Wróć do katalogu

BAJKA

napisane dla basi

vanGordon, opublikowano , 2 godz. 44 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

BAJKA

W czasach tak odległych, że łatwiej je przywołać wyobraźnią niźli korzystać z pamięciowych przekazów ustnych najstarszych żyjących rodów z pradawnych ludów, działa się ta historia na poły zmyślona, w połowie jednak zupełnie prawdziwa. Cała rzecz działa się na wyspie na wielkim morzu Baloit. Wyspa ta jednak nie była jak inne wyspy. Była to bardzo duża wyspa, co prawda sporo mniejsza niż najmniejszy kontynent, ale jednocześnie o wiele większa niż jakakolwiek inna wyspa na którymkolwiek z mórz lub oceanów, wyspa ta nazywała się Artenois. Z jednej strony piaszczyste płaskie plaże leżące na najcieplejszej stronie wyspy przechodziły w plaże, na których miast piasku leżały drobne i nieco większe kamienie o gładkich krawędziach i nieco spłaszczonym kształcie, z drugiej zaś strony zmieniały się w klify pnące się coraz wyżej nad powierzchnię błękitnego morza. Artenois było wyspą pełną zieleni, wzdłuż piaszczystej plaży rozciągał się palmowy las, który dalej w kierunku lądu zmieniał się w prawdziwy busz taki, jaki można spotkać tylko w tropikach. Gdyby nie niewielkie osady, które zaznaczały się w nim wyraźnie w niedalekiej odległości od miejsca gdzie woda graniczy z lądem, oraz olbrzymi port umiejscowiony na szerokim cyplu ląd ten wyglądałby niczym dziewiczy raj niedostępny dla zwykłego śmiertelnika. Jeżeli stanąć by na plaży, na której przez cały rok jest ciepło, ujrzelibyśmy daleko w głębi wyspy majestatyczne góry skaliste, których szczyty pokryte są wiecznym śniegiem. Jednak piękno Artenois w pełni mogą podziwiać tylko ptaki, które lecąc wysoko nad lądem obserwują małe miasteczka ukryte wśród zieleni łąk i złocie pól przecinanych przez błękitne wstęgi rzek. Rozległe lasy mieszane skrywające w sobie bogactwo zwierzyny oraz wielkie tajemnice. I wreszcie piękny zamek z białego marmuru stojący na sięgającym najwyżej nad morze skalistym klifie, który wcina się w morską toń wskazując kierunek zachodni. Tak piękną krainą w istocie jest Artenois, że można by o nim samym jeszcze wiele opowiadać, lecz nie on sam jest bohaterem tej historii, ale jeden z jego mieszkańców, bardzo małych mieszkańców. Słuchajcie więc uważnie.

Nad Artenois właśnie wstawał piękny słoneczny dzień, mgła zdążyła już zniknąć z lasu i jego okolic odsłaniając soczyście zieloną trawę i mięciutki mech porastający konary sędziwych drzew niczym zielona broda dodająca powagi gigantycznym dębom oraz innym wręcz monolitycznym okazom różnego gatunku drzew. Poranna rosa odbijała promienie światła przebijające się poprzez gęste liście drzew, lśniąc brylantowym światłem we mchu, trawie oraz leśnych krzewach. Wiatr lekko zawiewał ze wschodu muskając liście. Niewielki elf, który spał do tej pory na kępce mchu porastającej sporą gałąź kilkuset letniego dębu podniósł lekko głowę. Następnie zaczął powoli siadać podpierając się jedną ręką, drugą zaś przecierając zaspane oczy. Starał się zapamiętać piękny sen, który mu się śnił tej nocy, już prawie mu się udało, lecz kiedy podniósł powieki zapomniał o nim zupełnie chłonąc całym umysłem widok, który mu się ukazał. Na leśnej polanie, która dla kogoś jego wzrostu wydawała się gigantyczna, w trawie jak okiem sięgnąć świeciły tysiące diamentów tak jakby łaskawy księżyc rozsypał tej nocy spory zapas materii, w którą zapewne się odziewa by tak pięknie świecić w nocy zamiast słońca, które chowa się w ten czas gdzieś po drugiej stronie morza. „Szkoda, że nie ma nikogo, kto mógłby ze mną to oglądać” pomyślał elf rozpościerając delikatne, prawie przeźroczyste skrzydełka. Lekko podskoczył i unosząc się delikatnie niczym piórko podleciał do kępki trawy, w której błyszczał największy z diamentów. Niczym koliber zatrzymał się przy szerokim źdźble trawy i zanurzył ręce w płynnym krysztale. Kilka razy powtórzył tę czynność spijając z miseczki zrobionej z dłoni drobinki porannej rosy. Po przemyciu twarzy ruszył dalej na zachód gdzie zmierzał już od pięciu dni. Cóż w tym miejscu należałoby wspomnieć, co nieco o tym, kim jest nasz mały elf, który tak naprawdę jest bohaterem tej opowieści. Jednak jego, a właściwie jej, o tak drogi słuchaczu to właśnie jest ona, gdybym wszakże miał opowiadać o tym, co stało się w jej życiu przed wydarzeniami dzisiejszego ranka zajęłoby mi to prawie tyle lat ile ta drobna istota wędruje po ziemiach Artenois. Jedyną ważną dla nas rzeczą w tym momencie jest to, że Baisa (gdyż tak ona się nazywa) trafiła do ludzi, kiedy jeszcze była dzieckiem. Tego, co było wcześniej ani tego jak do nich trafiła nie pamięta. Kiedy miała 13 lat uciekła od swoich opiekunów, przez pięć lat tułała się po większych miastach królestwa starając się zaleźć sobie podobnych. Bezskutecznie, aż do czasu, kiedy to pięć dni temu usłyszała jak wędrowny grajek mówił o delikatnych jak mgła i unoszących się w powietrzu leśnych istotach tak niewielkich, że mogłyby swobodnie stać na ludzkiej dłoni. Istoty te miały ponoć mieszkać na zachodzie, w wielkim borze u podnóża gór. Tak oto Baisa ruszyła ku swej przyszłości – bo nie ważne jest to co było ale to co ma dopiero się zdarzyć!

Baisa coraz wlatywała w promienie słoneczne przebijające między liśćmi i oświetlające wąską leśną ścieżkę. Unosiła się delikatnie na wysokości twarzy przeciętnego człowieka, wachlując delikatnymi niczym sen skrzydełkami podążała na zachód. Odkąd weszła do lasu natykała się tylko na leśne zwierzęta, które lub nie zwracały na nią zupełnie uwagi, jak dziki wczorajszego popołudnia lub przyglądały z zaciekawieniem jak łania, którą teraz mijała. Widziała ją wyraźnie w miejscu gdzie olbrzymi złocisty promień wlewał się do lasu ubytkiem po koronie wielkiego klonu powalonego przez piorun pół wieku temu. Dywan mchu, który przykrył klon przez te lata zasłaniał teraz nogi płochliwego zwierzęcia. Elf nie zwracał jednak na nią uwagi, dążył do swego celu jednostajnym tempem, nie miał zamiaru się zatrzymywać choćby nie wiem co, nie licząc oczywiście postoi na posilenie się. Około południa delikatna istota zrobiła sobie przerwę w podróży i posiliła się soczystą poziomką, którą znalazła w trawie. Kiedy skończyła ją jeść przeszedł ją zimny dreszcz, dziwne nieprzyjemne uczucie, zupełnie jakby ktoś wbił jej w kark tuzin igiełek z lodu. Rozejrzała się dookoła, jednak nikogo nie było pobliżu – „albo bardzo dobrze się ukrył pośród liści” – pomyślała. Słońce przebijało się przez liście ostrymi promieniami, które oślepiały Baisę, widziała jedynie cienie liści, które poruszane przez delikatny wiatr sprawiały wrażenie klapek coraz zasłaniających dostęp światłu, oraz ogólny zarys koron drzew, oraz ich masywnych pni, za którymi, być może coś się czaiło. Nie miała zamiaru dłużej tu zostawać, natychmiast ruszyła dalej. Słońce powoli przechodziło w purpurę, gdy Baisa doszła do niewielkiej polany. Właśnie mijała ostatnią linie drzew przed wejściem na zielony dywan niewielkiej leśnej łąki, gdy nie przyjemne uczucie znowu wpełzło po plecach na jej kark. Tym razem była już pewna, ktoś ją obserwuje, nie miała siły uciekać, postanowiła, że stawi czoła temu komuś lub czemuś, co ją śledzi bez względu na konsekwencje. Lepiej zginąć świadomym niż podróżować dalej w lęku i niepewności. - Kimkolwiek jesteś wiedz się ze się ciebie nie boję, więc lepiej wyjdź i się pokaż zamiast się kryć jak złodziej lub ktoś jeszcze gorszy! – powiedziała najpoważniejszym głosem jaki była z siebie w stanie wydobyć, jednak jako mały elf nie bardzo mogła liczyć że jej głos który brzmiała raczej jak pisk niż rozkaz lub wyzwanie mógłby kogoś przestraszyć ale było już za późno na zmianę decyzji „stało się” pomyślała i skuliła się lekko przygotowując się do odparcia ataku. - Nigdy nie widziałem kogoś takiego jak ty – rozległ się głos nad nią, wydał jej się jakiś taki dziwny, lekki i jedwabny nie mógł należeć do kogoś złego. - To znaczy słyszałem o… - Lepiej się pokaż to wtedy porozmawiamy – powiedział spokojniej „taki miły głos” pomyślała jeszcze raz i poczuła się nieco pewniej –nie lubię rozmawiać, kiedy nie widzę, z kim rozmawiam. - O przepraszam nie chciałem cię urazić – odezwał się głos i natychmiast zmaterializował się przed Baisą jako wysoki młodzieniec, który zeskoczył ze szczytów drzew. Lekko wylądował na ziemi, ukłonił się i uśmiechną do małego elfa – Nazywam się Delerinius – powiedział spokojnie – a ty?? - Jestem Baisa, bardzo miło ze wreszcie się pokazałeś, miałam dość tego skradania się za mną! - Przepraszam, nie wiedziałem jak zareagować, bałem się, że znikniesz w momencie, kiedy się do ciebie odezwę. Myślałem, że takie istoty jak ty występują tylko w bajkach. - Dlaczego?? - Hmm… wiesz trudno to wyjaśnić, poza tym głupio się czuję rozmawiając na stojąco, bo szykuje się chyba dłuższa rozmowa. - Rzeczywiście, a słońce już zaczyna znikać zupełnie. Księżyc dzisiaj jest dopiero w pierwszym cyklu po pełni, proponowałabym rozpalić ognisko, czy mógłbyś… - Oczywiście, usiądź sobie i odpoczywaj a ja się wszystkim zajmę, mam tyle pytań – ostatnie słowa wymawiał znikając już w krzakach - Ja też – powiedziała sama do siebie, znalazła sobie wygodną kępkę mchu, aby usiąść i nasłuchiwała gwizdania nowego znajomego, które dobiegało gdzieś z między drzew – to będzie długa noc.

Zmierzch zapadł już jakiś czas temu, księżyc świecił wysoko nad polaną, na której płonęło ognisko. Delerinius i Baisa siedzieli od dłuższego czasu nie odzywając się do siebie. Delerinius leniwie przeżuwał resztki zająca, którego piekł nad ogniem, starał się przedłużyć w ten sposób czas do momentu, w którym jedno z nich będzie musiało zadać pytanie a drugie odpowiedzieć. Powoli układał sobie w głowie pytania, jakie chciałby zadać oraz odpowiedzi na pytania, jakie mogłaby zadać mu istota, którą spotkał dzisiaj w lesie. Baisa tymczasem przyglądała się twarzy młodzieńca, na której cienie ganiały się z czerwoną poświatą bijącą z żaru ogniska. - Kim jesteś?? – spytała spoglądając prosto w twarz Deleriniusa, który zaskoczony niezwykle pytaniem obrócił głowę w stronę Baisy, wyglądał jakby go ktoś zdzielił obuchem po głowie. Baisa popatrzyła na niego nieufnie, jego twarz ze zdziwionej zmieniła się nagle w przerażoną, „czyżby bał się tego pytania??” – pomyślała. Złapał się za gardło – „nie on się nie boi, on się dławi!!!”. Rzeczywiście Delerinius wyrwany nagłym pytaniem z zamyślenia połkną chrząstkę, którą ssał, dusił się i zupełnie nie wiedział co zrobić. Kto mógłby mu teraz pomóc bo co może taki mały elf jak Baisa. Jednak zanim dokończył myśl zobaczył jak ten mały elf zaczyna wznosić się w powietrze „czyżby uciekała?? W sumie to maleńki elf, być może boi się jeszcze bardziej niż ja.” Jednak Baisa wcale nie uciekała, doskonale wiedziała, co robić w takiej sytuacji, w czasie swojej podróży była w wielu szynkach, karczmach i jadłodajniach. - Podnieś ręce do góry – rozkazał delikatny głosik pełen determinacji – to może zaboleć mnie bardziej niż ciebie. Chłopak nie miał zamiaru dyskutować, podniósł ręce do góry. Baisa tylko czekała na ten moment, była już około pięciu metrów nad ziemią, skuliła się w sobie i wystrzeliła w kierunku Deleriniusa niczym kamień wyrzucony z procy przez silnego miotacza. Przemknęła obok ogniska wyrywając kilka ogników z wijących się w ciemnościach płomieni. Ogniki delikatnie zatańczyły w powietrzu by za chwilę przejść w niebyt. Rozpędzona drobina uderzyła Deleriniusa w okolice klatki, prawie równocześnie z głuchym dźwiękiem uderzenia dał się słyszeć gardłowy dźwięk odkrztuszania, chrząstka wyrwała się z jego gardła gdzie do tej pory niemiłosiernie ocierała delikatną tkankę. Niczym wystrzelony z kuszy bełt kostka przeleciała lekkim łukiem spory kawałek by wbić się między drwa palącego się ogniska. Uderzając w rozżarzone drewno wytrącił kilka sporych iskier, które odprysły od ogniska niczym rubiny wytrącone kilofem ze ściany kopalni przez nieuważnego górnika. Powoli dogasały krwawą czerwienią, ukrywając się na ziemi gdzieś między źdźbłami trawy oświetlanej przez ogień. Nieco dalej leżała niedoszła ofiara miękkiej kostki oddychając ciężko. Na szarej kurtce niedoszłej ofiary wieczornego posiłku leżała zwinięta w kulkę Baisa, nie ruszała się. Delerinius zaczął powoli się podnosić, kiedy uniósł głowę zauważył maleńkie ciałko leżące na jego brzuchu. Delikatnie je podniósł dłonią i przyłożył do ucha, słabe bicie serca uspokoiło go nieco. Wstał od ogniska i ruszył między drzewa w mrok lasu, szedł powoli stąpając ostrożnie po zdradliwym leśnym poszyciu. Wyglądało jakby chciał nagle zerwać się do biegu i dzikim pędem przez las ruszyć w sobie tylko znanym kierunku, nie pozwalał mu na to jednak ból, straszliwy uciskający ból mostka, żeber i chyba wszystkiego dookoła, pozatym było coś jeszcze, coś dużo ważniejszego niż ból. Był to mały elf, który bezwładnie spoczywał na jego dłoni, Delerinius chyba by nie przeżył gdyby coś stało się jego małej towarzyszce z jego winy. Kierował się do najbezpieczniejszego miejsca, jakie znał do domu, i nie ważne, co miało go tam czekać, teraz musiał zrobić coś bez względu na konsekwencje, był to jej winien, a przynajmniej tak podpowiadało mu serce. W czasie drogi poczuł coś, na co wcześniej nie zwrócił uwagi, wokół głowy Baisy na jego dłoni prócz włosów poczuł coś ciepłego, jakaś gęsta lepka ciecz. Zatrzymał się na chwilę by się temu przyjrzeć w świetle księżyca, purpurowy delikatny blask zmroził jego serce. Poczuł zimny pot na plecach i skroniach, przyśpieszył kroku. Czuł, że musi ją uratować nawet, jeżeli ojciec miałby go żywcem obedrzeć ze skóry. Nagłe ukucie bólu, głuchy krzyk, którego jedynym śladem była para wyrzucona z ust w lekko zmrożone przez mrok powietrze. - Nie teraz, muszę dać radę, nie mogę dać jej umrzeć – „nie jej” pomyślał i upadł zamroczony na ściółkę wyciągając w ostatniej chwili ręce przed siebie tak, aby nie przygnieść rannego elfa.

Baisa unosiła się lekko w powietrzu mając stopy tuż nad ziemią. Czuła, że stopy jak i ciało, które posiada należy do niej i że w pełni nim włada, ale to jednak nie było jej ciało. Nie miała skrzydełek, a jednak unosiła się w powietrzu. I wszystko wydawało się jakieś takie inne, mniejsze – „chyba mniejsze” pomyślała. Unosiła się nad wodą, spojrzała w dół, woda delikatnie falowała, była jak kryształ odbijający słoneczny blask, chciała się w niej przejrzeć. Przykucnęła przed kałużą zamarzniętej wody, dotknęła delikatnie matowej powierzchnie a ta zamieniła się w kryształ lustra, zobaczyła swoją twarz, która była taka sama a jednak … Zwierciadło przed nią promieniowało chłodnym błękitem, przeglądała się w nim przez chwilę, była człowiekiem, oczywiście przecież jest … Biegła między gęsto wyrastającymi z ziemi kamieniami, dziwnymi pnącymi się w górę wąskimi kamieniami, z których wyrastały gałęzie. - nie to nie są kamienie – pomyślała – to drzewa, zimne drzewa, to las kamiennych drzew. Przeskoczyła nad strumykiem diamentów, mijały ją szmaragdowe ptaki oraz rubinowe łanie. Karmazynowe chmury gnały po seledynowym niebie. Nagle usłyszała cichy płacz dochodzący z miejsca gdzie spośród kamiennych drzew unosił się popiół. Ruszyła powoli w tamtą stronę. Kikuty spalonych drzew wyłaniające się z gęstej mgły unoszącej się tuż nad ziemią wyciągały palcopodobne kikuty ku szaremu niebu, zasłanianemu powoli przez ciężkie granatowe lawiny chmur. Stąpała po miękkiej ziemi, z której po każdym nadepnięciu wzbijał się delikatny obłoczek popiołowego kurzu. W oddali zobaczyła ciemną postać przepasaną oplątującymi ją smużkami mgły, wyglądała jak związany olbrzym siedzący na kamieniu, szloch stawał się głośniejszy. Kiedy podeszła bliżej zobaczyła wielkiego szarego ogra oplecionego w śnieżnobiała mgłę. Z jego wielkich smutnych oczu spadały na ziemię wielkie czyste łzy, które dawały początek strumieniowi płynącemu w stronę gór na horyzoncie, falujących na wietrze zielonych gór przeplatanych żółcią i czerwienią. - Dlaczego płaczesz? Spytała głosem, który zdawał się płynąc zewsząd, był delikatny i pełen ciepła, aż zdawał się rozświetlać okolicę czerwienią podobną do tej, jaki daje płomień ogniska w ciemnym lesie. - Dlatego że jestem ogrem – odparł spętany przez mgłę olbrzym, jego niski glos wydobywający się jakby z najgłębszych tuneli podziemnych labiryntów zmroził jej krew w żyłach – dlatego że jestem człowiekiem, dlatego że jestem kimś innym niż wszyscy, dlatego że jestem martwy, dlatego że nikt nie chce mi pomóc. - Tak mi przykro… - Ja sam nie mam siły żeby sobie pomóc - Nie płacz już na pewno ktoś ci pomoże - A może ty mi pomożesz?? - Ja? Przecież jestem taka mała? Jak ja mam sobie poradzić z problemem, z którym ktoś tak silny jak ty nie może sobie poradzić? - Ale tutaj siła fizyczna się nie liczy, proszę pomóż mi tak cierpię… - Nie dam rady - Jestem taki samotny, w miejscu gdzie nawet kamienny las się wypalił, pomóż mi, nie chcę już być samotny, proszę - Jak mam ci pomóc skoro nie potrafię pomóc samej sobie… Biegła przez unoszący się w powietrzu popiół, wokół płonęły granitowe dęby, wycierała ręką płynące z jej oczu łzy, do mokrej twarzy przyklejał się czarny pył. Dobiegła do pustej białej polany, była dookoła otoczona gęstą niczym mleko mgłą, z oddali usłyszała jeszcze raz głos płaczącego ogra, wydał jej się niczym ryk rannego jelenia ugodzonego w szyje strzałą myśliwego, żałośnie ryczącego coraz podnosząc się i stając na przednich nogach tylko po to by znowu upaść na ziemie – pomóż mi, proszę – brzmiały ostatnie słowa porwane przez bezlitosny wiatr wiejący gdzieś poza mgłą. „Jak mam pomóc pokonać samotność komukolwiek skoro sama walczę z nią od tak dawna bezskutecznie” – pomyślała i upadła na kolana wybuchając płaczem, płakała nad swoim losem łkając coraz ciszej, roztapiając się w białej mgle.

Obudziła się w jakimś dziwnym pomieszczeniu, czuła zapach żywicy, leśnych ziół i czegoś jeszcze, czegoś dziwnego. Strasznie bolała ją głowa, dotknęła jej delikatnie, miała na niej coś miękkiego. „Jaki dziwny miałam sen” rozejrzała się wokół siebie. Leżała na stole, na miękkim białym posłaniu, na lewo w łóżku leżał Delerinius, był blady, oddychał spokojnie miarowo. Nagły powiew świeżego powietrza, skrzypnięcie drzwi… - O widzę, że się obudziłaś, jak się czujesz?? – starszy mężczyzna wchodzący do pomieszczenia uśmiechną się delikatnie. - Chyba dobrze, nazywam się Baisa i… - Wiem, powiedział mi to mężczyzna, który was tu przyniósł, to zły człowiek, ale jestem mu wdzięczny mimo wysokiej ceny, jaką za was zażądał… - Ale… - O przepraszam nazywam się Marrik i jestem ojcem tego młodzieńca. - Kim wy jesteście?? - Elfami. - Ale przecież ja jestem elfem, to niemożli… - Ależ oczywiście że możliwe – Marrik podał zdziwionej Baisie wodę w skorupce laskowego orzecha – tylko że ty jesteś elfem z baśni, z dawnych czasów, nie spodziewałem się że kiedykolwiek zobaczę kogoś takiego jak ty. - Delerinius mówił, że słyszał o takich jak ja, ty zapewne też - Lepiej ja znam kogoś, kto widział małe elfy - Naprawdę?? – maleńki elf podskoczył na równe nogi – gdzie, czy daleko stąd, muszę ich odnaleźć!! Elf pokręcił głową i odrzekł ze smutkiem w głosie – Niestety to było dawno temu, teraz spokojnie usiądź, musisz jeszcze trochę odpocząć – Baisa spuściła głowę, kilka łez upadło na biała tkaninę, na której stała „jestem taka samotna” pomyślała i usiadła cicho łkając. - Nie płacz malutka, ten ktoś to nasz kapłan, zaprowadzę cię dziś do niego, ale dopiero wieczorem, teraz odpoczywaj. - Dobrze, a co z… - Z tym nicponiem – starszy Elf uśmiechną się kiedy wstawał – miałem zamiar mu wrzepić za to że uciekł z domu bo nie chciał iść terminować w świątyni, ale po tym co usłyszałem wiem że kiepski byłby z niego kapłan, rzeczywiście ma duszę wojownika, pozwolę mu chyba zostać łowcą… - Tak rzeczywiście – Baisa opuściła jeszcze trochę głowę, czuła jak krew napływa jej do policzków, było jej nieprzyjemnie gorąco – chodziło mi o to, co mu jest?? Starzec głośno się zaśmiał sam do siebie – Rzeczywiście, co ja wygaduję, to chyba, dlatego że jestem z niego tak cholernie dumny – chrząknięcie małego elfa znowu wyrwało go z zamyślenia – a nic takiego, ma wielkiego siniaka i trzy pęknięte żebra… - Och to moja wina, nie chciałam mu zrobić krzywdy, chyba przeżyje?? – Baisa znowu zerwała się z posłania, zaczęła nerwowo przestępować z nogi na nogę, chyba przeżyje, o jejku jejku. - Spokojnie, uratowałaś mu życie, złamane żebra to nic wielkiego, trochę pobolą i przejdzie, a to co widać to wynik tego że przyprawił królika złymi ziołami i teraz trochę pośpi, poza tym to trochę wina człowieka który was tu przyniósł, to jego cena, ale niedługo mu przejdzie, za kilka godzin powinien się obudzić. - Czy spałam długo?? - Nie wiem czy to długo w takim wypadku, 2 dni… - Hmm, miałam dziwny sen, czy ten człowiek jeszcze tu jest?? - Tak. Kazał, aby go powiadomiono, kiedy się obudzisz, ale to chyba nie jest dobry pomysł… - Dlaczego? - Bo to jest zły człowiek!!! - Chcę się z nim zobaczyć. - Dobrze, ale jutro. Mały elf zrobił dziwną minę jakby cos rozważał - Dobrze, a czy teraz mógłbyś mi opowiedzieć o takich elfach jak ja i takich jak wy? - Oczywiście, ale najpierw coś zjedzmy! - O tak, jestem głodna jakbym dwa dni nic w ustach nie miała. – Zaśmiał się mały elf.

Marrik włożył naczynia do zlewu, usiadł przy stole, na którym leżała Baisa, wyciągną fajkę, zapalił ją i zaczął historię. Dawno temu w czasach, kiedy na Artenois nie było jeszcze ludzi wyspę zamieszkiwały małe skrzydlate elfy takie jak ty. Żyły w harmonii i zgodzie z przyrodą, korzystając z jej dóbr tak, aby jej nie zaszkodzić, same zaś w czasie suszy mimo swych niewielkich rozmiarów nawadniały najsuchsze zakątki wyspy ratując drzewa i inne rośliny przed śmiercią. Pomagały również zwierzętom, które odwdzięczały się im za to ostrzegając je i chroniąc przed ogrami i innymi krwiożerczymi bestiami. Przez setki lat panował spokój na Artenois aż do momentu, gdy pojawili się ludzie. Wcinając się coraz bardziej w głąb lądu spychali elfy w głąb wyspy otaczając je jednocześnie z trzech stron podróżując nabrzeżem. Nie obawiali się Ogrów ani zwierząt. Ze swoją bronią skutecznie trzebili całe stada wilków i dzików, które starały się nacierać na ich osady, zabijali dzikie koty mieszkające w dżungli, niewolili ogry, łapali elfy robiąc z nich zabawki trzymane w klatkach dla zabawy umierały z tęsknoty za wolnością. Ludzie karczowali lasy, nie bali się nawet bogów, którzy opiekowali się do tej pory wyspą. Leśni bogowie byli olbrzymami porośniętymi mchem, oplątani korzeniami i gałęźmi chodzili po lasach niczym żywe drzewa jednak ich głowy sięgały wysoko ponad korony drzew. Ludzie wiedzieli, że mogą oni zagrozić ich panowaniu, gdyż porozumiewając się ze zwierzętami mogliby przeprowadzić zorganizowany atak, którego ludzie mimo swej broni by nie przetrzymali, dlatego też przywieźli ze sobą broń, która zabija bóstwa. Bronią tą były błyskawice zamknięte w kulach wystrzeliwanych z olbrzymich kryształowych machin. Ludzie podpłynęli do brzegu późnym wieczorem i wyciągnęli na plaże kryształy, które miały ugodzić w opiekunów wyspy. Znali zwyczaje bóstw z inwazji na inne wyspy, gdy zapadł zmrok wystrzelili w powietrze małe słońca, które oświetliły wyspę delikatnym blaskiem, z pomiędzy falującej przy wietrze zieleni lasów zaczęły się unosić pradawne istoty, blask małych słońc powodował, że tańczące na ich majestatycznych ciałach cienie zdawały się być żywymi istotami tańczącymi całymi tłumami w rzekach, które oplatały sześciu braci – opiekunów Artenois. Wszyscy zebrali się w jednym miejscu by uroczyście powitać przybyszy w swych włościach, bracia ruszyli w stronę brzegu, Artain, Brauwler, Genatroix, Elvenstou, Ragginals i Hailouth. Stanęli miedzy drzewami lasu tropikalnego niedaleko od wyjścia na plażę by przyjrzeć się gościom, lecz jedyne co ujrzeli to niebieska kula która nagle zabłysła na plaży wznosząc się w ich kierunku, leciała niezbyt szybko, lekko swobodnie, oświetlając dżunglę białym światłem, światłem śmierci. Za nim pierwszy pocisk ugodził Brauwlera rozpryskując się miliardem iskier o nieprzeniknionym blasku na plaży pojawiło się jeszcze wiele takich kul, które zaczęły się unosić w kierunku olbrzymich bogów lasu. Nie wydali z siebie żadnego dźwięku, jeden po drugim, padali na kolana, odchodzili w smutku i ciszy, ich ciała spalane białym światłem przeskakującym między oplatającymi je konarami rozsypywały się w popiół, który niesiony przez wiatr opadł na całą wyspę. W miejscach zaś, w których upadli powały olbrzymie plamy pokryte szarą substancją, szare ziemie, pustynie, na które nie można wkroczyć gdyż nie przetrwa w tym miejscu żadne życie. Tak właśnie odeszli strażnicy Artenois, zezwalając tym samym na to co działo się później. Straszny los spotkał istoty mieszkające na wyspie, Elfy zepchnięte pod same podnóża gór zaczęły się zastanawiać jak uratować siebie i wyspę przed całkowitym zniszczeniem, wtedy to nastąpił podział w niezwykle zgodnym do tej pory ludzie. Część elfów, które nie chciały walczyć postanowiła przedostać się na drugą stronę gór, przez które dostępu broniły kamienne bestie, których nawet ludzie nie będą mogli pokonać, tam chciały żyć dalej w pokoju. Pozostałe chciały walczyć z ludźmi. Elfy wiedziały jednak, że w otwartej walce nie mają szans z ludźmi, a poz atym będąc tak niewielkich rozmiarów nie będą w stanie przeciwstawić się ludziom, postanowiły dokonać przeistoczenia. Tak, więc część elfów udała się w góry, te zaś, które postanowiły walczyć udały się do jeziora snów, którego woda posiadała magiczną moc i pozwalała elfom chcącym zmienić skórę spełnić te marzenie na trzy miesiące. Duch jeziora wyczuł jednak, że elfy weszły do wody, aby zmienić się w ludzi ze złych pobudek i ukarał je. Elfy rzeczywiście stały się podobne do ludzi, ale tylko podobne, były wyższe od ludzi, szczuplejsze, ich twarze stały się smukłe i wydłużone, długie włosy spadały na plecy, cera była blada niczym skroń truposza. Kiedy przyjrzeli się swoim nowym wcieleniom przerazili się, wyglądali niczym rozciągnięci na kole ludzcy nieboszczycy. Jezioro zrobiło z nimi to, co oni chcieli zrobić z ludźmi, jednak oni żyli musieli żyć w skórze martwych ludzi przez trzy miesiące, chyba żeby znów zanurzyli się w magicznej wodzie. Rzucili się w popłochu w kierunku jeziora taranując się nawzajem na wzajem wpychając w czarną maź tych, którzy biegli pierwsi i bezskutecznie bronili się przed wepchnięciem do tego, w co zmieniło się jezioro snów. W ogromną kałużę czarnej cuchnącej, gęstej mazi, która pochłaniała łapczywie w swe czeluście zastępy elfów spychanych przez swych przerażonych towarzyszy w odmęty piekła, jakie sobie sami przygotowali. Tego dnia zginęło wiele elfów. Garstka, która pozostała nie była w stanie stawić czoła ludziom, ukrywała się w lasach bojąc się pokazać w mieście. Wyglądali niczym wygłodzone karykatury istot ludzkich ze szpiczastymi uszami. Rozeszły się w niewielkich grupach po całej wyspie obawiając się wykrycia, jeżeli się nie rozdzielą i śmierci z rąk ludzi. Zaczęli zakładać niewielkie osady w niedostępnych rejonach puszcz i borów w głębi wyspy, niektóre ruszyły w stronę gór, inne kiedy po trzech miesiącach okazało się że są skazane na taki wygląd rzuciły się z rozpaczy do tego w co zamieniło się jezioro snów szukając odkupienia za swoje grzechy. Z biegiem lat klątwa jeziora, które zastygło zmieniając się w skałę, która jest czarniejsza niż jakakolwiek noc, zaczęła słabnąć, słońce przyprószyło nieco cerę elfów delikatną barwą brązu odbierając ich obliczom trupi wygląd. Ciężka praca na roli, oraz trudne życie w lasach spowodowało, że zmieniła się także nieco ich sylwetka, zaczęli wyglądać nie jak szkielety a jak dobrze zbudowani mężczyźni o wzroście powyżej dwóch metrów. Powoli zaczęli się przyzwyczajać do swojego nowego życia, zaczęło ono nawet sprawiać im przyjemność. Kilka pokoleń elfów żyło spokojnie w lasach, jednak ich liczebność tak wzrosła, że nie mogły ujść uwadze ludzi, którzy pewnego dnia pojawili się w jednej z elfickich osad. Okazało się, że ludzie od dawna zdawali sobie sprawę z obecności elfów w lesie, nie wiedzieli jednak, kiedy one się pojawiły, powiedzieli ze nie zauważyli żadnych śladów na to aby wyspa była zamieszkana przez jakiekolwiek inne rozumne istoty, poza demonami które zostały przez nich zgładzone. Chełpili się swoja potęgą, i tym jak rozgromili armie olbrzymich leśnych demonów w ciągu kilku chwil. Powiedzieli, że nie musimy im dziękować za wyzwolenie, i dziwią się, że nadal żyjemy w ukryciu, kiedy już jesteśmy bezpieczni. Elfy nigdy nie zapomniały o przeszłych wydarzeniach jednak nie wzburzyły ich buńczuczne słowa ludzi, pamiętały cierpienie, jakie przyniosła im ich impulsywność, odepchnęły swe uczucia daleko od siebie, stały się wyrachowane i obojętne. Ludzie zaproponowali im układ handlowy, gdyż do czego trudno było się im przyznać z nielicznymi wyjątkami, nie radzili sobie z polowaniami na dzikie zwierzęta które kryły się w coraz bardziej niedostępnych miejscach. Nie potrafili tropić. Elfy zgodziły się dostarczać im mięsa i skór w zamian za pozostawienie ich w spokoju, nienaruszanie ich ziem oraz towary, które były do tej pory dla nich niedostępne. Ludzie zgodzili się na te warunki dosyć niechętnie. Nie licząc rzadkich regionalnych konfliktów między ludźmi a elfami między obiema rasami nie dochodziło do wojen. Staramy się unikać częstych kontaktów między naszymi rasami, ograniczamy je do koniecznego minimum. Zdarza się, co prawda, że niektóre elfy wybierają życie w mieście między ludźmi i odwrotnie. To by było na tyle jeżeli chodzi o historię elfów z Artenois moja droga – zakończył starzec swoją historię i powoli zaczął się podnosić. - Nie wydaje mi się – oburzył się mały elf – historia ta jest bardzo smutna, ale jeszcze bardziej smuci mnie to, że nie dowiedziałam się zbyt wiele o elfach, które odeszły w góry, nie to żeby wasza przeszłość nie była interesująca, ale ja chciałam się dowiedzieć czegoś więcej o takich elfach jak ja… - Hmm… - stary elf usiadła powrotem, stukną fajką o stół, i zaczął ponownie ją nabijać – rzeczywiście przepraszam rozmarzyłem się. – Zapalił fajkę – Otóż małym elfom udało się przejść przez góry, wiele z nich przypłaciło tę wyprawę życiem, zawarły układ z kamiennymi bestiami mieszkającymi na granicach wiecznych śniegów. Elfy podarowały im swój największy skarb w zamian za możliwość przekroczenia gór oraz obronę przed przybyszami z zewnątrz – kryształ duszy – oczy starca zrobiły się wilgotne, po wysmaganych przez wiatr i czas policzkach pełnych bruzd i zmarszczek spłynęły dwie wielkie łzy – od tamtej pory przejście przez góry jest niemożliwe, dopłynięcie statkiem także gdyż wybrzeże z drugiej strony stanowią także góry oddzielające od morza niewielki skrawek lądu, na którym żyją elfy, jest to kotlina z wielkim jeziorem. Każdy, kto próbował się tam przedostać, człowiek elf, czy troll giną pod skalnymi zwałami lub od ciosu kamiennych bestii. - W takim razie skąd wiesz jak tam jest?? - Od mojego ojca, a on do swojego, a ten od swojego i tak dalej. - Czyli któryś z nich tam był! - Niezupełnie, otóż jeden z moich przodków wybrał się by przekroczyć góry, jednak u ich podnóża spotkał małe elfy, które ostrzegły go przed próbą przeprawy, powiedziały także, że pozostaną w dolinie dopóki ludzie nie znikną z wyspy. Co sto lat podobno wyrusza z doliny wyprawa która ma się przekonać czy ludzie nadal tu są. Nic więcej nie wiem. To właśnie mój dziadek jest kapłanem, do którego miałem cię zaprowadzić, ale wydaje mi się że nie jest to już konieczne. - To i tak sporo, teraz wiem, że warto szukać i że na pewno jest w tym sens, mam zamiar tam dotrzeć, bez względu na ryzyko! - To jest bardzo niebezpieczne moje dziecko, możesz zginąć! - Wolę umrzeć niż żyć w samotności!! - Widzę, że cię nie przekonam abyś pozostała z nami, a i twojej zguby też nie chcę, dlatego postaram się ci pomóc. - Jak?? Naprawdę możesz?? - Podobno istnieje mapa z zaznaczoną bezpieczną drogą przez góry, jednak ta wiadomość nie pochodzi ze zbyt pewnego źródła… - Mapa, gdzie jest? Od kogo o niej słyszeliście! - Od złego człowieka, tego samego, który cię tu przyniósł, chce abyśmy mu pomogli w jej zdobyciu i dotarciu na drugą stronę gór. - Więc dlaczego tego nie zrobicie, wtedy może wszystko było by jak dawniej!!? - Nic już nie będzie jak dawniej, zrozumieliśmy to wiele lat temu, musimy zapłacić za swoje grzechy. Wszystko w rękach bogów, oni zdecydują, co ma być. - Chcę zobaczyć się z tym człowiekiem, natychmiast!! - Nie jeszcze nie dzisiaj, odpocznij! - Nie! A jeżeli on odejdzie, nie mogę czekać! - Możesz! I poczekasz – starzec nie krył zdenerwowania – on na ciebie poczeka nie odejdzie stąd dopóki ty tu jesteś, musisz odzyskać siły, jeżeli chcesz się z nim zobaczyć, gdyż jak się domyślam wyruszycie razem. Dam ci tedy tylko jedną radę, strzeż swego umysłu gdyż to jest droga, która prowadzi do twej duszy, nie możesz stracić swych marzeń ani snów, bo bez nich umrzesz. Pamiętaj, że im bardziej jest szczery tym jest groźniejszy! - Nie rozumiem. - Wkrótce zrozumiesz, teraz idź spać. Delerinius powoli uniósł ciężkie jak ołów powieki, unosił się przed nim niewielki elf, delikatnie wachlując rozmazane poranne powietrze rażące oczy słonecznymi iskrami wpadającymi do pokoju. Baisa powoli zbliżyła się do twarzy młodzieńca i ucałowała go w środek nosa – Jak się masz mój bohaterze? – zapytała uśmiechając się – przepraszam za żebra. - Nic nie szkodzi, cieszę się ze nic ci nie jest. Gdzie jest mój ojciec, i jak się tu dostaliśmy? - Tutaj urwisie, a to jak się tu dostaliście to nie jest ważne w tym momencie. Najważniejsze, że nic ci nie jest i że jesteś w domu. Wreszcie. - Przepraszam, ja muszę dzisiaj się z kimś zobaczyć – Baisa wyfrunęła przez okno zostawiając ojca i syna razem czekała ich długa rozmowa, ją także. - Ojcze przepraszam, ja… - Nic się nie stało synku, jestem z ciebie dumny. – Marrik wyszedł zza zasłony i usiadł obok syna, - masz zjedz coś. - Tato co ci się stało?? – chłopiec patrzył na kogoś kto był jego ojcem albo raczej na kogoś kto będzie jego ojcem za jakieś 40 lat – chyba nie?? - Nic się nie stało, po prostu odzyskałem moje jedyne dziecko. - To było on, to ona nas tu przyniósł, nie musiałeś tego robić, tak cię skrzywdziłem i jeszcze to, nie musiałeś mu oddawać… - Musiałem, obiecałem twojej matce, że wychowam cię na najlepiej jak będę potrafił. To nie ty mnie skrzywdziłeś tylko ja ciebie i to jest moja pokuta. To do ciebie należy wybór, kim będziesz, nie do mnie. - Zabiję go… - Nie, on nie jest tego wart, on tylko czeka na to aż ktoś to zrobi, on musi krzywdzić ludzi by żyć, teraz już wszystko będzie dobrze dziecko… - Ojcze ja… - Kocham cię synu. - Ja też, cię kocham tato…… Płakali trzymając się w objęciach, ojciec i syn, mężczyzna i chłopiec, który stał się mężczyzną.

Baisa kierowała się do drzewa, które wydało się jej bardzo dziwne. Wśród bujnej zieleni Elfickiego osiedla wznosił się ponad wszystko suchy gruby pień czarnego drzewa, martwy przerażający stwór wbijający swe drapieżne połamane gałęzie w błękit letniego nieba. Była pewna, że właśnie tam znajdzie człowieka, którego szuka, złego człowieka. Zauważyła, że mieszkańcy omijają drzewo szerokim łukiem, kiedy wreszcie zobaczyła drzewo w pełnej okazałości wydało się jej ono jeszcze straszniejsze. Było południe trawa zieleniła się w świetle słońca, którego blask hojnie rozlewał się po całej wiosce, całej prócz jednego miejsca, prócz pnia martwego drzewa, pod którym panował mrok niczym w nocy. W mroku tym widoczna była tylko blada twarz, trupio blada uśmiechająca się twarz złego człowieka. Serce Baisy prawie zamarło z przerażenia, chciała uciec czuła jednak, że nic jej to nie da. Wyczuła, że jaj los od tej pory bezpośrednio splata się z losem człowieka w czerni. Powoli zbliżyła się do niego. Twarz płynnie uniosła się do góry i spojrzała na nią ślepymi oczyma. - Witaj Elfie – głęboki niski głos, który zdawał się pochodzić z najgłębszych czeluści piekła spowodował, że ciarki przebiegły po grzbiecie małego elfa – długo cię szukałem. - Szukałeś mnie – Elf poczuł jak coś stara się wydostać z jego umysłu, coś co kiedyś widział, nie, nie widział słyszał, nie tak dawno – dlaczego mnie? - Może nie konkretnie ciebie, ale kogoś takiego jak ty, pomożesz mi, proszę pomóż mi elfie – uśmiechną się nie przyjemnie. - Ty jesteś Ogrem – krzyk Baisy zwrócił w ich kierunku wiele spojrzeń, w których czaił się strach. - Nie. Nie jestem Ogrem moja droga, jestem kimś o wiele gorszym – wyszedł spod drzewa, które uleciało wraz z następnym powiewem wiatru zmieniając się w popiół. Na głowie miał czarny kapelusz z szerokim rondem i płaskim denkiem, czarna peleryna, którą był otulony zdawała się pochłaniać promienie słońca. W miejscach, w których stawała jego stopa trawa gniła i rozkładała się, zaś żyzna ziemia zamieniała się w szary pył porywany z ziemi przez delikatne podmuchy wiatru – ruszajmy, chyba idziemy w tym samym kierunku, nieprawdaż? - Kim jesteś? - Nazywam się Cloderrick deLoup, jestem złodziejem. – jego sylwetka poruszała się w kierunku wyjścia z wioski, zdawał się unosić w powietrzu dostojnie przesuwając się do przodu – chodź, myślałem że chcesz szybko dotrzeć do Doliny Elfów. - Wiesz jak tam dojść? - Nie ja tego nie wiem. - Więc jak chcesz tam dojść? – ruszyła za nim. - Ty mnie tam zaprowadzisz – jego głos był spokojny i zimny. - Przecież ja nie wiem gdzie to jest! – zdenerwowany elf zrównał się z człowiekiem w czerni – jak ma cię tam zaprowadzić? Gdybyśmy, chociaż mieli tą mapę… - Ja mam mapę, a ty potrafisz ja przeczytać. - Naprawdę ja masz?? - Właściwie to miałem, ale wiem gdzie jest, zabrano mi ją, a ty pomożesz mi ją odzyskać. - Nigdy jej nie miałeś a teraz chcesz żebym ją dla ciebie ukradła, dlaczego sam tego nie zrobisz przecież jesteś złodziejem? - Jestem trochę innym złodziejem, poza tym, dlaczego sam mam się męczyć skro tak samo zależy na mapie tobie co mnie. - Nie boisz się ze zabiorę mapę i sama się udam do doliny bez ciebie? - Teraz może byś i tak postąpiła, ale nie kiedy zdobędziesz mapę, wtedy mnie nie zostawisz. - Dlaczego tak myślisz? - Ja tak nie myślę, ja to wiem Baiso. - Nie możesz wiedzieć co się stanie, nikt nie potrafi przewidzieć przyszłości! - Rzeczywiście to co będzie może być zdradliwe, ale to co było jest stałe i nic tego nie zmieni. - Nie rozumiem. - Zrozumiesz, szybciej niż byś chciała, teraz ucisz się jestem przyzwyczajony do podróżowania w ciszy, nie mam ochoty zmieniać przyzwyczajeń, porozmawiamy gdy dotrzemy na miejsce. - A gdzie mamy dotrzeć? Złodziej nie odpowiedział już na to pytanie i wiele innych, których zdawał się nie słyszeć, wreszcie Baisa dała sobie spokój z ich zadawaniem, podróżowali bez postojów przez dzień i noc. W ciągu nocy elf spał na ramieniu Cloderricka które nie drgnęło przez ten czas ani razu, w dzień zaś nie odzywali się do siebie ani słowem. Czwartego dnia podróży ich oczom ukazały się błękitne iglice zamku, do grodu zwanego Sepirion dotarli o zmierzchu.

- Tutaj zaczyna się twoja rola elfie – martwy głos Cloderricka deLoup spowodował ze po plecach Baisy przetoczyły się lodowe igły – Zatrzymamy się w zajeździe a jutro wieczorem zrobisz, co ci każę. - Wypraszam sobie, to że zgodziłam się z tobą podróżować nie znaczy że będę posłuszna jak pies! - To nie jest kwestia wyboru, co będziesz robiła, to kwestia konieczności.

Złodziej ukrył elfa pod peleryną i wszedł do miasta nie zatrzymywany przez straże, które wolały nie wiedzieć, co go tu sprowadza, znali go i wiedzieli, że lepiej z nim nie rozmawiać, bo można stracić wiele więcej niż tylko życie. Jeden ze strażników udał się do szefa straży, aby powiadomić go o przybyciu człowieka w czerni.

Podczas gdy deLoup starannie wybierał miejsce postoju przedzierając się przez brudne ulice pełne żebraków, pijaków, złodziei i innych typów spod ciemnej gwiazdy, z których nawet najgorsi schodzili mu z drogi strażnik dotarł do budynku więzienia, w którym znajdowała się główna strażnica. Ostrożnie wszedł do pomieszczenia, w którym siedział szef straży pijący ciepłe ziółka zaparzone najprawdopodobniej przez jego żonę. - Panie kapitanie – powiedział strażnik głosem, który był tak niepewny, że gdyby był mostem nie utrzymałby nawet płatka śniegu – chciałem zameldować… - Śmielej Fukot – uśmiechną się kapitan – nikt ci nic złego nie zrobi jak będziesz mówił trochę głośniej, co się stało? - On wrócił – głos strażnika wydobywał się na granicy słyszalności. - Kto wrócił? - deLoup panie kapitanie, Wilk jest w mieście – mówił tak jak by miał się zaraz rozpłakać. - Wrócił po mapę – twarz kapitana stężała, lekko przymrużone oczy oraz zaciśnięte wargi, wyglądał naprawdę groźnie – wezwij Blancarta, Severtina, Gogolena, Auberta, Sptiema i Gouncourta, niech zbiorą swoje plutony, mają wzmocnić straże na zamku, szczególnie w okolicach skarbca, patrole nie jak zawsze co godzinę, ale bez przerwy maja sprawdzać okolice zamku i korytarze przy skarbcu oraz komnaty książęce, zrozumiano! - Tak jest kapitanie… - Jak to zrobisz możesz iść do domu, nie chcę żebyś mi ze strachu na służbie umarł. - Tak jest… - Ruszaj, ale już! Kapitan de Crousill opuścił szybko budynek i udał się w kierunku gmachu żandarmerii, wpadł do niego niczym burza. Miną niewielkiego łysego mężczyznę nie zwracając na niego uwagi, ten jednak zwrócił uwagę na gigantyczną postać o sylwetce Minotaura. - Dokąd tak pędzisz Abelardzie de Crousill. – zagadną niski człowiek żartobliwym tonem. - Ethien, nie zauważyłem cię, zbieraj ludzi idziemy na polowanie! - Co się stało – Ethien dopiero teraz zobaczył twarz swego przyjaciela, przeraził go nieco ten widok, ostatni raz wyglądał tak kiedy… - de Loup jest w Mieście – krzyk starego mężczyzny w długiej brązowej szacie, który majestatycznie wszedł do budynku żandarmerii skierował na niego wzrok wszystkich zebranych w pomieszczeniu. Patrzyły na niego oczy młodych ludzi pełne odwagi, buty i żądzy przygody, oraz starsze oczy pełne strachu, przerażenia i rezygnacji, oczy ludzi którzy wiedzieli co może się wydarzyć, ludzi którzy już raz widzieli miasto po wizycie Wilka. Tych, którzy wiedzą o Wilku jedną ważną rzecz, o której nawet nie chcą teraz myśleć. - Wiemy – w głosie kapitana straży nie było ani krzty uczucia, pozostało tylko wyrachowanie – musimy go wytropić i tym razem skończyć z tym raz na zawsze! - Jak?? - Tym razem go spalimy! - Ruszać się ludzie – krzyczał łysy mężczyzna – będziecie patrolować teren piątkami, jedna piątka na kwartał rewiru, meldować o każdym śladzie, nie atakować na własną rękę, jeżeli go znajdziecie macie poczekać i skontaktować się z innymi patrolami, nie atakować go mniej jak pięcioma grupami! Zrozumiano?? - Tak jest – odezwał się chór głosów - Debrial i Kouschon idziecie ze mną, kapitanem de Crousill i ojcem Ganzeller!

Baisa i Cloderric weszli do zajazdu pod chichoczącym nieboszczykiem, kiedy tylko trupio blada twarz Wilka pojawiła się wewnątrz knajpy wszystkie zakazane mordy, które się tam znajdowały opuściły ją niezwykle szybko, pozostali w niej tylko barman i kilku pijanych do nieprzytomności jego mości oraz dwóch którzy już nigdy nie otworzy oczu. Nawet dziwki, które w każdym znajdą klienta znikały z drogi Człowieka z czerni, stąd też się szybko ulotniły. - Co tu się dzieje, dlaczego oni uciekają przed nami? – spytała Baisa. - Właściwie to nie wiem, nie mają przecież zbyt wiele do stracenia. - Wreszcie coś zjem i się wyśpię, czy mogę już wyjść?? Cloderrick usiadł w ciemnym kącie przy jednoosobowym stoliku tak by być zupełnie niewidocznym. - Tak. Ale zanim coś zjesz i musisz wysłuchać tego co będziesz musiała zrobić jutro w nocy. - A nie możemy o tym pogadać jutro?? - Nie bo nie wiem ile mamy czasu zanim znajdą nas straże. - Straże, ale przecież my jeszcze nic… - Cicho bądź i słuchaj! – mimo że Wilk mówił szeptem szept ten był jeszcze bardziej przerażający niż jego normalny głos, jego szept brzmiał jak demoniczny śmiech z głębi ziemi, jak prośby tysięcy dusz płonących w ogniach setek piekieł. - Jutro w nocy straże przy zamku będą mało uważne, najprawdopodobniej nawet nie będą pilnować skarbca, jutro będzie ich najszczęśliwszy dzień, ich uwaga będzie skierowana w inną stronę, pewnie wszyscy zbiorą się oglądać widowisko, jakie dla nich szykuję ja i kilku moich starych znajomych. - Masz tu jeszcze jakichś wspólników, czy ich poznam. - Wspólników, chyba można tak powiedzieć, w sumie mamy wspólny interes w tym momencie, ale wolałbym żebyś ty ich nie spotkała. deLoup wyciągnął sporą kartkę i położył ją przed elfem. - Co to? - To plan zamku, do samego zamku powinnaś trafić bez problemu, następnie będziesz musiała dostać się poniżej lochów, następnie przejść labirynt, aby dotrzeć do skarbca, to jest plan labiryntu. Przy wejściu do skarbca znajduje się niewielki otwór, przez który powinnaś się dostać do środka, jest nad drzwiami przy suficie, wybiłem go wiele lat temu, ale powinien się tam jeszcze znajdować. - A jeżeli go nie będzie?? - To będziesz musiała coś wymyślić. - To mnie strasznie pocieszyłeś. – uśmiechnęła się. - Nie miałem takiego zamiaru. - Ja tylko żar… nic takiego mów dalej - Będziesz musiała odnaleźć w skarbcu malutki zwój, będzie znajdował się w kryształowym pudełku zalakowanym taką pieczęcią jak przedstawia ten rysunek, jeżeli nie będzie tam takiego pudełka będziesz go musiała znaleźć sama, wydaje mi się, że go poznasz bez problemu. Kiedy go znajdziesz zabierz zwój ze sobą, spotkamy się przy krzyżówce przed grodem. Musisz go ukraść przed świtem! - A jeżeli nie zdążę?? - Musisz, będę czekał, nie zależnie od tego, co się stanie musisz się tam pojawić, pamiętaj. - A jeżeli sama postanowię ruszać dalej, zostawić cię, bo nie odpowiada mi twoje towarzystwo, nie boisz się że tak się stanie. - Nie bo wiem że tak się nie stanie bo - Przeszłość jest pewna? Tak? - Dokładnie! - O co chodzi z tą przeszłością?? - Po prostu to już kiedyś się stało, spotkaliśmy się, właściwie to stało się wiele razy, tak jak i wiele razy kradłem mapę. - Więc dlaczego nie ukradniesz jej teraz sam?? - Bo to taki test jest, widzisz, wcześniej zawsze wcześniej czy później oszukiwałem cię, byłem samolubny, chciałem mieć mapę tylko dla siebie bo wiem sporo i jestem zły z natury i bardzo lubię krzywdzić innych, zawsze cię krzywdziłem. I przez to żadno z nas nigdy nie dotarło do celu. Zawsze wracałem do początku, do tego ciała do miejsca klątwy. Wydaje mi się ze to mapa to powodowała, nie mogłem się powstrzymać, dlatego chcę żebyś to ty teraz miała mapę. Natomiast ja odwrócę ich uwagę, ten plan się diametralnie różni od tych poprzednich. - A jeżeli mapa wpłynie tak na mnie? - Nie możliwe masz zbyt czystą duszę! - Skąd wiesz, zajrzałeś może w moje wnętrze wariacie, jesteś zwykłym złodziejem, który wymyślił sobie dobrą historyjkę, aby zarobić na kimś. Ta cała twoja bajka kupy się nie trzyma! Jesteś bezduszny! - Nawet nie wiesz jak wiele prawdy jest w twoich ostatnich słowach. - Nie mam zamiaru tego robić! Nie wierzę w to co mówisz! - Wierzysz czy nie i tak tam pójdziesz, pójdziesz czystej ciekawości. Za bardzo chcesz dotrzeć do wioski za górami. - To znaczy ja mam zrobić najtrudniejsze a ty co będziesz ognie sztuczne puszczał?? - Być może! Przyjrzyj się planom i je zapamiętaj, bo na pewno ich nie weźmiesz ze sobą. Kiedy już ją ukradniesz posłużę się tobą jeszcze raz albo dwa. - A jeżeli ją jednak ukradnę i sama pójdę do wioski? Przecież to na tobie jest klątwa nie na mnie, nie będę cię już potrzebowała! - Bo ja wiem kim jesteś dokładnie i wiem że samo dotarcie do wioski nic ci nie da, tylko ja wiem jak ci pomóc odnaleźć takich jak ty, sprawić żebyś wróciła między tobie podobnych. Nie wystarczy znaleźć wioski. - Nie wierzę ci, znamy się dopiero… - Nie ważne ile czasu znamy się teraz, ważne ile czasu znamy się zawsze. Baiso, która przychodzisz z Dennastere, ty nie wiesz skąd się tam wzięłaś, ale ja wiem. Wiem też dlaczego nie pamiętasz innych małych elfów, po prostu nigdy ich nie widziałaś. Jedyne, co pamiętasz z czasu przed najwcześniejszymi wspomnieniami to imię Eklazir. - Ona jest zła – Baisa struchlała – nie znam jej, wiem że jest zła, pamiętam ją chociaż nigdy jej nie znałam! - Znałaś i to dobrze, prawie tak dobrze jak ja, to przez nią znalazłaś się w takiej a nie innej sytuacji, jednak mi to odpowiada, mówię ci to żeby się zabezpieczyć. Żeby wiedzieć ze nie uciekniesz. Chociaż i tak pewnie nie zrobiła byś tego po jutrzejszej nocy, nie po tym co zobaczysz. - Powiedz mi więcej, masz mi powiedzieć więcej! - Nie! Wszystkiego dowiesz się w swoim czasie, teraz mam zamiar wszystko doprowadzić do końca. Bardzo cię polubiłem przez te wszystkie razy, teraz już cię nie okłamię. - Ale… - O zaczyna się. - Co? - Chowam plany pod stół, ty też masz tam wejść, dokładnie przestudiuj, nie zależnie od tego co się teraz stanie masz pozostać w ukryciu i wykonać zadanie ja sobie poradzę. Nawet jeżeli miałbym zginąć ty musisz robić co do ciebie należy i pojutrze o świcie być na krzyżówce! Inaczej zniweczysz nasz plan i niczego się nie dowiesz, przysięgam na wieczność, że usłyszysz całą prawdę z moich ust. Nie wiem jak ty ale ja sobie na pewno poradzę. - No nie wiem, nie bądź tego taki pewien. Trzymam cię za słowo. A jak masz zamiar odwrócić ich uwagę? - Przekonasz się jurto. A teraz pod stół. - Co. Cloderrick złapał Baisę w dłoń i wepchną ją pod stół, w tym samym momencie do zajazdu wpadł Abelard, Ethien, ojciec Genzeller i około dwudziestu żandarmów. Wilk wyszedł przed stolik. Żandarmi przygotowali piki, pałki i krótkie miecze. - Witaj Abelardzie de Crousill, widzę że przyprowadziłeś ze sobą pana Ethiena Balienarta i innego starego znajomego, czyż to nie Ojciec Otto Genzeller, postarzaliście się panowie, ale widzę że są z wami jacyś nowi koledzy. - Witaj Cloderricku, jesteś aresztowany, nie kombinuj nic. - Ja chciałbym… - Brać go… - krzyk Belienarta spowodował, że cała zgraja młokosów uzbrojonych w przeróżny oręż rzuciła się na Wilka, Abelard starał się powstrzymać młodych zapaleńców, jednak jego rozkazy zagłuszały wrzaskliwe inkantacje podstarzałego zakonnika. Rycząca tłuszcza rzuciła się w stronę człowieka w czerni rozrzucając na boki stoliki i krzesła, o które potykali się napierający z tyłu. deLoup płynnym ruchem przesuną się do po skosie w prawą stronę robiąc jeden krok do przodu, jednocześnie wykonując szybki ruch lewą ręką i powalając pierwszego z nadbiegających młodzików na ziemię w miejscu, w którym jeszcze przed chwilą stał. Z naprzeciwka natychmiast wbiegł następny z żandarmów, starając się ugodzić przeciwnika wykonał pchnięcie w przód z głębokim wypadem do przodu, ostrze miecza minęło o milimetry płaszcz Wilka, który wykonał w ułamku sekundy ledwie zauważalny ruch i złapał młodzieńca za przegub ręki i przyciągając do siebie uderzył w podbródek łokciem pozbawiając kolejnego wroga przytomności. Nim ten jednak upadł deLoup odwracając się w lewą stronę złapał dłoń dzierżącą spadające na niego z góry ostrze, kości w nadgarstku młodego żandarma chrupnęły niczym orzechy uderzane mieczem kowalskim. Krzyczący z bólu żandarm przeleciał nad trzema stolikami i rozbijając szybę wypadł na ulicę, na której zdążył już się zebrać niemały tłumek gapiów. W dłoni wilka pozostał miecz należący do osobnika, który przed chwilą w dosyć niezwykły sposób opuścił pomieszczenie. W ułamku sekundy miecz ten znalazł się w ramieniu jednego z napierających z pikami żołnierzy powalając go na ziemi. Jednak pozostali czterej, którym udało się przecisnąć między stolikami uderzyli z impetem w Cloderricka, który odwracając się od zbliżających się do niego ostrych pik zamiótł długim płaszczem po pomieszczeniu zasłaniając nim całkowicie siebie i sporą część sali. Podekscytowani młodzieńcy wbiegli na deLoupa przebijając rozpostarty niezwykły płaszcz, który zdawał się być wykonany z jakiejś niezwykłej płynnej i żyjącej substancji. Ryk, który rozległ się w tym momencie w pomieszczeniu zmienił wszystkie szyby w drobny mak, i powalił część zbrojnych na ziemię, Ganzeller staną jak wryty z rozdziawioną gębą przyglądając się osłupiałym śmiałkom z pikami, którym krew płynęła z uszu, trzymali na pikach wyprężoną sylwetkę przykrytą czarnym płótnem. Abelard wreszcie powstrzymał Belienarta od wydawania i tak niesłyszalnych rozkazów, obaj przyglądali się czarnej sylwetce ukrytej pod pływającą płachtą. Nagle piki wbite w de Luopa zaczęły zamieniać się w pył i rozsypywać, zaś płaszcz upadł na ziemię rozścielając się na niej płasko. Jeden z czterech, którzy wbili piki w płaszcz nie zdążył odrzucić zmieniającej się w pył broni, zwalił się ciężko na ziemie krzycząc z bólu jego dłonie zaczęły gnić i wysychać, rękawy koszuli zaczęły sypać się w strzępach, zgniłe mięso odklejało się od kości podczas gdy młodzieniec wił się z bólu na podłodze. - Na najwyższego – jękną sam do siebie zakonnik, po czym wybiegł z karczmy i przebijając się przez tłum udał się w kierunku świątyni. Kilku żandarmów postąpiło podobnie z tym, że kierując się do koszar, Belienart wyturlał się na zewnątrz wymiotując, a jego ciało wstrząsały spazmy, co chwila wymiotował stojąc już na zewnątrz karczmy. Fetor zgniłego ciała zaczął rozchodzić się po pomieszczeniu, nieprzytomny pechowiec leżał nieprzytomny z rękami, które zgnilizna rozłożyła prawie do ramion. Siedmiu pozostałych podeszło powoli do leżącego na ziemi płaszcza i pochyliło się nad nim. - Odejdźcie stamtąd natychmiast!!! – rykną Abelard – to niebezpieczne! W tym momencie z pod stołu wyturlał się Wilk, zanim którykolwiek z żołnierzy zdążył zareagować na krzyk dowódcy deLoup wyrwał jedną z belek podpierających strop i unoszą ją niczym słomkę uderzył w otępiałych młodzików, którzy odbili się od ściany po przeleceniu pięciu metrów w powietrzu. Baisa przyglądała się temu wszystkiemu z przerażeniem, na wpół ogłuszona przez ryk rannego nakrycia, ubrania, które najprawdopodobniej pochodziło z piekła i było groźniejsze niż niejeden demon. Była pewna, że deLoup zabije teraz Crousilla i będzie się tym rozkoszował, a jego odwrócenie uwagi będzie polegało na urządzeniu krwawej łaźni w mieście, wraz ze swoim przyjacielem, który pewnie jest gdzieś w pobliżu. Ale, po co mu ona skoro bez problemu mógłby każdego zabić i wziąć mapę. - Ja chciałem się poddać – grobowy głos wydobył się z gardła De Lupa, i wcale nie spowodował rozluźnienia w stojącym w przerażeniu Abelardzie – poddaję się, a to co się tu stało to ich wina, nie mam zamiaru trafić do więzienia podziurawiony jak sito. Baisa oniemiała, gdy usłyszała słowa swego okrutnego towarzysza - o co mu chodzi, co to za człowiek, złodziej, demon może sam diabeł, jaki jest jego plan – zemdlała.

Olbrzymi ogr siedział na kamiennym tronie, wśród wypalonych kamiennych drzew. Z oczu leciały mu łzy, a mimo to nie płakał, nie płakał on, płakało jego wnętrze jego dusza, którą stracił już dawno – pomyślała Baisa, która była człowiekiem. Zauważyła, że nie jest sama, wokół niej stali i przechadzali się martwi ludzie, biegali, skakali… - Witaj w moim królestwie – powiedział ogr zarzucając na siebie płynny czarny płaszcz – Jak ci się podoba?? - Zimno. - Rzeczywiście, o spójrz mamy nowych gości – zza tronu wyszło kilkunastu młodych mężczyzn ubranych w stroje żandarmerii i kilku z narzuconymi insygniami królestwa, jeden nie miał rąk, byli martwi. - To ci, których zabił Cloderrick – pomyślała – nie przecież oni nie byli martwi, on nikogo nie zabił byli ranni, ale nie martwi, nieprzytomni tak, ale nie nieżywi, co z niego za złodziej, on, on nie zabija ludzi, nie kradnie im pieniędzy, on robi coś gorszego, on ich rani sprawia by cierpieli – wstrząsną nią zimny dreszcz, upadła na kolana wzbijając w powietrze tuman pyłu, martwi nawet nie zwrócili na nią uwagi – oni nie są martwi, martwi ni chodzą, oni są zdrowi fizycznie, oni są okaleczeni psychicznie, duchowo, on kradnie ich marzenia, ich dusze gdyż nie posiada swojej własnej. - Pomożesz mi? – zapytał. - Jak mogę ci pomóc??, jesteś zły, krzywdzisz ludzi, nie zasługujesz na pomoc, nie masz duszy!! - Wiem, chce ja odzyskać, chce abyś mi pomogła przestać krzywdzić ludzi, nie chcę tego robić, ale muszę, POMÓŻ MI! - Jak? - Pomóż mi odnaleźć moją duszę ukrytą na końcu drogi! Tej, w którą się wybierasz. Poczuła, że miękki pył, na którym klęczy twardniej, staje się zimny, spojrzała w dół. Kamienie pod jej nogami lśniły niezdrową wilgocią. Stała na nich gołymi stopami, od przeciągłego zimna przechodziły ją dreszcze. Jej suknia była brudna i zniszczona. - Przepraszam – cichy słaby głos dochodził z pod zacienionej ściany przed nią – za warunki jakie tu panują. – podeszła bliżej – dama nie powinna być przyjmowana w takim miejscu. To co znajdowało się pod ścianą nie było cieniem a ścianą zbudowaną z ciemności od której w kierunku Baisy starał się wyrwać okrutny chłód, głos dochodził z wnętrza ściany. - Proszę nie zbliżaj się, to zbyt niebezpieczne. - Czy jesteś we wnętrzu tego czegoś?? - Ja jestem w tym mroku tak długo jak on jest we mnie – głos się załamał – taka jest cena pychy, byłem zbyt pewien siebie, uratowałem tak wielu a sam siebie nie mogłem ocalić przed upadkiem… Baisa dotknęła mroku, nagłe ukłucie bólu i automatyczne cofnięcie dłoni, dłoni pokrytej szronem , bladej… - Nie podchodź, nie darowałbym sobie gdyby cos ci się stało, rozmawiajmy tak. - Skąd wiedziałeś że ja… - Jest tu tak niewiele ciepła że czuję każdy twój oddech który dociera do granicy mroku, obudziłaś mnie ze snu, dziękuję ci, ale teraz sama musisz się obudzić tutaj jest zbyt niebezpiecznie, przepraszam że w ogóle cię tu ściągnąłem myślałem że mi pomożesz, ale on się tobą bawi nie mogę mu na to pozwolić, zapomnij o mnie, zapomnij o nim, uciekaj stąd ruszaj w dalszą drogę sama, on ci nie pomoże, myślałem że uda mi się od niego uwolnić że odzyskuję władze ale on oszukał i ciebie i mnie, uciekaj dziecko… - Jaki on?? - Ja. Potężny głos wybuchł tuż za nią rozbijając się o jej czaszkę z siłą, która powaliła ją na ziemię, Nagle za jej plecami nagle zrobiło się ciepło, nie upadła na zimną kamienną podłogę ale na ciepły i miękki czerwony dywan, przed nią stały zimne czarne wrota które ni jak nie pasowały do bogatego wystroju pokoju w którym się znajdowała, nad nią wisiał olbrzymi kryształowy żyrandol odbijający światło setek świec znajdujących się na ścianach w szczerozłotych świecznikach, ciężkie purpurowe zasłony i kotary odsłaniały w niektórych miejscach fragmenty ścian pomalowanych w nieokreślony delikatny kolor, zdobionych delikatnymi frezami. Powoli wstała jej zniszczona suknia trzasnęła, kiedy przydeptała ją przy wstawaniu, oddarł się on niej pasek zniszczonego płótna. Odwróciła się do tyłu. - Witam o Pani – Smukły mężczyzna o długich platynowych włosach ubrany w białe luźne spodnie o szerokich nogawkach oraz taką samą koszulę, ukłonił się jej delikatnie, jego głos był cichy i spokojny a jednocześnie doskonale słyszalny, miły dla ucha, ale dziwnie matowy, elegancki, ale pusty, bezduszny – Pozwolisz o Pani że zajmę się twą garderobą. Baisa spojrzała w kryształ który pojawił się obok niej, miała na sobie krwiście czerwoną balową suknie bez ramion – Jest piękna – pomyślała. - Wolę tamtą – rzuciła pogardliwie w stronę mężczyzny w bieli. - Wiesz mi wcale nie zależy na tym aby cię ubierać ale… - Czego chcesz De Loup?? - Ja nie jestem De Loup, chociaż właściwie teraz nim jestem i nigdy nie czułem się lepiej będąc kimkolwiek innym. Ale widzisz wszystko staje się nudne i mam dla ciebie propozycję. - Wątpie abyś mi miał cokolwiek do zaoferowania De Loup, nawet jeżeli nim nie jesteś to gadasz tak samo jak on, bez sensu, i do bycia dżentelmenem też ci daleko!!! - A jednak, mogę spełnić twoje najskrytsze marzenie, mogę sprawić byś wreszcie trafiła do swoich i to bez większego wysiłku, natychmiast – uśmiechną się, i upił nieco wina z kielicha który trzymał w dłoni – czy jesteś spragniona?? Nagle poczuła ze ma strasznie suche gardło, była spragniona – Nie dziękuje – wychrypiała. - Jesteś uparta, podoba mi się to, a więc jak czy chcesz abym spełnił twe marzenie?? - Czego chcesz w zamian?? - Dowiesz się, kiedy trafisz tam gdzie chcesz. - Ale wtedy możesz zażądać czegokolwiek, czegokolwiek ja nie mogłabym ci odmówić. - Taka jest moja cena. - Nie zgadzam się, mam zamiar odnaleźć kryształ duszy a wtedy… - Powiem ci coś szczerze. - Słucham?? - Kryształ duszy ci nie pomoże, tylko ja mogę ci pomóc. - Nie wierzę ci!! - Nie musisz mi wierzyć, ja powiem ci jednak jeszcze coś, jeżeli nie chcesz abym ci teraz pomógł to wiedz, że zabiję cię kiedy odnajdziemy kryształ duszy. - O nie my go nie odnajdziemy, ja go odnajdę, a ty będziesz na wieki siedział w tym więzieniu, niezależnie jak pięknie by ono nie wyglądało to i tak będzie więzienie. - Wiesz nawet specjalnie się nie starałem - młodzieniec lekko się uśmiechną, jego twarz nagle zmarszczyła się i zmieniła się w czaszkę pokrytą zgniłym mięsem, z głowy wyrastały kępy postrzępionych rzadkich pożółkłych włosów – Zrozum to dziecino NIE MASZ WYJŚCIA!!! - Właśnie że mam – krzyknęła i ruszyła biegiem w kierunku czarnych wrót – Nienawidzę cię De Loup. - Nieeeeeeee – rozległ się przeraźliwy pisk – a zresztą, suknię też możesz zatrzymać – młodzieniec usiadł na fotelu, założył nogę na nogę i upił kolejny łyk wina z kieliszka, uśmiechną się – jeszcze się spotkamy, i z tobą – zamyślił się – co zrobisz teraz De Loup, ona już nikomu w nic nie uwierzy.

Wyglądała jak kropla krwi na nieskazitelnie białym płótnie, nazywała się Baisa, nie była teraz sobą ale była kimś kim mogła by być gdyby nie chciała być tym kim powinna, czuła się dziwnie, dookoła niej leżał miękki śnieg, biały puch zaczął padać z nieba, a właściwie z góry gdyż to co znajdowało się nad nią na pewno niebem nie było, przynajmniej tak jej się wydawało. Nie było zimno. - Gdzie jesteś? – pomyślała. W odpowiedzi usłyszała gruby grobowy głos – Za tobą, nie powinnaś tu być, to niebezpieczne, wracaj do swego świata. Odwróciła się powoli, za nią klęczał skulony mężczyzna w czarnym przylegającym do ciała skórzanym ubraniu, pozwiązywanym rzemieniami, i po spinanym sprzączkami. Łańcuchy, którymi mężczyzna był skuty były przytwierdzone do kamiennego tronu, który stał za nim. - Kim jesteś?? – Spytała Mężczyzna podniósł się powoli z ziemi, szczęk łańcuchów był nieznośny, a ta skórzana zbroja ta twarz… - De Loup – w krzyku Baisy było więcej zdenerwowania niż strachu – dlaczego się ze mną zabawiasz?? Czerpiesz z tego jakąś chorą satysfakcję? - Przepraszam, ale nic na to nie poradzę, że ten potwór wygląda tak jak ja, on jest teraz panem mego ciała. - Kim naprawdę jesteś, kim on jest, czego ode mnie chcecie?? Dlaczego mi to robicie?? - Ja jestem Cloderrick deLoup, kawaler Cloderrick deLoup, spotkaliśmy się już kiedyś… - Tak w wiosce elfów - Elfy już dawno nie istnieją, zostały wytępione przez ludzi około stu lat temu, my jednak spotkaliśmy się dużo dawniej. - Ale ja spotkałam… - To wspomnienie starsze niż nasza znajomość, przywiedzione tylko przez niego, aby było łatwiej mu tobą manipulować. - Kim jest on?? - To pożeracz dusz, demon starszy niż ten świat… - Więc kim ty jesteś, i dlaczego tu jesteś, i niby skąd się znamy?? - Kiedyś byłem dumnym rycerzem, zbyt dumnym by przyznać się do porażki, zbyt dumnym, by nie podjąć wyzwania, zbyt głupim by nie podjąć wyzwania, co z tego że pokonałem demona skoro on pokonał mnie. A znamy się jeszcze z czasów przed wiedźmą, przed przybyciem na wyspę. Aghhhhhhhhh…. - Co się stało? - On nie pozwoli mi więcej powiedzieć. - Nie wiem czy ci wierzyć, ale wiedźma, pamiętam ona mi coś zrobiła oddzieliła mnie od moich, tak mi się wydaje, on mówił coś o niej, a może to ty mówiłeś. A kryształ Duszy?? - On mówił prawdę, kryształ ci nie pomoże, tylko on może przywrócić cię do aghhhhhhhh twoich, przepraszam nie mogę, kryształ duszy to moja dusza, zabrał mi najpierw ją a potem zabrał mi ciało, a może odwrotnie, rzeczywiście tylko on ma moc aby ci pomóc, ja nie jestem w stanie, chyba że aghhhhhhh – zaczął się krztusić i rzucać śniegu, Baisa starała się go przytrzymać. - Jak mogę ci pomóc?? - Nie … możżżeszszzszz, uciekaj ratuj siebie!!! - Jak ma się stąd wydostać?? - Obudź się!!!!!! Baisa zerwała się z ziemi, znowu była małym elfem, leżała na brudnej karczemnej podłodze wykonanej niezbyt starannie z taniego drzewa. Była głodna. W karczmie nikogo nie było, stoły leżały rozrzucone tak jak pamiętała, zza okna dobiegały radosne hałasy, zapalone pochodnie rozświetlały miasto, było prawie tak jasno jak w dzień. „Zaczęło się” usłyszało w myślach głos deLoupa „Bierz się do roboty” - Nienawidzę cię Wilku, kimkolwiek byś nie był – podniosła się i ruszyła do zamku.

Leciała tuż nad dachami, miasta pełnego śmiechu dzieci, głośnych rozmów, radosnych śpiewów. „Najprawdopodobniej dzisiaj jakieś święto w mieście jest, ciekawe, jakie”. Pomyślała Baisa prowadzona jakąś dziwną siłą w kierunku zamkowego muru. „Sprytnie sobie to wymyślił ten nikczemnik, zapewne szykuje mieszkańcom jakąś paskudną niespodziankę która wiele ich będzie kosztowała. Dobrze wiedział że święto wystarczająco odwróci ich uwagę od spraw codziennych a schwytanie go miało tylko poprawić im nastrój” nagle zwróciła głowę w stronę rynku na którym ustawiano właśnie olbrzymi stos chrustu. „Szykuje się wielkie ognisko, chciała bym tu być i to zobaczyć, przynajmniej i on tego nie będzie widział” - I tu się mylisz moja droga – głos, który odezwał się w jej głowie był martwy i ciężki. - Jak… - A to proste, widzisz ty się zajmiesz zdobyciem mapy a ja będę zabawiał tłum… - Jesteś okrutny!!! - Nie tak okrutny jak wy ludzie ale się staram. - Daj mi spokój! - Więc przestań się ociągać, pośpiesz się do świtu już tylko 6 godzin, a wydaje mi się że coś może cię tam zatrzymać, chociaż wolałbym aby tak się nie stało!! - A może odpowiedz mi na jeszcze jedno pytanie. Czy jeżeli zdobędziemy kryształ duszy naprawdę będziesz w stanie spełnić moje marzenie?? - Oczywiście że będę. A teraz ruszaj. I pamiętaj niezależnie co by się stało masz zdobyć mapę i czekać z nią przed miastem tam gdzie się umówiliśmy! - Pamiętam ale nie myśl że będę na ciebie czekała wiecznie. - Tak tylko ci się wydaje „kwiatuszku” Nagle serce Baisy przepełniło dziwne uczucie, znajome, ale tak dawne że prawie obce, coś czego nie czuła przez całe życie, przez całe to życie cokolwiek by to nie znaczyło.

Nagły krzyk rozdarł radosne niebo nad miastem - WWIEŹĆ WIĘŹNIA- nastąpiła cisza, a zaraz po niej burza oklasków, krzyki nienawiści, śmiechy, gwar powrócił. - Widzę ty już zacząłeś swoją zabawę, ciekawa jestem co im pokażesz „złodzieju”?? Tym razem nie odpowiedział już jej żaden głos. Kilka minut później podążała już ciemnymi korytarzami w kierunku skarbca prowadziła ją do niego jakaś dziwna siła. Nie myślała o niczym, po prostu poddała się sile która pchała ją coraz bliżej upragnionego artefaktu. Nie wiedziała w jaki sposób znalazła się tuż przed skrzynią z ukrytą wewnątrz mapą. Wyciągnęła po nią dłoń. - Nie tak szybko – zaskrzeczał dywan leżący na stole – chyba że chcesz stracić życie i duszę głupia dziewucho!! Dopiero teraz Baisa odzyskała całkowitą przytomność umysłu – Co, kto? - Ja – odchrząkną zakurzony dywan – a więc jak?? - Co może mi zrobić jakiś tam głupi dywan?? - Przepraszam po pierwsze nie jestem dywanem – powiedział dywan – pyzatym nie chodzi mi o to że ja mogę ci coś zrobić, ale jeżeli nie dowiesz się kilku rzeczy to kto wie co może się stać moja droga Baiso! - Skąd znasz moje imię, pyzatym widzę że jesteś dywanem!!! - Wiem wiele rzeczy, nie wszystko ale bardzo dużo, poza tym nie jestem dywanem tylko pod dywanem i już kiedyś się spotkałyśmy. - Aha. - Więc czy byłabyś tak uprzejma i mnie odkryła?? - Oczywiście – powiedziała Baisa a następnie zrzuciła dywan na ziemię. Pod dywanem stała stara kryształowa kula. - Witaj ponownie, zapewne mnie nie pamiętasz, ale ja przypomnę ci wszystko, co mogę, gdyż nie mogę ci wyjawić całej prawdy o twoim pochodzeniu, zła wiedźma przeklęła mnie. - Mów co możesz, wiesz może coś o deLoupie?? - Tyle samo co ty, tylko że ja to pamiętam a ty nie! - Mogli byśmy zacząć od niego?? - Ależ właśnie od niego wszystko się zaczyna!!! - Mów więc.

„Spojrzyj głęboko w mój kryształ i słuchaj mej historii biedne dziecko, wiedz tylko że powiem ci tylko to co wiem, a wiem o tobie niewiele sprzed czasu kiedy się spotkałyśmy. Byłaś przyrzeczona mej pani, wiedźmie, przez starszyznę twej wioski, jednak ani ty ani twoi rodzice nie wiedzieli o tym fakcie. Zaręczona byłaś już z pewnym młodzieńcem sławnym na całym kontynencie ze swych bohaterskich czynów. Ocalił on wiele istnień, zwyciężył wiele demonów, był niepokonany lecz twa uroda zmieniała tego młodego bohatera z twardego granitu w sypki piasek. Na miesiąc przed zaślubinami, gdy twój przyszły mąż wyruszył do swych rodzinnych włości gdyż był szlachetnie urodzony, by powiadomić swych rodziców o uroczystości, w nocy zjawiła się w twoim domu starszyzna wraz ze sługami wiedźmy. Twoi rodzice którzy się temu sprzeciwili zostali zamordowani a ty zaprowadzona do chaty wiedźmy. Tam się spotkałyśmy po raz pierwszy, płakałaś, ostrzegłaś wiedźmę przed twym narzeczonym. Ona zaś powiedziała że ma zamiar odebrać ci młodość i twe ciało jak już wcześniej to robiła, a skoro może przy tym jeszcze dostać bogatego męża to się dobrze składa. Nie wiedziała jednak że spotka twego oblubieńca tak szybko gdyż jeszcze tej samej nocy wrócił on do wioski wiedziony okrutnym przeczuciem. Rankiem przybył pod chatę wiedźmy bez broni by prosić o uwolnienie cię. Wiedźma natomiast wyszła ze swymi sługami ciągnąc cię za sobą. Gdy zobaczyła twego ukochanego ryknęła gniewnie >>DeLoup, zabiłeś tak wiele moich dzieci, nie myślałam że będę mogła się na tobie zemścić tak szybko i tak boleśnie, zabiję cię ale najpierw sprawię byś cierpiał wiele lat, gdyż najpierw odbiorę ci ją, a najgorsze w tym będzie to że pomimo iż będziesz mógł ją odzyskać nie będziesz w stanie.<< Pchnęła cię do przodu złapała za kark i po chwili była tobą trzymała w ręku mały błyszczący różowym światłem kryształ, twoją duszę, zaczęła się głośno śmiać. DeLoup rzucił się na nią jednak jej słudzy wspomagani przez piekielne demony pokonały go i wyrzuciły ledwie żywego w nieznanym odległym kraju. Wiedźma wtedy zaczęła wtedy śledzić jego losy dzięki mojej mocy. Widziała jak przywdział czarną skórzaną zbroję i wyruszył w poszukiwaniu drogi powrotnej do twej wioski, błąkał się tak ponad dwadzieścia lat, zabił przez ten czas setki demonów, jednak stawał się coraz słabszy, wiedział że nie da rady pokonać demonów chroniących wiedźmę, wtedy nastąpił cud przynajmniej jemu się tak zdawało, schwytał w pułapkę najstarszego z demonów, Anigertelina, upadłego wojownika boga, który znienawidził ludzi którzy stali się ulubieńcami jego pana mimo swej niedoskonałości, zazdrościł im jednej rzeczy, duszy. Stał się pożeraczem dusz, postanowił zniszczyć całą rasę ludzką, kiedy pan to zobaczył odebrał mu moc i skazał go na wieczne przebywanie między ludźmi, jednak Anigertelin nie stracił swych mocy całkowicie, a wiedział jak ludzie są łatwowierni i jak słabego mają ducha, podstępem kradł ich dusze, a właściwie sami mu je oddawali, on zaś rósł w siłę i zwiększał swą moc odbierając dusze ludziom i nie pozwalając im wszystkim wrócić do nieba, jednak bóg nic nie mógł mu już uczynić. Demon złożył propozycję DeLoupowi że jeżeli pokona go on w pewnej grze sprawi by ciało deLoupa posiadło jego moc co mu pomorze w odzyskaniu jego narzeczonej, jeżeli zaś przegra zdobędzie dla demona nowe ciało i go puści wolno. DeLoup się zgodził jeżeli to on wybierze grę. I wygrał de Loup i wpuścił do swego ciała demona. I dotarł do wiedźmy która mimo że wezwała na pomoc całe hordy swych demonicznych dzieci nie spodziewała się że demon ma taką siłę. DeLoup przeszywając wiedźmę załkał gdy ta szepnęła mu do ucha >>jak mogłeś mnie zabić ukochany<< Zdjął z szyi wiedźmy naszyjnik z twoją duszą i powiedział >>demonie przywróć mi ją<< demon odpowiedział że już odzyskał on swą ukochaną, umowa nie mówiła w jakim stanie ma ona być, i że on chce czegoś w zamian, Cloderiick obiecał spełnić każde jego życzenie jeżeli tylko przywróci cię do życia. Demon odpowiedział że jest w stanie jedynie umożliwić jej powrót do życia jako dziecku, i to tylko dopiero za 200 lat. >>Niech i tak będzie<< odpowiedział rycerz i demon spełnił to życzenie a następnie jako zapłatę przejął ciało deLoupa który nie mógł złamać słowa rycerskiego. Dwieście lat kradł dusze jako Clodrrick deLoup zwany wilkiem – nie niepokojony niczym aż do czasu kiedy twoja dusza oblekła się w ciało którego nigdy nie powinna znaleźć, ciało które nigdy nie powinno istnieć. Dowiedział się o tym i przybył tutaj aby cię odnaleźć i ni pozwolić odkryć kim jesteś gdyż mogła byś uwolnić deLoupa spod jego władania odnajdując jego duszę przy pomocy tej mapy.”

- A co robi deLoup teraz?? - Płonie – odpowiedziała beznamiętnie kula - Żartujesz!!! - Nie spójrz – rzekła kula a w niej pojawił się obraz płonącego stosu, na którym krzyczał deLoup, jego ciało zaczynało już odpadać od kości, dookoła stosu tańczył dziki tłum ludzi którzy się cieszyli. - Kłamiesz, wszystko co powiedziałaś jest nieprawdą, nie może być prawdą, ja jestem elfem a deLoup, on, on na pewno nie spłoną ja go kocham, nienawidzę, namieszałaś mi tylko w głowie tak jak on, to jest niemożliwe on to sprawił bym na niego czekała z mapą, on cię tu przysłał. To wszystko nieprawda!!! Kula milczała. Baisa chwyciła maleńką mapę i ruszyła krętymi kamiennymi korytarzami na zewnątrz. Kiedy znalazła się nad miastem usłyszała krzyk konającego DeLoupa – Doskonale się spisałaś Baiso, teraz ci głupcy dostaną za swoje – i cisza. - Nie żyje wreszcie udało nam się go zabić ten diabeł spłoną, ogień go wysłał z powrotem do piekła – krzykną ktoś z tłumu. Dziki ryk radości wydobył się z tłumu. I nie był słychać nic więcej. Baisa zaczęła nabierać wątpliwości, z łzami w oczach odleciała w kierunku umówionego miejsca. Starała się usnąć zapomnieć na chwilę o tym wszystkim, jednak hałasy jej nie pozwalały, teraz jednak były nieco inne nieco mniej radosne za to dziksze. Usnęła, śniła jej się przeszłość, ale nie jej własna, jakiejś kobiety, kobiety z opowieści kuli, i deLoup ale nie ten który spłoną lecz ten którego spotkała na śniegu w innym śnie, ten deLoup był przepełniony cierpieniem, tego deLoupa kochała. Obudziła się i płakała że spłoną na stosie, przecież rzeczywiście mógł w nim być tamten drugi.

Uspokoiła się nieco patrząc na zachodzący księżyc, miał nadzieje ze to wszystko to tylko zły sen i że jak słońce wstanie wszystko będzie dobrze, jednak kiedy tylko tarcza słońca ukazała się w całości na niebie znowu zaczęła głośno płakać. - Czemu ryczysz głupia – usłyszała za sobą martwy ciężki głos – chyba udało ci się zdobyć mapę?? - Ale ci ludzie oni… - Oni zostali ukarani – powiedział deLoup – teraz daj mi mapę – wyciągnął dłoń. Baisa rozwinęła zwój i spojrzała na niego, była na nim tylko niebieska strzałka. - Chyba wzięłam nie to co trzeba. - O nie to to. - A co z naszą umową?? - Jak tylko zdobędę kryształ spełni się twe marzenie.

Baisa dała mu papier, Wilk położył go na rękę, kartka obróciła się strzałką w kierunku szczytów gór. - Sprytne – powiedział Baisa. - Siądź mi na ramieniu ruszamy. - Jak ich ukarałeś?? - Odebrałem im dusze.

Żadne z nich nic więcej nie powiedziało, deLoup pędził niczym wicher zbliżając się coraz bardziej do celu, Baisa pogrążyła się w rozmyślaniach nad wszystkim co usłyszała i nad tym co jej się śniło, i o tym że to ona przez sen wezwała deLoupa na pomoc ale to było dawniej niż pamięta, jak to możliwe??

- To tam – człowiek w czerni wskazał jaskinię na zboczu góry, było zimno, jego głos był inny, należał nie do deLoupa, to był głos człowieka w bieli. – Ja się tam nie zmieszczę, tylko ty możesz tam wejść, uważaj na kamienne potwory i przynieś mi kryształ. - Dobrze ale najpierw chcę porozmawiać z deLoupem!!! - Przecież ze mną rozmawiasz – powiedział głos człowieka w bieli. - Wiesz o co mi chodzi. - No dobrze proszę. - Czego chcesz – ciężki grobowy głos niczym wydobywający się z głębi piekieł krzyk przecią powietrze – moja droga?? - Nie jesteś deLoup, nie zabawiaj się ze mna!!! - Przepraszam – był to ten sam głos jednak nieco delikatniejszy, czuły, ciepły – popełniłem błąd za który teraz musimy płacić obydwoje, przeprasza że cię w to wplątałem. - Nie wiem co jest prawdą a co nie, ale wydaje mi się że mogę ci zaufać, jeżeli nie potrafię zaufać swemu umysłowi, zaufam sercu i tobie kimkolwiek byś nie był. Co mam robić?? - Nie ufaj mi, zrób coś czego on się nie spodziewa, zaufaj jemu, spokojnie nie słyszy tego co mówię. Zaufaj mu, zrób to co on ci każe zrobić… - NAGADALIŚCIE SIĘ PTASZKI?? - Tak. Co mam zrobić?? - Przynieś Mi kamień!!! - Dobrze.

Baisa wleciała do zimnej jaskini, znowu prowadziła ją ta dziwna siła, czuła tylko zimno, zdawało jej się że podróżuje już godzinami. Czuła jak Demon stara się w wiercić w jej umysł, jednak jego siła słabła z chwila zbliżania się do celu. Wreszcie Demon całkiem znikł z jej umysłu zaczęła myśleć trzeźwiej. Minęła kryształowy pomnik kobiety, pięknej kobiety, widziała ją kiedyś w jakimś śnie dawno temu. Kobieta klęczała przy niewielkim otworze w ścianie, to była kobieta z innego czasu, zanim świat zatoczył pętle i cała historia się powtórzyła, cała przyszłość już się odbyła wiele razy, to o tym mówił wilk, pamiętam to byłam już tu, wrzuciłam ten kamień tutaj po raz kolejny ukrywając go coraz głębiej, aby on go nie zniszczył., i zrobię to znowu, nie dam mu wygrać. Wleciała do otworu, prowadził głęboko w dół kilometry w dół do wnętrza ziemi, było coraz cieplej. Wreszcie wleciała do sporego pomieszczenia rozświetlanego blaskiem światła kryształu duszy, który leżał na podłodze, biło od niego przyjemne ciepło. Baisa wzięła go w ręce, nagła fala ciepła ogarnęła jej ciało, wspomnienia setek przeszłości i przyszłości, które się wydarzyły przeszyły jej umysł. DeLoup, którego kochała, leżał z nią na łące, była człowiekiem, zawsze była człowiekiem, zawsze odnajdywała Kryształ, zawsze przypominała sobie to wszystko, zawsze ukrywała go coraz głębiej, on zawsze ją zabijał, zawsze ją okłamywał. Zauważyła szczelinę, chciał wrzucić tam kamień, ale coś ją powstrzymało. „Przecież wcześniej mógł sam go wziąć nie byłam mu potrzebna, nigdy nie było żadnych kamiennych bestii, zawsze coś wymyślił, dlatego ze on nie mógł go dotknąć, dlatego że nie chciał go znaleźć, dlatego że on chciał go ukryć, wiedział ze ja mu go na pewno nie przyniosę, kiedy wszystkiego się dowiem, że go ukryję. On się boi tego kamienia, dlatego chciał mi przywrócić moją postać już wtedy, jako człowiek nigdy bym nie dotarła tutaj, bał się!!! Jeżeli zetknie się z kamieniem zginie a deLoup odzyska władze nad ciałem, ale m to nie pomoże, co to za chora gra. Ale jestem to winna mojemu ukochanemu, ostrzegł mnie, ale właściwie, jeżeli mam kamień mogę żądać, czego chcę. Dlatego powiedział mi żebym go przyniosła. Czas to skończyć.”

Powrót był łatwiejszy niż myślała kamień zdawał się być lżejszy od powietrza, nagle stał się tak mały jak jej oko, włożyła go wtedy do swojej kieszeni.

- I co elfie?? - Nie mogłam się do niego dostać, jest ukryty zbyt głęboko! - Hmm, szkoda – uśmiechną się – tak mi przykro, chyba nie spełnię, więc twego marzenia. - Proszę znalazłem przecież mapę, i miejsce, na pewno znajdziesz kogoś, kto ci pomoże go stamtąd wydostać. - W sumie mógłbym, co mi szkodzi, ale chciałbym coś jeszcze. - Dam ci wszystko, czego zażądasz, ale spraw bym znowu była wśród swoich. Wiem, że możesz mówiłeś, że nie potrzebujesz do tego kamienia, w moim śnie tak powiedziałeś. - Rzeczywiście chyba coś takiego powiedziałem.

Baisa była kobietą ze swego snu, stała obok deLoupa u podnóża góry, miała na sobie letnią suknie, było jej zimno. - Dlaczego jestem człowiekiem co się stało? Oszukałeś mnie!! - Nie, czyż nie powiedziałem ci że jesteś człowiekiem uwięzionym w elfim ciele, nie pamiętasz tego?? Ach rzeczywiście zapomniałem ci powiedzieć przepraszam. A teraz oddaj mi swoją duszę!!! - Oszukałeś mnie wcale nie chciałeś znaleźć kamienia, mogłeś mnie zmienić w człowieka już wcześniej, ale to by było mało zabawne prawda?? - Cóż rzeczywiście. Ale obiecałaś ze spełnisz każde moje życzenie, chcę twoją duszę natychmiast. - Nie oddam jej tobie, jeżeli już ma mi ją ktoś odebrać chce żeby to był ten, którego kochałam, czy możesz to dla mnie uczynić? - Oczywiście to nawet może być ciekawe! - Cloderricku czy to ty? - Tak moja droga, przykro mi, że ci się nie udało, nie chciałem znowu patrzeć na twoją śmierć. Tak mi przykro. - Teraz, on zginie – wyjęła kryształ z kieszeni i podała go człowiekowi w czerni - NIEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE – ryknął głos człowieka w bieli, odepchnął Baisę, która upadła na kamienie. Było już jednak za późno, kamień przetopił się przez rękawice i spoił z ciałem, z którego wystrzeliły właśnie promienie białego światła. – OKŁAMAŁAŚ MNIE, ZOSTANIECIE ZA TO UKARANI OBYDWOJE, BĘDZIECIE TU NA WIEKI STAĆ JAKO KRYSZTAŁOWE STATUŁY AŻ KTOŚ NIE ODNAJDZIE DWÓCH KAMIENI BĘDĄCYCH WASZYMI DUSZAMI I NIE ZŁĄCZY ICH W JEDEN……… AAAAAAAAGHHHHHHHHH DeLoup upadł na ziemię ciężko dysząc, podczołgał się do Baisy ukląkł przy niej i przytulił jej głowę do swych piersi. - Witaj ukochana. - Przepraszam cię znowu zostaniemy rozdzieleni, ale teraz już nie mamy szans na spotkanie. - Ktoś połączy te dwa kamienie szybciej niż ci się wydaje, ale tym razem będziemy na to czekać razem. Z ich ciał wystrzeliły dwa promienie, biały i różowy wzbiły się wysoko ponad szczyty gór, ponad chmury i rozdzieliły jeden udał się na wschód a drugi na zachód.

I tak oto kryształowy rycerz tuli do swego ciała swą kryształową damę, gdzieś w odległej krainie, w której człowiek pokonał bogów i czekają na czas, kiedy będą mogli ponownie poczuć nawzajem ciepło swych ciał.

Historia ta działa się wiele wieków temu i być może powtórzy się jeszcze nie raz, jeżeli zaś chcecie się dowiedzieć, co stało się z Artenois, cóż duchy bogów miały dosyć ludzi i zniszczyły ich żywiołami ognia wody i wiatru, na Artenois znowu zapanowała natura, nie można tam dotrzeć żadną drogą ani morska ani powietrzną, wiem gdyż próbowałem wiele razy, a jeżeli chodzi o kamienie, to najwyższy czas je połączyć. Teraz będą mieli dla siebie całą wieczność i nikt im już nie przeszkodzi, aż czas zatoczy pętle.

„…Baisa siedziała na trawie opierała się o ramię swego męża deLoupa, w dali tętniła życiem wioska, w której mieszkali, po łące biegały ich dzieci. Byli szczęśliwi… Bogowie postanowili być łaskawi, przynajmniej tym razem…”

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych