Wróć do katalogu

Bariera

Opowiadanie SF

Hurric, opublikowano , 17 min czytania, 4,7 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Gdy słońce powoli chyliło się na zachód, za Barierą niebo nabierało odcieni nocnego granatu. Widok był zdumiewający, może nawet piękny dla kogoś, kto nie zna kontekstu energetycznej zapory. Tak, jakby tuż za drgającą ścianą powietrza czas postanowił spłatać nam figla i przyspieszyć o parę godzin. Kontemplowałem chwilę, zatrzymując się parę metrów od Bariery. Rozmasowałem bolący od przewieszonego karabinu bark. Sterta pseudo chat z falistej blachy, drewna i Bóg wie czego jeszcze rosła z dnia na dzień. Uchodźców przybywało w zastraszającym tempie, natomiast paczek z wodą, żywnością i podstawowymi narzędziami nie przybywało. Mogło się wydawać, że ktoś chciał sprawdzić wytrzymałość tych biednych ludzi na spartańskie warunki. Co pięćdziesiąt metrów stał szeroki na półtorej metra monolit, który, gdy się do niego przybliżyć, buczał w miarowym rytmie. To między nimi rozpięta była Bariera. Na każdym monolicie wywieszona była tablica: "To nie jest bariera militarna To jest BARIERA EKOLOGICZNA Do zakończenia kwarantanny pod groźbą śmierci Nie próbuj jej przekroczyć ani uszkodzić" Dla tych, którzy mieli problem z czytaniem, potężne megafony co godzinę obwieszczały ten sam komunikat. "To nie jest bariera militarna..." Groźby nie były blefem. W oddali majaczyły kształty okopanych stanowisk ogniowych, co jakiś czas przechodził uzbrojony po zęby patrol, a niebo sporadycznie przecinane było przez myśliwce. Po krótkim odpoczynku ruszyłem dalej. Zdjąłem niebieski hełm i przytroczyłem go do pasa. Chwilę później wyciągnąłem notes. Moim zadaniem była obserwacja uchodźców i meldowanie praktycznie o wszystkim. Od miejscowych migracji po poszczególne zachowania pojedynczych ludzi. Dowództwo chciało mieć jak najpełniejszy obraz katastrofy. Nikt z tej strony Bariery, przynajmniej nikt spoza ścisłego dowództwa nie wiedział co właściwie wydarzyło się tam, po zakazanej stronie. Wszyscy spekulowali, najwięcej osób twierdziło, że to epidemia jakiegoś nieznanego wirusa. W każdym razie skala przedsięwzięcia wskazywała na to, że sprawa jest poważna. Pozdrowiłem mijany w oddali patrol. Przechodzili dość daleko, gdyż niewielu mogło zbliżyć się tak blisko Bariery jak ja. Dzięki temu mogłem obserwować ludzi, którzy wegetowali po drugiej stronie. Słońce już zaszło, a w nocy odsłoniła się kolejna właściwość energetycznej granicy. Zamknięty teren wyglądał jaśniej i wyraźniej, jakby zmierzch zatrzymał się, nie pozwalając nocy na objęcie swej połowy dominium. Obserwacje były więc prowadzone i po zmierzchu, lecz moja wachta już dawno się skończyła. Wróciłem do baraków zdać raport.

Gdy tylko zdałem odprawę udałem się do swojego namiotu i zrzuciłem z siebie cały kram. Heat i reszta chłopaków siedziała już o tej porze w kantynie, więc skierowałem tam swe kroki. Rolę baru, kasyna i jadłodajni pełnił wielki, klimatyzowany namiot. O tej porze był już w znacznej części zapełniony. Heat rżnął w karty z jakimiś naiwniakami. -Co tam Heat? - pozdrowiłem go i zwróciłem się do pozostałych graczy: - Uważajcie na niego, jak z wami skończy będziecie musieli pożyczać na pociąg do domu. -Daj spokój Nick, chłopakom dobrze idzie. - mrugnął do mnie porozumiewawczo. -Idę po browar. - oznajmiłem. Widziałem już dziesiątki razy jak to robi. Najpierw pozwala młokosom prowadzić, podniecić się możliwością wygrania dużych pieniędzy, a gdy w końcu decydują się na grę o dużą stawki ogrywa ich bez litości. Ale i tak miał wielu chętnych do gry - każdy chciał wygrać z Heat'em. -Weź dla mnie też jedno! - krzyknął za mną, nie odrywając się od kart. Wydaję mi się, ze zarobi na kartach co najmniej jeszcze raz tyle, ile wyciągnie z żołdu. Gdy wracam widzę jak zbiera pokaźną kupkę szmalu ze stołu, a skwaszeni młodzi żołnierze wstają od stolika. Heat zostawia jeden z banknotów na stole. -Ja stawiam, dziś mam dobry dzień.- uśmiechnięty zapala papierosa. -Od rana taka passa?- pytam się pociągając piwo. Heat wydmuchuje ciężko dym i kiwa przecząco głową. -Rano miałem patrole. Mówię ci Nick. Robi tu się niezły syf. Widziałem podobne bagno Rwandzie, piętnaście lat temu... -Jesteś jakimś pieprzonym wiecznym żołnierzem? - przerwałem jego relację. -Daj spokój. Byłem wtedy nastolatkiem. Matka była biologiem, pracowała na czarnym lądzie. Eskortowali nas belgijscy żołnierze. Po drodze mijaliśmy obozy dla uchodźców z plemienia Tutsi. -Jak to wyglądało? - zaciekawiłem się - podobnie jak tutaj? -Tutaj jest względnie spokojnie. - Heat nie martwił się o wypuszczanie dymu, pozwalał by sina mgiełka niedbale sączyła się z ust gdy mówił - Ale to dopiero początek. Poczekaj gdy się zorganizują. Gdy dorwą się do paczek. -Ale tam byli czarni. Żyjący na wpół dziko. Nie ma się co dziwić, że dochodziło do przemocy. - -Czarny nie czarny. To ludzka natura. - poklepał się po piersi - Wszyscy jesteśmy tacy sami, nosimy czarne dusze w środku. -Nie sądzę Heat. Tamte wydarzenia to przeszłość. Teraz my tu jesteśmy od pilnowania porządku. - zaprzeczyłem kompanowi. -Nick...- westchnął tamten - My tu jesteśmy od tego, żeby nikt stamtąd nie wyszedł... -Pilnujemy i Bariery i porządku... - zaoponowałem, tym razem ciszej. -Napijmy się. Skocz jeszcze po dwa piwka. - poprosił wyciągając pieniądze - Nie mam ochoty dziś wspominać dzieciństwa. Upijemy się i opowiem ci jak stałem się dorosły. - zakończył zanosząc się od rubasznego śmiechu.

