Żywot snajpera
Jak nasza armia rośnie w siłę.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Żywot snajpera
Nazywam się Anastazjew i jestem snajperem. Jednak nie jakimś tam zwykłym miotaczem kulek, ale najlepszym z najlepszych, prawdziwym mistrzem w swoim fachu. Pomyślicie morderca ! Niegodziwiec! Ha, może i macie racje, jednak jestem dumny z tego co robię, a przede wszystkim z ogromnego kunsztu jaki sobą reprezentuję. Właśnie leżę na dachu budynku nr 126 przy ul. Wyrwidęba i czekam na okazję, która uczyni mnie sławnym. Mój przepiękny szybkostrzelny Luger wyprodukowany w Niemczech na bazie izraelskich i hiszpańskich części, co prawda częściowo montowany w Chinach, ale przy zastosowaniu wszelkich wymaganych reżimów produkcyjnych, spoczywa właśnie obok mnie gotowy do strzału. W niewielkiej odległości od niego leży zegarek. Nie jakiś zwykły tam czasomierz, rzemieślnicze gówno, które możecie nabyć w każdym supermarkecie. Mój Swanson to prawdziwe arcydzieło szwajcarskich zegarmistrzów przetestowane w syberyjskich mrozach, na pustyniach Egiptu i Sudanu, cacko, którego w najbardziej niebezpiecznych misjach używają amerykańscy i izraelscy komandosi. W moim fachu nie mogę sobie pozwolić na byle jaki sprzęt. Swanson pokazuje właśnie godzinę piątą. Boże, jak on pięknie to pokazuje. Tak profesjonalnie i niezawodnie. Kiedy włącza system zapobiegający odbijaniu promieni słonecznych, a w górnym prawym rogu leciutko migocze data na wypadek, gdybym potrzebował informacji jaki dziś mamy dzień, a na skutek zamieszania związanego z przeprowadzaną operacją nagle o tym zapomniał, wtedy wiem na pewno, że każda złotówka wydana na zakup Swansona była najlepszą z inwestycji. Nie żebym niedoceniał Lugera, to majstersztyk w swojej klasie, jednak po zakończeniu zadania przez dłuższy okres czasu leży ukryty w skrytce w piwnicy i ze względu na swoje bezpieczeństwo nie mogę nim cieszyć oczu. Swansona noszę codziennie i jestem nim zachwycony. Teraz wskazówka przesunęła się nieznacznie pokazując już piętnaście po piątej. Cel powinien pojawić się na linii strzału za jakieś dwie minuty. Teraz cisza i spokój. Muszę się skupić maksymalnie, mogę oddać tylko jeden, jedyny strzał. Na powtórkę będzie już za późno. Piekło jakie się potem rozpęta da mi pięć, może sześć minut na ucieczkę. Skupiam wzrok na obrazie, który widzę przez lunetę celownika. Chodnik i przemierzający nim ludzie. Sklepy. Najpierw spożywczy, dalej rybny i drogeria. Celownik przesuwa się na lewo i zatrzymuje. Drzwi do restauracji. To stamtąd wyjdzie ofiara. Trzeba tylko poczekać. Leżę i patrzę. Jestem cierpliwy. Swanson właśnie zasygnalizował mi, że wiatr z kierunku północnego zachodu wzmógł się. Wspaniale, dzięki przyjacielu. Coś pojawiło się w polu widzenia celownika. Natychmiast reguluję ostrość i dostrajam przybliżenie. Fałszywy alarm, to tylko jakiś kundel przechodzi chodnikiem i zatrzymuje się na chwilę zwabiony zapewne smakowitymi zapachami dobiegającymi z restauracji. Wydaje mi się, że przez ułamek sekundy spojrzał mi w oczy, co samo w sobie jest idiotycznym przypuszczeniem, bowiem jak zwykły pies mógłby dostrzec idealnie zamaskowanego snajpera z odległości pięćdziesięciu metrów? Niedorzeczność. Muszę się skupić. Sekundy upływają, mój umysł wkracza na najwyższe obroty, wyostrzone zmysły sprawiają, że zamieniam się w perfekcyjnie działającą maszynę do zabijania, Swanson właśnie sygnalizuje.... CO DO CHOLERY !!!! Ten pieprzony kundel znowu gapi mi się w lunetę i do tego... Boże, chyba powoli wariuję, to na pewno skutek uboczny zbyt wysilonego i skupionego umysłu. Wydaje mi się, że pies merda do mnie ogonem i... nie, nie to niemożliwe, żeby zwierzak się uśmiechał. Na pewno nie do idealnie ukrytego snajpera. Dlaczego on tu wrócił? Chciałbym wierzyć, że to nieprawda, ale ten pies zachowuje się jakby wiedział doskonale, że go obserwuję. Nie mam czasu, muszę go zignorować i skupić się na celu. Przecieram pot z czoła i ponownie przystawiam oko do lunety. Cel opuści restaurację lada chwila. Pies paraduje przed lokalem z wysoko podniesioną głową, nagle przystaje i.... O mało nie nacisnąłem przedwcześnie spustu i nie spaliłem strzału kiedy to zobaczyłem. Pies właśnie fiknął koziołka, by wylądować na czterech łapach i skłonić się lekko jakby w oczekiwaniu gromu oklasków. JEZU CHRYSTE, czy to jakiś pieprzony cyrkowiec? Dlaczego nikt inny nie zwraca uwagi na jego wygłupy? Spokojnie, bez nerwów. Drzwi restauracji uchylają się i widzę opuszczającego ją człowieka. Nakłada kapelusz na głowę i rusza w kierunku centrum. Robię zbliżenie twarzy. Szpiczasty nos, wysunięty podbródek, okulary, wąs, trzydniowy zarost. To nie on. To nie mój cel. Powracam na miejsce obserwacji. Swanson pokazuje dwadzieścia po piątej. Jest już po ustalonym przeze mnie czasie, ale cel może się spóźnić. Może coś zatrzymało go w restauracji jeszcze przez parę minut. Grunt to nie denerwować się. Trzeba czekać. Czuję jak strużka potu spływa mi z czoła. Kątem oka znowu dostrzegam tego cholernego zwierzaka. To, że pies powrócił byłbym jeszcze w stanie przetrawić, ale fakt, iż przyprowadził ze sobą czarnego kocura przed którym się pokłonił i zaprosił go do tańca sprawił, że zaczynam poważnie zastanawiać się nad swoim zdrowiem psychicznym. Zwierzaki tańcują przed drzwiami restauracji jak gdyby nigdy nic. W pewnym momencie.... Ależ dlaczego nie, proszę bardzo, nic mnie już nie zadziwi. Kot z ogromną gracją i finezją godną baletnicy wykonał właśnie poczwórny piruet, czym wprowadził kompana w niewyobrażalny zachwyt. Nie zwracaj na nie uwagi, myśl o zadaniu i drzwiach restauracji. Co z tego, że pies właśnie rzucił się na grzbiet i zaczyna wirować na chodniku, jak jakaś dzika karuzela. To nie moja sprawa. Do tego... O JA PIERDOLĘ. Ze studzienki kanalizacyjnej wyszedł szczur i ciągnie za sobą.... No jasne, co w tym dziwnego? Szczur rozkłada perkusję, usadawia się na krzesełku i trzymanymi w łapkach pałeczkami zaczyna walić w bębny i talerze. Kot z psem podskakują w uciesze i oddają się rytmom na żywo. Nie jestem pewien, ale chyba ciśnienie skoczyło mi do poziomu zagrożonego zawałem. Boże, zwariowałem. To koniec mojej kariery, a miało być tak pięknie. Wykonane zadanie, zaszczyty, medale... ZADANIE!!! Wracam do drzwi restauracji. Są otwarte. Cholera, ktoś opuścił lokal. Przegapiłem go. Kilka osób idzie chodnikiem. Troje mężczyzn, jeden starszy, dwóch młodszych i kobieta. Kobieta odpada. Który to?!! Nie mogę nie wykonać zadania. To równoznaczne dezercji, czeka mnie sąd wojenny. Trudno rozwalę wszystkich. Potem się będę tłumaczył. Celownik skupiam na głowie starszego mężczyzny. Raz kozie śmierć, pociągam za spust. Luger reaguje bezproduktywnym, głuchym plaśnięciem.
STOP ANASTAZJEW, ZADANIE SKOŃCZONE, MISJA NIEWYKONANA
Głos dobiega z megafonu ustawionego na dole. Nagle na ulicę wjeżdżają transportowce opancerzone pełne żołnierzy, którzy blokują ruch. Za nimi pojawiają się samochody dowództwa i dwa opancerzone pojazdy rządowe. Nad budynkiem zawisł śmigłowiec.
PORUCZNIK ANASTAZJEW PROSZONY JEST O NATYCHMIASTOWE STAWIENIE SIĘ W TYMCZASOWEJ KWATERZE DOWÓDZTWA.
Kwatera to przywieziony przed kilkoma
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil hektores
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…