Wróć do katalogu

A Piekło w bierki gra (część pierwsza)

Wszyscy szatani nadal latają mi po głowie i odczepić się od nich nie mogę. Nie to nie.

Carriole Ina, opublikowano , 8 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Prolog

O tym, że najgłupsze pomysły przychodzą mi do głowy zawsze w autobusach, wiedziałam od dawna. Nie wiedziałam natomiast, że mogą z niej także wychodzić, i Los pewnie uznał, że pora najwyższa, by się ziściło, toteż podczas jazdy autobusem numer 253 znienacka wyfrunął mi z głowy diabeł i usiadł na siedzeniu obok mnie. Byłam potwornie zamyślona i w pierwszej chwili nie zwróciłam nań większej uwagi, ale po kilkunastu minutach dotarło do mnie, że diabeł nie znika, siedzi dalej, i w dodatku sprawia wrażenie diabła ewidentnie zmetalonego. Proszę mi wierzyć – bies przyodziany w koszulkę z Iron Maiden, czarne spodnie i przyczepiony doń łańcuch, nie jest widokiem codziennym, i choćby z tego względu należałoby poświęcić mu chwilkę. Przyjrzałam się zatem diabłu, który, gdyby nie miał rogów i ogona, na diabła nie wyglądałby mi wcale – któraż bowiem jednostka piekielna poszczycić się może długimi do pół pleców jasnymi, prawie białymi włosami? Także szalenie bladą cerą? I szarymi oczami? Przewiercałam go wzrokiem teraz już zupełnie bez żadnego wychowania, a diabeł zdawał się nie dostrzegać mojej osoby i bezpardonowego zainteresowania – siedział, wygodnie rozparty na autobusowym siedzisku, podrygiwał nogą rytmicznie i wpatrywał się wzrokiem bez wyrazu w dal. W związku z tak wyraźnymi oznakami lekceważenia z jego strony postanowiłam polekceważyć go także. Odwróciłam twarz do okna i znów zadumałam się głęboko, z nadzieją, że gdy dojadę do mieszkania, widmo szatańskie zniknie.

I

Od razu powiedzieć muszę, że nie zniknęło. Co więcej, wysiadło razem ze mną na przystanku i polazło do mieszkania, które wynajmowałam. Nie widziałam powodów, żeby diabła nie wpuszczać, więc bez przeszkód wszedł najpierw do korytarza, potem ciekawie zajrzał do przedpokoju, by ostatecznie wpakować mi się do mojego osobistego, prawie własnego, bo dzielonego ze współlokatorką, pokoju. Rozsiadł się w fotelu, jakby robił to od zawsze, i wywalił kopyta na biurko. To mnie już nieco ruszyło, bo, do cholery, wczoraj nie po to zasuwałam ze ścierą po mieszkaniu, doprowadzając je do porządku, by teraz jakieś piekielne ścierwo ubłocone glany mi pakowało na świeżo wyczyszczone biurko! Zgrzytnęłam zębami, niepewna, co właściwie powinnam zrobić. Awanturę…? - Może byś tak łaskawie zdjął buty? – warknęłam tonem dalekim od życzliwości. – Sprzątałam tu. Bies nie zwrócił na mnie najmniejszej uwagi, pogrzebał za to w kieszeniach, wyjął paczkę papierosów, zapalniczkę, i zapalił. Ruszyło mnie mocniej, nie znosiłam papierosów! Stanowczym ruchem wyrwałam mu śmierdzące świństwo z ust, otworzyłam okno i wyrzuciłam precz. Diabeł nie diabeł, nie będzie mi tu nikt powietrza zatruwał na mojej osobistej przestrzeni mieszkalnej! Dokonawszy czynu, z godnością poszłam pod prysznic spłukać z siebie miejski kurz. Gdy wróciłam odświeżona, diabeł nadal siedział w fotelu, chociaż nogi z biurka zdjął. I raczył wreszcie dostrzec moją osobę. - Tu będę mieszkał – zakomunikował. - Aha – przyswoiłam. – A gdzie masz zamiar spać…? Bies wskazał palcem jedno z łóżek. - O, tutaj. - Tam śpi Edyta. - Edyta? - No, współlokatorka. Diabeł wzruszył ramionami. - Może przekimać się na śpiworku. Widziałem, że macie. Usiadłam na drugim fotelu, konwersacja z diabłem nadwątliła bowiem nieco moje siły fizyczne. - Wiesz, ja nie chcę być sceptyczna – zauważyłam uprzejmie po dłuższej chwili. – Ale podejrzewam, że ona może nie zapałać entuzjazmem do twojego pomysłu… - Czemu nie? – zdziwiło się szatańskie zjawisko. - A bo ja wiem… na podłodze to jakoś tak niewygodnie. - Na śpiworku. - Na śpiworku też nie najlepiej. W każdym razie nie sądzę, by zgodziła się dobrowolnie spać na podłodze. Pardon – na śpiworku. - Strasznie szkoda – szczerze zmartwił się diabeł. Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu, a problem miejsca spania Edyty zawisł w powietrzu, zupełnie nie zdając sobie sprawy ze swojej absurdalności. - No dobra, ostatecznie ja mogę spać na tym śpiworku – oznajmił w końcu…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych