Zniewolone
Zniewolone... Zawsze zniewolone.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Nathaniel obudził się z lekkim bólem głowy. Nie otwierał jednak oczu, licząc, że dokuczliwe pulsowanie w skroniach wkrótce ustanie. Leżał więc cicho na łóżku przez pół godziny zawieszony między spokojem snu i jawą fizycznego cierpienia, a jego dłonie, ukryte pod poduszką, badały łagodnymi ruchami szorstką fakturę prześcieradła. Czuł na sobie ciężar koca, smakował kwaśność poranka na języku, sycił się trudnym do zdefiniowania zapachem wypełniającym pokój. Wszystko to wydawało się bezpiecznie znajome. Błogosławioną ciszę przeciął nagle donośny, wibrujący i wszechogarniający dźwięk, który wwiercał się w uszy bez krzty miłosierdzia. Nathaniel poderwał się na równe nogi, kompletnie zapominając o uciążliwej migrenie. Toczył zdezorientowanym wzrokiem dookoła, nie znając przyczyny tej infernalnej wrzawy. Czyżby groziło mu jakieś niebezpieczeństwo? Kwatera przez niego zamieszkiwana wyglądała jednak tak, jak zawsze. Znajome brudne ściany, na których zacieki niewiadomego pochodzenia wymalowały imponujące zawijasy, grafitowe krzesło, mały stolik, łóżko o surowym wyglądzie i niewielkie, eliptyczne, siwe od brudu okno. Nie dało się przez nie w żaden sposób wyjrzeć na zewnątrz, a brak światła nadawał pokojowi wygląd krypty. Chłopiec nie posiadał w nim żadnych zbytków, ale też ogólne ubóstwo mu nie przeszkadzało. Nie miał wielkich potrzeb. Nathaniel próbował zlokalizować źródło nieustannego hałasu, ale bez skutku. Nieznośny odgłos sączył się z każdego kąta, otaczał ofiarę jak wataha wygłodniałych wilków. Chłopak zatkał uszy rękami, lecz dźwięk i tak znajdywał swoją drogę do bębenków. Harmider ustał równie niespodziewanie, jak się rozpoczął. Bez żadnego ostrzeżenia, bez najmniejszej zmiany natężenia, urwał się niby ucięty nożem. Nathaniel zadrżał. Cisza, jaka zapadła, wydawała się jeszcze bardziej złowieszcza niż piekielny jazgot sprzed paru chwil, który przypominał chłopcu sygnał znamionujący rozpoczęcie czegoś. Ale czego konkretnie miał być to początek, nie potrafił już odgadnąć. Na drżących nogach podszedł do potężnych, wzbudzających szacunek metalowych drzwi. Oparł głowę o lodowatą płytę wrót i nasłuchiwał w skupieniu. Korytarz wydawał się jednak pusty. Nie dobiegały z niego żadne krzyki, żadne dudnienie stóp uderzających o podłoże, żadne oznaki paniki, tak zrozumiałe w sytuacji zagrożenia. Chłopiec, po krótkiej walce z własnym strachem, zdecydował się opuścić pokój. Przyłożył dłoń do zatopionej w ścianie tafelki, która pod wpływem dotyku rozjarzyła się mlecznym blaskiem. Drzwi przesunęły się z cichym zgrzytem. Nathaniel niepewnie opuścił znajome cztery ściany, w których czuł się względnie bezpieczny. Ogarniał go niewytłumaczalny lęk przed tym, co mogło czaić się na zewnątrz. Betonowy korytarz, rozświetlony mrugającymi chaotycznie jarzeniówkami, zdawał się ciągnąć w nieskończoność. Chłopak rozejrzał się na boki, lecz odległość w obie strony była jednako nieogarniona. Już chciał z powrotem cofnąć się do celi, gdy usłyszał szloch. Rozdzierający płacz, którego upiorne brzmienie potęgowało jeszcze echo. Ktoś tam, gdzieś daleko, bał się tak samo jak on. Nathaniel jednak ani nie wrócił do pokoju, ani nie poszedł w stronę, skąd dobiegało łkanie. Jakieś mgliste wspomnienie, a bardziej nawet nieśmiała sugestia wewnętrznego głosu, nakazała chłopcu obrać przeciwny kierunek. Wolnym krokiem, starając się stąpać jak najciszej, ruszył pogrążonym w półmroku tunelem. Co kilka metrów mijał identycznie drzwi, jakby odlane z tej samej prostej formy. Dochodziły zza nich niewyraźne szepty, tłumione westchnięcia. A nad każdą framugą przybita została drewniana tabliczka z wymalowanym na czarno imieniem. Nathaniel odczytywał je bezrefleksyjnie w duchu: „Eraniel, Hanael, Saniel, Tyriel...“ Te imiona nie wydawały się obce. Czytał je wiele razy, lecz nie potrafił dopasować ich do żadnych twarzy. Nathaniel przystanął na chwilę. Świadomość, że cały czas jest sam, nie dawała mu spokoju. Wydało mu się osobliwe, iż jako jedyny zdobył się na eksplorację budynku. Czyżby inni, bo przecież za tymi wszystkimi drzwiami musiał ktoś mieszkać, obawiali się aż tak mocno? A może tylko jego cela była otwarta? Postanowił spróbować wejść do pokoju opisanego mianem Grehela. Przytknął niepewnie rękę do metalowej płytki znajdującej się na wysokości jego głowy, po czym odruchowo oderwał palce, jakby bał się oparzenia. Przelotny kontakt jednak wystarczył. Wrota wsunęły się w ścianę. Nathaniel postąpił krok naprzód, ale zawahał się i w rezultacie nie przeszedł nawet przez zaznaczony czarną linią próg. Na łóżku leżał chłopiec mniej więcej w wieku Nathaniela. Praktycznie tonął w za dużych i brudnych łachmanach, spod których wystawała jedynie głowa o potarganych kasztanowych włosach. Grehel zwinął się w kłębek plecami do drzwi, trzęsąc się leciutko. – Przepraszam? Wszystko w porządku? – zaczął nieśmiało Nathaniel. Grehel podskoczył z przerażenia i zaczął krzyczeć. – Spokojnie, nie chcę cię skrzywdzić! – uspokajał histerycznie Nathaniel, nie mniej wystraszony. Nie rozumiał powodu tak gwałtownej reakcji. – Chciałem tylko zapytać, dlaczego nie wyjdziesz z celi. Słyszałeś przecież sygnał. Co on oznaczał? – Nie wolno wychodzić! Nie wolno! Rozszarpią cię! – Grehel zdzierał sobie gardło, szarpiąc konwulsyjnie ubranie. Wątpliwościom Nathaniela nie poświęcał nawet ułamka swojej uwagi. – Kto mnie rozszarpie? – Nie wolno wychodzić! Nie wolno! Rozszarpią cię! Nathaniel pojął, że od tego chłopca nie wyciągnie nic więcej. Wycofał się, a chrapliwe ryki ustały dopiero, gdy z powrotem znalazł się w korytarzu. „O co mu chodziło? Czego się bał?” – rozważał, idąc przed siebie. Nie mógł otrząsnąć się z poczucia, że to już się kiedyś wydarzyło, jakkolwiek absurdalna wydawała się sama taka myśl. Parę metrów dalej napotkał otwarte drzwi. Prawdopodobnie były zepsute – z metalowej płytki od czasu do czasu pryskały niebieskawe iskry w prawdziwej fontannie jasności. Nathaniel z zaintrygowaniem zajrzał do pomieszczenia. Widok, jaki ukazał się jego oczom, napełnił chłopca przerażeniem, ale też trudnym do pohamowania współczuciem. W rogu pokoju siedziała filigranowa, jasnowłosa postać. Jej podkurczone nogi ciasno przylegały do klatki piersiowej, a ręce były rozkrzyżowane w powietrzu. Na nadgarstki nałożono jej ciężkie kajdany, choć, o dziwo, nie zostały one zamknięte, tak że w każdej chwili, przy najmniejszym ruchu, można było się z nich oswobodzić. Nieszczęsny skazaniec siedział jednak jak skamieniały, patrząc przed siebie dzikim, pełnym strachu i obłędu wzrokiem. W zębach trzymał łańcuch metrowej długości, który gryzł mechanicznie. Po brodzie ściekała mu ślina pomieszana z krwią broczącą z poranionych dziąseł. Nathaniel odwrócił głowę. Nie mógł patrzeć na to biedne, przegrane dziecko. Nie miało ono siły się uwolnić mimo otwartych na oścież drzwi i kajdan, które wcale nie krępowały. Nic nie dało się już dla niego zrobić. Najgorszym więzieniem potrafi być własny umysł i to właśnie tam czają się przeszkody nie do przebycia. Chłopiec opuścił celę wyraźnie przygnębiony. Wiedział jednak, że wszelkie działanie z jego strony byłoby jedynie próżnym trudem. Historia Nadela niezmiennie kończy się tak samo. Nathaniel zwolnił kroku i zmarszczył czoło. „Dlaczego to pomyślałem? Co to właściwie znaczy, że historia zawsze kończy się tak samo?” – Nie potrafił znaleźć przekonującego wyjaśnienia, chociaż rozmyślał nad nim gorączkowo. Szedł ostrożnie, oglądając się od czasu do czasu przez ramię. Ciągle miał irracjonalne wrażenie, że zaraz coś go zaatakuje i zrani. Opuszczenie swojego pokoju widocznie było czymś złym, czymś, co zasługuje na karę. Nathaniel nie chciał jednak wracać. Jeszcze nie. Dotarł zbyt daleko, by tak po prostu się wycofać. Chciał zaspokoić swoją ciekawość i odkryć tajemnicę tego miejsca. Nie pamiętał kim jest, nie wiedział, jak się tu znalazł, ani dlaczego trafili tutaj inni. Tam, gdzieś za tymi odległymi wrotami, znajdowały się odpowiedzi. Musiał je poznać, bo inaczej pogrążyłby się w szaleństwie jak dwoje spotkanych wcześniej więźniów. Miał dość niepewności i czczych domysłów. Czas na prawdę. I na wolność, bo wiedział, że nikt nie jest tutaj przetrzymywany z własnej woli. Gdyby tak było, to czy Nadel życzyłby sobie takiego losu? Chłopiec wędrował wytrwale, lecz zdawało się, że dystans, jaki dzieli go od wyjścia, wcale się nie zmniejsza. Mijał jeszcze więcej cel z przypisanym do nich imieniem, ale nie odważył się zajrzeć do żadnej z nich. Płaczliwie jęki skutecznie do takiego czynu zniechęcały. Wreszcie coś w krajobrazie drgnęło. Wrota, które do tej pory zdawały się niewyobrażalnie odległe, zaczęły bardzo powoli się powiększać. Nathaniel poczuł taki przypływ radości, że przyspieszył, a potem nawet rzucił się do biegu. Wypełniało go szczęście, bo zbliżał się do tej namiastki niezależności, jaką reprezentowały drzwi na zewnątrz. Z mroków pamięci wyłoniło się wspomnienie, że przez te odrzwia opuści budynek mieszkalny i znajdzie się na placu. Całym ciałem rzucił się na metal i prawie stracił równowagę, gdy drzwi się przesunęły. Zobaczył bezkresną szarą przestrzeń. Nie była ona rozdzielona na niebo czy ziemię – po prostu jednolita grafitowa masa, w której zawieszono potężny budynek z przyłączonym do niego groteskowym, małym gankiem. Bryła więzienia przypominała ponury, wiktoriański sierociniec. Z pewnością jej konstrukcja nie miała na celu sprawienia, by rezydenci twierdzy czuli się dobrze pomiędzy ponurymi murami. Na ganku siedział w kucki rachityczny brunet. Układał przed sobą kamyki w trzy różne kupki, a potem na nowo grupował je w jeden zbiór. Postrzępiona grzywka zupełnie zasłaniała jego twarz, ale powolne ruchy zdradzały skrajną apatię. Nathaniel jednak ucieszył się, że znalazł chociaż jedną osobę, która odważyła się opuścić ich mroczny dom. Pochylił się nad chłopcem. – Jak masz na imię? – zapytał przyjaźnie. Po ciszy tak długiej, że stracił wszelką nadzieję na uzyskanie odpowiedzi, dziecko odburknęło nieuprzejmie, nie podnosząc nawet głowy: – Azariel. – Miło mi, Azarielu. – Nathaniel również się przedstawił i po chwili wahania usiadł obok nowo poznanego kolegi. Chociaż czy na pewno nowo? Dlaczego miał wrażenie, że rozmawiał z nim już setki razy? Potrząsnął głową, pozbywając się tych myśli. To przecież bzdura. Pierwszy raz widzi go na oczy. Chłopiec wydawał się całkowicie pochłonięty zabawą. W ogóle nie zwracał uwagi na towarzysza. – Dlaczego układasz te kamienie? – Nathaniel spytał z prawdziwym zaintrygowaniem. Ku jego zdumieniu, Azariel odpowiedział natychmiast, mocno akcentując każde słowo. – Powtarzalność zjawisk. – Słucham? – Rozdzielam je, a one zaraz wracają. Nie potrafią wyrwać się z kręgu niezmienności. Powracają do pierwotnego stanu. Zawsze. Jak my. – Obawiam się, że nie rozumiem… – mruknął niepewnie Nathaniel. Nie sądził, by pojął dogłębne znaczenie wykładu, lecz i tak ogólna wymowa wypowiedzi zdawała się okropnie pesymistyczna. Czy nie istnieje możliwość zmiany losu? Azariel odgadł bezbłędnie wątpliwości kompana i pospieszył z wyjaśnieniem. – Krąg niezmienności. Te same zdarzenia zawsze następują po sobie. Zawsze. – Zawiesił na chwilę głos, po czym dodał niechętnie. – Jedynie Interwencja z Zewnątrz może przełamać impas. Nathaniel zadumał się nad tymi słowami. „Interwencja z Zewnątrz.” – Czyli jeśli jakaś obca siła wpłynie na zamknięty krąg zdarzeń, przyszłość może się