Uporczywy dźwięk budzika wyrwał mnie z płytkiego snu. Ból głowy dawał się we znaki, ale obowiązek kazał wstać. Szybka toaleta i śniadanie, a potem rutynowa odprawa i z powrotem na obchód. Przez noc przybyło parę improwizowanych schronień. Ludzie przybywali do Bariery, uciekając niewiadomego zła, które pełzło z środka lądu. Mniej więcej w połowie obchodu zbliżyłem się do samej Bariery. Młoda dziewczyna nieopodal rozwieszała pranie. Wydawało mi się, że widziałem ją już parę razy. Żyła w chacie położonej dość blisko granicy. Ona, wraz rodzicami. Była jeszcze młoda, ale wystarczająco dumna, by na mój widok podnieść głowę i zmierzyć mnie chłodnym spojrzeniem. Przynajmniej tak to odebrałem, gdy odległość rozmywała nieco rysy i mimikę jej twarzy. Popatrzyłem jeszcze chwilę jak znika wewnątrz swej szaro-burej chaty, gdzie mieszkała wraz z ojcem i matką. Ruszyłem dalej.

-W mojej ocenie pomoc humanitarna powinna zostać zwiększona o co najmniej trzydzieści procent, by zaspokoić potrzeby uchodźców. - dokończyłem ustne sprawozdanie do mojego codziennego raportu. Major Knuckles spojrzał jeszcze raz na raport i chrząknął. -Realizujemy już maksimum programu wsparcia dla tych ludzi... - zawahał się - Musimy poczekać na dodatkowe fundusze z ONZ. -Pomoc potrzebna jest od teraz. Fala emigrantów zwiększa się z dnia na dzień. - wtrąciłem cichym głosem. Major spojrzał na mnie, po czym znów zagłębił nos w raporcie: -Zdajemy sobie z tego sprawę... Możecie odejść. Niezbyt ochoczo zasalutowałem i ruszyłem do wyjścia. -Odwalacie kawał dobrej roboty, Nick. Tak trzymajcie. - usłyszałem jeszcze na progu. -Dziękuję, panie Majorze. - odparłem cicho.

Wieczór nadchodził nieubłaganie. Pomimo, że nie odczuwałem już senności po popołudniowej drzemce, nie miałem ochoty na patrol. Przez chwilę walczyłem z pokusą, by zajrzeć do medyka i wybłagać zwolnienie z powodu chwilowej niedyspozycji. Zwalczyłem jednak tę myśl i zmusiłem się do wypicia mocnej i słodkiej kawy. Zebrałem sprzęt oraz notatki i ruszyłem. Marsz po kamienistej pustyni nie należał do najwygodniejszych, ale przynajmniej rdzawy piach i kamienie stanowiły solidne oparcie dla wojskowych butów. Jak co dzień zauważyłem parę nowych chat, widać było, że w niektórych miejscach ludzie organizują się. Niestety raczej w bandy mężczyzn, którzy mogli stanowić w przyszłości o życiu i śmierci pozostałych uchodźców. Liczyłem na to, że jeśli zwiększona zostanie częstotliwość zrzutów żywności, spokój zostanie zachowany. Naniosłem w zeszycie poprawki. Słońce nieubłaganie spadało za horyzont, z każdą chwilą przestrzeń za barierą stawała się wyraźniejsza i jaśniejsza, niż po mojej stronie. Mimo to nie zauważyłem ich. Dopiero gdy spisywałem kolejny raport zauważyłem jak…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych