"?"
A po co ? I tak nikt tego nie czyta ;p Żartuję. Piszcie co myślicie. Rady i krytyka mile widziane
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
ROZDZIAŁ I
Szła powoli wzdłuż wschodniej ściany dworku. Dziedziniec był piaszczysty i wyschnięty po niemal dwutygodniowej suszy. Uniosła lekko suknię swymi delikatnymi dłońmi, nie chciała jej zakurzyć. Dostała ją zaledwie wczoraj, od swego męża z okazji trzydziestego trzeciego dnia narodzin. Kroki kobiety były szybkie, ale brakowało w nich zdecydowania. Nie goniła jej chęć, gonił ją strach. W ręce trzymała zgnieciony pergamin. Przeczytała go już wcześniej mimo, że nie był zaadresowany do niej. Treść listu była dla niej niczym cios lodowatym ostrzem prosto w serce. Czuła się słaba, a przecież był dopiero poranek. Odpędzając namolne myśli o piśmie szła dalej. Znalazła ich ćwiczących na placu, który położony był w południowej części dziedzińca. Dwóch jej synów praktykowało strzelectwo. Używali świerkowych, dopasowanych do swego wzrostu, łuków. Za cele zaś robiły im, wypchane słomą, manekiny. Jeden z nich nafaszerowany był strzałami, niby jeż igłami. W drugim tkwiło zaledwie kilka strzał. Pierwszy z synów, starszy, radził sobie bowiem z łukiem doskonale. Tak samo dobrze szło mu z kopią, mieczem i buzdyganem. Młodszy z braci nie odziedziczył najwyraźniej talentów bojowych po ojcu. Wdał się w matkę. Tak z wyglądu jak i z charakteru. Nie można było powiedzieć by zadowalało to głowę rodziny. Lord Aric Vanhmill, mąż Seriny Vanhmill, stał kilka kroków za swymi dziećmi i uważnie obserwował ich poczynania. Mąż Seriny był człowiekiem wysokim o surowych rysach twarzy. Miał ciemnobrązowe włosy, które falowały mu na wietrze. Nosił się jak każdy pomniejszy lord. Elegancko lecz bez przepychu. Na Seweryna, starszego syna, ojciec patrzył z cieniem uśmieszku na ustach, a to nie zdarzało mu się często. Na Leo, młodszego, patrzył obojętnie. W tym spojrzeniu nie było ani pochwał, ani politowania. Nie było nic. Kobieta zbliżyła się ukradkiem do męża. Mocniej zacisnęła palce na piśmie. Przeklęła ten dzień po raz setny już od momentu kiedy otrzymała wezwanie. Stanęła za nim lecz nic nie powiedziała. Musiała zebrać myśli. Musiała dokładnie przemyśleć jak to powiedzieć. Chciała być pewna, że przekazuje te wieści w możliwie najdelikatniejszy sposób. Musiała... – Moja pani – to Aric zauważył ją pierwszy – O co chodzi ? Wyglądasz jakby coś cię trapiło. Co trzymasz w dłoni ? – Mój mężu – podjęła niepewnie – Przed momentem przybył posłaniec z listem. Przyszedł z Wilczych Gór. Od Inkwizycji. – Z gór powiadasz ? - uradował się mężczyzna – To musi być Ferin. Dawno nie pisał, pewnie poczuł się winny, cholerny, śnieżny lis. Otworzyłaś już ? Świetnie, mów co u niego ? Kochanie, dlaczego spoglądasz tak ponuro ? To złe wieści. – To nie Ferin, mój panie. To nie on pisał – podjęła niepewnie, przygotowując grunt na to co chciała powiedzieć. Nadal zastanawiała się jaki sposób najmniej zaboli jej męża – Wiadomość nadeszła od samej Świętej Rady. Chodzi o... - przerwała, ale nie specjalnie. Słowa ugrzęzły jej w gardle. Teraz kiedy miała powiedzieć to na głos było jeszcze gorzej. Poczuła na swojej dłoni jego dłoń. Twardą i zimną. Zdobyła się na odwagę i wykrztusiła – Chodzi o rekrutację. Święta Rada na mocy nadanej jej przez sześciu króli sześciu królestw nakazuje nam oddać najmłodsze dziecko. Jeśli mamy tylko jedno musimy zapłacić okup w wysokości stu złotych monet. Aric'u, my mamy dwoje dzieci – dodała i wciągnęła głośno powietrze. Z trudem powstrzymała łzy. Przygryzła dolną wargę. Kazano jej wysłać małego Leo, dziesięcioletniego chłopca w mroźne góry, do starożytnej fortecy by nieznani jej ludzie wyszkolili go na bezwolnego zabójcę. Inkwizycja zajmowała się bowiem, przynajmniej przez ostatnie półwieku, tylko mordowaniem wrogów ludzkości. Nikt nie protestował nawet jeśli wrogami okazywały się inne rozumne rasy, elfy czy krasnoludy. Ta pradawna organizacja posiadała armię większą nawet od sześciu, razem wziętych, króli południa. Posiadała także o wiele większy skarbiec. Nie można się jej sprzeciwić. Nikt nie może. Ponadto mówiono, że służba w Inkwizycji to zaszczyt dla każdego człowieka. W jej szeregi wpuszczano bowiem każdego. Kobiety, mężczyzn, rycerzy i żebraków. Jedynymi wypraszanymi byli: elfy i krasnoludy. Przez ostatnie dziesięć lat król Egmund, władca Zachodniej Marchii starał się wyplenić inne rasy ze swego królestwa tak więc wpływy Inkwizycji stawały się większe z dnia na dzień. A, obecność obcych ras malała z godziny na godzinę. Miasteczko Hormer i leżący na wzniesieniu obok dwór lorda Aric'a to dwa ostatnie miejsca na południu gdzie mogą schronić się elfy i krasnoludy. A i te schronienia nie miały się ostać zbyt długo. Aric przytulił swą żonę. Chwyt miał mocny, ale Serina nie czuła się w nim źle. Nie czuła się ograniczona ani krzywdzona, czuła się bezpieczna. Wypłakała mu się w pierś. Kiedy skończyła odsunął ją od siebie i złapał, w niedźwiedzim uścisku, za ramiona. Spojrzał jej w oczy. Jego wzrok był zimny i twardy niczym stal, a przynajmniej tak się wydawało. Po ponad dwudziestu latach małżeństwa Seri potrafiła odnaleźć w oczach męża miłość i współczucie. Choć nadal przychodziło jej to z trudem. – To nic strasznego – pocieszył ją – To będzie zaszczyt, zarówno dla niego jak i dla nas. Unieś wzrok. Vanhmill'owie nie chodzą z opuszczonymi głowami. Nie smuć się moja pani, jego wyjazd nie oznacza wiecznej rozłąki. Inkwizytorowie dostają wszak przepustki. Będzie mógł wrócić. Po za tym, tutaj nie czeka go lepsza przyszłość. Jako drugiego syna czeka go jedynie służba. W Inkwizycji może przynajmniej zajść dostatecznie wysoko by samemu dowodzić. Nie będzie skazany. Pobór to nie stryczek. – Pewnie masz rację – zgodziła się matka – Ale i tak... Nie mogę... Nie potrafię się pogodzić z tym, że musi wyjechać na drugi koniec świata. – Nie świata, – Aric pokręcił głową i spojrzał na synów. Kiedy to spostrzegli natychmiast wrócili to treningu – królestwa. To tylko dwa miesiące drogi stąd. A, on nie wyjeżdża na zawsze. Zresztą to i tak nieważne. Nie mamy prawa odmówić. - przez chwilę wpatrywał się w zakurzone oblicza swoich dzieci – Nie zamierzam odmówić. Seri spojrzała na swoich synów i pociągnęła nosem. Natychmiast się skarciła. Taka duża baba, a ryczy ! - przypomniała sobie słowa swojej matki. W dzieciństwie Serina często płakała z najróżniejszych powodów. Wtedy przychodziła jej matka, pani Margloro i miast pocieszać jeszcze bardziej dołowała podobnymi uwagami. A, jednak koniec końców Serina wyrosła na porządną kobietę. Zadbaną, piękną, zarówno w środku jak i na zewnątrz. Jej jasne włosy opadały kaskadą loków na ramiona, a piękne szarozielone oczy błyszczały się niczym szmaragdy w świetle dnia. Falbanki biało-złotej sukni zaszurały się o piasek dziedzińca. Wróciła do domu i zamknęła za sobą drzwi. Pragnęła odciąć się od wszystkiego co się dziś wydarzyło. Miała nadzieje, że lada moment się zbudzi i uświadomi sobie, że to wszystko było tylko snem. Tak się jednak nie stało. Serina przemyła twarz świeżą wodą i ruszyła do swego pokoju by przebrać się do obiadu. Po drodze jej uwagę przykuły otwarte drzwi do pokoju jednej z lokatorek domu. Dalanny. Zajrzała