zmienić? Azariel po raz pierwszy uniósł na niego wzrok. W jego oczach czaił się lęk. – Pęknięcie kręgu. Nikt nie wie, gdzie uderzy koniec sznura rzeczywistości. Gdzie zrani, a zrani na pewno. Bezwolność, bierność najbezpieczniejsze. Oni patrzą – przestrzegł upiornym szeptem. – Jacy “oni”? Azariel wyciągnął rękę i wskazał palcem na horyzont. Nathaniel zmrużył oczy, ale oprócz wszechobecnej szarości nie dostrzegł nic specjalnego. Jednolity krajobraz szarzyzny nie nosił nawet nieśmiałych znamion innych barw. Chłopak już chciał poinformować o tym spostrzeżeniu towarzysza, gdy powietrze w oddali zafalowało. Strumienie złowrogiej energii zakrzywiały przestrzeń, a równomierne pulsowanie zamazywało wizję. Nathaniel zdusił okrzyk strachu, gdy znikąd, w odległości jakiś stu metrów, pojawił się wysoki płot zwieńczony drutem kolczastym. Bestie, przypominające psy, przechadzały się za nim sprężyście. Każdy brytan miał czerwone ślepia i nienaturalnie wielkie kły. Ich czarna sierść stroszyła się groźnie. Obserwowały uważnie wnętrze obozu. Bezwzględni Strażnicy, których obecność napawała patrzącego trwogą. Przy takich stróżach nawet najmniejsza wzmianka o wolności stawała się niczym więcej niż pustym dźwiękiem pozbawionym znaczenia. Pamięć zaczynała powoli wracać do Nathaniela. Poszczególne fragmenty zatartych przez czas obrazów układały się we wciąż niekompletną mozaikę wspomnień – dziwny obóz otoczony płotem nie do przebycia, więźniowie zamknięci w nim od dawien dawna, czarne Bestie na straży tego kuriozalnego porządku. A w sam środek niezrozumiałego chaosu wrzucono Nathaniela, który nie wiedział nawet dlaczego tak się stało. Czuł jednak, że tak być nie powinno. Stłamszenie ich tutaj stanowiło wykroczenie przeciw prawom natury. – Nie wolno wychodzić. Nie wolno uciekać. Nie wolno próbować. Oni zniszczą – wyłożył beznamiętnie Azariel, jakby całkowicie oswoił się z myślą o wieczystym, ale w miarę spokojnym zamknięciu. Nathaniel uważał jednak inaczej. W sercu tliło mu się zarzewie buntu. Koniecznie chciał zmiany, chciał opuścić to zawieszone w nicości miejsce. Wierzył, że musi istnieć inny świat. Gdyby go nie było, to po co Strażnicy mieliby ich pilnować? Przeanalizował dokładnie sytuację, w jakiej się znalazł, i doszedł do przykrych konkluzji. Uporczywe poczucie déja vu, które towarzyszyło mu nieustannie, pozwoliło na wysnucie wniosku, że każdy dzień w obozie upływa w identyczny sposób. Prawdziwie identyczny. Wieczorem, gdy wszyscy uwięzieni zasypiają, jakimś sposobem zapominają o wszystkim, co się zdarzyło. Dlatego rano mogą działać według niezmiennego schematu zachowań, sądząc, iż dzieje się to po raz pierwszy. Pozostałością po zabiegu wymazania pamięci pozostają jedynie mgliste wspomnienia poprzednich dni. Gwarantuje to błogosławioną przewidywalność i pewność, że sytuacja nie wymknie się spod kontroli. Ale czy zawsze byli tu uwięzieni? Jak to się wszystko zaczęło? Nathaniel skonstatował, że podobne rozmyślania snuł codziennie o tej samej porze od niewiadomo jak dawna. Ta świadomość zwyczajnej bezradności wobec ustalonego systemu napełniła go potworną złością. Dzisiaj przebrała się miarka. Czas wyrwać się z tej spirali szaleństwa. Kropla goryczy, która przepełniła czarę, właśnie wywołała potop. Zacisnął mocno powieki i z całych sił zaczął koncentrować się na rozbieganych widmach własnej przeszłości. Żyły na jego szyi nabrzmiały, a czoło zrosił pot. Azariel przyglądał się mu bez cienia zainteresowania. Chłopak był już stracony. Niewola zupełnie go złamała. Z otchłani zapomnienia wynurzył się fragment dobrze znanej przyszłości wyrysowanej w terminarzu niezmiennych wydarzeń. Nathaniel już wiedział, co według nienaruszalnego programu…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil kenny-fan
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…