Zwyczajna historia
Opowieść o trudnym życiu i o miłości, zdolnej podnieść człowieka z upadku
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Motto: Jeżeli chcesz ocalić królestwo, daj wewnętrzny ogień. Antoine de Saint-Exupéry
Podziemny peron dworca oświetlony był światłem przybrudzonych jarzeniówek. W listopadowy wieczór na ziemię zstępował już nocny chłód. Dworzec zapełniał się. Ludzie wracali z pracy do podmiejskich miejscowości. Drewniane ławki zajęte były częściowo przez podróżnych, zaczęli też przychodzić bezdomni. Na peron weszło dwóch policjantów. Podeszli do siedzącego na jednej z ławek człowieka, okrytego łachmanami. Wydawało się, że śpi. Śmierdziało od niego. Obok ławki leżały dwie foliowe torby. Policjanci zatrzymali się przed ławką. Jeden z nich odpiął gumową pałkę i szturchnął siedzącego. Człowiek się poruszył. – No, hrabio, wstajemy – powiedział policjant. – Zakłócasz porządek. Nie możesz tu zostać. Człowiek podniósł się z wysiłkiem, sięgnął po swoje torby, jedną nogę zgiął w kolanie, przenosząc na nią ciężar ciała, chwilę stał nieruchomo, po czym opadł z powrotem na ławkę. – Nie mogę, mam chorą nogę. Pozwólcie trochę odpocząć. – Jak tu przyjdziemy następnym razem, ma cię nie być – usłyszał. O kilka metrów dalej było stoisko z używanymi książkami. Stojący przy nim mężczyzna od dłuższego czasu niespiesznie przeglądał jedną po drugiej. W końcu wziął w rękę odłożoną książkę, zapłacił, schował do przerzuconej przez ramię torby, po czym podszedł do ławki. – Przepraszam pana – rzekł do siedzącego. – Zauważyłem, że ma pan kłopoty. Może mógłbym pomóc? Człowiek w łachmanach podniósł przygasły wzrok. – Nie widział pan bezdomnego? Niech mi pan przyniesie wody. W reklamówce jest butelka. A jak pan chcesz, zostaw mi pan parę złotych. – Pieniędzy panu nie dam. Ale wody przyniosę. Wyjął z torby plastikową butelkę. W niedalekim barze poprosił o napełnienie jej wodą. Kupił jeszcze dwie drożdżówki i wrócił do bezdomnego. – Proszę, to dla pana – podał trzymaną torebkę. – Niech pan trochę zje, to się pan wzmocni. Strasznie pan wygląda. – Wiem. Dziękuję. Może da mi pan złotówkę? – Powiedziałem już, że nie dam panu pieniędzy. Po co panu pieniądze? Zaraz pan je przepije. Niech pan popatrzy na siebie – jak pan tak może żyć? – A co mam zrobić, jak nie mam nic? Domu nie mam. Miałem kiedyś pracę i to dobrą. Ale straciłem. Żona mnie wyrzuciła z domu. Nie jestem nikomu potrzebny. A tu jest ciepło. Wygonią, to pójdę gdzieś indziej. I jakoś będzie. A co to pana obchodzi? – Może nie obchodzi, a może obchodzi. Widziałem, jak pana policjanci traktują – z daleka i pałką. Ja im się zresztą nie dziwię. Kto by chciał przebywać w takim smrodzie? Niech pan pomyśli o sobie. Musi pan wyjść na powietrze, poszukać jakiejś pracy, umyć się i trochę ubrać. Jak pana żona wygnała, to musiała chyba mieć jakiś powód. Pewnie pan pił. Dom rzecz ważna, ale jak pan się stąd nie ruszy, to do końca życia nie będzie pan go miał. – Może bym się i ruszył, gdyby nie to, że mam chorą nogę. Odmroziłem ją ostatniej zimy. Uratowali mnie, ale potem zrobiła się rana. Ciągle się paskudzi. Uniósł trochę nogawkę spodni i potrząsnął. Na posadzkę wypadło parę sztuk czegoś białego, co zaraz zaczęło się ruszać. Stojący obok mężczyzna odruchowo cofnął się o krok. Zaraz potem rozdeptał szybko obłe kształty. Zauważył jeszcze, że wyglądały na tłuste. Przez chwilę nic nie mówił. W swoim życiu widział dużo, wielu upokorzeń doświadczył też na własnej skórze, ale żeby robaki jadły żywego człowieka … – Stąd ten zapach padliny – pomyślał. Spojrzał na siedzącego. – Niech mnie pan uważnie posłucha. Mogę spróbować umieścić pana w schronisku dla bezdomnych. Wiem, do kogo mogę zadzwonić. Jeżeli to się uda, wyleczą pana. – O, nie! – odpowiedział bezdomny. – Już byłem w schronisku razem z pijakami i wariatami. Nie chcę tego powtarzać. – Mówię o dobrym schronisku. Niech pan się zastanowi. Przecież będzie coraz gorzej. Tutaj nikt panu nie pomoże, najwyżej wygonią pana na dwór. Idzie zima – co pan z sobą zrobi? Zastanawiał się przez chwilę. – Wrócę za pół godziny. Wykonam parę telefonów i dowiem się, co się da zrobić. Niech się pan poważnie zastanowi. I proszę zjeść te bułki. Wracając kilkanaście minut później, ujrzał policjantów stojących przed ławką. Podszedł zdecydowanym krokiem. – Dobry wieczór. Mam do panów prośbę o skontaktowanie się ze strażą miejską, żeby przysłali tu kogoś z patrolu z samochodem. Mam zgodę na przewiezienie tego pana do ośrodka dla bezdomnych. – A zwracając się do bezdomnego, rzekł: – Proszę mi podać swoje imię i nazwisko oraz datę urodzenia. W ośrodku, do którego pojedziemy, jest szpital. Powiedziałem, że chce pan, aby tam pana umieścili. Chciałbym, żeby mi pan teraz potwierdził swoją zgodę. Radzę nie zastanawiać się, bo to jest najlepsze, co można było w tej sytuacji załatwić. – Dobrze. Nazywam się Kazimierz Szczepański. Urodziłem się 10 lipca 1955 roku. – Dzisiaj jest 18 listopada 2004 roku. Proszę zapamiętać tę datę, bo jak się panu uda, to może będzie to dzień pana drugich urodzin. Minął miesiąc. Kazimierz został wyleczony. Lekarz powiedział, że jeszcze trochę, a groziłaby mu utrata nogi. Pierwsze dni pobytu były okropne. Ciało poddawane różnym zabiegom odzywało się bólem. Przytępione dotąd zmysły nie dawały mu spokoju. Kazimierz był zmuszany do różnych czynności, których dotychczas nikt od niego nie wymagał. Potem przywykł. Jadał regularnie, mył się codziennie. Spał na łóżku w korytarzu, bo schronisko Markot-u było przepełnione. Warunki były bardzo skromne, ale w porównaniu z dotychczasowym jego życiem był to luksus. Nie na darmo wśród pensjonariuszy ośrodka przyjęła się od dawna nazwa „Mariott”. Najgorsze miało jednak przyjść ze strony, o której zdążył już zapomnieć. Zaczął myśleć. Nagle odkrył, że ma dużo czasu, z którym nie wiadomo, co robić. Widział, że wielu spośród współmieszkańców miało różne obowiązki w ośrodku. Póki co nikt mu nie kazał podejmować żadnej pracy z wyjątkiem dbania o samego siebie. Sam zresztą nie myślał nawet o tym, że mógłby mieć jakieś zajęcie. Ale bez jego woli zaczęło docierać do świadomości poczucie bezsensowności takiego życia. Na dworcu miał dużo zajęć. Żebranie o jedzenie lub papierosa, przeglądanie koszy na śmieci, zbieranie niedopałków, cierpliwe gromadzenie pieniędzy, żeby się czegoś napić, układanie się do spania w kącie czy na ławce – wszystkie te czynności wypełniały mu życie na dworcu. Do tego dochodziły częste wędrówki, bo policjanci co prawda tolerowali stałych bywalców, ale nie dawali im spokoju. Teraz tego wszystkiego zabrakło. A najgorsze było, że nie mógł zapalić papierosa. Pewnego dnia Kazimierz zobaczył mężczyznę, który go wyciągnął z dworca. Pierwszą jego myślą było, że może wreszcie zapali papierosa. Posmutniał, gdy tamten mu powiedział, że nie ma pieniędzy. Zamiast tego zostawił mu książkę. Kazimierz dawno już nie czytał. Lubił kiedyś powieści przygodowe, wojenne – dobrze i łatwo się je czytało. „Stary człowiek i morze” – co to za książka? Na pierwszej stronie tuż za okładką ktoś napisał odręcznie: „Człowiek nie jest stworzony do klęski. Człowieka można zniszczyć, ale nie pokonać”. Zaczął czytać, ale mu nie szło. Trudno – spróbuje później. Szkoda, że tamten gość nie zostawił mu pieniędzy. Mówił, że nie ma – a taki szykowny, w krawacie! Po prostu nie chciał. Ale zanim odszedł, powiedział coś ciekawego – za parę tygodni Kazimierz będzie musiał stąd odejść, ale dostanie skierowanie do innego ośrodka poza Warszawą. To była dobra wiadomość. Coś się odmieni. I może wreszcie zapali? Po kilkunastu dniach wspominał dni w ośrodku jak odległą przeszłość. Bardzo się ucieszył, gdy dostał to skierowanie i mógł wyjść – nareszcie wolny. Gdy szedł powoli do centrum, zastanawiał się nawet, że może by tam pojechał. W kieszeni miał bilet, który dostał razem ze skierowaniem. Dali mu nawet kurtkę, bo była już zima – w ostatniej chwili włożył do kieszeni zwiniętą książeczkę, tą o morzu i starym. A potem wylądował na dworcu. Tutaj czuł się naprawdę dobrze. Bilet sprzedał w kasie, a za otrzymane pieniądze kupił całą paczkę papierosów i dwie butelki wina. Och, dawno nie był tak bogaty! Poczuł mocne szarpnięcie za ramię. Otworzył oczy. Nie bardzo wiedział, gdzie się znajduje. W głowie mocno mu się kręciło. Podniósł się z rozłożonej na posadzce tektury. Poczuł, że rękę włożył w coś mokrego – wytarł ją o spodnie. – Wstawaj, człowieku! To nie hotel ani knajpa! – policjant był wyraźnie zły. – Aleś się pan schlał. Nie można to było w domu, jak normalni ludzie? Popatrzył uważnie na Kazimierza. – A kogóż ja widzę, jeśli nie hrabiego? Czy mnie oczy nie mylą? Wróciłeś tutaj – wy wszyscy wracacie, widać nie lubicie innego życia. Ha! Z tej okazji daruję ci – możesz tu dzisiaj spać. Tylko uprzątnij wokół siebie. Mijały kolejne dni, wszystkie takie same. Życie na dworcu nie było nudne. Dni spędzał Kazimierz na zbieraniu pieniędzy wśród ludzi. Ze zdziwieniem stwierdził, że idzie mu to łatwiej niż kiedyś. Czuł się zdrowszy, mocniejszy, noga mu już nie dokuczała. Ale sekret wyjawił mu kiedyś Zenek – młody chłopak, który, jak mówiono, wyciąga dziennie nawet i dwieście złotych. – Spójrz na mnie. Jestem czysty, dobrze ubrany, odżywiony. Ludzie chętniej mi dają niż temu, co już na pierwszy rzut oka jest chodzącym trupem. Pamiętam przecież, jak wyglądałeś parę miesięcy temu. Teraz jesteś gość. Mówię ci – myj się, bądź ogolony, dbaj o ubranie. Reszta to kwestia techniki. Kazimierz zastosował się do tej rady. Zaczął o siebie dbać. Odbywał czasem spacery do bogatych dzielnic, gdzie można było znaleźć dobre ubranie. Codziennie mył się i golił w dworcowej toalecie. Kupił sobie nawet szczoteczkę i pastę do zębów, bo pamiętał słowa Zenka: „ludzie nie lubią, jak komuś śmierdzi z gęby”. Mniej też zaglądał do śmietników, a częściej kupował jedzenie. Przestał zbierać pety – papierosy kupował na bazarku. A z alkoholu pił tylko wino – skończył z denaturatem i innymi wynalazkami. Któregoś wieczoru usiadł na ławce. Nie chciało mu się jeszcze spać. Zaczął przeglądać zawartość toreb, gromadzących cały jego dobytek. Na dnie jednej z nich natrafił na książkę, podarowaną mu w schronisku. Otworzył i zaczął powoli czytać. Nie była ona podobna do tych, które znał z dawnych lat, ale zaczęła go wciągać, budząc jakieś bliżej nieokreślone myśli. Nie rozumiał tego starego człowieka, który tyle wysiłku wkładał w złowienie jednej wielkiej ryby, ale zaczął go podziwiać. Doczytawszy do połowy, poczuł się zmęczony, schował książkę i przeniósł się na swoje zwykłe miejsce. Nie mógł jednak zasnąć – coś mu przeszkadzało. Czuł jakiś niepokój, jakby pozwalał na coś, czego nie chce. Wyciągnął książkę. Było na tyle jasno, że mógł czytać, nie ruszając się z miejsca. Gdy skończył, spostrzegł, że na dworcu rozpoczął się już poranny ruch. Zamykając książkę, przeczytał jeszcze: „Człowieka można zniszczyć, ale nie pokonać”. Czuł się zmęczony. Pozbierał się z wysiłkiem, poszedł się ogolić, a potem ruszył na swój zwykły obchód. Przechodząc w stronę hali kasowej, ujrzał kobietę, która siedząc na szerokich schodach, grała na małym instrumencie klawiszowym, a przed nią na plastikowym talerzyku leżało kilka monet. Pod wpływem jakiegoś odruchu sięgnął do kieszeni i położył złotówkę. – Dziękuję – powiedziała nieznajoma. Sprawiała wrażenie zmęczonej. Przyszedł wieczór. Kazimierz wahał się, czy pójść po wino. Jakoś nie miał ochoty. Od kiedy zaczął mniej pić, nie dawało mu to już zapomnienia tak jak kiedyś. A nie szukał towarzystwa innych, bo wiedział, czym się to…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Mat4478
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…