do środka i ujrzała pustą izbę z dokładnie zaścielonym łóżkiem i skrzętnie poukładanymi w równy stosik książkami. Okno było otwarte. Seri westchnęła. Nie przebrała się, musiała wyjść. Należało zawołać przyrodnią siostrę Leo i Seweryna na obiad. Tylko matka wiedziała gdzie zwykła chować się dziewczyna. Znalazła ją tam gdzie zawsze, w ulubionym miejscu pani Seriny, pod ogromnym, rozłożystym klonem, gdzie gałęzie drzewa sięgały mozolnie nad taflę wody jeziora, które było obok. Jedna z kaczek płynęła powoli przewodząc małej grupie swych młodych. Podążały za nią ślepo niczym bezwolne sługi. Tylko jedno z małych kaczątek oddalało się co jakiś czas od grupy. Jednak zawsze wracało. Panowała tu błoga cisza i spokój, zakłócany tylko ćwierkaniem ptaków i letnim wiaterkiem. To właśnie w takim miejscu Seri opłakiwała wyjazd z domu kiedy jej matka wydała ją za Aric'a, wiele lat temu. Wtedy nie znała go jeszcze tak dobrze, nie kochała go. Miłość bowiem przyszła z czasem. Pierwsze lata były trudne, a to miejsce pozostawało jej ostoją. Nikt nie potrafił jej tutaj znaleźć, a może nikt nie szukał ? Teraz było to nie ważne, kobieta odrzuciła od siebie wspomnienia i powróciła do rzeczywistości. Nieważne – powtórzyła sobie – Ja będę szukać. Szukała... i znalazła. Dalanna siedziała pod drzewem, twarzą zwróconą w stronę jeziora. Tak pilnie obserwowała zwierzęta pływające po wodzie, że w ogóle nie zauważyła zbliżającej się kobiety. A, przynajmniej tak wydawało się Serinie. Zapomniała jednak, że dziewczyna nie jest człowiekiem. Jest elfką, a oni nigdy nie dają się podejść. Tak, była elfką. Nie płynęła w niej jednak szlachetna krew Aric'a ani nawet Seriny. Była dzieckiem, które lord Vanhmill przywiózł z północy, z jednej z wypraw przeciwko rebeliantom. Wtedy to elfy wraz z krasnoludami wyszły naprzeciw Inkwizycji i Zachodniej Marchii. Powstały przeciw swoim ciemiężcom w otwartej walce i przegrały. Aric wrócił z tej wojny z nowym dzieckiem. Z elfką imieniem Dalanna. Nie było to jego dziecko, a sam lord nigdy nie mówił dlaczego to akurat dziecko zabrał ze sobą ryzykując własnym życiem. Obok dziewczyny ubranej w skórzaną kamizelę i szare spodnie leżał łuk, kołczan pełen strzał oraz ćwiczebny miecz. – Nie bój się – przemówiła Dalanna nie odwracając twarzy od jeziora – Nie ukradnę tych rzeczy. Oddam je kiedy skończę trening. – Moje dziecko – podjęła Serina lecz natychmiast ugryzła się w język. Elfka nie lubiła gdy się ją tak nazywało. – Mówiłam ci – odparła pozornie spokojnie dziewczyna – Nie jestem twoim dzieckiem. Mam własnych rodziców. Są gdzieś tam, są gdzieś na północy. Wiem to. Kiedyś ich znajdę. – Rozumiem cię, znam to uczucie – kobieta zauważyła grymas na twarzy elfki – Myślisz, że jak ja czułam się kiedy oddano mnie memu mężowi ? Wtedy jeszcze go nie kochałam, nie wiedziałam jaki jest i czy będę przy nim bezpieczna. Chciałam uciec – zwierzyła się Serina – Ale, nie miałam odwagi. I teraz, po tylu latach, jestem z tego rada. Mam trójkę wspaniałych dzieci oraz poznałam wielu wspaniałych ludzi. Czuję, że dobrze spędziłam czas jaki dali mi bogowie. Nie należy pochopnie podejmować ważnych dla nas decyzji – poradziła dziewczynie. – Ja już podjęłam decyzję – oświadczyła Dalanna – Wyjeżdżam. Zabiorę swoje rzeczy i będziecie mogli o mnie zapomnieć. – I co zrobisz ? - spytała zdołowana pani. Najpierw dowiedziała się, że straci Leo, a teraz jeszcze Dalannę. Dziewczyna była dla niej córką, która nigdy się jej nie narodziła. Kochała ją chociaż nie były związane poprzez krew – Wyruszysz na południe i będziesz pytać wszystkich ludzi, których miniesz czy nie widzieli twoich rodziców ? – Coś wymyślę – odburknęła elfka – Nie jestem głupia. Jestem elfem, poradzę sobie. Elfy zawsze sobie radzą. - dziewczyna umilkła na chwilę – Nie mogę siedzieć i czekać. Nie mogę nic nie robić kiedy wiem, że moi rodzice są gdzieś tam. Mogą być w niebezpieczeństwie. Teraz każdy człowiek chce zabijać elfy. – Dlatego właśnie uważam, że powinnaś zostać – upierała się smutna matka – Przemyśleć to wszystko. Wierz mi lub nie, ale ja chcę twojego dobra. Możesz tego nie chcieć – dodała na koniec – ale, ja i tak będę traktowała cię jak własną córkę, której nie mam. Może ty jesteś darem od bogów. Może przeznaczenie nas połączyło ? Bogowie wysłuchali mych błagalnych modłów i zesłali mi córkę ? Tego nie wiem, ale wiem jedno. Nie chcę cię stracić. – Nie jestem twoją córką – odparła chłodno i spokojnie. Wstała, zabrała swoje rzeczy i ruszyła w stronę dworku. Seri stała chwilę w miejscu rozmyślając. Zastanawiała się nad rozmową, nad tym co mogła zmienić, co mogła powiedzieć. Zastanawiała się jak będzie wyglądać przyszłość tej dziewczyny. Obawiała się też o siebie. Wiedziała, że kiedy zabraknie Dalanny poczuje się samotna. W dodatku Leo ma wyjechać. Zostaną tylko Seweryn i jej mąż. Była pewna, że teraz dworek opustoszeje, stanie się niczym stara opuszczona osoba. Smutny i pogrążony w żałobie. Odlatujące kaczki wyrwały ją z labiryntu stworzonej, przez nią samą, wizji przyszłości. Kiedy się ocknęła poczuła, że jej policzki stały się wilgotne. Dwie wąskie stróżki łez ścigały się po jej twarzy. Otarła je rękawem sukni. To już dzisiaj drugi raz kiedy płacze. Zaklęła w duchu i ruszyła w stronę domu. Na dziś miała dość złych wiadomości. Gdy wróciła na dziedziniec ujrzała cztery osiodłane konie. Nie znała ich, to nie były ich konie. Przyśpieszyła. Wdarła się do domu przez frontowe, ozdobne drzwi. Serce waliło jej niczym kowalski młot o kowadło kiedy para huczy, a praca wre. Roztrzęsionymi rękoma zamknęła za sobą drzwi. Modliła się by ci jeźdźcy nie przynosili złych wieści. Bogowie jej najwyraźniej nie usłuchali. – Mój brat nie żyje – poinformował ją Aric kiedy spytała o powód przyjazdu czterech rycerzy – To posłańcy z wysp Edigard. Tamtejszy dwór wzywa mnie, jako jedynego dziedzica, do objęcia rządów. Mój brat nie zostawił bowiem żadnego potomka. Nie miał nawet żony, która mogłaby przewodzić do czasu wybrania króla z wolnej elekcji. Rycerze z wysp różnili się znacznie od tych, których Serina widywała u Arica dotychczas. Przywdziewali jedynie kolczugi, dosyć stare swoją drogą, krótkie miecze i czarne jak smoła wełniane płaszcze. Spinali je broszą w kształcie ośmiornicy, a może krakena ? Tak rzeczywiście, Seri przypomniała sobie, że herbem wysp Edigard był kraken. Stara, morska istota z legend. Potwór o szesnastu mackach z ogromną paszczą wypełnianą setką zębów. Podobno żył kiedyś w wodach obok tamtejszych wysp. Ale Serina w to nie wierzyła. Tak samo jak nie wierzyła, że Inkwizycja oprócz mordowaniem elfów i krasnoludów zajmuje się także walką z istotami o, których ludzkość rzekomo zapomniała. To po prostu bajki – pomyślała. Rycerze i jej mąż siedzieli za ogromnym stołem w dużej sali. Jak nazywano pokój w którym jadano. Służące, które miały właśnie podawać obiad wyjrzały zakłopotane z kuchni. Seri dała im znak by przyniosły jadło. – Panowie zjecie z nami – żona lorda próbowała mówić spokojnie ale głos jej się załamał. Nie przejęła się tym, zasiadła obok męża. Lekko zakurzona i zmęczona – Jest już czas obiadu, a my chętnie was ugościmy. Prawda, mój panie ? – Prawda – odparł chłodno lord – Zostańcie. Nie godzi się bym nie ugościł rycerzy mego brata. – Dziękujemy – rycerze ukłonili się. Przemawiał wysoki, barczysty jegomość. Najwyraźniej przywódca – Ale, musimy odmówić. Wiemy lordzie, że nie będziesz spał spokojnie mając pod dachem czterech nieznajomych, śpiących obok twej rodziny. W mieścinie poniżej wzgórza widzieliśmy karczmę. Tam przenocujemy. O świcie będziemy czekać na ciebie przed dziedzińcem. Niech Atakosh chroni cię w tę noc. – Niech chroni i ciebie – odparł mu lord. Mężczyźni wyszli, a chwilę po zamknięciu drzwi Seri usłyszała ryk ich dowódcy. Padł kolejny rozkaz i dało się usłyszeć tętent kopyt uderzających o dziedziniec. Odjechali. Kobieta spojrzała za nimi przez okno. Unosiły się tam całe tumany kurzu. Aric nadal siedział za stołem. Wpatrywał się w list, który przynieśli mu rycerze. Jego zamyślony wzrok skierowany był na kartkę ale, tak naprawdę sięgał o wiele dalej. Serina wiedziała dokąd zawitał lord. Był znów na wyspach Edigard, gdzie się urodził. Znów był ze swoim bratem Gotfreyem, znów bawił się w holach Lodowych Komnat. Śmiał się i cieszył. Patrzył z najwyższych wież na bezkres ciemnoniebieskich wód, na pływające w dole, małe jak mrówki, statki. Wtedy ojciec Arica nie zmusił go jeszcze do opuszczenia domu i zamieszkania w dworku obok miasteczka Hormer. Wtedy Aric nie był jeszcze taki zgorzkniały. Jednak przeszłość nie jest teraźniejszością. I nic tego nie zmieni. Służące podały pierwsze danie. Były wyraźnie zdenerwowane, a nawet przestraszone. Ręce trzęsły im się, srebrna zastawa postukiwała sobie raz po raz kiedy ją niosły. Na stole stała słodka zupa z dyni. Ulubione danie Leo i Seweryna. Serina uśmiechnęła się gorzko. Czy w Wilczych Górach mają zupę z dyni ? - zapytała się w myślach. Wkrótce do jadalni zaczęły napływać dzieci. Najpierw przyszedł wykąpany, świeży i elegancko ubrany Seweryn. Tej wiosny skończył czternaście lat. Zaraz za nim przyszła Dalanna. W ogóle nie przypominała tej samej dziewczyny, którą Serina zobaczyła pod klonem. Była czysta, piękna i ubrana w zieloną suknie, a nie męski strój. Miała za sobą trzynaście wiosen. Ostatni, jak zwykle spóźniony, przyszedł Leo. Był równie wystrojony jak pozostała dwójka, lecz o wiele bardziej ponury. Miał on dopiero dziesięć lat. Kiedy wszyscy zasiedli już do stołu Aric odmówił modlitwę dziękczynną do boga Yoota, był on bogiem sprawującym pieczę nad rolnikami oraz ich plonami. Potem zjedli zupę i podano drugie danie. Dziczyznę w tłustym, ciemnym sosie. Była podawana z ziołami oraz warzywami. Lord i jego pani popijali strawę ciemnym, czerwonym winem, dzieci natomiast kompotem z jabłek. Panowała cisza przerywana głównie szczękaniem Sztuccy. Po dziczyźnie przyniesiono deser. Ciasto makowe. Pani Serina odmówiła grzecznie i spokojnie. Przypatrywała się jedzącym dzieciom. Dalanna i Leo jedli powoli, wyraźnie przygnębieni. Tylko Seweryn zachowywał się normalnie. Był najprawdopodobniej najsilniejszym dzieckiem z tej trójki. Seri uśmiechnęła się smutno i pociągnęła łyk wina. Spojrzała na męża. Jego pogrążone w zadumie spojrzenie spotykało na swej drodze obraz wiszący nad kominkiem, w jadalni. Przedstawiał on statek pełen marynarzy, którzy próbowali walczyć ze sztormem. Serina nie odzywała się już więcej do końca dnia. Nie powiedziała słowa sprzeciwu w sprawie Leo, nie oponowała też kiedy Aric oznajmił, że wyjeżdża, sam. Ale, nie powiedziała też o tym, że Dalanna planuje ucieczkę na północ do swego starego domu. Nic nie mówiła, nawet kiedy w nocy wypełniała swój małżeński obowiązek. Miała tylko nadzieję, że tak noc przyniesie jej kolejne dziecko. Lecz ona przyniosła tylko ciszę.
*
Aric Vanhmill obudził się pierwszy. Spojrzał na zatroskane oblicze żony i westchnął. Nie chciał wyjeżdżać. Po tylu latach pokochał to miejsce, swoją rodzinę i ludzi, których znał. Może tego nie okazywał, ale tak było. Mimo to zaczął wstawać. Zsunął delikatnie dłoń żony, która obejmowała go w talii. Wyszedł spod futer, którymi się okrywali i podszedł do okna. Kiedy je otworzył do pokoju wleciało świeże, letnie powietrze. Wziął głęboki oddech. Następnie przemył twarz w misce z wodą, którą przyniosła służka i zaczął się ubierać. Najpierw bielizna, było ciepło, ale Aric nie lubił chodzić tylko w spodniach. Potem ciemna koszula i spodnie. Na koniec skórzana, podróżna kamizelka, buty z wysoką cholewą oraz rękawice do jazdy konno. Gdy się ubrał zapiął sobie pas, ciasno i równo. Włożył za niego ozdobną, metalową pochwę, a do niej miecz. Brutalne, ząbkowane z jednej strony ostrze. Głownia broni była długa i ostra. Nie stępiły jej lata odpoczynku w skrzyni, którą lord chował po łożem. Aric jako człowiek obowiązkowy dbał bowiem o swoje ostrze. Codziennie ostrzył je i nakładał na nie oleje. Lord Vanhmill spojrzał na żonę po raz ostatni. Przez chwilę podziwiał jej wdzięki, które odkryły się kiedy futro zsunęło się jej na łoże. Uśmiechnął się. Teraz jeszcze ciężej było mu zmusić się do wyjazdu. Przemógł się jednak. Ostrożnie, powoli wyszedł z pokoju. Starał się nie obudzić swej pani. Nie lubił pożegnań. Te jednak go nie ominęły. Kiedy schodził z piętra zauważył, siedzących u podnóża schodów, braci. Seweryn wyszeptał coś do swego brata, a ten zaśmiał się gorzko. Ojca zobaczyli dopiero gdy przechodził obok. Natychmiast zerwali się na równe nogi i przywitali go. Ojciec odpowiedział skinieniem. Nakazał im usiąść. Sam umościł się obok nich. Na równym poziomie, nigdy przedtem tego nie robił. Nie wiedział dlaczego teraz to robi, ale czuł się z tym dobrze. – Chciałem z wami porozmawiać zanim wyjadę – rzekł po chwili lord – Obaj macie bardzo ważne zadania. Może nawet ważniejsze ode mnie – wyznał – Chcę żebyście się postarali, żebyście przynieśli mi szczęście. Wiem, że nie będzie wam łatwo, ale nastały ciężkie czasy i musimy być gotowi na wszystko. Jestem pewien, że rozumiecie – zrobił przerwę, westchnął – Sewerynie – podjął – Opiekuj się, proszę, matką oraz dworem. To bardzo odpowiedzialne zadanie, ale wierzę, że dasz sobie radę. Jeszcze nigdy mnie nie zawiodłeś. Od teraz jesteś panem Hormer – uświadomił go ojciec – Musisz być silny i odważny. I pamiętaj, ludzie potrzebują przykładu. Jeśli ty nie okażesz męstwa i lojalności oni też tego nie zrobią. – Rozumiem – przytaknął Seweryn. – To dobrze – Aric poklepał go po ramieniu – Wiem, że sobie poradzisz. Zostawiam ci czterdziestu naszych ludzi. