Wróć do katalogu

Zwiastun

Tajemniczy chłopiec... Wygląda na słabego, jednak stanowi zainteresowanie bardzo potężnych ludzi...

Kotlet, opublikowano , 27 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Tomek przebudził się. Zmarznięty. Przemoknięty. Co chwila jego ciało przechodziły dreszcze. Dookoła panował mrok. Wilgoć utrudniała oddychanie. Chłód dogłębnie przenikał ciało. Przez dziurawy dach bez problemu dostawała się woda. Leżał na stosie desek pochodzących prawdopodobnie ze starych skrzynek, których walało się wszędzie pełno. Złowroga cisza, przerywana była jedynie przez piski szczurów, które czasami przebiegały gdzieś wewnątrz budynku. Chłopak podniósł się. Każdy ruch sprawiał mu ból. Czuł, jak lód wypełnia mu żyły. Czuł jak igiełki mrozu wbijają mi się w płuca. Bolał go żołądek. Ledwo ruszał palcami. Spojrzał na dłonie. Całe zsiniałe, przemrożone. Całe zniszczone. Ciągle dzwoniło mu w uszach. Zrobił dwa kroki w kierunku wyjścia. Upadł na kolana. Poczuł coś ciepłego w okolicach brody. Dotknął palcem. Krew. Przeciął sobie wargę. Nie myślał o tym. Podnosił się. Powoli. Drętwiały mu nogi, przez plecy przechodziły dreszcze. Ciągle miał sucho w gardle. I pusto w żołądku. Jego uwaga skupiała się już tylko na zaspokojeniu głodu. Czuł jak budzi się w nim ktoś inny. Ktoś złowieszczy. Ktoś. Lub coś... * * * - Panie Strzebrzyński, będzie coś jeszcze z tego mojego kota? – mężczyzna w ciemnej skórzanej kurtce pyta się weterynarza. - Pański zwierzak nie pożyje już długo. A na myszy już na pewno nie będzie polował. U człowieka mógłbym stwierdzić szok związany z jakimś przeżyciem, ale to jest tylko zwierzak. - Niedobrze panie, oj niedobrze będzie, jak nie będzie komu myszy łapać. Rozpleniło się dziadostwo i syf będzie przenosić tylko. Ale niech mi pan powie co mogło spowodować coś takiego? - Mówię panu, że się pewnie zwierzak czegoś wystraszył. - Pewnie łasica, albo kuna jakaś, bydle pierońskie. - Nie, kot może walczyć z kuną, ale bać się nie będzie. Może kłaki z niego polecą, ale się nie podda, niech mi pan wierzy, wiele z nich tak kończy. - A szczury. U nas czasem to jak się we grupie zebrały to psa przepędzić mogły, a co dopiero kota. - Sądzę, że raczej to było coś innego. Może pański zwierzak zapuszczał się na ziemie Starkowicza. On, proszę pana, jakiś dziwak jest. Zawsze zresztą był taki dzikus i odludek. A teraz, proszę pana, jak się do miasta wyprowadził to dopiero się zrobił. Zostawił ziemię i magazyny, proszę pana, i pojechał. A na ziemi jego coś niedobrego, proszę pana, się działo. To nie jest dobre miejsce. Koty to wiedzą. - A co pan, panie opowiada? Pierdoły jakieś, czy co? Panie, ja muszę kota nowego znaleźć i to prędko, panie, bo mnie myszy pierońskie żywcem zeżrą. - Nie chce pan wierzyć, proszę pana, to nie, ale ja wiem co mówię. A kota mogę panu sprowadzić na piątek. Stoi? - Nie ma sprawy. * * * Chłopak ocknął się. Ciągle wszystko go bolało, ale już nie tak bardzo jak wczoraj. A może przedwczoraj. Nie pamiętał dokładnie. Wyciągnął rękę i chwycił się poręczy schodów. Podniósł się na niej z trudem. Stawy rwały okropnie. Kręciło mu się w głowie. Był przemarznięty. Przemoknięty. Obrazy zlewały się ze sobą. „To z głodu”- pomyślał. Rzeczywiście mogło tak być, trzy szczury zjedzone przez niego ostatniej nocy nie nasyciły go dostatecznie. Zrobił kilka kroków do wyjścia. Stawiał stopy bardzo niepewnie. Chwiał się co chwila. Musiał przytrzymywać się poręczy żeby utrzymać się na nogach. Każdy ruch powodował ogromny ból całego ciała. Udało się. Dotarł do drzwi. Nacisnął klamkę. Wyjście otworzyło się ze zgrzytem. Wyszedł na zewnątrz. Powoli zmierzchało. Słońce dawno schowane za chmurami znikało za linią horyzontu. Ciało Tomka przebiegł dreszcz. Było mu zimno. Wiał nieprzyjemny, przenikliwy wiatr. W powietrzu utrzymywała się wilgoć. Niedawno musiał padać deszcz. Chłopak nie wytrzymał. Upadł. Najpierw na kolana, a potem w kałużę. Nie podnosił się. Brudna woda zwilżyła mu usta. Łyknął jej trochę. Przełknął. Zaczął pić. Nie zwracał uwagi na brud, na podły smak lepkiej cieczy. Dla niego była życiem. Ratunkiem. Przebudzeniem. Mimo lekkiego pokrzepienia, wciąż słabł. Wciąż tracił siły. Wciąż umierał. Powieki robiły się coraz cięższe. Opadały. Nie miał już siły. Starał się wykorzystać resztkę energii, by się podnieść. Podniósł się odrobinę na rękach. Ból. Ciągle czuł ból. Ból, który paraliżował mu ciało. Tracił kontrolę nad sobą. Ręce rozjechały się. Padł nieprzytomny. Głową w kałużę. * * * Szczur przechodzący nieopodal był zły. Nie jadł od dość dawna i coraz rozpaczliwiej poszukiwał pożywienia. Przebierał bardzo szybko małymi nóżkami. Jego myśli cały czas krążyły wokół jedzenia. W pewnym momencie w jego nozdrza wbił się zapach człowieka. Biegł na oślep w jego kierunku. Zazwyczaj zostawiał ich w spokoju, jednak dziś nie zwracał uwagi na ewentualne niebezpieczeństwo. Chciał jeść. Dotarł do ręki swojej ofiary. Chciwie wbił ząbki w skórę człowieka. Chciał jeść. Jeść. I jeść. * * * Tomek przebudził się. Piekielny ból przeszywał jego dłoń. Mimo otwartych oczu niewiele widział. Jak przez mgłę. Jednak czuł. Czuł życie. Czuł jedzenie. Czuł krew. Zerwał się ostatkami sił i chwycił gryzonia zbyt zajętego zaspokajaniem głodu by cokolwiek wyczuć. Chłopak wbił zęby w zdobycz. Czuł jak wraca mu energia. Czuł jak wraca mu życie. Po odrobinie jedzenia chłopak miał dość sił by podnieść się na kolana. Spojrzał na swoje odbicie w kałuży. Przeszedł go dreszcz. Wyglądał jak wrak człowieka. Wychudzona twarz wyostrzyła jego rysy. Oczy ukazywały jedynie obłęd i głód. Jego blond włosy, niedawno ładne i uczesane, dziś potargane, przemoknięte i brudne. Wargi porozcinane przez zbyt długie kły. Na policzkach widniały sińce po uderzeniach. Jednak miał teraz inne zmartwienia. Musiał porządnie się nasycić, by móc pomyśleć co dalej. A to nie było takie proste. Na terenie starych magazynów nieopodal zabitej dechami wioski, której mieszkańcy bali się tego jak ognia i trzymali się z dala. Ostatnio przestały zaglądać tu nawet koty, a szczury musiały być porządnie głodne, by zjawić się w pobliżu. Tomek miał, więc nikłe szanse na przetrwanie. Powoli tracił nadzieję na cokolwiek... * * * - Gdzie jesteś cholero? – mężczyzna w skórzanej kurtce był wściekły. Szukał swojego nowego kota. Dał za niego kupę pieniędzy, a ten uciekł od razu. Podejrzewał, że jest w okolicy magazynów Starkowicza. Poprzedni też tam poszedł i wrócił strasznie dziwny. Mężczyzna nie miał ochoty kupować nowego zwierzaka. Doszedł do metalowej bramki odgradzającej magazyny od reszty świata. Była zamknięta na kłódkę. Była ona jednak tak pordzewiała, że porządny kopniak rozłupał ją na kawałki. Otworzył drzwi. * * * Niedaleko Tomka przebiegł młody czarny kot. Przyczaił się pod ścianą i zaczął patrzeć na chłopaka. Ten spojrzał na zwierzaka. Ich oczy spotkały się. Czworonóg nastroszył sierść. Powoli zaczął się wycofywać. Tomek wiedział, że nie da rady go złapać. Nie w swoim stanie. Coś zgrzytnęło za magazynem. Chłopak usłyszał pisk otwieranej bramy. Wiedział, że to mógł być tylko człowiek. Uśmiechnął się. Cofnął się do wejścia magazynu. I czekał. Nie zwracał uwagi na ból. Teraz liczyła się tylko ofiara. Wstrzymał oddech. Wyraźnie słyszał kroki. Ludzkie kroki. Pojawiła się nadzieja. Zza rogu wyszedł starszy mężczyzna. Ciągle mówił coś pod nosem i klął na czym świat stoi. Popatrzył na swojego kota i wrzasnął na niego. Zwierzę próbowało się cofnąć. Za nim była jednak tylko ściana. Człowiek wrzasnął znowu. Krzyk zagłuszył delikatne kroki Tomka. Chłopak już czuł ciepło ciała. Czuł ciepło krwi. Załatwił to szybko. Jednym ciosem w kark pozbawił mężczyznę przytomności. Pozwolił mu oprzeć się o siebie i wbił kły w szyję człowieka... * * * Szedł. Bez celu. Bez przyszłości. Bez planów. Bez niczego. Czuł pustkę w sobie. Pustkę w duszy. Dusza. Czy miał jeszcze w sobie coś takiego? Dostał wszystko czego tak pragnął. Jednak to nie było to. To nie było to, czego pragnął. Nie było to, co sobie wymarzył. Nie było, mimo że wszystkie jego życzenia zostały spełnione. Teraz nie mógł pojąć dlaczego to zrobił. To kończące się życie zmusiło go do rozpaczliwej decyzji. Miesiąc. To było jak wyrok. Chłopak pamiętał minę lekarza, kiedy mu to mówił. Miał łzy w oczach. Łzy i żal. Głos mu się trząsł. A teraz. Może lepiej było umrzeć niż tak żyć. Gdyby dostał jeszcze jedną szansę. Może byłoby inaczej. Może lepiej. Może. Z leśnej drogi wyszedł na ulicę. Z ulicy do miasta. Nie zauważył. Nie obchodziło go to. Chciał tylko zapomnieć. O sobie. O tym, co trzyma w środku. O wszystkim. * * * Siedział już tydzień w tym mieście. W brudnym, śmierdzącym, głośnym, zatłoczonym mieście. Nie miał co ze sobą zrobić. Włóczył się bez celu po zaułkach i spokojniejszych ulicach. Był sam. Kiedy ludzie przechodzili obok niego odwracali głowy. Na jego widok uśmiechy znikały z ich twarzy. Nawet zwierzęta trzymały się z dala od niego. Dzieci uciekały, jak tylko mogły. Jednak od kilku dni czuł się obserwowany. Wydawało się, że cały świat spiskuje przeciwko niemu. Widział jakieś sylwetki uciekające w zaułki lub znikające gdzieś w ciemnościach. Był zły. Samotny i zły. I zaczynał być głodny... * * * Zauważył ją późnym wieczorem w parku. Uśmiechnął się. Wyglądała na łatwą zdobycz. Młoda, słaba zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Do tego, taka krew powinna nasycić go na dłużej. Pożywienie powinno ostatecznie zagoić jego rany. Biegł do niej. Ledwo dotykał stopami ziemi. Nic nie usłyszała. Złapał ją za twarz. Drugą ręką objął ją przez brzuch i mocno chwycił. Była już jego. Wbił zęby w szyję. Czekał na ciepły, przyjemny płyn. Już czuł jego smak. W kilka chwil znalazł się na ziemi. Oberwał w dwa miejsca jednocześnie, w rękę i w czoło. Ciosy zadane były prawdopodobnie metalowymi rurkami. Musiał dostać z ogromną siłą, gdyż stracił czucie w prawej dłoni i stracił orientację o tym co się dzieje dookoła. Nie widział kto go bił ani ilu było napastników, ale obrywał mocno. Kopali go i uderzali rurkami. Powoli tracił czucie kolejno we wszystkich kończynach, aż w końcu stracił przytomność. Ostatnim co pamiętał było coś zimnego i ostrego wbijającego się w udo. * * * Obudził się. Czuł ból w wielu miejscach na ciele. Próbował otworzyć oczy. Udało mu się lekko dźwignąć powieki. Ciągle mrugał. Widział jak przez mgłę. Obok niego siedziała jakaś postać. Tomek nie był jednak w stanie ocenić kim była. - Wreszcie wstałeś. – męski głos był ściszony, przechodził w szept. Nie był w stanie wypowiedzieć niczego. Oczy kleiły mu się coraz bardziej... * * * Jest w magazynie. Stoi na środku wyrysowanego na podłodze pentagramu. Najmniejsza z postaci, Onthargia, śpiewa cicho. Chłopak czuje, jak dookoła gromadzi się energia. Energia nieprzyjazna. Kumulująca w sobie tajemnicze zło. Czuje jak przenika go, jak z każdą minutą wchłania jej coraz więcej. Dziewczyna podnosi kielich z podłogi. Wyjmuje mały, srebrny nożyk z kieszeni. Nacina sobie palca. Na jej twarzy nie widać żadnych emocji, ale w oczach schowany jest ból. Ból od srebra. Krople krwi kapią do kielicha. Słychać krople dudniące o dach magazynu. Wiatr wlewa zimne powietrze do środka. Ale ich to nie rusza. Nie czują wiatru, zimna. Nie czują nic. Kielich przechodzi z rąk do rąk i stopniowo wypełnia się krwią. Chłopaka przechodzą ciarki. Boi się. Rozgląda się nerwowo na boki. Pełne naczynie wraca do kapłanki. Pochodzi do Tomka. Klęka na kolano. - Pij. – mówi, głosem łagodnym, spokojnym. Chłopak przechyla puchar. Pije. Napój jest zimny, cierpki, okropny. Zimno dochodzi do wszystkich części ciała, mrozi je. Gdzieś niedaleko uderza piorun. Coraz większe krople uderzają o dach. - Posłuchaj człowieku. – głos kapłanki rozbrzmiewa po całym magazynie. – Skosztowałeś krwi ofiarowanej przez sześciu z nas. Rytuał dobiega końca. Musisz zapolować, a transformacja dobiegnie końca. Krew ludzka jest ostatnim czego potrzebujesz, by stać się nowym członkiem bractwa... Nie kończy. Wrota rozwierają się gwałtownie. Podmuchy wiatru przewracają stare, przegnite skrzynie. Słychać wyraźniej grzmoty, walące raz po razie. Ściana deszczu całkowicie zasłania widok. Do środka wchodzi ludzka postać. Chłopak rozpoznaje w nim Strażnika Klanu jeszcze przed chwilą chroniącego ich budynek. Postać zatacza się. Pada. Z pleców sterczą jej dwie strzały. Słychać kroki. Powolne i spokojne. Jak nienawiść. Jak śmierć. Przez strugę deszczu widać jedynie sylwetkę wysokiego, postawnego mężczyzny. Wyciąga rękę przed siebie. Coś w niej trzyma. Szczęk. Świst. Bełt wbija się idealnie w środek szyi jednego z kultystów. Mężczyzna ciągle przybliża się. - Revati! Ślepy Łowca! – krzyczy kapłanka.- Zatłukę cię! Zabiję! Wampirzyca biegnie na niego. Dwójka kultystów robi to samo. Chłopak stoi bez ruchu. Gdzieś w pobliżu uderza piorun. Jeden z biegnących przewraca się. W jego sercu tkwi nóż. Szczęk. Świst. Kolejny pocisk powala następnego z członków bractwa. Onthargia zatrzymuje się niepewna. Ogląda się na boki. Wiatr odrywa fragmenty dachu. Strugi deszczu wlewają się do środka. Piorun oświetla na moment łowcę. Stoi dumnie otulony czarnym płaszczem spod którego widać dwie pochwy na noże. Jego twarz wygląda na bardzo zniszczoną przez życie. Paskudnie poparzone usta wyglądają mniej upiornie niż chusta zasłaniająca mu oczy. Revati uśmiecha się. Paskudnie. Złowieszczo. Strasznie. Onthargia zamiera z przerażenia. Zdaje sobie sprawę, że łowca nie ma noży w obu pochwach, podczas gdy zużył tylko jednego. Ale jest już zbyt późno. Nikt nie zdążył zauważyć błyskawicznego wymachu ręki. Kapłanka leży na ziemi. Z krtani sterczy srebrna klinga, pokryta tajemniczymi, starodawnymi runami. Dwójka kultystów obok Tomka zaczyna uciekać. Biegną szybko. Bardzo szybko. Zbyt wolno. Wolniej od bełtów

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych