzieję mamy, że od kłopotu, o którym już zapewne słyszeliście, nas wybawicie, i jeśli czegoś potrzebujecie… czy coś nie tak? Eckbert przestał rozglądać się na boki i znów skupił się na kasztelanie. - Nie, nie – odparł głosem dziwnie przytłumionym – tak zdawało mi się, że… - Mówiłem więc, że witamy was ser… co znowu? Tajemniczy przybysz obrócił się dookoła siebie, jakby był niezwykle czymś skonfundowany. - Nas? – zapytał. - Co nas? – zdziwił się pan Mateusz. - Witacie nas? - Nooo… no, was… Eckbert znieruchomiał na moment, jak gdyby nasłuchiwał odległego śpiewu słowika. - Ach – wybuchnął nagle – nas! Mnie! Ha, ha! - Tak, was… - Myślałem po prostu, że ktoś mi… nam za plecami stoi, ha, ha. Nam. Rozumiecie, panie… Kasztelan zerknął ukradkiem na księdza, ten jednak z kamienną twarzą wpatrywał się w Eckberta świdrującym, acz jakby trochę nieobecnym wzrokiem. - Ha, ha – zaśmiał się tedy uprzejmie – tak… czy nie zechcielibyście, mości Eckbercie, zdjąć swych szat, by odpocząć, i ukazać nam swą twarz? Pewnieście podróżą znużeni… - Nie – odrzekł szybko zapytany – nie mogę. Znużonym li, ale śluby złożyłem. Że nikomu twarzy swej marnej, robaczej, nie pokarzę, póki kogoś nie zabiję. Złego, ma się rozumieć – dodał – ku chwale Bożej. - Szlachetne, zaprawdę… - pan Mateusz czuł się coraz bardziej zbity z tropu – taką ofiarę czynić… widzicie, księże Bobaku? Ha, ha. A skąd, jeśli wolno, do nas przybywacie? Moment ciszy, jak wtedy, gdy na przyjęciu ktoś zbyt głośno powie, że otaczają go idioci. - Sss… słucham? - Skąd do nas przybywacie, mości Eckbercie? Eckbert zastanawiał się tylko przez mgnienie oka. - Z daleka – odrzekł, jakby to było oczywiste. - Rozumiem – kasztelan nic nie rozumiał – to przecież… natarczywie oczywiste… - Odprowadźcie naszego szacownego gościa do jego kwatery – przyszedł mu z pomocą ksiądz Bobak. – Odpocznij, Eckbercie, posil się, a wieczorem przedstawimy ci nasz plan i wyjaśnimy sytuację. Tymczasem idź – dodał już z mocniejszą, choć wciąż uprzejmą nutą w głosie – zbierz siły. - Tak, pójdę.. odpocznę po podróży – Eckbert dygnął w karykaturze ukłonu i zaczął powoli się wycofywać, odprowadzany przez jednego ze strażników. – Tuszę, iże plan waszmościów i moje niebywałe umiejętności, kocia zwinność i int… - był już w drzwiach, gdy nagle potknął się i stracił równowagę - …eligencyja… - w rozpaczliwej próbie zachowania pozycji pionowej, mości Eckbert schwycił jedną z kotar, wiszących po obu stronach drzwi. Dał się słyszeć donośny odgłos prutego materiału i większa część kotary runęła wprost w misę z płonącym olejem, niewygaszoną jeszcze po nocy – sprawią, że… oj.
* * *
- Po stokroć dzięki, ojcze, że mnie z tej konwersacyji wyratowaliście. - Cała przyjemność po mojej stronie, kasztelanie. Toć napisane jest, by bliźnim w potrzebie z pomocą przychodzić. - Och, nie wiecie nawet, ojcze, jak bardzo tej pomocy potrzebowałem. - Domyślam się, kasztelanie. - Gdybym… rozmawiał z nim jeszcze chwilę dłużej… miałbym co najmniej okropny ból głowy. Tegom pewien, księże, jak własnego imienia. - I ja czułem, że mój umysł dziwnie słabnie. Zaprawdę niecodziennymi słowy swe myśli nasz gość wyraża. - Mam nadzieję, że ten nasz gość śpi teraz, zamiast kolejne szkody nieumyślne poczyniać. Medykus już strażnika obejrzał? - Tak. Mówi, że szok szybko minie, brwi odrosną i chłopak będzie jak nowy. - Tyle dobrze. Powiem wam, księże, jak buchnęło, to myślałem, że sami czarci do nas przyszli. - Dobrze chciał mości Eckbert. Działał odruchowo. - Niby rację macie, księże. Skąd mógł wiedzieć, że to nie woda, jeno wasz samogon w dzbaneczku się chował. - A samogon, dobry, dobry… na żołądek. - Nic to, kotary nowe się zamówi. Pocieszam się, choć płocha to myśl, że skoro nieopatrznie takich zniszczeń dokonał, to celowo działając, zmiecie nam tego nieumarłego parszywca w oka mgnieniu. - Całkiem to możliwe kasztelanie. A jednak coś mnie intryguje w osobie naszego gościa. Was też? - Strasznie tajemniczy ten Eckbert, to fakt. Eckbert z Daleka, jak się każe nazywać. - Rzeczywiście, panie Mateuszu, tajemniczy. A zarazem, mam przeczucie, że my go bardzo dobrze znamy.
* * *
Zapalono świece – kasztelan tego wieczora nie zdecydował sie na dające więcej światła misy z olejem – i wieczorny mrok musiał na razie zrezygnować z pochłonięcia głównej sali w swym bezdennym brzuszysku. Migotliwy blask oświetlał stół oraz twarze ludzi, którzy się przy nim zebrali; za nimi, na ścianach, tańczyły pokraczne cienie. Byli już niemal wszyscy: ksiądz i kasztelan, kowal Młotko Morzy, wieszczka Jankielka i kupiec niemieckiego pochodzenia, Herr Wazy. W nerwowej atmosferze oczekiwano przybycia najważniejszego z gości, łowcy przygód i pogromcy złego, Tajemniczego Eckberta z Daleka. - Pono się z samygo rana pode bramą, jak zjaw, pojawił – mówił cicho kowal. - Ja słyszałam, że już jednego z najlepszych gwardzistów tak obić zdołał, że do służby jest niezdolny – potwierdziła wieszczka. - A ten ogień, co go zaprószył, to podobno z oczu mu… - Oj, cicho, ludzie, po czorta takich bujd słuchacie – przerwał im Pan Mateusz – nikogo nie pobił… i to wcale nie tak było. Wiejskie gadanie, jakbym w karczmie siedział. - Tako ludzie gadajo… - Niech gadają, wolno im, ale wy nie musicie tego słuchać i dalej jeszcze roznosić. Musimy... Kasztelanowi przerwał donośny brzęk tłuczonego szkła, zaraz po nim dało się słyszeć szczere, pełne żalu 'oh, prze... khm, khm, przepraszam'. Zapadła cisza, a powietrze stało się dziwnie gęste, wypełnione aurą nerwowego wyczekiwania. Jak stado owiec, pomyślał ksiądz, nerwowo wyczekujące, na którą z nich najpierw spadną wilcze pazury. Dały się słyszeć kroki... Drzwi otworzyły się z impetem; jedno ich skrzydło z hukiem powaliło stojący pod ścianą największy świecznik w sali. Wszyscy poderwali się w górę, lękliwie, jak dzieci w klasie, gdy wchodzi srogi nauczyciel; wszyscy, oprócz księdza Bobaka, który tylko sięgnął po wino. Na progu ukazała się odziana w czerń, z twarzą zakrytą kapturem, postać Eckberta z Daleka. - Oto jestem – rzekł cicho przyszły wybawca grodu. - Alleluja – przywitał go zakonnik. - Komuś dolać? - Mości Eckbercie – rzekł kasztelan, po czym zamilkł, bo jakoś nic więcej nie chciało mu przyjść do głowy. Wyręczył go ksiądz Bobak, wstając i podnosząc w górę rękę, w której trzymał kielich wina. - Twoje zdrowie, chłopcze! Tuszę, żeś wypoczął i sił nabrał. Czy masz już może plan jaki? Gdzie się na tego bydlaka zasadzisz? - Mam pewien pomysł, dobrodzieju – zaskoczył go Eckbert, siadając przy stole. Pozostali również wrócili na swe miejsca. - Noc jest bezchmurna, to dobrze. Potrzeba nam jednak jakiejś przynęty. Ty, pani – wskazał na Jankielkę – weźmiesz parę dziewek i przed północą udacie się na leśną polanę. Duch wszelkie złośliwości czynić skory, niewiastom szczególnie, tedy podążyć za wami powinien. Zaś polana, bezdrzewna, światłem księżyca będzie zalana. Pójdę z wami tylko ja, by zmory nie spłoszyć. Będziecie musiały, pani, robić dużo hałasu i o ziółkach jakichś gadać, żeby naturalnie to wyglądało. Wtedy tylko czekać, aż się pojawi... i sprawie kres położyć. Kasztelan powoli pokiwał głową. - Sprytne... - Ach – Jankielka była wniebowzięta – swój udział w ubiciu zmora mieć będę! Już od dawna powtarzam, że kobietom należy się znacznie więcej praw niż obecnie! Wszytkim kobietom, bo przecież ja, osobiście, jestem w pewien sposób wyróżniana, ale nie zmienia to faktu, że inne... - Jakże to tak – odezwał się Młotko Morzy – panie Eckbercie, chcecie niewiastę tak narażać, zamiast samemu do walki stanąć? - Przecież mówię... - oponowała rzeczona niewiasta, ale w słowo wszedł jej zakonnik. - Możecie – powiedział – kowalu, zamiast Jankielki pójść na pole. Jeno pamiętajcie, co by z wdziękiem między kwieciem pląsać, i ubierzcie co innego. - Gdy tylko zmór się pojawi, rozprawię się z nim, nikogo nie narażając – obiecał Eckbert. - Słusznie prawi – potwierdził Zawojski – gdyż na polowanie najlepiej iść z nagonką. Zresztą, co komu może ten powietrznik zrobić? Kiecki dziewkom pozrywać, ot co. - Czy rzeczywiście mości Eckbert winien iść samopas... - myślał na głos ksiądz Bobak. - Myślę, że to dobry plan – oświadczył kasztelan. - Czy wszyscy obecni się zgadzają? Wszyscy obecni się zgodzili. - Dobrze – odezwał się swym grobowym głosem Eckbert z Daleka. Mimo jego niewątpliwych, gorących chęci, był to niestety bardzo płytki grób. - Więc postanowione! - i na potwierdzenie uderzył pięścią w stół. Uderzył dość mocno. Krawędź pięści trafiłą w leżący na stole widelec. I tak jak atakują leżące w trawie, zdradzieckie grabie, gdy się na nie nastąpi, tak widelec nabrał nagle energii i poszybowawszy z cichym wziuuu, wbił się w zagłówek fotela, o włos od policzka siedzącego na nim muzykanta Janka. - Ułożę... - Janko, zezując na wibrujący jeszcze sztuciec, zrobił się blady jak księżyc. - odę... yyy – jęknął i padł zemdlony na stół. Nastała chwila niezręcznego milczenia. Nikt się nie poruszył. - W takim razie... - podniósł się wreszcie Eckbert i wziął do rąk leżącą na stole kuszę, tę kuszę, którą miał poskromić ducha Poskala. Uniósł ją do twarzy i przymknął jedno oko, by wypróbować celowanie. Wszyscy, jak na komendę, nagle się jakoś skurczyli, pochylili, próbując się schować za blatem stołu. - Spokojnie, przecież nie jest nabita! - powiedział stojący obok Eckberta pan Mateusz. - A chuja tam – skwitował cicho kowal, szorując nosem po własnych kolanach.
* * *
Niemal godzina jeszcze do północy pozostała, gdy wieszczka Jankielka z dwiema jeszcze dziewkami wzięły, jak im Eckbert zalecił, koszyczki i lekkim krokiem pobiegły ku polance. Za nimi, kryjąc się po krzakach i za pniami drzew, ruszył Pogromca Zmór, dzierżąc śmiercionośną broń. Ruszył sam, tak jak rozkazał, i tak jak chciał, nikt za nim nie szedł. A przynajmniej on tak myślał. Z krzaków, opodal bramy, wyjrzał za nim rządca grodu we własnej osobie. Kto jak kto, ale on, przedstawiciel władz, winien również być na miejscu, nadzorować, i w razie czego wziąć sprawy w swoje ręce. Jakoś nie ufał tak do końca szacownemu Eckbertowi z Daleka... tak więc ruszy za nim dyskretnie, i z racji nadanego mu urzędu, będzie miał na sprawy baczenie. Eckbert nie powinien się zorientować, że go śledzi. - Hejże, panie Mateuszu! - dobiegł go nagle głośny szept. - Czego to szukacie w krzakach po nocy? - Ksiądz Bobak? - odszepnął zaskoczony kasztelan. - Co wy tu, dobrodzieju, robicie? - Powiem, że mógłbym i wam zadać to pytanie, ale nie powiem. - Cóż za szczodrość – zauważył z przekąsem Mateusz. - Zgaduję, że i wy nie za potrzebą tu przyszliście. - Wielcy ludzie myślą podobnie – szeptał zakonnik. - Więc i wy coś spokojnie spać nie możecie, kiedy nasz nowy bohater na łowy wyrusza? - Eh... nie mogę się do niego przekonać. Kiedy na niego patrzę... mam wrażenie, jakbym już gdzieś, kiedyś... - kasztelan wyjrzał za oddalającą się sylwetką Eckberta. - Coś mi spokoju nie daje. Jak i wam. - Jak i mnie. Pomyślałem więc, że warto by zobaczyć gagatka w akcji. - No to ruszajmy, dobrodzieju, bo... - Zaczekajcie na mnie! - przez drzwiczki w bramie przeciskał się ktoś jeszcze. - Ja też idę! - Janko? - zdziwili się razem ksiądz i kasztelan. - Jam ci – odrzekł hardo tamten, poprawiając loki. - Obiecałem, że odę napiszę, i słowa dotrzymam. Pan Mateusz zacisnął zęby i zmełł przekleństwo. - Chodź, jak musisz, ale jeśli znów zaczniesz wrzeszczeć... - Kumie dobrodzieju! - krzyknął ktoś do księdza, który stał teraz nieco na uboczu, i dlatego najłatwiej go było zauważyć. - Czyżby przechadzka w ciepłą, letnią noc? Nim kum dobrodziej zdążył odpowiedzieć, w pole widzenia wkroczył Zawojski w całej swej okazałości. Z dwoma ogarami. Z łukiem. I z cętkowanym rogiem. Kasztelan spurpurowiał na twarzy i chwycił się za głowę. - O! – zdziwił się łowczy. - Jest nas więcej? - Dosssstu furrrrbeczek! – zasyczał pan Mateusz. - Jeśli kto jeszcze idzie za wami, panie Zawojski, to zamorduję, końmi rozciągne i na tydzień w lochu zamknę! Wywarło to odpowiedni efekt. Uszu obecnych dobiegły zza bramy odgłosy cichych, ale szybko oddalających się kroków. Co najmniej kilku osób. - To chyba wszyscy – rzekł łowczy, zerkając na wrota. - Tylko my. Po prostu pomyślałem... - Domyślam się, co sobie pomyśleliście, nie myślcie sobie! - Tak? - I po kiego czorta wzieliście te kundle?! Zawojski musiał być zaiste zbity z pantałyku, bo nawet się na te kundle nie obraził, choć normalnie było to nie do wybaczenia. - Na łowy bez ogarów? Jak to tak... Gdy w końcu ruszyli za Eckbertem, kasztelan miał już tylko nadzieję, że nie będzie za głośno.
* * *
Zaczaili się, ścisnęli w krzakach na skraju polanki. Eckberta nigdzie nie było widać, za to Jankielka z dziewkami łaziły dookoła, niby to ziółek szukając, rozmawiając głośno i co rusz wychwalając zalety jakiegoś chwasta, którego to koniecznie trzeba zebrać o północy w księżycową noc. Każdy po cichu zastanawiał się, dlaczego akurat o północy, gdzie jest Eckbert, i kiedy wreszcie coś zacznie się dziać, ale wypadało zachować całkowite milczenie, przecież miało ich tu nie być. Ksiądz Bobak cicho pochrapywał, Janko wzdychał, myśląc nad wersetami, a ogary Zawojskiego w ogóle nie rozumiały wagi sytuacji i dawały bezczelnie wyraz swemu zniecierpliwieniu, skamlały, warczały i wierciły się w krzakach. Czas mijał. Było ciasno. Beztroskie rozmowy dobiegały ich uszu. Psy zachowywały się coraz głośniej. - Uciszcie je wreszcie – nie wytrzymał kasztelan – panie Zawojski, bo je własnoręcznie przerobię na zrazy. - Zwierza czują – obruszył się łowczy i dowódca straży w jednej, zażyłej osobie. - To ich żywioł, i wytrzymać nie mogą. - Trzeba było brać! - wysyczał pan Mateusz, ledwo tłumiąc głos. - Potrzebne tu jak psu... jak babie drugie cyce! I nie wbijać mi w żebra tego przeklętego łuku! - To stary zwyczaj – Zawojski również zaczynał cedzić słowa – to tradycja, by do lasu na polowanie z psami i z... - Jakie polowanie, do kroćset! - dyszał kasztelan. - Zatutacie na niego tym swoim rogiem a on posłusznie poroże zrzuci?! Czyście się szaleju, Zawojski, nażarli?! - Wypraszam sobie! - podniósł głos myśliwy. - To są kpiny z majestatu, to jest... - Farsa, ot co! Kto wam w ogóle pozwolił tu być?! - Farsa? Atoli ja się zgodziłem, żeby nasze dziewki tyłkami w środku lasu o północy kręciły? - Nie pamiętam, żebyście lepszy pomysł mieli! - Nie miałem, ale to nie znaczy, że chciałem babami wojować! - Nie? To idźcie sobie, proszę bardzo, na grzyby! W końcu w lesie jesteśmy! - Uspokójcie się, mości panowie – rzekł Janko. - Jak ja to opiszę w mojej odzie? - Powiem ci jak... - zaczął mruczeć Zawojski, ale…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil marcinos83
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…