Życie jest grą
Rozdział 2 powieści, nad którą pracuję (horror)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Rozdział 2
Życie jest grą
Kiedy świat zacieśnia się do rozmiaru pułapki, śmierć zdaje się być jedynym ratunkiem, ostatnią kartą, na którą stawia się własne życie. Paulo Coelho
1
Roger i Sara trafili do Empton Hower w dość pogodny dzień. Słońce, będące dużym, jasnym punktem na niebie, świeciło mocno, a białe niczym świeżo spadły zimą śnieg kłęby chmur, leniwie pływały wokół niego, jakby się nim opiekowały, nie chcąc go opuścić. Nie było w tym dniu nic dziwnego. Wydawał się być zwyczajny jak każdy; może trochę nudny, monotonny, po prostu zwykły jak prawie wszystkie 365 w roku życia Rogera i Sary. Kiedy otwierali rano powieki, nic nie wskazywało na to, by okazał się inny, choćby odrobinę mniej codzienny. Niewielkie domy i domostwa ustawione w miasteczku były rzędami w regularnych odstępach, co z lotu ptaka przypominało rozległy cmentarz, umieszczony w środku wielkiego pustkowia, a krajobraz dookoła przypominał jedną z najgorszych widokówek dodawanych do miesięcznika „Traveller”, który Sara kupowała zawsze w Milla City, gdzie mieszkali już od kilku dobrych lat. Empton Hower nie należało do najpiękniejszych miejscowości turystycznych i trudno było w nim wypocząć w luksusie lub korzystając z jakichś specjalnych rozrywek. Roger postanowił się w nim zatrzymać tylko ze względu na Sarę, choć i tak nie miał na to najmniejszej ochoty. Przynajmniej na początku, kiedy ich samochód zepsuł się milę na północ od miasteczka. Roger chciał naprawić go sam; miał wszystkie niezbędne do tego narzędzia, no i fach w ręku, bo z zawodu był mechanikiem. Jednak Sara uważała, że wpadła na lepszy pomysł. Zatrzymajmy się w Empton Hower – powiedziała błagalnym tonem, kiedy Roger już otworzył bagażnik w poszukiwaniu skrzynki z narzędziami. Dobrze wiesz, że nie możemy – odpowiedział jej chłopak nie patrząc na nią, lecz uporczywie grzebiąc wewnątrz bagażnika, nie dostrzegając w nim niczego, co przypominałoby skrzynkę. – Gdzie ona jest do cholery? Kto? Nie kto, tylko co. Skrzynka. Moja skrzynka z narzędziami. Taka duża...czarna... Widziałaś ją może? A skąd ja niby mam wiedzieć, gdzie jest twoja skrzynka? Myślisz, że robię sobie manicure twoimi kluczami? Daję sobie głowę uciąć, że kładłem ją tu – Roger wskazał na puste miejsce przy brzegu bagażnika, zaraz obok zapasowego koła, które woził ze sobą zawsze na wszelki wypadek. Przezorność była jego dewizą, przekazaną mu przez ojca. Nie wyrzucaj z siebie takich słów. Dziś lecą z wiatrem. Nie wiadomo kto może je usłyszeć – powiedziała Sara z nutką grozy w głosie, tak, że jej samej przez kark przeszedł lekki dreszcz. Roger wydawał się nie słyszeć słów swojej dziewczyny, bo nawet na chwilę nie uniósł głowy. Przecież musi gdzieś tu być! Nie mogła tak po prostu zniknąć! To jest niemożliwe! – Zaczął się powoli denerwować, ale Sara starała się nie zwracać na to większej uwagi. Mój drogi, wszystko jest możliwe – oznajmiła, a dało się wyczuć w tym trochę ironii i jednoczesnego rozbawienia. Nie kpij ze mnie – warknął Roger. Nie kpię ani trochę – powiedziała Sara i uśmiechnęła się drwiąco. – Nie denerwuj się. Jak mam się nie denerwować, kiedy nie mogę znaleźć tej przeklętej skrzynki. Nie musisz jej wcale szukać. Przecież muszę naprawić wóz. Możemy teraz pójść do Empton Hower. A samochód poczeka do jutra. Nie. Ja zaraz...ją...znajdę...chwila... Jest. Tutaj się ukryła – Roger przesunął niewielki karton, w którym trzymał płaszcze przeciwdeszczowe i wyciągnął z bagażnika swoją skrzynkę z narzędziami. Akurat w tym momencie... – załkała Sara, ale bardziej do siebie niż do Rogera. – Nie możemy spędzić miłego dnia w miasteczku? To tylko mila drogi stąd. Nie możemy, bo nie mamy na to pieniędzy. Dobrze wiesz, że się nam nie przelewa. No, chyba, że masz zamiar spać pod gołym niebem. Z tobą zawsze i wszędzie, kochanie – odparła Sara z szerokim uśmiechem na twarzy. Oj, nie żartuj sobie. I nie przeszkadzaj mi. Im szybciej naprawię samochód, tym lepiej. W Empton Hower na pewno mają jakiś tani hotel lub pensjonat – Ton Sary wciąż był błagalny. Nie wiadomo co to w ogóle za miejscowość. A poza tym nas nie stać nawet na tani – Roger właśnie zaczął przeglądać klucze; robił to bardzo dokładnie, badał wzrokiem każdy z nich i przesuwał palcami wzdłuż zimnego metalu, dokonując tym samym niezbędnej selekcji. Proszę cię, no. Nie proś, bo to nic nie da. Nie moja wina, że jesteś dziewczyną biedaka. Nie mów tak. Mówię tylko prawdę. Jestem z tobą, bo cię kocham. Właśnie tych słów oczekiwał Roger. Mimo że słyszał je już kilka razy, zawsze działały tak samo. Sara podeszła do niego bliżej, a on widząc jej kroki odłożył klucze na bok, i gdy znalazła się przy nim, przytulił ją mocno do siebie, kładąc swoje dłonie na jej jędrnych pośladkach. Czuł jej ciepło, które było dla niego o wiele przyjemniejsze od tego, dawanego przez promienie słoneczne. Pocałowali się, a czas jakby na chwilę się dla nich zatrzymał. Na ten jeden moment przestał mieć jakiekolwiek znaczenie.
2
Sara wróciła do samochodu, pozostawiając Rogera przy tylnej części ich auta, kiedy skończył już właśnie wybierać potrzebne narzędzia, zamknął z głuchym trzaskiem klapę bagażnika i obszedł z lewej strony starego forda, którego kupił od swojego przyjaciela z Little Rock, po czym otworzył jego przednią maskę, żeby przyjrzeć się silnikowi. Peter Carter – tak właśnie nazywał się facet, który sprzedał Rogerowi tego starego grata. Z cudem równał się fakt, że to auto w ogóle było w stanie jeździć. Silnik chodził jak psująca się kosiarka, a wygląd także pozostawiał wiele do życzenia. Roger na kupno nowego wozu nie miał pieniędzy, dlatego wziął za grosze prehistorycznego forda od Petera, chociaż wolałby dostać go za darmo. Niestety jednak Peter był człowiekiem mocno łasym na pieniądze, więc nawet ze swojego przyjaciela musiał zedrzeć te marne dla niego kilkaset dolarów. Sara usiadła na fotelu obszytym kremową tapicerką, nędznie imitującą prawdziwą skórę, i sięgnęła na podłogę po leżącą na niej gazetę. Objęła dokładnym spojrzeniem tytułową stronę i czytała niedługi czas. O mój Boże! – krzyknęła. Co się stało? – zapytał Roger, podbiegając do otwartej szyby od strony pasażera, trzymając w ręku jeden ze swoich kluczy. Sara siedziała na swoim stałym miejscu, jedną rękę opierając na udzie, a drugą ściskając gazetę. – Sara? Coś się stało? – powtórzył. Spójrz – wcisnęła mu w ręce jedną stronę gazety, na której małe, czarne litery układały się w niedługi artykuł. Klucz wypadł z jego rąk, z lekkim brzdękiem upadając na ziemię obok przedniej opony. Roger z zaciekawieniem zaczął czytać.
Wczorajszego wieczoru w Milla City doszło do szokujących wydarzeń. W uważanej za najbezpieczniejszą i cieszącej się nieskalaną opinią dzielnicy – Santeria Walm – w starym magazynie Richardson International Company przy Wantelbrin Street, znaleziono ciała pięciu martwych kobiet, których nazwisk nie ujawniamy ze względu na bezpieczeństwo członków ich rodzin Mieszkańcy Milla City są wstrząśnięci. Od kilkunastu godzin ulice miasta wyglądają na niemal całkowicie puste. Ludzie – szczególnie kobiety – boją się opuszczać własne domy i mieszkania, ze strachu, że może dojść do kolejnych ataków. Policja wciąż bada dowody i poszukuje świadków zdarzenia, którzy mogliby pomóc w odnalezieniu sprawcy. Nie wiadomo jednak czy takie osoby w ogóle istnieją. Jeśli tak, rozwój wydarzeń w sprawie nabierze tempa, jeśli nie, wszystko znacznie się przedłuży. Opinia publiczna uznała zbrodnię za najbardziej bestialską spośród wszystkich dokonanych w naszym kraju w ciągu ostatnich dziesięciu lat, a jeden z biegłych zajmujących się tą sprawą zdradził nam kilka szczegółów dotyczących wczorajszego mordu. Jednak nie zdecydował się podać swojego nazwiska. „Ofiary były najpierw torturowane w sposób nieludzki. Pozbawiono je gałek ocznych, języków i małżowin usznych, a ich skóra została ponacinana ostrym narzędziem w bardzo wielu miejscach, tworząc głębokie rany, które następnie posypano solą. Bezpośrednią przyczyną zgonu wszystkich pięciu kobiet była zbyt duża utrata krwi w wyniku otrzymanych obrażeń. Po uśmierceniu ofiar, ich ciała zostały poćwiartowane na kawałki i porozrzucane po pomieszczeniach magazynu To bardzo okrutna zbrodnia. Wątpię, żeby dokonał jej ktoś o zdrowych zmysłach. Myślę, że na pewno nie była to osoba mająca pełną świadomość swojego czynu, lecz po prostu jakiś psychopata, którego albo powinno się leczyć w zakładzie dla obłąkanych albo po prostu zabić, skazując go na krzesło elektryczne. Myślę, że taka kara byłaby najlepsza. Módlmy się, żeby go schwytano i by nic podobnego już się nigdy nie powtórzyło.” Czy jednak mógł to być człowiek nieświadomy tego, co robi? Można śmiało twierdzić, że to nie było przypadkowe morderstwo, lecz doskonale zaplanowana zbrodnia - być może kierowana motywem - której ślady zostały niemal całkowicie zatarte. Nasuwa się szereg pytań związanych z tym co wydarzyło się w Santeria Walm, lecz ilość odpowiedzi jest niestety znikoma. „Niedługo morderca powinien zostać schwytany. Wszystko co uznano za potrzebne zostało już wprowadzone w tok śledztwa. Nikłe ślady, które pozostawił napastnik na miejscu zbrodni, świadczą, że nikt mu nie pomagał, a nasz policyjny psycholog po zapoznaniu się z nimi stwierdził, że mord był wynikiem desperacji jednego człowieka” – mówi komendant miejscowej policji, Louis Joner, kierujący działaniami władz miejskich. „Módlmy się, żeby go schwytano...” – to słowa osoby będącej bardzo blisko śledztwa. Czy naprawdę pozostała nam już tylko modlitwa? Czyżby nie było innego rozwiązania? I czy policja na pewno znajdzie sposób, aby złapać Desperata? Czy może są to tylko fikcyjne zapewnienia władz, by nie powodować paniki wśród mieszkańców miasta? O tym wszystkim z pewnością dowiemy się już wkrótce. A tymczasem apelujemy do wszystkich mieszkańców Milla City, żeby zachowywali wszelkie możliwe środki ostrożności. Szczegóły z przebiegu sprawy codziennie tylko w Echo Milla City.
Roger opuścił rękę, w której tkwiła strona gazety i wbił tępo wzrok, gdzieś przed siebie, ponad dachem samochodu. To straszne, prawda? – spytała Sara rzucając gazetę na tylne siedzenie. Taak. Straszne – odpowiedział Roger beznamiętnym głosem. Co się dzieje z naszym miastem? Raczej, co dzieje się z tym światem? Roger oprócz tego pytania, na które ani on, ani Sara nie znali odpowiedzi, nie powiedział już nic więcej. Podniósł zakurzony klucz z ziemi i wrócił do przodu auta, aby w końcu zabrać się za naprawianie silnika, który zawsze psuł się w najbardziej nieodpowiednich chwilach. Jakby chciał zrobić swojemu właścicielowi na złość. Sara nie ruszyła się z miejsca.
3
Nie minęła długa chwila, może kilka minut, może nawet nie, kiedy Roger pozbierał wszystkie narzędzia i wrzucił je do samochodu, a sam usiadł za kierownicę, drzwi zostawiając otwarte. Naprawiłeś? – zapytała Sara. Nie – powiedział, chwytając papierowy ręcznik, aby wytrzeć w niego zabrudzone dłonie. Nie wiesz jak? Wiem. W końcu jestem mechanikiem. No, to dlaczego nie naprawiasz? Idziemy do Empton Hower – powiedział Roger, a jego słowa wprawiły Sarę w olbrzymie zdumienie. Co? – spytała wyraźnie zaskoczona. Idziemy do Empton Hower – powtórzył. Jak to? Normalnie. Przecież to w końcu tylko mila drogi, prawda? No tak, ale... Nie ma żadnego „ale”. Tylko pamiętaj, że robię to wyłącznie dla ciebie. A co z samochodem? Ostatecznie może poczekać do jutra. Myślę, że na tym pustkowiu nic mu się nie stanie. Po tym artykule opuściła mnie ochota na zabawę w złotą rączkę. Wysiadł z forda i zamknął głośno drzwi. Sara zrobiła to samo dopiero po kilkunastu sekundach, a wysiadając spojrzała w kierunku tylnego fotela, na napis na zmiętej gazecie: DESPERAT ATAKUJE. Myślała o nim chwilę, ale myśl ta uciekła szybko, dokładnie w momencie, gdy Roger zaczął ją ponaglać, żeby ruszała się szybciej. - Jak będziesz się tak ociągać, to spędzimy tu Boże Narodzenie – oznajmił, ale w jego głosie nie dało się wyczuć gniewu ani złości, przeciwnie, był spokojny i bardzo opanowany. W chwilę potem ruszyli do miasteczka, zostawiając samochód na Caste Road, nie martwiąc się o niego wcale. Wątpili, żeby ktoś przejeżdżał tą drogą, bo w końcu nie była ona najczęściej uczęszczaną przez kierowców, a i Roger zaczął żałować, że postanowił wracać nią do domu.
4
Pogoda robiła się coraz piękniejsza. Lekki, ciepły wietrzyk łaskotał skórę Rogera i Sary, którzy już jakiś czas szli obok siebie w milczeniu.. Znamy się już dosyć długo – odezwał się Roger tak nagle, że Sara aż podskoczyła. – A ja nie wiem o tobie wszystkiego. Poznałem cię w Indianapolis. Urodziłaś się tam? Roger postanowił wykorzystać pieszą wędrówkę na dokładniejsze poznanie swojej dziewczyny. Uważał to za lepsze od wsłuchiwania się w senną ciszę. Nie. Do Indianapolis wyjechałam, kiedy skończyłam szkołę. Chciałam zacząć w tym mieście nowe życie, odciąć się od przeszłości. Wiesz, co mam na myśli, prawda? Wiedział doskonale. Sara już mu kiedyś o tym mówiła, ale widocznie teraz o tym zapomniał lub udawała, że nie pamięta. Tak. Chyba tak – odpowiedział. – Narkotyki? – zapytał udając niepewnego, choć posiadał stuprocentową pewność, że odpowiedź, jaką za chwilę usłyszy nie będzie zaprzeczająca. No właśnie – odparła Sara. – Długo brałam prochy, naprawdę długo. Nie miałam pojęcia, ile może mi to przysporzyć problemów. Miałam problemy i w ten sposób chciałam je rozwiązać. To miało być najlepsze wyjście. Wiesz, taki złoty lek – tu pozwoliła sobie na gorzki uśmiech, w tej chwili nie było jej stać na nic więcej. Milczała. Każdy popełnia jakieś błędy – wtrącił Roger, starając się usprawiedliwić przeszłość Sary, ale tak naprawdę chciał po prostu wypełnić czymś ciszę, jaka przed chwilą między nimi nastała. Ale nie każdy aż tyle – mruknęła Sara. - Zresztą nieważne... Chciałeś wiedzieć gdzie się urodziłam, tak? Zgadza się – przytaknął Roger, kiwając przy tym głową. Przyszłam na świat w Seattle, bo akurat wtedy moi rodzice spędzali tam wakacje. A wychowywałam się i dorastałam w Phoenix, gdzie wszystko się zaczęło. Wyjeżdżając do Indianapolis, zostawiłam w Phoenix całe moje życie; wszystkie radości, żale i smutki, wszystkie dobre postępowania i błędy, których niestety było najwięcej – Sara posmutniała; wracanie do tamtych czasów, kiedy ćpała nie wprawiało ją w najlepszy humor. Słońce grzało już naprawdę mocno. Sara zdjęła bluzkę i przewiązała ją wokół siebie w pasie, zakrywając tył i niedużą część przodu swoich niebieskich dżinsów. Zamierzała się choć trochę opalić. Jej jasna, niemal biała skóra potrzebowała odrobinę promieni słonecznych. W Milla City rzadko miała okazję do opalania, zawsze zaganiana i zapracowana, mieszkająca w starym mieszkaniu, bez własnego podwórza, bez tarasu, basenu czy chociażby małego ogródka, w którym mogłaby odpocząć w słoneczne dni na rozkładanym leżaku, który kupiła niegdyś na wyprzedaży w supermarkecie i rzuciła do szafy, nie używając ani razu, mimo, że pragnęła bardzo. Roger obdarzył ją spojrzeniem. Puls zabił mu szybciej, kiedy zobaczył jej niewielkie, ale kształtne piersi, ukryte w czarnym, koronkowym staniku. Podniecał go ten widok, ale nie wpatrywał się zbyt długo, ponieważ nie chciał urazić Sary swoim natrętnym wzrokiem, pełnym samczego instynktu. Zamyślił się. Miał pełną świadomość, że nie można przestać być narkomanem, a jedynie stłumić w sobie pragnienie ćpania Czuł się bardzo dziwnie, wiedząc, że wszystko może runąć przez jedną głupią ścieżkę białego proszku lub małą tabletkę. Przez coś tak głupiego. Ale wierzył w Sarę. Wierzył w nią całym sercem. Może teraz ty powiesz coś o sobie? – zapytała Sara, przyglądając się swojemu chłopakowi z uwagą i wyrywając go z głębokiego zamyślenia. No nie wiem – odpowiedział głosem wyrażającym jego dezaprobatę. – Muszę? – spytał niepewnie. Nie musisz. Ale byłoby miło. Hmm... Co tu do opowiadania? Na pewno coś się znajdzie – Sara wyraźnie zachęcała Rogera. Niewiele, a bynajmniej nic ciekawego. Zwiedziłem już dość dużą część Stanów. Swoje życie zacząłem w San Diego. Mieszkałem tam z rodzicami, dopóki nie skończyłem dwóch lat, potem przeprowadziliśmy się, bo jak stwierdziła matka „wszyscy potrzebowaliśmy zmian” i zamieszkaliśmy w Los Angeles, które w mojej dziecięcej pamięci zachowałem jako naprawdę świetne miasto. Byłam tam kiedyś – wtrąciła Sara. – Rzeczywiście jest super. Tak, bez dwóch zdań. Dziś mogę tylko o nim poczytać. Później naszym domem stało się Sacramento – kontynuował Roger. – Ale tam byliśmy najkrócej, jakieś pół roku, bo ojciec dostał propozycję bardzo dobrze płatnej pracy w Salt Lake City. Przez to rzadko z matką widywaliśmy go w domu. Ciągle praca. Ta głupia praca – Roger akcentował każdy wypowiadany wyraz. – Chciał dla nas jak najlepiej, ale niestety inaczej rozumiał pojęcie naszego szczęścia. Nie prosiliśmy go o żadne udogodnienia. Po prostu pragnęliśmy być razem, w jednym gronie. Chcieliśmy tworzyć rodzinę. Cztery lata po przeprowadzce ojciec zmarł na atak serca. Z oczu Rogera bił wyraźny żal; żal, który czuł bardziej żal do trybu życia swojego ojca niż do samej jego osoby. Przykro mi – powiedziała Sara, czując wyrzuty, że poprosiła Rogera o zwierzenia. – Naprawdę mi przykro. Nie szkodzi. Przecież to nie twoja wina... – odpowiedział Roger. – ...I tyle przyniosło mu dążenie za pieniędzmi – mówił dalej. - Chciał dobrze, a skończył na cmentarzu. Aa... zapomniałem wspomnieć, że moja matka była wtedy w ciąży. Trzy miesiące później urodził się mój brat i... Droga okazała się za krótka, by Roger zdążył opowiedzieć o wszystkim. Przystanęli. WITAMY W EMPTON HOWER – głosiły białe litery na dużej, prostokątnej tablicy, pokrytej gęstym, siwym kurzem. Roger zmarszczył brwi. Wytarliby ją chociaż, bo ledwo widać napis – oburzył się. Nie marudź. Myślisz, że ludzie nie mają nic lepszego do roboty od wycierania jakichś głupich, blaszanych tablic? Tak. Tak właśnie myślę. Niby dlaczego mieliby to robić? Dlatego, że do ich miasteczka przyjechał Roger Matson? A właśnie dlatego. To znaczy chociażby dlatego... No mogliby ją po prostu wyczyścić i tyle... Nie pleć głupot – żachnęła się Sara i ruszyła dalej. Wedle życzenia pięknej pani – odparł Roger i podążył za nią. Sara uśmiechnęła się i odetchnęła. Ten głęboki oddech wyrażał wyłącznie jej szczerą radość z życia. Serce Sary grało teraz najpiękniejsze melodie, jakie zna świat. W tej chwili wszystko było dla niej piękne; złote słońce, mlecznobiałe chmury. I błękit nieba był teraz tak cudowny.
5
Może zatrzymamy się tutaj? – zapytał niepewnie Roger, stając obok dużego budynku. W tym czymś?! – zapytała z niedowierzaniem Sara, z typową odrazą oglądając ściany, w których widniały dziury wielkości piłek do koszykówki, a szyby zmieniły kolor i wyglądało na to, że już bardzo dawno temu przestały być przezroczyste. A widzisz tutaj coś lepszego? Sara rozejrzała się. Rzeczywiście nigdzie nie było żadnego innego hotelu ani ośrodka, który wyglądałby przynajmniej odrobinę porządniej od tego, przy którym stanęli. No nie – przyznała i założyła na siebie bluzkę Wydawało się, że o miasteczko naprawdę nikt nie dba i nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. Abyss – powiedział wolno Roger, odczytując nieco niewyraźny napis na niekształtnym kawałku drewna, krzywo zawieszonym na cienkim łańcuszku obok drzwi wejściowych. – Ośrodek wczasowy, w którym poczujesz się jak we śnie. Nie miewają tu chyba dobrych snów – rzekła Sara. – Muszą mieć same koszmary... Roger roześmiał się, jednak spoglądając na Sarę zrozumiał, że jej słowa nie miały charakteru dowcipu. Była wyraźnie zdenerwowana. Pójdę do sklepu, zanim tu wejdziemy – powiedziała i oddaliła się, nie czekając na odpowiedź Rogera, który już otwierał usta, by coś powiedzieć, ale widząc odwracającą się Sarę, zamknął je spuścił głowę. Nie wszedł do środka. I nie miał na to najmniejszej ochoty. Sara wróciła po kilku minutach i uniosła przezroczystą reklamówkę, pokazując Rogerowi jej zawartość, składającą się z dwóch puszek piwa i dużej tabliczki czekolady z nadzieniem truskawkowym, co dla niego nie bardzo do siebie pasowało. Widząc jego zmieszany wyraz twarzy, Sara postanowiła mu to wyjaśnić. Piwo jest dla ciebie – oznajmiła. – Prosto z lodówki. A czekoladę kupiłam dla mnie. Dobrze wiesz jak uwielbiam słodycze. Roger uznał wszystko za całkowicie jasne, więc zdziwienie mogło zniknąć z jego twarzy, a on mógł spokojnie obserwować Sarę, która odetchnęła głęboko, jakby kryła w sobie chęć zatajenia czegoś, nad czym zastanawiała się intensywnie. Wydarzyło się coś, o czym nie wiem? – zapytał Roger, wyczuwając niespokojny zapach tajemnicy, który znał doskonale, a który zawisnął teraz pomiędzy nimi. Nie, nic się nie stało – odpowiedziała. A przecież stało się i dobrze o tym wiedziała. Roger już o nic nie pytał, a Sara nic więcej już mu nie powiedziała. Nie powiedziała mu o swoim strachu, o sprzedawcy, który tak ją przeraził, bo wyglądał jak trup; jego skóra była całkowicie biała, nie blada, po prostu biała jak najczystszy śnieg, i gdyby Sara wierzyła w rzeczy paranormalne i temu podobne sprawy, z pewnością stwierdziłaby, że ten człowiek jest martwy od dłuższego czasu i sprawia wrażenie całkowicie zależnego od kogoś lub czegoś. Ale przecież tak nie mogło być. Ludzie jeśli umierają, odchodzą na zawsze. Nie wracają, zostają jedynie w naszej pamięci. Tak właśnie tłumaczyła to sobie Sara, starając się szybko zapomnieć o tej wizycie w sklepie. Nie myślała już o tym więcej. - Wchodzimy? – zapytał Roger. Chyba musimy. Nie chce mi się wracać z powrotem do samochodu. Nie dzisiaj. Roger otworzył drzwi i stanął w progu, przytrzymując je, aby Sara mogła wejść pierwsza, ponieważ uważał, że właśnie tego wymagają podstawowe zasady kultury, które powinien znać każdy mężczyzna, by stosować je wobec kobiety. Dziękuję – powiedziała Sara, doceniając dżentelmeńską postawę Rogera. Nie ma za co – odpowiedział bez cienia wątpliwości, bo z jego punktu widzenia rzeczywiście nie było powodu, dla którego Sara miałaby mu dziękować. Postąpił według własnych, dobrze dobranych reguł. Wnętrze ośrodka wcale nie wywarło na Rogerze i Sarze lepszego wrażenia niż to pierwsze, które uderzyło w nich, gdy stali na zewnątrz.. Spod sufitu zwisały wielkie kłęby pajęczyny, a kurz, którego chyba nie wycierano od co najmniej kilku lat, drażnił ich gardła, wywołując niechciane chrząknięcia i suchy kaszel. W czym mogę pomóc? – spytał ktoś, kogo początkowo nie zauważyli wchodząc na główny hol. Spojrzeli w bok. Zza wysokiej drewnianej lady machał do nich szczupły mężczyzna ubrany w fioletowy uniform, w którym wyglądał bynajmniej dziwacznie. Sara musiała się powstrzymywać, by nie parsknąć głośnym śmiechem, przy czym wyglądała, jakby zaklejono jej usta, a ona próbowała usilnie złapać nimi głęboki haust powietrza. Recepcjonista zauważył to; zsunął metalowe oprawki prostokątnych okularów na nos i prześwidrował ją jarzącym się wzrokiem czarnych oczu. Sarze odeszła chęć do śmiechu. Spoważniała gwałtownie i stanęła niemal na baczność jak żołnierz, a fioletowy strój recepcjonisty wydał jej się teraz całkiem ładny. Roger nie dostrzegł ostrego spojrzenia skierowanego na jego dziewczynę. A nawet jeśliby je zauważył, to nie poczułby tego co ona, bo on nie widział wprost tych wąskich, wyglądających jak czarne szparki oczu, przypominających bardziej oczy węża niż ludzkie źrenice. Roger stał obok i wpatrywał się w czubki swoich pantofli, jakby sprawdzał dokładnie czy nie ma na nich żadnych zabrudzeń, które koniecznie trzeba wyczyścić. Chcielibyśmy wynająć pokój dla dwóch osób. Na dobę. – powiedział, przestając się gapić na swoje buty. – O ile jest to w ogóle możliwe w tym ośrodku... – dodał nieco ciszej, rozglądając się po zaniedbanym holu Abyss z malującym się na jego twarzy zrezygnowaniem. Oczywiście, że jest to możliwe. Ma pan jakieś wątpliwości? Miał. I to większe niż mogło się wydawać. - Nie mam – skłamał. Ośrodek jest dosyć stary, ale funkcjonuje tak samo dobrze jak zaraz po jego powstaniu. Powiedzmy... – mruknął Roger. Słucham? – Recepcjonista zdawał się nie zauważać, że ośrodek popada w kompletną ruinę. Roger pomyślał, że facet stojący przed nim albo jest po prostu kompletnym idiotą albo gadka, którą ich karmi stanowi jeden z głównych warunków jego pracy, ustanowiony przez krnąbrnego właściciela, mającego pewnie gdzieś ten interes, bo na kontach posiada sumy, w których liczba zer jest niemniejsza niż sześć. Czy więc mam dokonać rezerwacji? Tak. Sara odeszła od nich kilka kroków, podchodząc do schodów prowadzących na pierwsze piętro. Poproszę pana o jakiś aktualny dokument tożsamości. A jeśli pan nie ma... Mam, mam – powiedział Roger, sięgając do portfela i wyciągając dowód osobisty. To znakomicie. Regulacji płatności dokonujemy na koniec pobytu w ośrodku. Dobrze, już dobrze. Słowa recepcjonisty nudziły Rogera, więc chciał jak najszybciej zakończyć formalności związane z wynajęciem pokoju. Mówiąc „dobrze, już dobrze” Roger tak naprawdę myślał „przymknij się, idioto”. I mało brakowało, a rzuciłby mu tymi słowami prosto w jego starą i pomarszczoną twarz. Ale jakoś się opanował. Z pewną trudnością jednak. Oto klucze do państwa pokoju. Życzę wam miłego wypoczynku – powiedział recepcjonista z udawanym, doskonale wyćwiczonym przez lata pracy uśmiechem. Sara musiała ugryźć się w język, by nie powiedzieć czegoś, co mogłoby wyprowadzić go z równowagi Nie chciała znowu napotkać wrogiego spojrzenia, który nie był dla niej wcale przyjemny, lecz działał jak cios otwartej ręki w twarz.
*
Ten pokój jest po prostu ohydny! – wybuchła Sara, patrząc na obdrapane ściany i sufit. – Idę się przejść. Dokąd? Nie wiem. Gdziekolwiek. Posiedź tu ze mną – poprosił Roger. – Porozmawiamy. Nie. Wolę pooddychać świeżym powietrzem, a nie tą stęchlizną! – powiedziała Sara, a jej twarz wykrzywił grymas wstrętu. To może pójdę z tobą? Nie. Wolę być sama! – głos Sary był stanowczy, nie zawsze mówiła takim tonem. Wyszła z pokoju, przeszła przez kawałek korytarza i zbiegła szybko po stromych schodach, wychodząc na zewnątrz. Ruszyła przed siebie, nie wybierając żadnej konkretnej drogi i nie zwracając uwagi na to, gdzie idzie. Po prostu szła, nie widząc nic dokoła. Dopiero po jakimś czasie zauważyła otaczające ją domy, budowane blisko siebie, jak gęsta sieć. Czuła się jakby otworzyła oczy po długich godzinach snu. Wszystko wydawało jej się bardzo rażące i jaskrawe. Przetarła kilka razy dłońmi powieki i wtedy widok stał się taki, jaki był zazwyczaj. Nagle coś ją tchnęło. Pożałowała, że zostawiła Rogera samego w pustym i obskurnym pokoju ośrodka wczasowego, o ile w ogóle można było tak nazwać tę starą ruderę, pozbawioną jakichkolwiek walorów, choćby dla młodego, spragnionego pięknych widoków wzroku Sary, która postanowiła zrezygnować z i tak bezsensownego zwiedzania miasteczka. Odwróciła się szybko na pięcie i ruszyła prostą i bardzo ciasną brukowaną uliczką, która wydawała jej się być całkowicie pusta. Kroki Sary odbijały się głuchym echem między dwoma dużymi budynkami wyglądającymi na nieużywane i opustoszałe od wielu lat, w których pozabijano okna przegniłymi już deskami, a drzwi powyłamywano z zawiasów. Sara rzucała uważne, nerwowe spojrzenia wokół siebie. Nie widziała nikogo, ale zaczęła czuć się tak, jakby ktoś ją obserwował. „To niemożliwe. Tu nikogo nie ma. Jestem tylko ja i te paskudne budynki. Nic więcej.” – pomyślała, ale wcale nie zaprzestała obsesyjnych spojrzeń, lecz nawet gwałtownie przyspieszyła kroku, mijając właśnie powyginane blaszane kubły na śmieci. Otarła dłońmi strużki potu spływające po jej skroniach, bo dzień zrobił się już naprawdę upalny, temperatura z całą pewnością znacznie przekraczała trzydzieści stopni. Sara nie mogła tego sprawdzić, ponieważ nigdzie nie widziała termometru. Jednak pot na jej twarzy nie był wyłącznym wynikiem światła słonecznego, padającego na jej delikatną cerę. Zawsze się pociła kiedy odczuwała lęk. Odwróciła się i spojrzała przed siebie pełnym jeszcze niczym nieuzasadnionego lęku wzrokiem. Nie zobaczyła nic. A przynajmniej na pierwszy rzut jej zawsze bystrego oka, zawodzącego jedynie w sytuacjach, które można nazwać ekstremalnymi. Niestety Sara nie potrzebowała wiele, żeby znaleźć się w takiej sytuacji. Stała teraz sama w dziwnej, wąskiej uliczce zupełnie obcego miasteczka, w którym ludzi wydawało się mieszkać mało, a każdy z nich, kogo widziała, zachowywał się bardzo nienaturalnie, choć byli tylko zwykłymi ludźmi. Zwykłymi? Sara bała się, panicznie bała, mimo że nie miała pojęcia czy istnieje jakikolwiek rzeczywisty powód, dla którego miałaby się bać. Ale to nie było już zależne od niej, bo przestało być z chwilą, kiedy wkroczyła w tą dość długą ulicę z wyrzutami sumienia i myślą, że mogła zostać z Rogerem w ośrodku, o których zapomniała, gdy jej serce zaczęło walić głośno jak kowalski młot w tej głuchej ciszy i szybko, jak gdyby ktoś kilkukrotnie przyspieszył jego pracę. Rozległ się trzask; głośny odgłos uderzenia metalu o twardy beton sprawił, że Sara zamarła, na moment zamykając oczy. Gdy je otworzyła uspokoiła się znacznie. To tylko kot – westchnęła, biorąc głęboki oddech. – Zwyczajny kot. I rzeczywiście był to kot. Wywrócił kubeł na śmieci, a teraz stał pod nogami Sary, machając miarowo kruczoczarnym ogonem i wpatrując się w nią jadowicie zielonymi oczami. Idź stąd kotku – powiedziała łagodnie. – Nie jestem w najlepszym humorze, więc uważaj. I nie strasz mnie, bo mam słabe serce. Kot jakby ją zrozumiał, najpierw prychnął gniewnie, po czym posłusznie popędził w drugą stronę. Sara odrzuciła swoją grzywkę na bok i poszła dalej. Kot zniknął jej z oczu i ponownie zapadła cisza, która nie trwała jednak długo. Świeża krew – usłyszała Sara, a jej blada zazwyczaj twarz zrobiła się jeszcze bledsza, tak, że przypominała nie zapisany arkusz białego papieru do ksero. Przez moment pomyślała, że ma jakieś omamy słuchowe, być może spowodowane zbyt skwarnym upałem. Śwież krew – odezwał się ponownie suchy jak rozgrzany pustynny piasek głos, a nadzieja Sary, że nie istnieje on naprawdę oddalała się coraz bardziej z każdą sekundą. Sara rozejrzała się wkoło, chciała ogarnąć wzrokiem wszystko, co tylko było do ogarnięcia, lecz okazało się to niemożliwe. Kim jesteś? – zapytała, starając się, by jej głos był odważny i stanowczy. Zacisnęła dłonie w pięści, i zrobiła to tak mocno, że między palcami pociekły jej strugi krwi z miejsc w wewnętrznych częściach dłoni, gdzie wbiła swoje paznokcie. Kim jesteś? – powtórzyła pytanie, ale głosu nie miała już zdecydowanego, trząsł się wraz z resztą szczupłego ciała. Ktoś pragnie twojej śmierci. Ktoś pragnie twojej krwi. Jestem tu – głos stawał się coraz głośniejszy. Przyprawiał Sarę o dreszcze i gęsią skórkę. To bardzo głupie żarty! Nie bawi mnie takie poczucie humoru! – krzyknęła. Boisz się, prawda? Piekielnie się boisz. Wiem o tym. To ty, Roger? – w jej słowach pojawiało się coraz więcej niepokoju. Zalewa cię fala strachu. Ten strach cię paraliżuje. Od kostek po twoje jasne włosy. On cię zabije. Wiem, że źle zrobiłam zostawiając cię w Abyss samego. Mogłam nie wychodzić z pokoju. Przepraszam i obiecuję, że już więcej tak nie zrobię. Ale nie musisz żartować w ten sposób. Jeśli chciałeś mnie nastraszyć to udało ci się. Możesz już skończyć, bo to staje się naprawdę głupie. Świeża krew nie ma prawa żyć w moim miasteczku. Nie zasługuje na to. Plugawisz tę ziemię. Czyżby Roger miał okazać się znakomitym aktorem i może popełnił błąd
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Szejnis
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…