Znużenie
Krótka historia o tym jak grupa przyjaciół wybrała się do wesołego miasteczka. Na miejscu wszystko okazuje się podejrzane i nienaturalne. Zawieszony agent CIA próbuje dowiedzieć się o co chodzi.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Jason Nash nie widział nic wesołego w wesołym miasteczku. Przyszedł tu tylko, dlatego, że przyjaciele go zaprosili. Zaraz zaprosili? Raczej zmusili go siłą. - Rusz się gdzieś z nami, bo inaczej przeniesiemy imprezę do twojego domu. – mówił Mark. – Jak wiesz, nie mamy w naturze po sobie sprzątać, więc jeśli lubisz swoje gniazdko wyskocz z nami na miasto. Jason wiedział, że nikt chlewu by mu w mieszkaniu nie zrobił, ale wzruszyły go starania Marka, więc wziął piwo w rękę, nałożył kurtkę i wyszedł z kumplem. Po drodze odebrali jeszcze Nicka i Lydię. Pójście do wesołego miasteczka to był pomysł Lydii. Aby go przełknąć, Jason kupił sobie jeszcze jedno piwo. Właśnie przechodzili obok strzelnicy, gdy kawał naciągacza poprosił ich o spróbowanie swoich sił. Nick od razu się zgodził. Pokazał bilet i otrzymał wiatrówkę. Przy ścianie „biegały” miniaturowe, skatowane śrutem zwierzątka. Nick mógł oddać pięć strzałów. Oczywiście skorzystał z tego przywileju, ale nie udało mu się trafić ani razu. - Byłeś blisko, Nick. – pocieszyła go Lydia. - Chciałem ci wygrać tego misia pandę. – pożalił się Nick. - Może następnym razem. – powiedziała Lydia, wzięła go pod rękę i poprowadziła dalej. Tymczasem Jason został na strzelnicy i dał naciągaczowi dwa bileciki. - To będzie dziesięć strzałów. – poinformował go naciągacz. Jason bez słowa zaczął strzelać. Kaczki, pumy, myszki padały jedna po drugiej. Gdy został mu jeden strzał, wybrał najtrudniejszy cel: małą czerwoną tarczę, której najwidoczniej nie dosięgną żaden strzał, przymocowanej do platformy, na której stała gumowa kaczuszka, a pod nią mały basenik z wodą. Jason wycelował, strzelił i trafił. Gumowa kaczuszka wpadła do wody. - Kim pan u diaska jest? – spytał wyraźnie podirytowany naciągacz. - Agentem CIA. Naciągacz wyraźnie się zdenerwował. Podniósł głos i zaczął wytwarzać niewyobrażalną ilość śliny. - Mógłbym dostać tą pandę? – spytał w końcu Jason. - Nie widzi pan tabliczki? Policjantom nagrody nie przyznajemy! – przeczytał na głos naciągacz. - Ale ja nie jestem policjantem. – zauważył Jason. - Wynoś się pan. Jason uśmiechnął się pod nosem, ale grzecznie odszedł. Dogonił swoich przyjaciół i zwiedzał dalej. Więc byli naciągani, przegrywali i ani razu nic nie wygrali, zjedli po hot dogu, starali się dobrze bawić, ale wszystko było jakieś sztuczne. Nawet Lydia to zauważyła. - Jason co ty taki…? – próbowała zagadać. - No jaki? - Nie wiem. – westchnęła. – Znużony? To chyba odpowiednie słowo. Co w pracy? - A. Po prostu zabijanie. – Lydia nie wiedziała, że Jason pracuje w CIA i uznała te stwierdzenie, za cytat z pierwszej części Strasznego Filmu. - Co powiecie na gabinet luster? – zawołała nagle radośnie. – Kiedyś to lubiliście. Nastrój Jasona chyba się udzielał, bo i Mark i Nick nie byli już tak do wszystkiego dobrze nastawieni jak na początku, ale cała trójka dała się wyciągnąć do gabinetu luster. Dopiero, gdy się pod nim znaleźli Jason zauważył, że w miasteczku nie ma odpowiadającego mu ruchu.. Nie było prawie żadnej młodzieży, a co dopiero grup złożonych z wielkich mięśniaków i ich głupich towarzyszek. Nikt się nie śmiał, nikt nie jadł waty cukrowej, rodzice nie kupowali małym dziewczynkom baloników, a małe dziewczynki nie puszczały je w przestrzeń, by napełnione helem odleciały w siną dal. Lunapark nie świecił pustkami, ale każdy kto postanowił tu przyjść wydawał się… znużony. Lydia trafnie dobrała słowo, ale nie było one przypisane jedynie Jasonowi. Pary siedziały na ławkach, ale nie trzymały się za ręce lub całowały. Po prostu siedzieli. Rodziny przysiadywały przy barach w ogródkach, ale nic nie zamawiały. Dorośli próbowali rozmawiać, a dzieci, zamiast biegać dookoła dorosłych i „strzelać” do siebie z plastikowej broni na wodę, opierały głowy na przedramionach i drzemały. Nawet ujadające psy, które zawsze sępiły na kawałek kebabu czy hot doga, dziś leżały spokojnie w jakiś kątach. Może coś wisi w powietrzu – pomyślał Jason – a może to coś poważniejszego. Z zadumy wyrwała go Lydia, która wymierzyła mu cios w ramię, silny jak na dziewczynę. - Słyszałeś? – spytała. - Co takiego? – Jason nie pamiętał, by coś do niego mówiła. - Jest teraz jakaś awaria w gabinecie. Zapraszają za piętnaście minut. - Awaria? – chciał się upewnić Jason, – W gabinecie luster? Co tam mogło nawalić? - Może ktoś zrobił żart i powstawiał normalne lustra, zamiast tych… no… zniekształcających. – zaproponował Mark. - Cóż to mógł być za dowcipniś? – spytał retorycznie Nick. – To co? Diabelski młyn? - Czemu nie? – uśmiechnęła się Lydia, ale już nie wołała tak radośnie jak przedtem. Poszli, więc pod diabelski młyn. Po drodze minęli samochodziki, którymi należy zazwyczaj robić niewyobrażalne kraksy. Jasona zatkało na tyle, że musiał się zatrzymać przy tej atrakcji. W trasie były tylko dwa samochody, które stały na środku toru, stykając się przednimi zderzakami. W środku każdego z nich siedziało dwóch mężczyzn. Obaj mieli oparte głowy o kierownice i wyglądało na to, że są nieprzytomni. - Chyba jeździli po pijaku. – zaczepił Jasona Mark, który właśnie do niego dołączył. Pewnie zauważył, że Jason odłączył się od paczki i chciał sprawdzić co tak przykuło jego uwagę. – Zostaw. – złapał go za ramię. – Zapomnij przez chwilę, że jesteś z CIA i przestań węszyć kłopoty. Właśnie przez te twoje przewrażliwienie i wściubianie nosa w nie swoje sprawy zawiesili cię w służbie. – Mark oczywiście wiedział, czym się zajmuje jego najlepszy przyjaciel. Nie był tym zachwycony, ale jakoś w końcu przełknął, że ma kupla agenta. - Nie zawiesili tylko zaproponowali bezpłatny urlop. Jestem zbyt ważny by móc mnie od tak odsunąć od wszystkiego. Podobno potrzebuję odpoczynku. - Jason spójrz na siebie. Ty nie potrafisz odpoczywać. - Za to oni tak. – uśmiechnął się Jason, wskazując dwóch mężczyzn w samochodzikach. – Chodźmy pod ten młyn. Jason Nash znał Marka Mallowa praktycznie od podstawówki. Zawsze byli najlepszymi kumplami. Mieli zupełnie inne poglądy na świat i zainteresowania, ale w ich przyjaźni chodziło o uzupełnianie się. Nigdy się nie pokłócili na poważnie. Jason od dziecka miał talent do pakowania się w kłopoty, ale zawsze wychodził z nich obronnych ręką, głównie dzięki Mark’owi, któremu lepiej wychodziło kłamanie niż mówienie prawdy. Nigdy nikt do końca nie wiedział czy Mark mówi w danej chwili na poważnie czy sobie żartuje, tak jest aż do dziś. Jason zatem został agentem CIA, a Mark prokuratorem. Nie chciał zostawać adwokatem, bo uznał, że to by było nie fair w stosunku do Jasona, który naraża życie, by wsadzić jakiegoś drania, tylko po to by jakiś adwokat, któremu obiecano ogromne wynagrodzenie, pomagał ich wypuszczać na wolność. Dlatego też wybrał zawód prokuratora, który w pewien sposób pomaga Jasonowi – ubezpiecza tyły. Gdy Mark wręczył bilet nieogolonemu mężczyźnie w workowatych spodniach i koszuli w czerwone kropki Nick i Lydia już byli na swoich miejscach. Jason usiadł z Markiem i bez słowa zamknął drzwiczki. Gdy młyn ruszył, znów zaczął mówić. - Nick i Lydia są parą? – spytał. - Nie. – odpowiedział natychmiast Mark. – Nick ma chyba jakieś załamanie nerwowe, zaczął chodzić do psychiatry i brać jakieś leki. Lydia jedynie martwi się o niego. Sama też nie jest w najlepszym stanie. Odkąd zmarła jej matka zrobiła się strasznie troskliwa. - Ale się porobiło. – westchnął Jason. – Jeszcze rok temu skakaliśmy razem na nartach z urwisk, piliśmy grzańca, braliśmy kąpiele w jacuzzi. - Teraz nie potrafimy nawet dobrze się bawić w lunaparku. – dokończył Mark. - Jak myślisz co nas tak poróżniło? – spytał Jason, ale Mark nie zdążył odpowiedzieć, bo młyn raptownie się zatrzymał. – Co jest?! Jason próbował dojrzeć co się stało. Zobaczył, że mężczyzna w koszuli w czerwone kropki gdzieś zniknął. Właściwie to nie było nikogo przy młynie. Wyglądało na to, że utknęli. Mark wyciągnął ze swojej torby przewieszonej przez ramię dwa piwa. Jedno podał kumplowi, drugie zostawił sobie. - Za stare dobre czasy. – wzniósł butelkę. Najwidoczniej wcale się nie przejął awarią. - Taak. – powiedział Jason i trochę wypił, ale jemu coś tu nie pasowało. – Chyba wszystko się wali w tym miasteczku. Zauważyłeś jak mało jest tu osób? - Dziwisz się? Nie ma sezonu. – Mark wzruszył ramionami. - Kto rozbija wesołe miasteczko, gdy nie ma sezonu? – Jason nie dawał za wygraną. - Nie zaczynaj. - Nick! Lydia! Wszystko w porządku?! – zawołał Jason. - Tak!!! – usłyszał głos Lydii. – Zawsze marzyłam, by młyn zaciął się w ten sposób!!! Przynajmniej można przez dłuższy czas podziwiać widoki!!! - To sobie podziwiaj!!! – krzyknął Mark. – My tu pracujemy na porannego kaca!!! - Nie wypadnijcie nam tylko!!! – zawołał Nick. - Lydia ma pecha. – Jason zwrócił się już do Marka. - Dlaczego? - Spójrz jaka mgła nadchodzi. Nie zapowiada się na podziwiane widoków. – Jason pociągnął łyk z butelki. Mgła była tak gęsta, że Jason nie widział Marka, który siedział naprzeciwko i vice versa. Wspominali stare czasy, mówili o wpadkach gwiazd, Jason nawet pokusił się o uchybienie rąbka tajemnicy jednej z jego ostatniej misji, a Mark opowiedział mu ze szczegółami najśmieszniejszą rozprawę w jakiej kiedykolwiek brał udział. Właściwie to gdyby nie głosy, nie wiedzieli by pewnie o swojej obecności, to im dodawało otuchy. - Widziałeś film Mgła? – spytał Mark. - Nie. Dobrze się kończy? - No tak średnio. Wydaje mi się, że nie. - To niedobrze. Ludziom potrzebne są teraz filmy, które dobrze się kończą. - Film został zrealizowany na podstawie książki. – przypomniał sobie nagle Mark. Nie wiedział, dlaczego to powiedział. - Ta zasada książek też się tyczy. – powiedział Jason i po chwili dodał – Mgła chyba zaczyna opadać. - Co ty! Film nadal jest na topie. Widziałeś oceny krytyków? - Nie film. Tylko ta mgła. Nasza mgła. – zirytował się Jason. - A! I całe szczęście. Zaczyna się robić zimno. Wiesz, że siedzimy już tu dwadzieścia minut? – Mark zaczął się niepokoić. – Może powinniśmy gdzieś zadzwonić? Jason udał, że nie słyszał pytania. - Nick! Lydia! – zawołał. – Żyjecie? Nikt nie odpowiedział, więc krzyknął jeszcze raz. Gdy mgła już trochę opadła i Jason mógł znowu zobaczyć Marka, odkrył, że na jego twarzy już w pełni maluje się niepokój. Mark mechanicznie rozejrzał się dookoła. Byli w najwyższym punkcie diabelskiego młyna, a na dodatek tylko oni byli odsłonięci przez mgłę. Tak jakby byli na niebiańskiej huśtawce. Chociaż to nie był raj. Było ciemno i zimno. A oni tu utknęli. - Czy jest tu ktokolwiek?! – zawołał Mark. - Na pewno nie na młynie. – powiedział Jason. – Tylko nasza czwórka wsiadła na tą kupę złomu. Mgła zaraz całkowicie opadnie. Wtedy zejdziemy na dół. - Jak? - Po tym rusztowaniu. Już to kiedyś robiłem. Nie jest to takie trudne jak się wydaje. Mark niespokojnie się wiercił. Wołał jeszcze Lydię i Nicka, ale gdy mgła pozwoliła im zobaczyć ich huśtawkę i ich brak, zaprzestał wołań. Czekali jeszcze pięć minut. Później postanowili już zejść, chociaż widoczność nie była jeszcze najlepsza. Jason wyszedł z huśtawki pierwszy. Złapał się pewnie i zaczął powoli schodzić, zwinny jak zwykle. - Wiedziałem, że nie warto było zrywać mi się z wf – u. – jęknął Mar i sam wygramolił się z huśtawki. Rusztowanie było śliskie, więc należało schodzić ostrożnie, jednak Jason poczuł przypływ adrenaliny i odpływ znużenia. Zaczął skakać, zwisać i robić sztuczki. Mark patrzył na to z przerażeniem, próbując jedynie dostać się na ziemie, w jednym kawałku, gdy nagle z kieszeni kurtki wypadła mu komórka, która poszybowała w dół i rozbiła się o twardą ziemię. Gdy obaj znaleźli się już bezpiecznie na dole, Mark zaczął zbierać resztki telefonu, ale w końcu dał sobie spokój, natomiast Jason był Bardzo podekscytowany. - Spójrz Mark. – powiedział. – Jesteśmy tu sami. – Mógł śmiało to powiedzieć, bo widoczność była taka sama jak przed wejściem na diabelski młyn. - Czego tak się cieszysz? – łypnął Mark. – Może powinniśmy poszukać Lydii i Nicka? - Tak. – powiedział szybko Jason, ale po chwili dodał. – To niesamowite, że w przeciągu dwudziestu minut, wszyscy poznikali. - Niczym z filmu Mgła. – Mark wstał. - Ale w filmie, nikt nie zamykał stoisk przed ucieczką, nikt nie sprzątał, nie gasił świateł. – zauważył Jason. - Jednak widziałeś ten film. - Nie. Widziałem zwiastun. Lepiej poszukajmy Nicka i Lydię. – powiedział Jason i zaczął iść przed siebie. - Dopiero co to mówiłem. – zirytował się Mark i poszedł za nim. W tamtej chwili wesołe miasteczko wcale nie wydawało się wesołe. Wszystko wyglądało tak jakby je po prostu zamknęli, ale Jason, Mark, Nick i Lydia przyszli około 18.00 i zanim poszli na młyn minęło jakieś pól godziny. Wydawało się mało prawdopodobne by o tak wczesnej godzinie zwijali interes. Chyba, że wydarzyło się tu coś złego, ale po co po sobie sprzątać. Tragedie i katastrofy mają to do siebie, że są nagłe i wszyscy rzucają wszystko by się ratować. Jason miał rację. Cokolwiek tu się wydarzyło było zaplanowane. Mark próbował sobie przypomnieć czy słyszał coś podejrzanego, gdy znajdował się jeszcze z Jasonem na młynie – bezskutecznie. Pamiętał za to, że gdy schodzili w dół to robili mnóstwo hałasu. W jaki sposób Lydia i Nick mogli się stamtąd wydostać, nie zwracając na siebie żadnej uwagi. Raczej nie mieli spadochronów i nie wyskoczyli. Mark próbował znaleźć wyjaśnienie na tą zagadkę, ale dał sobie spokój, gdy zaczął wyobrażać sobie ultra cichy helikopter i zamaskowanych ludzi porywających Nicka i Lydię. Ale po co ktoś miałby ich porywać? Spojrzał na Jasona. A może to jego wrogowie ich porwali po to by go później szantażować. Mark wyobraził sobie jak uzbrojony Jason odbija Nicka i Lydię z jakiejś dobrze strzeżonej willi. Zabija setkę ludzi i wychodzi z tego wszystkiego cały niczym Sylwester Stalone. Westchnął. Za daleko się posunął. To pewnie piwo uderzyło im do głowy i nie słyszeli jak schodzili. Pewnie czają się gdzieś za rogiem by wyskoczyć i ich nastraszyć, a następnie poklepać po plecach i mówić: ale mieliście pietra! Jednak nikt zza nie wyskoczył i Mark zrównał się z Jasonem. - Jak możesz być taki spokojny? – spytał go Mark. - Tak mnie wyszkolono. - Tylko nie traktuj tego zbiegu niefortunnych zdarzeń jak jakieś twojej kolejnej misji. – uprzedził go Mark. - Dlaczego? – spytał się Jason, nie zatrzymując się i nie przestając się rozglądać. - Dlatego, że to tylko zbieg niefortunnych zdarzeń! – Mark nie mógł wymyślić lepszego argumentu. – Pomyśl o tym jak o niewinnej przygodzie. - Nie gadaj głupot, Mark. Tylko wypatruj jakiś śladów. - Oczywiście, Sherlocku. – zadrwił Mark. – O patrz to tutaj Nick próbował pandę. - Nie on jeden.- mruknął Jason. Nie był już taki podekscytowany, nie był też znużony, ale doskonale czuł się w rolę agenta CIA. Wpadł jakby w trans. Utożsamił się z otaczającym go mrokiem. Zerknął na budkę, w której znajdowały się skatowane śrutem zwierzątka. Teraz nie mógł ich zobaczyć, bo ktoś zamknął okiennice, na których znajdowała się mała kłódeczka. - Co mówiłeś? – spytał Mark. - Brama jest zamknięta. – Jason się przytrzymał. Niestety to była prawda. Brama główna, przez którą wszyscy wchodzą do lunaparku była zamknięta na cztery spusty. Właściwie to była skuta łańcuchem z wielka kłódką. - Możemy przejść górą. – zauważył Mark. - Nie bez Nicka i Lydii. - Racja. Ale gdzie mamy ich szukać? W informacji? – spytał Mark i nagle jęknął z bólu. Pośladek zapiekł go żywym ogniem. Jason złapał go za kurtkę i spróbował zaciągnąć go za róg. Świsnęło w powietrzu i Mark znowu zawył z bólu. Tym razem oberwał w brzuch. - Chryste Jason. Chyba z tego nie wyjdę… - jęczał Mark. - Pokaż mi to szybko. – rozkazał kolega. Mark podwinął koszulkę, ale nie miał odwagi spojrzeć. Koszulka nie była przesiąknięta krwią, ale i tak się bał. Zacisnął powieki. Jason szybko wyciągnął scyzoryk i go otworzył, później Mark znowu jęknął, ale było to raczej podirytowane” auaa! niż jęki kogoś kto dogorywa. Mark otworzył oczy i spojrzał na dłoń, którą trzymał przed nim Jason. Znajdował się na niej kawałek ołowianego śrutu. - O! – zdziwił się Mark. –Wygląda na to, że będę żył. - Ktoś strzelał do nas z wiatrówki. Pewnie z tej samej co jest na strzelnicy. – powiedział spokojnie Jason i wyjrzał zza rogu. - Słuchaj dostałem też w … - zaczął Mark, ale Jason mu przerwał. - Sam to sobie wyjmij. Nie będę grzebał ci w … ehmm. Masz tu scyzoryk. – Jason rzucił mu nóż i wybiegł przygarbiony zza rogu. Nie bał się śrutu, ale jeśli ktoś naprawdę chce im zrobić krzywdę w końcu dopnie swego, chyba że obaj zachowają niezwykłą ostrożność. Jason zrobił mały rekonesans i gdy upewnił się, że napastnik nigdzie nie czai się z wiatrówką zawołał Marka, który szybko wyszedł zza rogu lekko kulejąc. - Nie symuluj. – rzucił Jason. - Przepraszam, ale nie jestem przyzwyczajony obrywać z broni palnej. – odgryzł się Mark. - Jakiej tam palnej. To była zwykła wiatrówka… - Pewnie z tej samej co jest na strzelnicy. – papugował Jasona Mark. Skąd ta pewność? Jason wskazał budkę, w której znajdowała się strzelnica. Okiennice nie były już zamknięte na małą kłódeczkę, ale otwarte na oścież. - Jak ktoś mógł przejść obok nas niezauważony?- zdziwił się Mark. Jason oparł się o blat i zajrzał do środka. Nikogo tam nie było, ale jaskrawe światło z pojedynczej żarówki zwisającej na kablu oświetliło coś czego…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil rzemyk
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…