Wróć do katalogu

Zwierciadło miliona odbić (ˆ by Boru)

Gdy Wieża runęła "wydało im się, że widzą jak na tle bladego obłoku wznosi się ogromny kształt, ciemny, nieprzenikniony, uwieńczony koroną błyskawic" (J.R.R. Tolkien). Mijają stulecia, Oko powraca...

Boru, opublikowano , 1 godz. 13 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

ZWIERCIADŁO MILIONA ODBIĆ

Lustro nie przepuściło Rogvala przez siebie. Stał więc tak długo, jak pozwoliły mu na to osłabione wielogodzinnym biegiem nogi. Gdy w końcu ugięły się, przysiadł na płask na piaszczystej ziemi, a potem wyciągnął się na niej i, złożywszy brudne ręce po sobie, zasnął. I właśnie wtedy, kiedy żadne ludzkie oczy nie mogły przejrzeć się w lustrze, krystaliczna powierzchnia zwierciadła zafalowała i porwała bezwładne ciało Rogvala w swe trzewia.

Rogval wyśmiał pomysł wyprawy. Choć nie ma się mu co dziwić, gdyż trudne i niebezpieczne były to czasy. Jacyś przygodni wędrowcy wspominali czasem, że spotykali na swej drodze zdegenerowane krasnoludy, które za nic miały dawne przymierza pomiędzy ich rasą a ludźmi, ale to właśnie człowiecze watahy rabusiów lub po prostu zwykłych bandytów napadały na podróżnych i w najlepszych razie zostawiały ich bez dobytku i ubrania. Zazwyczaj kończyło się jednak krwawą rzezią. Rogval miał przekroczyć morze, pokonać zagrożenie wciąż nawet przez nikogo nienazwane i wrócić w chwale. Zadanie o tyle łatwe – przynajmniej w kwestii przekroczenia morza – że zamorska kraina widoczna była już gołym okiem z poziomu płaskiej plaży na wybrzeżu – cienka, rozmazana kreska ciemnej barwy, majacząca wraz z linią samego horyzontu. Kontynenty poruszały się – i właśnie to na czas życia pokolenia dziadów Rogvala przypadł moment, że mieszkańcy jego krainy (w pierwszej kolejności ci najwyżsi) dojrzeli z brzegu nazwane przez nich, z racji, co oczywiste, położenia, Zamorze. To nikt inny jak dziad Rogvala imieniem Lavgor skonstruował łódź wiosłową i popłynął wraz z towarzyszącym mu, młodym jeszcze wtedy, Orarem, do nowych lądów, skąd obaj wrócili po wielu dniach, całe szczęście bez szwanku. Opowiadali, iż badany przez nich ląd to kraina zielona i urodzajna i nigdzie jak właśnie tam wszyscy mieszkańcy ich osady powinni się przenieść, by zaznać na powrót szczęścia. Gdy ciekawscy mieszkańcy dopytywali, czy w rzekomym raju dybią jednak na ludzi jakieś niebezpieczeństwa, dzielni podróżnicy przyznali, że w przybrzeżnych zaroślach zamorskiego lądu czają się potężne jaszczury gotowe pożreć od razu każdego, kto postawi stopę na złotej plaży. W krainie ludzi zwanej Walmirią jaszczury wybito co do jednego setki lat temu, ale tamte w Zamorzu – jak tłumaczył z gorączką w głosie dziad Rogvala – były stokroć bardziej drapieżne i żądne ofiar i zupełnie różniły się od gadów malowanych dawno temu przez tutejszych artystów. - To oczywiste, Lavgorze – zwykł tłumaczyć ten, który wtedy pełnił w Loren, ich rodzinnej osadzie, funkcję szamana. – Bestie te chowały się na zupełnie innej ziemi niż nasza i stąd te różnice w ich wyglądzie i zwyczajach. Myśl o zbiorowej wyprawie na stosunkowo niedaleki ląd poczęła żyć własnym życiem i niczym zaraza rozprzestrzeniała się pośród mieszkańców. Tęsknili oni bowiem do czasów, których nawet sami nie przeżyli, lecz zasłyszeli w legendach, jak to ich przodkom, dzielnym i odważnym wojownikom, świat skłonił się do stóp, gdy w wielkiej bitwie powalili złą wieżę i jej władcę i ten pierzchnął z Ziemi na, jak błędnie osądzili, wieczność całą. Cóż jednak wydarzyło się, iż ludzie, zamiast rozwijać się w dobytku, otoczeni szacunkiem krasnali, elfów i pomniejszych ich braci, popadli w marazm i cofnęli się ze ścieżki rozwoju, jaką podążać należało? - W nas cała nadzieja na odrodzenie nowej ludzkości na nowej ziemi! – przekonywał na wiecach dziad Lavgor z pasją nieznaną u niego dotychczas. Walił pięściami w drewnianą mównicę i świdrował wzrokiem zasłuchane w nim twarze, sącząc w ich umysły wizję pięknego kontynentu, gdzie degeneracja świata obecnego z pewnością nie sięgnie. A potem przyszedł dzień, gdy najwyraźniej bogowie, z których melodii utkany został świat cały, wyrazili swój gniew do swych dzieci szukających ucieczki z danej im łaskawie krainy i rozerwali jedną z nielicznych gór w tej części Walmirii, a ta plunęła gorącą magmą i dymem, przez co słońce zaszło na całe dziesięć lat. Okres ten całkowicie ugasił w loreńskiej społeczności zapał do wyprawy za morze, tak usilnie podpalany przez Lavgora lat blisko trzy. Przed ciemnością i mrozem rodzina Rogvala kryła się w jeszcze ciemniejszych, ale za to ogrzanych ciepłem serca samej ziemi, jaskiniach. Egzystowali tam jakoś, pijąc wodę ze skalnych źródeł i polując na małe zwierzęta, których jednak z każdym dniem wyraźnie ubywało. Zacieniona powierzchnia przestała rodzić rośliny, stanowiące pierwsze ogniwo w skąpym łańcuchu pokarmowym. I gdy już się zdawało, że koniec ludu rodziny Rogvala jest nieunikniony, czarne dymy pierzchły znad ich ojczyzny. I właśnie tego dnia, gdy jego matka pierwszy raz po dziesięciu latach spojrzała w ukazujące się nieśmiało niebo, chłopiec narodził się. Dzień ten jednak zapamiętano jako żałobny, bowiem dziad Lavgor, stary jak świat i jak on zmęczony, widząc męskie niemowlę jego krew noszące, pobłogosławił je, nadając mu niespotykane imię i wyzionął ducha. W przedśmiertnych słowach wycedził jeszcze tylko, iż odchodzi, bo narodził się godny następca, którego zadaniem będzie wyprowadzenie mieszkańców Loren z Walmirii. Ci, jakby honorując decyzję Lavgora, dodali do imienia chłopca – z racji momentu, w którym przyszedł na świat – wymyślony na poczekaniu przydomek: Nowy Świt.

By popłynąć przez morze, należało dotrzeć do wybrzeża. Rogval i wszyscy obserwujący z zainteresowaniem jego przygotowania do wyprawy zgadzali się bez dwóch zdań, że lesiste pasmo pomiędzy Loren a nadmorską plażą kryło w sobie wiele niebezpieczeństw. Dziad Lavgor maszerował całe pięć dni, w trakcie których wraz z kompanem wspominanej przez lata podróży dwukrotnie użyli mieczy i łuków, broniąc dobytku i życia. Dziś, dwadzieścia lat po wyjściu z jaskiń, wyprawy zdawały się być jeszcze trudniejsze, nie wszyscy poradzili sobie bowiem z życiem w nowych warunkach, gdzie ziemia dawała po trzykroć mniej zboża niż przed wybuchem, domostwa należało budować od nowa, a wszelki majątek, jaki nie spłonął, został rozkradziony przez upiorne postacie, za nic mające gniew bogów i łażące po zasnutej popiołem lodowatej powierzchni. Świat i zamieszkujące go rasy zdegenerowały, obnażając słabość do wybierania najłatwiejszych i zarazem najmniej godziwych dróg. Kradzieże, napady i morderstwa stały się prozą dnia codziennego i właśnie z nią Rogval już niedługo miał stanąć twarzą w twarz.

Pomysł wyszedł nie wiedzieć skąd, choć Rogvalowi przedstawił go Orar, pełniący w te lata szamańskie posłanie. Wrócił on właśnie z pielgrzymki w najdalsze zakątki kontynentu, tam, gdzie wieki temu rozgrywały się bitwy pomiędzy sprzymierzonymi ludźmi, elfami a zastępami krwiożerczych orków. Opowiedział on o cudownych światłach spływających wprost z nocnego nieba i zsyłających mu wiedzę, pomysły oraz pokazujących nowe drogi, jakimi powinna kroczyć ludzka rasa, gdyż tylko ona – jak usłyszał Orar w jednym z objawień – zdolna jest przetrwać eony i zaludnić wszystkie kontynenty. - Miałem taki oto sen, drogi Rogvalu, gdym spał w namiocie na rozległym stepie na przedpolu mrocznej krainy, będącej ostatnim punktem mej pielgrzymki. Zapewne sprawił to czar tego miejsca, gdzie ścierali się potężny białobrody mag ze swymi przyjaciółmi i bezcielesny wysłannik piekieł, całą swą potęgę czerpiący z magii zaklętej w mitycznym pierścieniu. Przepadł ten pierścień bez wieści, choć wierzyć należy, że dobrze się stało. Ach, stary jestem i mylę wątki – upomniał sam siebie szaman i przeszedł do meritum: – W śnie ujrzałem swoją osobę w setkach podobizn, tacy jak ja stali dookoła mnie prawdziwego, a przynajmniej tego, którego oczy patrzyły na wyśnioną scenę. Po horyzont tam byłem, drogi Rogvalu, a potem ja i identyczni ze mną odwróciliśmy twarze w drugą stronę, gdzie rozciągnęła się błękitna, falująca tafla wody. Nie wspomniałem, że dobrze wszystko widziałem mimo nocy. I właśnie o tobie teraz mowa, młody bohaterze. Zza bezkresnego morza wynurzyło się owalne słońce, promieniując na nas mocniej niż możliwe jest to w naturze, jaką znamy. Blask parzył mnie w twarz i odkryte dłonie, a powieki – mimo, iż opuszczone – za nic nie dawały wytchnienia od zalewu jasności. Trwać zdawało się to bodaj wieczność, ale w końcu promienie umknęły gdzieś nagle, jakby ponad nasze głowy. To, co ujrzałem, gdy me oczy przywykły do widzenia, zdjęło mnie grozą. Obudziłem się natychmiast, wrzeszcząc tak, iż sam się swego wrzasku przestraszyłem. Oblany zimnym potem, nie dawałem wiary w wizję będącą mym udziałem... – Stary szaman zamilkł, a Rogval, siedząc przed nim w kucki, nie mógł doczekać się zakończenia. Ogień dogasał w palenisku, a z dworu ciągnął pachnący chłód zmierzchu, otrzeźwiając w końcu Orara. Wybudzony jakby z letargu, zakończył w kilku zdaniach: – Na stepie zostałem sam jeden, jak palec, pośród miliona porozrzucanych kości, w które zamienili się ci, co kilka chwil wcześniej byli mną. Dziki wiatr, zerwawszy się nagle i bez przyczyny, rzucał ich kośćmi, a te zatracały się w sobie dalej, na proch. Zginęli wszyscy, a przyczyną zdała się być światłość dobywająca się zza morza. Ty jesteś światłością, Rogvalu Nowy Świcie, i tylko ty zdołasz odbić inną światłość, mierząc się z nią za wodą. Wyruszysz więc czym prędzej, bowiem objawienie jest jasne. Właśnie teraz nastał czas po temu, by kontynuować misję rozpoczętą przez dziada twojego, któremu zaszczyt miałem towarzyszyć. Już teraz prości ludzie widzą w tobie przywódcę, a rolą przywódcy jest wrócić do Zamorza, pokonać złe światło, a następnie sprowadzić swój lud do siebie. Rogval musiał mieć nic nierozumiejący wyraz twarzy, gdyż szaman spuentował: - W naszym kierunku zmierzają ognie, jakie nas, ludzi, spopielą bez wyjątku. Odkryj ich naturę, a zdołamy się im przeciwstawić. Takie jest twoje zadanie, a przystali już na nie twoi rodzice. Myślę, że nie chcesz zawieść ich oraz testamentu dziada Lavgora. Prawda, Rogvalu? Rogval odburknął coś niezrozumiale i wybiegł w ciemny wieczór, obejmujący bez reszty rodzinne strony, w jakich żył od dziecka. Wyprawa? Za morze? Z dala od Walmirii? Nie wierzył, że rodzice już postanowili. On, wyrostek, ma być ratunkiem dla rasy ludzi. Uśmiał się sam do siebie, choć wewnątrz ani trochę nie czuł potrzeby do żartów. Tak czy owak, szczerze i ze złością Rogval wyśmiał pomysł wyprawy. Ta oczywiście się odbyła...

Ach, jakże wiele imion i przymiotów skrybowie ludzcy i elfi oraz kronikarze krasnoludów bądź hobbitów nadali tym efemerycznym istotom. Jakże wiele legend i podań opowiadało o ich roli na ziemskim padole. Żadne z nich jednak nie rozprawiły się z prawdą na dobre, a jedynie zbliżyły się do niej na tyle, na ile pozwalały materialne objawienia tych duchów w określonych punktach wspólnej dla wszystkich ras historii. Próżno szukać miejsca na gwiezdnym firmamencie, gdzie jedna spośród miriadów gwiazd dała im początek, a potem odchowała je na tyle, by zdolne były zanurzyć się w nurt bezwzględnej kosmicznej otchłani, będącej odtąd zarówno ich domem, jak i stale zmieniającym się miejscem podróży. Właśnie taki ulotny i zmienny charakter ich istnienia niektórym z nich dawał możliwość zachwycania się i kontemplacji przemierzanego kontinuum, a innych wprawiał w stan tęsknoty za fizycznością, której wyzbyli się eony temu, ograniczeni zasobami swej macierzystej ziemi oraz gnani rozwojem sposobów pojmowania siebie samym oraz tkanki czasu i przestrzeni, z jakiej utkano to, co widzialne, jak i to, co poza tym. Właśnie ci drudzy z nich, odnajdując w trakcie niekończącej się podróży wiele ras wciąż przywiązanych do ziemi dającej im życie, szukali możliwości znalezienia się pośród istot, których reakcje mogli współodczuwać, chłonąc tym samym muzykę życia, z jej wysokimi tonami zwiastującymi konflikt, jak i niskimi dźwiękami, niczym balsam kojącymi wewnętrzne podrażnienia struktury pojmowania świata dookoła. To właśnie kroniki skrybów dają świadectwa ich bytności, choć może nie tam dowody są najwyraźniejsze. Baśnie bajkopisarzy i pieśni wędrownych śpiewaczy zasłyszanych historyjek powiedzą najdobitniej, na jakie sposoby brały się istoty, by zamanifestować wolę włączenia się w cykl życia ziemi ludzi i istot im podobnych. Choć przecież są historie znane wszystkim tym, co mają uszy, żeby słuchać, lub chociaż sprawne oczy, aby przeczytać opasłe tomiska o dawnych bitwach albo zobaczyć malowidła, na których roślinne żywice i nektary rozmazano na miliony sposobów ilustrując walecznych bohaterów i niezniszczalne – zdawałoby się – potwory, co na ziemi zechciały zadomowić się, podporządkowując sobie większość życia, jakże bardzo ceniącego wolność wpajaną od dziecka ludziom i elfom (o ich karłowatych kuzynach oraz brodatych i wiecznie awanturujących się krasnalach nie wspominając). Bo któż nie słyszał, jak jedna z przybyłych istot posiadła na szczycie niebosiężnej wieży ulotną i niestałą fizyczność, a swą moc, nie mogąc najpewniej uczynić inaczej, zaklęła w złotym pierścieniu i poprzez niego prowadziła wojnę, mającą zapewnić złej istocie panowanie nad ludzkim światem. W obronie wspólnych wartości ramię w ramię stanęli ludzi, elfy i krasnoludy. Nawet wiodące wtedy spokojny żywot małe hobbity odegrały ponoć w walce niepoślednią rolę. Wspierały ich – co nie ulega wątpliwości, patrząc na wynik jakże nierównej przecież konfrontacji – pobratymcy zbuntowanej istoty z gwiazd, skryci pod różnymi postaciami. Jedną z nich malowidła przedstawiają okrytą jaskrawą szatą, mieniącą się nieskazitelną bielą. W ręce owa istota, przybierając w chwili szarży na koniu ludzką postać białobrodego starca, trzyma laskę z nieznanego tworzywa, a broń ta jarzy się oślepiającym blaskiem. Podobno, piszą kroniki, bitwa z malowidła, jakkolwiek wygrana, stanowiła jedynie wstęp do głównego rozstrzygnięcia, dzięki któremu ludzkość, aż do czasów legendarnego Rogvala, mogła cieszyć się niezakłóconym spokojem. Ach, jakże ludzki świat potrzebuje w trudnych momentach swej historii wstawiennictwa dobrych istot spoza naszego czasu i spoza miejsca w przestrzeni, jakie zajmujemy. Dobre istoty wiedzą, że wśród członków ich rasy są i tacy, co uciekają od przeznaczenia i pragną powrotu z zimnej pustki czarnego kosmosu do planetarnego ciepła, siejąc tym samym ferment i zniszczenie pośród ras, który dany świat nazywają, słusznie jak najbardziej, domem. Owszem, dobre istoty muszą pomóc, w swej bezgranicznej pojmowalności rozumiejąc kwestie uniwersalnej równowagi. Ale i rasy ziemskie potrzebują swych cichych bohaterów, by koło zwycięstwa potoczyło się bez przeszkód. Czy to mały żołnierz, ponad swe siły dźwigający złoty pierścień ku jedynemu miejscu mogącemu zniszczyć złą moc w nim zamkniętą, czy też na wpół ludzki stwór, który już tyle razy wcześniej powinien wyzionąć ducha, a jednak musi żyć, by w finalnym momencie poświęcić swą haniebną słabość dla dobra sprawy... Istoty spragnione fizyczności, której chciały zostać panami, pływały setki lat po bezmiarze nieboskłonu i nabierały sił, obmyślając nowe sposoby przechytrzenia swych pobratymców nie godzących się na ingerencję w świat nienależący do nich. Pewnego dnia, poruszając płyty pancerza Ziemi, rozpoczęły marsz ku wymarzonemu celowi. Tak oto rozgorzała wojna o ludzkość...

Rogval budził się z maligny kilka razy tej nocy. Juni chłodziła mu rozpalone czoło szmatką zmoczoną w strumyku i nuciła pod nosem pieśni mające odegnać duchy choroby. Walnur i Sober na zmianę pełnili wartę, siekając ciemność buszu i tak nic niewidzącymi spojrzeniami. Nasłuchiwali, czy jakiś stwór nie zbliża się po opadłym z drzew listowiu, trwającym jak na razie bezszelestnie. Tak daleko doszli, a tak mało wiary nieśli wciąż w sobie. Pokonali drogę ku piaszczystym brzegom Walmirii, przepłynęli wyjątkowo wzburzony pas morza oddzielający ich od nowej ziemi, a ulegli u celu podróży, gdy potężny i żarłoczny jaszczur natarł na nich bez pardonu. Na pierwszą linię natarcia wskoczył nieludzko gibki i sprawny elf Laros. Napiął cięciwę łuku strzałą dobytą z kołczanu na plecach i już zdawać by się mogło, że ostry grot powstrzyma atak, gdy cięciwa pękła, a strzała spełzła wprost pod nogi zaskoczonego strzelca. Bestia przetoczyła się po dzielnym elfie nawet go nie zauważając i klapnęła pyskiem w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą głowę miał Murd. Szerokie bary, na których kończyło się teraz jego ciało, runęły wraz z tułowiem na uginających się nogach. Rogval drżał cały nie wiedząc, co począć. W ręku dzierżył miecz, choć nie wierzył, że umie posłużyć się jego ciężarem we właściwy sposób. Zaparł się więc tylko na stopach, wystawił ostrze na sztorc przed sobą i czekał. Jaszczur zbliżał się, a stojący na jego drodze człowiek zaczął podziwiać rozmiar kłów rzędami ułożonymi w rozwartej paszczy. Wtedy właśnie z jasnego nieba spadł oślepiający grom i wbił się wprost w bestię. Dwie łapy podwinęły się pod siebie i zwierz wielkości konia runął na Rogvala, którego miecz utkwił w gardzieli stwora. Kompani wyprawy rzucili się na pomoc przygniecionemu człowiekowi, jednak poruszyć zwaliste cielsko gada nie było łatwo. Pozostali przy życiu dwaj wojownicy pchali z całych sił, aż obleczona w łuskowatą skórę masa ześlizgnęła się na bok, odsłaniając nieprzytomnego Rogvala. Spod kapoty na jego ramieniu sączyła się krew, wskazując miejsce, gdzie zagłębił się kieł upadającego zwierzęcia. - Jad... – wyszeptała Juni, cicho podchodząc z tyłu i diagnozując intuicyjnie stan rannego. – Musimy znaleźć na noc kryjówkę i opatrzyć ranę. Walnur i Sober, przydzieleni przez szamana Orara do towarzyszenia Rogvalowi w tak ważkiej misji, zrobili ponure miny i popatrzyli na niewielki wózek ciągnięty od samego wybrzeża badanego lądu. Na dwukołowym, zbitym z solidnych desek pojeździe mieli zapasy jedzenia, wody, ubrań, mieczy, łuków i strzał oraz ziół. Wszystkie one tworzyły upchniętą stertę, nie pozwalającą poważnie myśleć o dołożeniu czegokolwiek. Patrząc tak, mężczyźni starali się spowodować, by starczyło na nim również miejsca dla Rogvala, jednak od razu pojęli, że lepiej będzie nieść go na zmianę na plecach, uwiązanego solidnie sznurem dokoła ich ciał. Kryjówkę znaleźli na chwilę przez zmierzchem, a tworzyła ją polana z trzech stron otoczona skałami, a od góry zakryta skalną półką. Ze szczeliny u podstawy skały biło, cicho szemrząc, źródełko lodowatej wody. Wybrane przez nich schronienie miało tę zaletę, że całą swą uwagę kierowali w kierunku ściany drzew ograniczającej polanę od czwartej strony. Tylko stamtąd mógł nadejść atak. Oczywistym było dla nich, że zaleta mogła niechybnie obrócić się na niekorzyść, gdyby przyszło im uciekać przed napastnikami w liczbie lub sile znacznie mocniejszymi od nich. Droga ucieczki nie istniała. Juni wytrwale czuwała przy rannym. Piękna, niewiele starsza niż Rogval, kochała się w nim od dawna. I gdy przyszło do decyzji jej życia, podjęła ją bez chwili wahania. - Jadę z nimi! – wykrzyknęła, stojąc w ciasnym okręgu mieszkańców Loren, słuchających apelu szamana. Orar zapowiadał właśnie wyprawę Rogvala, tłumaczył jej przyczyny oraz uspokajał, że przy wstawiennictwie bogów, z jakimi rozmawiał na dalekich stepach, cel podróży na pewno przyniesie spokój i beztroskę na najbliższe lata i pozwoli im znów rozpocząć przygotowania do przeprowadzki za morze. - Czterech mężnych wojowników to aż nadto! – Orar, zupełnie nie w swoim stylu, jawnie okazał niezadowolenie z zabrania głosu przez Juni. – Trzeba naszym bohaterom spokoju i uporu, a nie bagażu, jakiego mogą nie podźwignąć. - Trzeba im również jadła i opierunku, a spokoju, o którym raczyłeś wspomnieć, szamanie, dam im garściami. To bowiem mężczyźni właśnie najpierw używają siły swoich mięśni, by potem przyglądać się konsekwencjom. Wspomogę ich spokojną i chłodną radą, a nie gorącokrwistym narwaniem. Zebrany tłum zdał się fizycznie falować w miarę westchnienia, jakie przetoczyło się po nim, gdy dziewczyna zamilkła. Rogval, który siedział wraz z Walnurem, Soberem i Murdem pod chroniącą od słońca połą materiału rozpiętą na kołkach, wstał i wyszedł na środek placu, stając ramię w ramię z Orarem. Ten przymknął powieki i ważył najwyraźniej swe zdanie w myślach. - Pozwól jej nam towarzyszyć – młodzieniec poprosił starca. – Potrzebna nam otucha, gdyż mało mamy jej na starcie wymyślonej przez ciebie podróży. Orar omalże nie zasyczał, gdy otworzył oczy i rzekł dobitnie: - Nie mój jest pomysł tej podróży! Objawienia odczytałem jasno, a w nich stoi, że wyprawa jest konieczna. Choć jeśli nie leży ci na tchórzliwym sercu dobro tych ludzi – wskazał przy tym ruchem dłoni koliste zebranie dokoła – zostań w domu, póki możesz. I tak wszyscy opuścimy któregoś dnia nasze schronienia, gdy złe światło pogoni nas z tej ziemi. Polegniemy bez walki, bo tyś jej nie podjął! Rogval, sprowokowany najpewniej celowo, odkrzyknął bez szacunku dla statusu Orara: - Juni idzie z nami! Wyruszamy zgodnie z planem skoro świt dnia następnego. Postanowione! Przerażony kłótnią tłum zafalował jeszcze bardziej, a zaraz po tym ludzie zaczęli bez słowa rozchodzić się do swoich domów. Rogval poszedł w ich ślady i pobiegł przed siebie, zaraz po nim Walnur i Sober ruszyli w różnych kierunkach, a na placu zostali tylko Orar i młoda Juni. Dziewczyna, mimo wielkiej dzielności noszonej w sercu, nie odważyła się spojrzeć w oczy starca; ten stał dumnie, twarz miał wciąż nabiegłą krwią, ale oddychał spokojnie. Plan, lekko tylko zmieniony, miał się lada dzień realizować.

Rogval widział oczami gorączkującej wyobraźni wiele twarzy i miejsc, co do istnienia których nie miał nawet pewności. Na powrót przeżywał przeprawę przez wzburzone morze. Pas morskiej kipieli, węższy niż kiedykolwiek przedtem, cięły zdradliwe prądy goniące drewnianą łódź w niechciane strony. Czterej mężczyźni wiosłowali bez opamiętania, a bystrooki Laros, którego przodkowie w żaglowcach z wielką łatwością i jeszcze większą przyjemnością przemierzali morze do rodzimej krainy, nawigował z dziobu, pokrzykując, kto ma włożyć więcej energii w żmudną czynność, a kto ma na chwilę zaprzestać wysiłku lub dozować siłę. Juni siedziała na rufie, bo wiedziała, że pomóc nie zdoła, postanowiła więc nie przeszkadzać. Gdy przepłynęli mniej więcej połowę dystansu, nad ich głowami zerwał się nie wiedzieć skąd porywisty wicher, wyraźnie inny niż stały mocny wiatr, dotychczas pędzący po powierzchni morza pylistą chmurę słonych kropel wody w jednym i tym samym kierunku, poprzecznym do linii, jakiej wioślarze starali się trzymać. Rozszalały pęd powietrza uderzył ich od przodu i na nic były zdwojone wysiłki przy wiosłach, by posuwać się naprzód. Łódź zmierzała bokiem, nie zbliżając się o jotę ku docelowym lądom. Fale, nabierając hartu i wysokości, bujały łódką tak, że Laros przysiadł głębiej i tylko głowę miał nad linią szczelnie zbitych desek, wciąż starając się ich naprowadzać na właściwy kurs. Mężczyźni opadli z sił i Rogval kazał zaprzestać daremnego wiosłowania. Niesieni prądami oraz popychani dmącym wiatrem z powrotem ku brzegom Walmirii, podziwiali kolorowe chmury kłębiące się nad lądem, którego ich stopy miały najwyraźniej nie dotknąć. - Zło wodzi nas bezwolnych... – wyszeptał cicho Laros, sondując przymrużonymi oczami niebo nad nimi. – Wyczuwam to wyraźnie. Gniew i frustracja, którymi zdaje się pachnieć powietrze. – Wciągnął je głośno nosem i skrzywił się nienawistnie. – Mój ród już eony temu zmagał się z siłami ciemności, a te są tutaj, w biały dzień broniąc nam dostępu do zamorskiego lądu. Nie ma ratunku dla świata, skoro wszystkie bitwy sprzed tysiącleci nie rozstrzygnęły walki raz na zawsze. – Elf skrył twarz w dłoniach i załkał cicho. Na łódce zapanowało milczenie, nikt z obecnych nie miał nic do powiedzenia. Rezygnacja niesiona w podmuchach złego wiatru spłynęła na nich i zaraziła jednego po drugim. Siedzieli tak, ze spuszczonymi głowami, czekając na to, co miało się wydarzyć. I wtem, równie nagle jak dziki wicher zerwał się przed parunastoma chwilami, tak teraz ucichł bez zapowiedzi. - Wiatr zmienił kierunek – rzekła Juni, przeczesując dłonią złotą kaskadę włosów, które skłoniły się nieznacznie w stronę, dokąd pragnęli dotrzeć. Jakby w odpowiedzi na jej słowa sprzyjające im podmuchy przybrały na sile, co poczuła zaraz też reszta załogi. Mężczyźni dopadli do swoich wioseł i z werwą, jakby wstąpiła w nich nowa witalność, poczęli wiosłować na przekór minionym wichrom. Laros, acz niechętnie, znów wspiął się na dziób i wydawał krótkie komendy. Tak właśnie, gdy zdawało się, iż wyprawa poniesie fiasko, łódź niosąca piątkę ludzi i jednego elfa uderzyła przodem w piaszczyste rafy przy brzegu. I pierwszym, który postawił ludzką stopę na nowym lądzie, był nie kto inny, jak Rogval Nowy Świt. Wyprawa po ratunek dla ziemskich ras rozpoczęła się na dobre.

- Laros... Murd. Czy oni...? – Spierzchnięte wargi Rogvala z trudem przepuszczały urywane słowa. Otworzył powieki, a jasność poranka zabieliła mu spojrzenie, nie pozwalając dłużej trzymać ich otwartych. Juni obudziła się z płytkiego snu. Czuwała noc całą, lecz jak tylko pierwsze promienie słońca przebiły się przez chmury i, rozproszone gęstym listowiem, opadły na ponurą polanę między skałami, straciła kontrolę nad umysłem i usnęła. - Rogvalu – zareagowała od razu. – Teraz liczy się tylko to, żebyś ozdrowiał. Dusza Larosa odpłynęła do ojczyzny na ukochanym przez elfy kontynencie. Murd również dostąpił łaski wiecznego życia. Nic nie mogliśmy zrobić. Młody mężczyzna oddychał płytko, a kropelki potu wciąż szkliły się na jego czole. Znowu uchylił powieki i popatrzył na opiekunkę z nadzieją. - Pochowaliście ciała, prawda? Juni nie odpowiedziała i z pomocą przyszedł jej Sober. Zazwyczaj milczek unikający zawiłych tłumaczeń, postanowił teraz opowiedzieć o decyzji, jaką z Walnurem podjęli, by szybko uciec z miejsca, gdzie gad ich zaatakował. - Byłeś ledwo żyw, a nam trzeba było schronienia przed kolejnymi zagrożeniami. Złożyliśmy więc ciała Murda i Larosa ramię w ramię obok siebie i nakryliśmy stertą suchych gałęzi z listowiem. Mieliśmy tak odejść, ale... Walnur wybudził się z drzemki, w której trwał od momentu zejścia z warty. Podszedł do kompanów podróży i dopowiedział od siebie: - Bestie mogłyby zbezcześcić ciała poległych, szarpiąc ich zwłoki po lesie. Polałem więc grób naftą i zaprószyliśmy ogień. Dusze ich uleciały do nieba, po smudze dymu służącej za drogowskaz. Niech trwają tam w szczęściu i dobrobycie! - Niech trwają... – zgodnym chórem dodali Juni i Sober. Rogval pokiwał jedynie głową z aprobatą i w duchu wyszeptał to samo. Próbował pozbierać myśli, gdyż misja wyczytana przez Orara w objawieniu wciąż stała przed nimi. Sam nie wiedział, czy to zasługa gorączki czy długiego snu tej nocy, ale uświadomił sobie, że ich sytuacja jest co najmniej dziwna. Orar wskazał zamorską krainę i do niej kazał płynąć. Ale po co? Nie udzielił żadnych wskazówek co do zadań, jakie na nowym lądzie ich czekały, nie zaznaczył, czy mają szukać określonych miejsc, ludzi czy przedmiotów. Rogval zdał sobie sprawę, że wszystko to jest strasznie zagmatwane. Przecież skoro dziad jego, Lavgor, pragnął, by wszyscy jego ziomkowie stanęli w Zamorzu, czemuż po prostu Orar nie zorganizował wyprawy od razu, a wysyłał Rogvala na zwiady? Ledwie rozpoczęta, podróż pochłonęła dwie ofiary. Larosa mogło tu nie być – pomyślał młodzieniec. Przypomniał sobie, jak opuścili o poranku Loren i ruszyli gościńcem w górę zboczy otaczających przełęcz, w jakiej przycupnęła rozległa jak na obecne, trudne czasy ich rodzinna osada. Dwa dni wspinali się na wyżynne płaskowyże, którymi przyszło im maszerować trzy kolejne doby. Trasa, w większości zalesiona niebotycznymi drzewami, wiła się wzdłuż niezbadanej od wyprawy dziada Lavgora ścieżki, w większości szerokiej na tyle, by wielki wóz dźwigający łódź i wózek z prowiantem na czas bytności za morzem zmieścił się z ledwością. Ciągnące go dwa kuce posuwały się naprzód wolno, acz wytrwale. I gdy zdawało się już podróżującym ludziom, że niespodzianki ominą ich szczęśliwie, z zarośli wyskoczyła zgraja bodaj dziewięciu krasnoludów, innych jednakże od tych, których chwalą legendy sławiące bitwy ze złem w przeszłości. Zdegenerowane, na wpół zwierzęta, na wpół istoty ludzkie, z twarzami przeobrażonymi w podłużne ryje okryte ohydnymi kłakami bród, z jakich ród krasnoludów przecież słynął, stanęły zgarbione przed ludźmi i poczęły charczeć w niezrozumiałej dla napadniętych mowie. Skórę na łapach miały zrogowaciałą, a trzymały w nich wysłużone toporki i machały nimi, otaczając Rogvala i jego kompanów coraz ciaśniejszym kołem. Wtem świsnęło coś w powietrzu i jeden z napastników padł jak długi. Jego towarzysze, zupełnie się tym nie przejmując, doskoczyli do Sobera, lecz ten w porę dobył miecz i chlasnął nim niby na oślep, powalając dwójkę ze strasznych karłów. Barczysty Murd pobiegł na pomoc przyjacielowi i zabił dwóch kolejnych. Wtedy znów powietrze przeszył gwizd i ten krasnal, co właśnie wyciągał łapy w stronę Juni, upadł przeszyty strzałą. Reszta potworów, a pozostało ich przy życiu bodaj trzech, uciekła w las. Grupa, z Rogvalem na czele, stała zdębiała, ciężko dysząc. Wodzili spojrzeniami po okolicznych zaroślach, szukając tajemniczego człowieka, który sprawił, że bijatyka była krótka i obyło się bez ofiar po stronie napadniętych. Gdy nikogo nie dojrzeli, Rogval zakrzyknął: - Ujawnij się, proszę, nasz dobry duchu opatrzności. Wyjdź z ukrycia, byśmy mogli ci się za twą pomoc odwdzięczyć. W koronach najbliższych drzew zaszeleściły liście i zaskrzypiały dociążone gałęzie. Po chwili zeskoczył z nich wprost na ścieżkę przed nic nierobiącymi sobie z zamieszania kucami najprawdziwszy elf. Pokłonił się godnie i zapytał pewnym głosem: - A jakże to ludzie, następcy pierworodnych, mogą się mi odwdzięczyć? Ludzie, wyraźnie zmieszani i przestraszeni, dłuższą chwilę nie potrafili zebrać się na jakąkolwiek ripostę. Dopiero Juni pierwsza zabrała głos, cedząc słowa, by nie spalić kwestii: - Skoro wiedziałeś, o dobry elfie, że to ludziom przyjdzie ci pomagać, mogłeś pomocy zaniechać. A skoro pomogłeś znaczy to tyle, że na zapłatę nie liczysz. Dziękujemy ci więc i życzymy miłego dnia – powiedziawszy to, przysiadła na brzegu wozu i rzekła w kierunku młodzieńca: – Rogvalu, czas na nas, ruszajmy więc chyżo! Rogval i reszta kompani popatrzyli na Juni z szacunkiem, doceniając jej talent do negocjacji. Jednak zdawał się on zawodzić tym razem, bo elf nie zamierzał puścić ich jeszcze. - Nie tak szybko, drodzy państwo! – odezwał się radośnie. – O waszej podróży trąbi cała puszcza. Wyprawa ta rzekomo ma przynieść rozstrzygające dla świata rezultaty. Zastanawiam się jednak, że skoro całe zło wypleniliśmy wspólnie z tej ziemi tak dawno temu, iż nawet zwała się ona inaczej i inaczej wyglądała, to po cóż wasze trudy i przeciw komu walczyć zamierzacie. Elf zamilkł ponownie, czekając, co powiedzą ludzie. Tym razem Rogval stwierdził, że to jemu przypadła rola przewodnika wyprawy i podjął się rozmowy z ciekawskim rozmówcą. - Zdaje się, że nawet krasnale wiedziały o naszej wyprawie, czając się w krzakach przy drodze. Więc cel jej musi być znany komuś tak czytającemu prawidła świata jak elf właśnie. Po co zatem pytasz? - Krasnale czaiły się, bo już dawno temu zdziczały tak bardzo, że muszą jeść mięso, a ludzkie smakuje im wybornie. Świat się zmienia, zmieniają się i jego mieszkańcy. Krasnoludy, kiedyś najsprawniejsi z rzemieślników, artyści wśród kowali i jubilerów, zatracili się w sobie z racji coraz mniejszej ich liczby, krzyżując się z partnerami zbyt blisko spokrewnionymi, by mogło to przynieść przedłużenie ich rasy. Odchodzą oni w cień historii, który to z resztą zakrywa i mój ród. Tylko wy, ludzie, zdajecie się mieć poważanie u bogów, z jakimi przecież to my, elfy, byliśmy za pan brat. I właśnie jestem tutaj, bo pragnę kontynuować choć część z danych mi tradycji. Strzegę lasu i gościńca, by dzikie stwory nie plamiły go krwią tych, których moi przodkowie zwykli zwać nawet swoimi braćmi. Jak widzisz więc, wygadany młodzieńcze, znalazłem się na waszej drodze przez przypadek i, poza plotkami, nie znam prawdy o celu wyprawy, jaką rozpoczęliście. Rogval słuchał elfa uważnie. Może to głębia elfich oczu, a może łagodny tembr głosu mówcy sprawiły, że człowiek zdecydował wyjawić prawdę o podróży, jeśli oczywiście prawdą można nazwać słowa wypowiedziane przez Orara. - Zła, o którym wspomniałeś wcześniej, nasi przodkowie najwyraźniej nie wyplenili do cna, gdyż ma ono, według niejasnych przepowiedni, powrócić na Walmirię i przyległe krainy. Kiedyś, jak wiesz zapewne nawet lepiej ode mnie, przeciw potężnym władcom ciemności wystąpiły liczne armie sojuszu ludzi i elfów. Takie wojska potrafiły poradzić sobie z efemerycznym złem i jego nieokreśloną siłą i zapewniły spokój na wiele er naprzód. A dzisiaj? Nie tylko krasnoludy cofają się do dzikich form i giną jako rasa, ale i ludzkość zmaga się sama ze sobą. Miecze, które dźwigamy uwieszone przy pasach, wykuto wieki temu. Dziś nasi kowale ledwie kują proste narzędzia do uprawy roli, a i tej nie potrafimy prowadzić tak jak kiedyś, bowiem przepisy i porady zaginęły na przestrzeni lat, a ostatnia Dekada Ciemności po wielokroć przyspieszyła proces zapominania ludowych mądrości. Nie podróżujemy po naszym kontynencie, bo mało gdzie można spotkać ludzkie osady, a częściej grozi taka wyprawa śmiercią z rąk dzikich plemion tępiących się nawzajem niźli pożytkami z odkrywania nowych ziem. Nasza misja wzięła się z objawień, jakie dobrzy bogowie, jak wierzę, zesłali na naszego przywódcę, szamana Orara. Dojrzał on w wizji palące ognie, trawiące swym żarem ziemie, ludzi i ich domostwa. Wysłano nas więc w podróż za morze, ku lądowi, który kilka dziesięcioleci temu wychynął znad linii horyzontu. I na dobrą sprawę tylko tyle wiem, reszty poszukam wraz z przyjaciółmi, gdy już dotrzemy na miejsce. Elf trwał w bezruchu, a charakterystyczne dla jego rasy uszy wychwytywały każde słowo Rogvala. W końcu odezwał się, a głos drżał mu zauważalnie: - Na imię mi Laros i pozwól, dzielny młodzieńcze, towarzyszyć wam w wyprawie. Pragnieniem mojego długiego życia jest znaleźć się na wodzie i chłonąć morską bryzę w znużone zapachem lasu płuca. Sam nie podjąłem się żeglugi ani razu, bowiem moja rodzina żyje w rozproszeniu, a ci których mam w okolicy, boją się zabobonnie wypływania w morską podróż. Jakiś zły duch czai się poza ziemnymi granicami Walmirii i odstraszał mych ziomków wielokrotnie. Powiadają oni, że odkąd ostatni ze szlachetnych elfów, żyjących w zamierzchłej przeszłości i zwanych bodaj Wysokimi, odpłynął do zamorskiej krainy, gdzie wzrośliśmy jako rasa, odtąd nie dane będzie już nikomu z nas postawić nogi na innym lądzie, niż na tym tu, pod stopami. Więc może wasze ludzkie szczęście i przeznaczenie pozwolą mi odbyć podróż życia. Proszę raz jeszcze! Zabierzcie mnie ze sobą, a pomogę znowu! Laros podszedł do Rogvala i wbił swe oczy w jego oczy, dzięki czemu człowiek mógł w nich zobaczyć, jak przez elfa przemawia dobra istota całą duszą pragnąca uczestniczyć w dalszej drodze. Oczarowany pasją, zdobył się jedynie za zwięzłą zgodę: - Oczywiście, przyda nam się twoje towarzystwo. Jednak zawiedziesz się myśląc, że od brzegu popłyniemy niesieni wiatrem dmącym w żagle. Łódź nasza porusza się od wioseł, jakie znowuż to my musimy wprawić w ruch. Nie ma w tym nic z kunsztu twych przodków, wytrawnych żeglarzy. A poza tym mam na imię Rogval – mężczyzna przedstawił się, a uradowany elf uścisnął wyciągniętą ku niemu dłoń. Tak właśnie Laros znalazł się w składzie drużyny prowadzonej przez Rogvala. Nikomu wtedy jeszcze nie dane było wiedzieć, że elf nie zdoła odbyć całej podróży. Przebycie wąskiego pasma bezkresnego morza to i tak o wiele za dużo, na co złe istoty mogły pozwolić dzielnemu elfowi. Wola towarzyszenia Rogvalowi po części tylko wynikała z tradycji żeglarskich i przygodowych jego przodków. Tak naprawdę żarzyło się w nim wielkim ogniem natchnienie do podróży rozpalone przez dobrych pobratymców złych duchów. Dobre istoty imały się bowiem przeróżnych sposobów uratowania ludzkości przez ostateczną zagładą, a obecność Larosa za wodą była jednym z wykoncypowanych naprędce pomysłów. Jakkolwiek zupełnie nieskutecznym.

Dwójka mężczyzn wdrapywała się na piramidalną budowlę, przestępując stopień za stopień. - Cóż to za niesamowite tworzywo – rzekł pierwszy z nich, wyraźnie starszy i, jak się mogło zdawać po ich zachowaniu, przewodzący wspinaczce. Dotknął materii schodka, gdzie właśnie przystanęli, by zaczerpnąć tchu, i pogładził go z zachwytem. – Żadnej rysy ani skazy. I ta nieprzenikliwa czerń. – Człowiek pamiętał dobrze, jak wyglądają lustra, których już nikt dziś nie odlewał, a jakie w niewielkiej liczbie pozostały gdzieniegdzie w starych…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych