Zmierzch Cywilizacji część 1
Jest to początek opowieści o pewnej dziewczynie, która szuka szczęścia w umierającym świecie.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Część 1
Uśmiechnął się promiennie i świat nagle stał się piękniejszy. Nie był jakoś specjalnie przystojny, raczej normalny. Zwyczajny mężczyzna, dla którego kobieta chce oddychać niezależnie od tego, jak wygląda. Miał lekko ukruszony jeden z zębów, lecz w ogóle się tym nie przejmowała. Wręcz przeciwnie. Kochała nawet tą drobną niedoskonałość jego twarzy. Kochała to, jak się cieszył i śmiał. Było w tym tyle szczerości, jakby radość wypełniała mu każdą część ciała i duszy. Oczy miał błyszczące, niczym dwa płomyki świec, oświetlające drogę w nocy. Widziała w nich swoje odbicie i było to coś wyjątkowego. Coś, czego nie doświadczył nikt na świecie. Inni ludzie, w innych miastach czy krajach, mogli doświadczać podobnego uczucia, mogli patrzeć na siebie z miłością, aż błyszczały im oczy. Na pewno to robili. Gdyby tak nie było, świat nie powinien istnieć, nie byłby wart tego, by istnieć. Jednak wierzyła, że te oczy, to spojrzenie, ten uśmiech, jest wyjątkowy. Jest czymś, czego nie dałoby się odnależć nigdzie indziej, choćby tysiąc razy przemierzyć ziemię we wszystkich kierunkach. Jej ukochany, to spojrzenie, w którym mogła zobaczyć swoją twarz, błyszczące oczy, promienny uśmiech, to wszystko było wyjątkowe, jedyne, na całym, ogromnym świecie. Dotknął jej, aż poczuła dreszcz przebiegający po plecach. Westchnęła cicho, dotykając dłoni kochanka palcami. Rękę miała znacznie mniejszą niż on, więc zniknęła schowana w jego delikatnym uścisku. Patrzyła na to zafascynowanym wzrokiem. Chłonęła ten obraz dwóch splecionych za sobą dłoni, bojąc się choćby mrugnąć, by nie przegapić niczego. Jednego ruchu, gestu, czegokolwiek., żadnej sekundy spędzonej z nim. Czuła jego obecność całą sobą, lecz pragnęła wszystko widzieć, by później, marząc, zamykać oczy i móc wracać do tych pięknych chwil. Każda sekunda, jaką spędzali razem, była czymś wyjątkowym i gdyby pozwoliła jej odejść, zamyśliłą się, nie zwróciła uwagi na jakiś szczegół, utraciłaby coś niepowtarzalnego. Czuła się przy nim tak dobrze, tak bezpiecznie. Zapragnęła, by objął ją swoimi silnymi ramionami i schował przed całym światem, dokładnie tak, jak chował jej dłoń w swojej. Przysunęła się bliżej, cały czas patrząc mu w oczy. Nagle w umyśle dziewczyny zrodziła się absurdalna myśl, że ją odrzuci, nie będzie chciał by się w niego wtulała, radując każdą upływającą tak przeraźliwie szybko sekundą. To było zwyczajnie zbyt piękne by mogło istnieć naprawdę i trwać długo, aż miałaby czas chociaż w drobnym stopniu się tym nacieszyć, więc nie zdziwiłaby się aż tak bardzo, gdyby rzeczywiście się odsunął. Ponieważ tak własnie wyglądało życie, a największe marzenia spełniały się tylko w snach. Jednak, zadając kłam wszelkim obawom i lękom, które zrodziły się w głowie dziewczyny, tylko przysunął się bliżej, ramionami otoczywszy jej plecy. Zamknęła oczy. Wtuliła głowę w jego pierś. Była tak spokojna i szczęśliwa. Mogłaby tak zostać już na zawsze. Albo pójść gdziekolwiek oczy poniosą, byleby tylko został przy niej. Coś szarpnęło ją za ramię. Zignorowała lekkie ukłucie bólu i wtuliła się mocniej w ramiona kochanka. Jeszcze przez chwilę widziała jego oczy i bez trudu potrafiła sobie przypomnieć, szczery, przepiękny uśmiech, który kochała ze wszystkich sił swojego młodego, oddanego serducha. Mogłaby skakać i biec, przepełniona tym dziwnym uczuciem, czując jednocześnie radość i dziwny niepokój, wyczekiwanie, niecierpliwość, dziwną cudowną mieszaknę emocji tak silnych, że czuła je fizycznie. Jakby w jej brzuszku latały dziesiątki motyli. Widziała jego oczy, a dłońmi obejmowała mu plecy i ramiona. Była szczęśliwa. Przy kolejnym szarpnięciu otworzyła oczy, zamrugała od nagłego uderzenia ostrego światła i obraz się rozmył. Zniknął gdzieś, zamieniając się w pustkę, tak jakby go nigdy nie było. Dziewczyna patrzyła na popękany, szary sufit i żarówkę wiszącą pod nim na kilku kablach pobrudzonych farbą. Z kąta obserwował ją pająk, który przyczepiwszy się do sieci, nieruchomy, czekał cierpliwie na nieostrożną ofiarę. Dziewczynie zrobiło się smutno, przykro, jakby coś utraciła. Jeszcze chwilę temu, gdy trwał przepiękny sen, patrzyła na swoje marzenia, na ich najwspanialsze ucieleśnienie. Czuła się szczęśliwa. Wystarczyło, że otworzyła oczy i wszystko minęło. Pozostało tylko szare, puste mieszkanie, pająk w rogu i niedziałająca od kilku dni żarówka pod sufitem. Brudne ściany i ciemne niebo za oknem. Rzeczywistość. Coś ponownie szarpnęło ją za ramię i dopiero teraz zrozumiała, że lekkie ukłucie bólu, które pamiętała z ostatniej chwili przed obudzeniem, nie stanowiło również części snu. Spojrzała w bok i zobaczyła stojącego obok jej łóżka, szaroczarnego kota. Był wielki, gruby i wpatrywał się w nią ciekawskim wzrokiem.. Wbijał swoje pazurki w ramię dziewczyny, lekko poszarpując za skórę, domagając się zainteresowania. - Przestań, to boli! – Powiedziała poważnie, chociaż bardziej miała ochotę się śmiać. Lubiła koty. Nie miała dość pieniędzy, żeby trzymać w domu własnego, więc ta niespodziewana wizyta była czymś bardzo miłym. Wysunęła rękę spod koca, chcąc pogłaskać grubego gościa, ale w połowie się zawahała. A co jeśli futrzak się przestraszy i ucieknie? Patrzyła w jego zielone, niesamowite oczy. Czy on również odejdzie, rozpłynie się, tak jakby go nigdy nie było? Czy zawsze wszyscy będą od niej uciekać? Jeśli nie zaryzykujesz, nigdy się nie przekonasz, czy miałaś rację. Jeśli nie wyciągniesz ręki spod koca, to nigdy nie dowiesz się, czy ten kot by nie został i nie dał się głaskać przez cały dzień. Co masz w końcu do stracenia? Przecież… przecież i tak nie masz nic. Jak go nie pogłaszczesz, prędzej czy później i tak pójdzie w swoją stronę, a ty już zawsze będziesz żałowała, że jednak nie zaryzykowałaś. Ale… on nie może tak po prostu odejść… przecież nie powinno być tak, że jedni mają wszystko, a inni nie mają nic. Nie może być tak, żeby wszystkie moje marzenia znikały, rozpływały się zaraz po tym, jak się obudzę,, a prawdziwego szczęścia, zaznaję tylko w marzeniach. Nie może być tak, żeby mój ukochany znikał, gdy otwieram oczy i pozostawała po nim tylko ta czarna pustka, która tak okropnie boli w sercu. Nie może… Zamknęła oczy, czując jak się robią wilgotne. Wiedziała, że jeśli zacznie płakać to szybko nie przestanie. Czuła się tak strasznie samotna, bez przyjaciół, bez rodziny, bez człowieka, do którego mogłaby się odezwać, powiedzieć o swoich radościach i problemach. Przez lata przyzwyczaiła się do tego, ale czasem, gdy, uświadamiała sobie, że jest całkiem sama, na ogromnym świecie, z trudem przychodziło jej opanować smutek. Powstrzymała łzy, zaciskając mocno oczy, nie pozwalając im płynąć. Pociągnęła noskiem i spod jej powiek wypłynęła jedna, jedyna słona kropla rozpaczy. Nie może być tak, że moje marzenia nigdy się nie spełniają. Ten kot… on nie przyszedł tu bez powodu. Przyszedł, żeby mi powiedzieć, że teraz będzie inaczej, lżej. Lepiej. Przyszedł i obudził mnie, żebym go pogłaskała, prawda? Czy jeśli to zrobię, to czy cokolwiek się zmieni? Tak. Musi! Musi się coś zmienić! Obiecuję… jeśli on da się pogłaskać, coś się zmieni. Jestem tego pewna. Dziewczyna powoli wysunęła rękę spod koca. Chociaż rozsądek wręcz wrzeszczał, że to głupie, ona całą sobą wierzyła, że jeśli tylko kot pozwoli się jej pogłaskać, jej życie się zmieni. Jeszcze nie wiedziała jak, ale była tego po prostu pewna. Coś musiało się zmienić. Ostrożnie, starając się nie wykonywać żadnych gwałtowych ruchów, wyciągnęła dłoń w kierunku kociego łebka. Futrzak patrzył na nią z zainteresowaniem malującym się w mądrych, zielonych oczach, jakby zastanawiał się, czy ona naprawdę chce go pogłaskać, czy tylko udaje? A może pytał sam siebie „czy ta idiotka uważa, że pozwolę się jej dotknąć? No, niech tylko spróbuje, a zobaczymy, czy polubi moje pazury!”. Poruszała się bardzo powoli, a jej dłoń lekko drżała w powietrzu. Niewiadomo czemu, ale denerwowała się, jakby od tej jednej rzeczy zależało bardzo wiele. Może nawet całe jej życie? Było tysiąc racjonalnych powodów, dla których nie powinna w to wierzyć, lecz wciąż nie chciała spłoszyć zwierzęcia żadnym zbyt szybkim, niepotrzebnym ruchem. Dlatego minęło ponad trzydzieści sekund nerwowego napięcia, zanim jej palce nie znalazły się na tyle blisko, by mogła dotknąć futrzastego łebka. Gdy zaczęła je wyciągać, kocur najpierw się lekko cofnął, niepewny, co się teraz stanie. Czuła, że serce zatrzymuje się w jej piersi, wciągnęła gwałtownie powietrze, zamierając. Kot zaczął ją obwąchiwać, dotykając delikatnie mokrym, chłodnym noskiem, po czym zrobił krok do przodu. Wsunął główkę w dłoń dziewczyny i zamruczał rozkosznie. Uśmiechnęła się, drapiąc go za uszami. Miał miękkie, ciepłe futerko i łasił się. Twarz rozjaśnił jej uśmiech. Czy to oznacza, że teraz będzie już inaczej? Że moje życie teraz się zmieni? Spojrzała na popękany sufit. Miał taki sam kolor jak pozbawione ozdób ściany, tylko odrobinę jaśniejszy od podłogi. Nie było tu żadnych sprzętów, poza szafką i niewielką komodą, gdzie stawiała świeczkę. Nikt jej nie odwiedzał więc nie miała powodów, by przejować się stanem mieszkania, którego i tak nie traktowała jak domu.. Tylko pająk tkał swoją sieć w kątach, a ona nie miałą serca ich niszczyć. W końcu był jedyną istotą, z którą dzieliła to ponure miejsce. Nawet jeśli to tylko pająk, chciała, by czuł się tu jak najlepiej. Poza tym, gdy czasem robiło się zimno, na niteczkach, które tworzył, pojawiały się kropelki rosy i błyszczały o poranku. Stanowiło to jedyny ładny obraz jaki mogła zobaczyć w tym smutnym pokoju i, mimo wszystko, czuła za to do niego ogromną wdzięczność. Niespodziewanie kot cofnął się, miauknął cicho i wskoczył na parapet. Zrobił to z taką gracją, że przez parę chwil nie zwróciła uwagi, na to iż odszedł. Zostawiła okno lekko uchylone, tędy musiał się więc dostać do środka. Tą samą drogą, nie zatrzymawszy się, nie dając dziewczynie szansy na dogonienie go i pożegnanie się, opuścił jej mały, szary świat. Odwrócił się tylko raz, gdy był już na zewnątrz. Przez chwilę patrzył na nią swoimi pięknymi, zielonymi oczami, po czym zniknął. Odszedł w ciągu paru sekund. Ledwie chwilę wcześniej czuła miękkość jego futerka pod palcami, oraz lekkie drgania grzbietu, gdy mruczał z zadowolenia, a teraz już go nie było. Zostawił ją, tak jak wszyscy przed nim. Szary pokój nagle zrobił się przeraźliwie pusty. Dziewczyna została sama. Zamknęła oczy skuliła się, podciągnęła kolana pod brodę i chociaż jej poranki wyglądały zawsze tak wyglądały, samotne i ciche, zaczęła płakać. Łzy spływały jej po nosku i policzkach, znikając w poduszce. Rozpaczała nad swoim losem, nad beznadziejnym życiem, samotna niczym mały wróbelek na wietrze. Przywykła już do takiego losu, a właściwie nigdy nie znała innego. Jednak czasem, zdarzało się coś, co uświadamiało jej, że życie mogłoby wyglądać inaczej, tak jak dzisiejsze pojawienie się niespodziewanego, mruczącego gościa. Wtedy nie była w stanie powstrzymać łez. Patrzyła na miejsce, gdzie widziała futrzaka po raz ostatni, mając nadzieję, że się pojawi. Przyjdzie by chociaż przez sekundę dać się pogłaskać. Przypomniała sobie jego milutkie, ciepłe futerko, a po policzkach spłynęły kolejne łzy. Powoli, niespiesznie dotarły aż na skraj jej noska i skapnęły, znikając w poduszce. Odszedł, tak jak wszystko inne. Ponieważ świat… to ponure miejsce, pozbawione nadziei, chociaż wydaje się, że zmienia się codziennie, tak naprawdę… zawsze pozostaje taki sam. Zawsze taki sam. Wstała jakiś czas później i ubrała się. Zanim narzuciła na siebie stare, podniszczone rzeczy, po jej skórze biegały lodowate dłonie zimnego, porannego powietrza. Na zewnątrz zaczął się już nowy dzień. Słyszała odgłosy dobiegające z ulicy. Turkot wózków ręcznych, odgłos kroków dziesiątek idących we wszystkich kierunkach ludzi, pojedyncze słowa wypowiadane obojętnie, bez większej wiary w to, co się mówi. Życzyli sobie ”dzień dobry”, tylko dlatego, że wypadało tak mówić. Powtarzali ten zwrot codziennie, za każdym razem, gdy się widzieli, gdy mijali na chłodnej ulicy. Robili to tak często, iż pozdrawianie innych stało się nawykiem, czymś podobnym do drapania po głowie, gdy swędziała skóra, lub zakrywaniem ust podczas ziewania. Czymś, co jest, ale tak naprawdę od dawna nie ma żadnego znaczenia. Mijali się, mówili to proste „dzień dobry” i każdy odchodził w swoją stronę, do obowiązków, pracy i zmartwień. Tysiąca problemów, z którymi mało kto umiał sobie poradzić. Zamknęła okno, nie mogąc znieść tych odgłosów. Przynajmniej nie dzisiaj, nie w tym stanie. Normalnie lubiła ludzi i chętnie słuchała tego, co mówią, nawet jeśli były to tylko puste słowa, wypowiadane bez najmniejszej wiary w ich treść. Zawsze stanowiło to jakąś formę kontaktu z drugim człowiekiem, coś, co sprawiało, że idąc ulicą, nie czuła się tak przeraźliwie samotna. Bo tak naprawdę, to była całkiem sama na tym ogromnym, szarym świecie. Nie miała przyjaciół, rodziny, ani nawet lepszych znajomych, którzy wiedzieliby, że ma na imię Anetella. Dla wszystkich ludzi, jakich widywała, na co dzień, pozostawała tylko „tą dziewczyną o długich włosach i szarych oczach, tą która się uśmiecha tak smutno”. Nie znali jej, ani ona nie znała ich. Miałą swoje problemy, tak jak każdy. Jednak gdy mówili to proste „dzień dobry”, albo wymieniali parę zdań o pogodzie, zbliżali się do siebie odrobinę. Nawet nie wierząc w słowa, albo będąc całkowicie obojętnymi na ich treść, wypowiadając je, stawali się kimś dla drugiej osoby. Nadal każdy był sam, ale chociaż przez chwilę, dzięki tej prostej rozmowie, stawali się samotnymi ludźmi w grupie innych samotnych ludzi. Może właśnie dla tego złudnego wrażenia łączności z innymi, czuli się odrobinę lepiej i ulice nie były tak całkiem ciche? Rzadko ktoś się odzywał, ale idąc wzdłuż dowolnej drogi, można było usłyszeć przynajmniej kilkanaście rozmów. Nawet ta drobna ilość wystarczyła, by pamiętać, że dookoła są inni. Dzięki temu było jej odrobinę lepiej i pozostali pewnie również tak to postrzegali. Po ubraniu się, gdy już przestała drżeć z zimna, zjadła skromne śniadanie. Miała jeszcze trochę chleba z kolacji, który zostawiła, nauczona doświadczeniem, że lepiej zjeść skromniej przed snem i zostawić trochę na później. Wieczorami rzadko bywała naprawdę głodna, za to rano zawsze chciało się jej jeść. Gdy nie miała, co wziąć do ust na śniadanie, czuła się źle przez cały dzień, miała mdłości i zawroty głowy. W nocy, poza tym, zawsze mogła usnąć i w ten sposób uciec od przykrego ssania w żołądku. W ciągu dnia, niestety, nie miała tej możliwości i przez wiele godzin musiała się zmagać ze złym samopoczuciem. W smaku chleba wyczuła starość, ale i tak przełknęła go z apetytem. Dostała go sześć dni temu, jako zapłatę za pracę, i oszczędzała, jak tylko mogła. Wiedziała, że prędzej czy później ten skromny zapas „na czarną godzinę” się skończy, ale i tak zrobiło się jej przykro, gdy dojadała ostatnie okruszki. Przyzwyczaiła się, że widmo głodu prześladowało ją niemal codziennie, ale do tego nigdy ne można sę przyzwyczaić. Mając choćby odrobinę jedzenia schowanego gdzieś w domu, mogła zawsze liczyć na to, że gdyby nie udało się jej zdobyć nic nowego, to w domu czeka ją jeszcze jeden posiłek. Skromny, bo skromny, ale zawsze. Teraz była zdana wyłącznie na łut szczęścia. Jeśli uda się jej zdobyć coś do jedzenia, to dobrze. Jeśli nie, położy się spać głodna i jutro będzie musiała szukać od nowa. Założyła stary płaszcz, o wiele dla niej za duży. Wyglądała w nim jak w worku, ale był ciepły i chronił dobrze przed wiatrem. Znalazła go kiedyś przypadkiem na ulicy i od tej pory stanowił jeden z jej największych skarbów. Chronił przed zimnem i wilgocią, a dzięki temu szansa, że zachowuje w jesieni, była znaczne mniejsza. Dzień zapowiadał się słonecznie, więc pewnie nie będzie go potrzebowała. Mimo to zawsze wolała mieć ze sobą coś ciepłego, w czym nie zmarznie, w raze nagłego ochłodzenia. Lepiej nosić płaszcz pod pachą, niż się przeziębić. W tych czasach, przy prawie całkowitym braku lekarstw i opieki medycznej, najprostsze przeziębienia nieraz ciągnęły się tygodniami. Poważniejszych chorób albo nigdy nie dało się całkiem wyleczyć i męczyły człowieka latami, albo, o ile jego organizm nie był dostatecznie silny, by się im opierać, zabijały w ciągu kilku dni. Dlatego wszyscy dbali o zdrowie najlepiej jak umieli i unikali chorych. To był kolejny powód, by na siebie uważać. Człowiek nie mógł raczej liczyć na pomoc kogoś, kto nie należał do najbliższej rodzny. Anet niestety takowej nie miała, więc pozostałaby całkowicie bez opieki. Jeden, dwa dni w łóżku i z głodu nie byłaby w stanie się podnieść. Trzeciego pewnie by już nie żyła. Wzięła jeszcze szalik i czapkę, po czym wybiegła na korytarz. Jej mieszkanie stanowił jeden pokój na drugim piętrze w dużym budynku, gdzie na każdym z pięciu poziomów było takich po dwadzieścia. Wszystkie mniej więcej tej samej wielkości, zazwyczaj zajęte przez pojedynczego lokatora, lecz czasem również przez całą rodzinę, gnieżdżącą się w niewyobrażalnej ciasnocie, na kilku zaledwie metrach kwadratowych. Podłoga na korytarzu była brudna i walały się tu resztki szyb. Anetella wprowadziła się tu pięć lat wcześniej i, pamiętała to wyraźnie, widziała je już wtedy. Aż zbyt dobitnie świadczyło to o tym, jak często ktoś tu sprzątał. Właściwie nikomu już nie zależało na tym, żeby mieszkań w czystym budynku. Ważne, żeby tylko nie wiało w zimie i żeby mieć gdzie się schronić przed deszczem. Reszta nie miała znaczenia Zamknęła za sobą drzwi i schowała klucz do plecaka. Zamek nie należał do zbyt skomplikowanych i gdyby ktoś rzeczywiście chciał się włamać do jej mieszkania, wystarczyłoby kopnąć, a drzwi wyleciałyby z zawiasów. Nie liczyła, na to, że prosty zamek zatrzymałby złodzieja. Poza tym w środku nie było niczego wartościowego. Bardziej chodziło o bezdomnych, którzy nieraz wchodzili do takich budynków i szukali pustych mieszkań. Jeśli znaleźli jakieś otwarte, mogli się do niego wprowadzić nie pytając nikogo o zdanie. Zazwyczaj jednak omijali te zamknięte i to stanowiło właściwie jedyną przyczynę, dla której w ogóle używała kluczy. Szła powoli, stąpając ostrożnie w miejscach, gdzie nie było szła. Nie lubiła kiedy trzeszczało pod jej stopami, ponieważ tak dźwęk niósł się daleko. Normalne poruszała się cicho niczym mysz i prawdopodobnie, gdyby ktoś po drugiej stronie jednych z kilkunastu par drzwi, które minęła po drodze, nasłuchiwał, co się dzieje w korytarzu, nie zdołałby jej usłyszeć. Nauczyła się ograniczyć do minimum wydawane dźwięki. Nawet oddychała ciszej niż normalni ludzie i była bardziej niż oni wyczulona na hałasy. Sama nie pamętała kiedy zaczęła tak robić. Po prostu, tak jak w pewnym momencie życia zauważyła, że rosną jej piersi, tak któregoś dnia zdała sobie sprawę, że jeśli tylko chce, potrafi poruszać się na tyle cicho, żeby nikt jej nie słyszał. Dzięki tej umiejętności, oraz paru innym zdołała przeżyć tak długo w tym nieprzyjaznym świecie. Na schodach prowadzących w dół siedziało kilku chłopaków. Każdy liczył sobie koło dwudziestu lat, więc byli mniej więcej w jej wieku. Nie lubiła ich, ponieważ gdy tylko sobie popili, co zdarzało się dosyć często, zaczepiali ją i wykrzykiwali nieprzyzwoite słowa. Minęła ich szybko, patrząc w przeciwnym kierunku, starając się ominąć to miejsce jak największym łukiem. Jeden ze starszych, wysoki, rudy chłopaczek o piegowatej twarzy, próbował ją złapać za nogę. Zeskoczyła szybko o dwa stopnie i znalazła się poza zasięgiem jego rąk. Zaklął coś ponuro, ale się nie poruszył. Zresztą nie spodziewała się, by tym razem postąpił inaczej. W końcu robił tak zawsze, gdy go mijała, a zdarzało się to przynajmniej raz na tydzień. Na samym dole pokłoniła się dawnej właścicielce budynku. Była to stara, zgorzkniała kobieta, która w ciągu ostatnich dwóch lat straciła męża i syna. Nazywała się Erdea Gelbelton, liczyła sobie ponad sześćdziesiąt lat i wiek ten bardzo mocno odbił się na jej wyglądzie. Miała zniszczone, wiecznie potargane włosy, w których niesposób już było wypatrzyć jednej ciemnej nitki, podkrążone oczy, w których dało się z łatwością wyczytać ogromne zmęczenie życiem, i chudą, kościstą twarz. Chodziła powoli, przygarbiona, kulejąc na jedną nogę. Z pewnością jej zdrowie było w bardzo kiepskim stanie, ale starała się nikomu tego nie okazywać. Zawsze też, gdy zauważała, że ktoś jest obok niej, wyprostowywała się, starając się wyglądać pogodnie. Jakby chciała przed wszystkimi ukryć swoją słabość. Anetella słyszała, że kiedyś należała do bogatej rodziny, a jej ojciec wybudował dom, który teraz służył im za mieszkanie. Jednak, niewiadomo czemu, stracili cały majątek i w ciągu lat, pozostała tylko ona, smutna i biedna kobieta z trudem dająca sobie radę ze zdobywaniem jedzenia. - Dzień dobry pani Gelbelton. – Powiedziała dziewczyna, gdy mijała staruszkę na parterze. Stała ona wsparta o ścianę, patrząc na odchodzącą farbę. Ostatnim razem budynek malowano na wiele lat zanim Anet sę tu wprowadziła i teraz w wielu miejscach widać było gołe cegły. - Dzień dobry. – Odparła smutno. – Farba odchodzi. - Wiem. – Nic innego nie przychodziło do głowy. - Mój mąż ją kładł, dobrych trzydzieści lat temu. Pamiętam to dokładnie. Na zewnątrz był ciepły dzień. Na ulicy jeździły samochody. Do tej pory pamiętam odgłos ich silników. - Nadal czasem je słychać. - Tak, czasem. Ty już tego nie pamiętasz, dziecko, ale dawniej samochody jeździły bez przerwy. Całymi dziesiątkami, aż ciężko było przejść na drugą stronę ulicy. Byłam wtedy tak młoda, jak ty. Patrząc na pomarszczoną twarz staruszki, Anetelli ciężko było sobie wyobrazić ją w swoim wieku. - Jestem pewna, że to były dobre czasy. – Powiedziała, niepewna, czy w ogóle powinna się odzywać, czy pozostawić kobietę jej własnym rozmyślaniom. W końcu, wspomnienia niemal zawsze były lepsze niż rzeczywistość. Aż za dobrze to rozumiała, gdy tylko zaczynała myśleć o swoim dzisiejszym śnie. - Dobre, dziecko. – Szepnęła pani Gelbelton nieobecnym głosem i zapatrzyła się ponownie na odchodzącą farbę. – Bardzo dobre i szczęśliwe. Nawet sobie nie wyobrażasz, jak bardzo. Dziewczyna chciała coś powiedzieć, lecz nie wiedziała co. - Do widzenia. – Skłoniła się i odeszła. Staruszka nawet nie zareagowała. Myślami, była bardzo daleko. Na pewno w innym czasie, a może również w innym miejscu, słysząc głosy ludzi, którzy odeszli już dawno temu. Drzwi wyjściowe skrzypiały, gdy metal tarł o siebie w przerdzewiałych zawiasach. Z roku na rok Anetelle trudniej przychodziło je otworzyć, znajdywała dwa wytłumaczenia. Albo wymagało to użycia większej siły, albo z ciągłego braku jedzenia, robi się powoli słabsza. Czy kiedyś też, będę, tak jak pani Gelbelton? Skulona, wątła i kulejąca? Pewnie nie dożyję tego wieku, co ona, ale jeśli jednak, to co wtedy? Kto się mną zaopiekuje? Czy będzie ktokolwiek? Czy może tylko pająk na ścianie? Ulica była ponura, śmierdziało tu tysiącem różnych, nieprzyjemnych zapachów. Odór potu, dawno niemytych ciał ludzi, którzy, na co dzień musieli ciężko pracować, pomieszany z wonią smażonych placków ziemniaczanych, kiepskiego piwa, ważonego z różnych zagadkowych substancji, przez ludzi, co nigdy na oczy nie widzieli chmielu. Kiedyś, gdy była młodsza, za namową jakiegoś chłopaka, którego imienia już nie pamiętała, spróbowała tego paskudnego trunku. Wtedy czuła mniej strachu przed nieznajomymi i jakoś łatwiej przychodziło jej zaufać obcym. Dlatego, po paru chwilach rozmowy zdecydowała się przyjąć proponowany napój. Wciąż potrafiła sobie przypomnieć jego smak, przywodzący na myśl zapach palonej guma. Uderzał do głowy szybciej, niż normalny alkohol i prawdpodobnie to wzbudziło jej niepokój. Gdy tylko poczuła, że robi się pijana, wróciła natychmiast do domu, zostawiając zawiedzionego chłopaka. Nigdy więcej go nie spotkała, ale do tej pory dziwiła się, jak ludzie mogą pić takie świństwo. Sądząc po niemal zawsze wyczuwalnej woni „piwa”, robili to nader często. Szła powoli, mijając innych przechodniów obojętnie. Byli ubrani podobnie, jak ona.
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil lordziknedzik
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…