Wróć do katalogu

Żniwa

Śmierć Inc. w działaniu. Tylko czemu nie dali manuala?

Dorcorax, opublikowano , 12 min czytania, 4,2 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Pewnie tak miało być. I już. Tak po prostu. Pewnego dnia, a właściwie wieczoru poszedłem spać, i się już nie obudziłem. No, prawie. Bo w zasadzie to się obudziłem. A może nie? To trochę skomplikowane. Bo w zasadzie to nie żyję. Albo nie nie żyję? Nie rozumiecie? Ja też nie do końca. A na początku w ogóle nie rozumiałem. Ot przyszedł sobie do mojego pokoju jakiś chudzielec w habicie (z obowiązkowo założonym kapturem) i grobowym, dosłownie, głosem oznajmił: you’re undead now. But don’t be affraid. You already have a New Job. You’ll be Reapers’ Little helper. Starting… right now. I tyle go widziałem. Zero wprowadzenia, objaśnienia zasad, nie mówiąc o wsparciu w stylu: nie martw się, każdy z nas to przechodził. Przyzwyczaisz się. Tylko ta debilna nazwa. I tak zostałem żniwiarzem. Właściwie to tylko pomagam, ale dla moich klientów to niewielka różnica. Na początku muszę wyjaśnić, że nie jestem stereotypowym żniwiarzem. Nie mam tego habitu, a moje 90kg, nieźle maskuje kości. Właściwie to sam wymyślam swój wygląd. Kiedyś nawet próbowałem być bardziej podobny do naszej słowiańskiej śmierci. Czyli po prostu chciałem zobaczyć jak się pracuje jako kobieta, dla jasności dodam, że taka w miarę żywa, nie w stanie rozkładu. Swoją droga ten Polikarp to miał nieźle nasrane w głowie. Widziałem wiele nie nie żywych, ale nikt nie wybrał sobie formy zwłok w stanie rozkładu. Ciężko z takim ciałem iść na podryw. Z klasycznego wyglądu została mi kosa. Ok., nie chodzę z nią codziennie, tylko czasem, jak chce zrobić dobre wrażenie. Miecze są bardziej poręczne. Więc poza tym ,że mogę dowolnie zmieniać wygląd i właściwie jestem nieśmiertelny (nieżywy brzmi jakoś niefajnie) niewiele się w moim życiu zmieniło. No, może poza lodami czekoladowymi. Nie smakują już tak jak kiedyś. Dalej studiuję (a właściwie to kończę, bo już 5. Rok), mam dziewczynę, która regularnie próbuje mnie nakłonić do znalezienia jakiejś uczciwej pracy ( no przecież nie powiem jej, że robie to co robie, a bycie żniwiarzem to ciekawe, odpowiedzialne ale nie najlepiej płatne zajęcie. Właściwie jakby nie kontakt z pieniędzmi klientów i kilka mocy dodatkowych to byłby to wręcz wolontariat), znajomych. Niektórych co prawda zdziwiło tempo, w jakim moje włosy przybrały wymarzona długość, ale nikt nie zadawał pytań. Tylko sekret mocnej głowy ich zastanawia. Uroki studiowania.

Pierwszy

Mój pierwszy klient? Tego podobno nigdy się nie zapomina. I pamiętajcie. Pierwszy raz zawsze boli. Chociaż nie koniecznie Was. Każdy nowy żniwiarz dostaje tydzień na adaptację. Fajnie by było jakby wcześniej o tym mówili. W ogóle, na najbliższym zjeździe zgłoszę petycje, aby każdy nowy dostawał podręcznik. Albo może zorganizujemy im jakiś obóz integracyjny? W każdym razie czułem się w miarę normalnie. Tylko widziałem jakby więcej. Ale uznałem to za przemęczenie, czy inne lotne sumienie umiejące przechodzić przez ściany. Ja w sumie też tak umiem. Ciężko się było przyzwyczaić, ale dzięki tym próbom i błędom wiem, że mam całkiem fajne sąsiadki. Chociaż chyba nie powinienem się obnosić z tą wiedzą. Ale czy to moja wina, że kiedyś przeleciałem przez wannę wprost do łazienki poniżej (tak, niewidzialność to zdecydowanie przydatny bajer)? Po tygodniu nagle dostałem przebłysku. Coś jak pajęczy zmysł, tylko dokładniejsze. Po prostu wiedziałem, że jeden z Ziomaki na Hucie będzie miał dzisiaj pecha. Więc poszedłem kiedy i gdzie trzeba. Pamiętajcie, nie należy chodzić po Hucie jak jest ciemno. Szczególnie, jeśli jeszcze nie wiecie dokładnie jak się uniewidocznić! To może powodować problemy. Oczywiście nie dla mnie. Bo co mnie może gorszego spotkać? Przecież i tak już nie żyję. Śmierć Inc, jako poważna instytucja nie lubi zmian. Pilnują porządku lepiej niż Panie w dziekanacie, a dodatkowo mają większą władzę! No to poszedłem dzielnie na miejsce ustawki, patrzę, a tam z20 nowohuckich chłopców w strojach ludowych. Mieli nawet lokalne rekwizyty służące okazywaniu gościnności. Bo w dzisiejszych czasach chodzi tylko i wyłącznie o honor i uznanie. I tak jak nigdy nie było prawdziwych Indian bez tomahawków, tak i żaden szanujący się nowohucianin nie może istnieć bez dużej pałki w ręce (kompleksy leczą czy co?) lub innego ostrego narzędzia (czasami owe narzędzia mają więcej IQ niż właściciele. I najczęściej trzymane są z dobrej strony!). Gdzie tu problem pytacie? A no tu, że mnie zauważyli. Jakoś wcześniej nie pomyślałem, że mogę czy raczej powinienem się ukryć. I zanim się spostrzegłem mój klient wraz z kolegami (dziwna sprawa, ale nagle połączyli się w jedno stado, mimo, że przed chwilą mieli się pozabijać – dosłownie) ruszyli galopem w moją stronę. Pierwsza myśl – uciekać. Druga – czy to przez te moje długie włosy? Trzecia – o Kur… Wtedy powinienem wypluć zęby, ale cholerstwa mocno się trzymają od kiedy nie nie żyję. Nie można tego jednak powiedzieć o rękach dresów. Dzisiejsze ziomale jakieś takie delikatne robią. Widać, że nie jedzą ryb. Ale mimo tych wszystkich super mocy i wzmocnionej szczęki poczułem ból. Pewnie taka kara, bo klient ciągle żył, a jego czas się skończył (jestem nowoczesny, więc zapomnijcie o klepsydrach! Teraz wszystko mierzy się zegarkiem!). Chyba pajęczy zmysł tak mi podpowiedział. W tej chwili moja głowa powinna pęknąć. Na szczęście to nie był oryginalny baseball tylko jakaś chińska podróba. Ale i tak bolało. I wtedy mnie olśniło. Powinienem mieć kosę. Przecież każda szanująca się śmierć zabija kosą. Przynajmniej na filmach. I wtedy okazało się, że Kraków to kolejne magiczne miasto z cyklu „mówisz=masz”. Pomyślałem o kosie, patrzę, a tu jeden z kolegów sterczy na drugim końcu kija. Tylko kurcze dlaczego to jedna

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych