Zresocjalizowany Demon 3z3
Gdy starzec przekroczył próg pokoju, jego oczom ukazał się przerażający widok. Nagie naprężone ciało dziewczyny lewitowało pod sufitem. Jej ciało było posiniaczone i zakrwawione.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
- Błagam, niech pan wzywa profesora Nobillusa! – Kowlew krzyczał w podnieceniu, wbiegając do salonu. Jaskólski wstał niemrawo z fotela i uścisnął dłoń gospodarza. Z jego twarzy biło znudzenie i lekkie zdziwienie zachowaniem oficera. - Witam, Iwanie Władimirowiczu – odparł spokojnie. - Na Boga, drogi przyjacielu, Pawle Andrejewiczu – Kowlew wpadł w histeryczny ton. – Niech pan nie traci chwili, nie mamy czasu. Niech pan wezwie profesora. - Doktora – poprawił go Jaskólski. – Mój przyjaciel, niestety przez zawiść kolegów naukowców, nie otrzymał tego tytułu. Jest tylko doktorem. Naukowcy w większości to zwyczajni ludzie, tacy jak my, zawiść nie jest im obca – tłumaczył, udając, że nie widzi wzburzenia oficera. Jednak, gdy kątem oka dostrzegł, że żołnierz chce powiedzieć coś co może popsuć na zawsze ich relacje, a raczej ukazać, jak niewiele znaczy Jaskólski, wytoczył działa. - Doktor powinien być pojutrze. Kowlew przełknął powietrze. - Proszę mi wybaczyć, Iwanie Władimirowiczu, ale kiedy widziałem, jak bardzo cierpi pańska jedynaczka, gdy dostrzegłem bezradność w oczach i ruchach tego małomiasteczkowego felczera, nie ujmując mu umiejętności... . Znam ja takich ludzi, radzą sobie z przeziębieniem, ale poważniejsza choroba odbiera im zapał, przerasta ich. Widząc te wszystkie niepokojące oznaki, pozwoliłem sobie bez pana zgody i wiedzy, zaprosić doktora. Pomyślałem, ach cóż, zaryzykuję gniew mojego szanownego gospodarza, bo zdrowie jego córki jest zbyt ważne, by zwlekać dzień dłużej. - Jest pan aniołem, Pawle Andrejewiczu. – Kowlew schwycił mocno w ramiona Jaskólskiego. Ściskał go, aż ten nie dał wyraźnie do zrozumienia, że brak mu tchu.
Lawi przyglądał się tej rozmowie, usadowiony na grubej gałęzi lipy, stojącej za oknem salonu. Co za doktor, myślał? Jakiś wybitny lekarz, a może egzorcysta albo ksiądz? Machnął na to ręką, czekał go wyjazd i znacznie ciekawsze zadania. Jeszcze tylko tydzień, może kilka dni więcej i wreszcie wyrwie się z tej marnej wioski.
Wysoki, mocno zbudowany mężczyzna powoli wygramolił się z powozu. Chodził dość ociężale, ale można było dostrzec w nim wiele siły. Długie, zmierzwione, kruczoczarne włosy zdobiły nitki siwizny. Woźnica zdjął bagaże, które odebrał służący Kowlewa. Pierwszy podszedł do gościa Jaskólski. Objęli się niezbyt serdecznie, a Paweł Andrejwicz coś szepnął do ucha przybysza. - Doktor Abraham Nobillus - Jaskólski przedstawił przyjaciela Kowlewowi. - Wielki uczony, specjalista w niezliczonych dziedzinach. Oficer entuzjastycznie potrząsął ręką gościa.
Weszli do środka, Kowlew cały czas nerwowo biegał wokół Abrahama. Nobillus nie zwracał na to szczególnej uwagi, uradowany Jaskólski udawał obojętność. Doktor bez zbędnych ceregieli zwrócił się do Kowlewa. - Panie pułkowniku, chciałbym się rozpakować i niezwłocznie obejrzeć pańską córkę. Z listu, który otrzymałem od Pawła Andrejwicza wnioskuję, że to dość poważny przypadek, nie jest wskazane zbyt długie odwlekanie badania. - Tak, oczywiście panie doktorze, zaraz zawołam Józka, zaprowadzi szanownego pana na górę, a kiedy będzie pan gotów, pójdziemy do mojej kochanej córeczki. – Łza zakręciła się w oku Kowlewa.
Nobillus klęknął przed łóżkiem Wassy, wykonał jakiś nieznany Kowlewowi gest i wyjął z kieszeni naszyjnik, przypominający różaniec. Koraliki jednak wyobrażały różne kształty, których ani Kowlew, ani Jaskólski nie rozpoznali. Miast krzyża, magiczny różaniec posiadał medalik z dziwnym znakiem. Kowlew w młodości odwiedził wschodnie obrzeża Rosji i znak ów zaklasyfikował jako japońską literę, lecz w duchu przyznał, że mogłoby to być cokolwiek. Nobillus zaczął recytować w niezrozumiałym języku. Oficerowi zdawało się, że to hebrajski, ale nie miał pewności, a bał się zapytać, bo doktor zrobił na nim piorunujące wrażenie. Spodziewał się typowego naukowca, naukowiec zaś, mimo tego, że wzbudzał szacunek należny wybitnym umysłom, miał w sobie także coś z mistyka. Dało się odczuć, że ten geniusz w swoim życiu stykał się ze zjawiskami niepojętymi dla zwykłych śmiertelników.
Trwało to kilkanaście minut. Nagle Wassa skamieniała, przeszły ją dreszcze i raptownie usiadła na łóżku. Oniemiała, patrzyła dookoła. - Gdzie ja jestem? - zapytała półprzytomna. Iwan Władimirowicz padł na kolana przed łóżkiem i ścisnął dłonie córki. Do oczu napłynęły mu łzy. - Wassa, moje słońce – szeptał z miłością. - Jesteś w domu, w swoim łóżku. Nic ci nie będzie, ojciec jest z tobą. Uśmiechnęła się. - Tato, jestem tak zmęczona – odpowiedziała. Kowlew mimowolnie spojrzał na Nobillusa. Ten tylko kiwnął głową. - Powinniśmy wyjść, doktorze? - zapytał oficer. - Tak - odparł krótko mistyk. - Dziewczyna musi odpocząć, do tej pory, mimo ciągłego snu, nie regenerowała sił witalnych. Prześpi się kilka godzin i będzie z nią lepiej.
Gdy wyszli z pokoju, Kowlew nie ukrywał radości. - Jak panu dziękować, doktorze!? Abraham obdarzył oficera ciepłym spojrzeniem. - Proszę poczekać z podziękowaniami, Iwanie Władimirowiczu, jeszcze nie zakończyliśmy leczenia. Ale wszystko jest na dobrej drodze. Jaskólski nie spodziewał się, że Nobillus będzie tak skuteczny. Wierzył szczerze w umiejętności swojego przyjaciela, mimo to miał obawy. Teraz był już spokojny liczył, że uszczknie co nieco z sukcesu Abrahama.
Gdy Nobillus wymówił prastare egipskie zaklęcie, odpędzające demony, Lawi poczuł ukłucie w sercu. Nie było bardzo mocne, ale bolało. Zaklął w złości. Szybko domyślił się, że zapowiadany gość nie jest całkowitym dyletantem w swojej dziedzinie. Skoczył na równe nogi, pełen wściekłości i zapału. - Zachciało wam się egzorcyzmów, chcecie walczyć z demonem? - mówił do siebie. - Dam wam szansę i zapamiętacie tę noc do końca życia. Pędził przez rozgwieżdżone niebo, szybko niczym strzała. Jego oczy płonęły żywym ogniem. Pragnął konfrontacji. Gdy z oddali dostrzegł dworek, dał ogromnego susa i po chwili znalazł się w salonie Kowlewa.
Na miejscu zarezerwowanym do tej pory dla gospodarza, wygodnie rozsiadł się Nobillus, oficer krążył pełen napięcia i podniecenia, Jaskólski siedział w rogu na krześle, z rozmarzeniem wpatrując się w szybę. Dyskutowali. Lawi przycupnął na wielkim żyrandolu, zwisającym z sufitu, aby posłuchać rozmowy ludzi, którzy postanowili mu się przeciwstawić. - Sądzę, że moc, która wywołała opętanie, została osłabiona – Nobillus tłumaczył Kowlewowi. - Nie znaczy to, że ją powstrzymaliśmy, ale widząc reakcję organizmu wnioskuję, że wszystko jest na dobrej drodze. - Jak długo to potrwa doktorze, czy powinienem spodziewać się poprawy lada dzień? Czy mogę się już cieszyć? – pytał uradowany ojciec. Jaskólski uśmiechnął się pod nosem. Jeszcze nie widział, aby Kowlew był tak uległy. Abraham sprawił się doskonale. - Kiedy rozpocznie pan następną część leczenia? – zaakcentował ostatnie słowo. - Świetnie pan to ujął, Iwanie Władimirowiczu, to istotnie leczenie. Tak, jak stwierdziłem wcześniej, panienka powinna wypocząć, wtedy przejdziemy do kolejnego etapu. Myślę, że pozbędziemy się ostatecznie owego zaburzenia energetycznego do jutra wieczór. Zostanę oczywiście kilka dni dłużej. Czasem bywają nawroty, ale ten przypadek przebiega dość łagodnie. Poradzimy sobie z nim bez większych problemów. - Co?! - wrzasnął Lawi, czerwony ze złości. - Nazywa mnie przypadkiem? Mężczyźni poczuli powiew wiatru. - Zauważyli panowie? Okno jest zamknięte, nigdy nie było takich przeciągów. To solidny polski dworek. Czy sądzą panowie, że to ta istota? – zdziwił się Kowlew. Abraham uśmiechnął się niczym nauczyciel, który usłyszał naiwne pytanie ucznia, chcącego jednak poszerzać swoją widzę. - Nie nazywałbym tego zjawiska istotą. To lekkie nadużycie. To rodzaj energii, w jakiś sposób świadomej, ale to nie jest niezależny byt. Raczej pasożyt, który dosyć silnie wpływa na umysł nosiciela. Nic bardziej wyjątkowego. Lawi oblał się purpurą. Tego było już za wiele. Jakiś germański konował nie będzie zaprzeczał istnieniu tak potężnego inkuba, w tak ironiczny sposób. Ten człowieczek jeszcze niewiele widział. Lawi da mu taką naukę, która z głowy wybije mu dalsze igranie z demonami. Opuścił się powoli z żyrandola, nie zwracał już uwagi na rozmawiających, spiął się w sobie i całą siłą woli skoczył na sufit przenikając go. Wdarł się do ciała Wassy. Mężczyźni usłyszeli huk. Ściany się zatrzęsły, z narożników posypał się tynk. Wszyscy raptownie wstali. Spojrzeli na siebie zdziwieni. Przez kilka sekund milczeli. - Czy to, czy to ta siła? - pierwszy odezwał się Kowlew. - Niewykluczone, ale może to po prostu trzęsienie ziemi – najspokojniej jak potrafił, wyjaśnił Abraham.
Jaskólski spojrzał na przyjaciela z ciekawością. Nie spodziewał się, że będą mieli do czynienia z prawdziwymi zjawiskami tego typu. Gdy po raz pierwszy poznał Nobillusa, był absolutnym sceptykiem. Abraham, człowiek ambitny, pozbawiony wszelkich skrupułów, dostrzegł w Pawle Jaskólskim bratnią duszę. Uwierzył, że ten młodzieniec może przydać się we wprowadzaniu w życie jego planów. A Abraham Nobillus pragnął tylko jednej rzeczy. Władzy. Wiedział, że może ją zdobyć jedynie znajdując wyznawców swojego geniuszu, którzy poddadzą się jego silnej woli. Będą mu ufać i w razie wszelkich zachcianek, służyć. A posiadał ogromną wiedzę. Nie znał strachu, nie miał godności ani honoru. Kłamał, zabijał, kradł i robił setki innych obrzydliwych rzeczy, aby zdobywać pieniądze i wpływy. Zwiedził wiele kontynentów, spotkał wybitne postacie i czytał tajne księgi, niedostępne dla zwykłych śmiertelników. Poznał kilkanaście języków i dziesiątki tajemnych symboli. Bo wiele złego można było powiedzieć o Nobillusie, lecz nikt, kto go znał, nie mógł zarzucić mu lenistwa. Mistyk odkrył przed młodym uczniem wiele tajemnic. Pokazał mu magiczne sztuczki, którymi można ogłupiać ludzi i zwierzęta, nauczył hipnozy, języka gestów. Odkrył także zjawiska niedostępne dla przeciętnych ludzi. Toteż Jaskólski, mimo wrodzonego sceptycyzmu i braku wiary, zmienił odrobinę swoje poglądy. Tym razem liczył, że mistrz za pomocą kilku zaklęć i psychologicznych…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Obłuda.T
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…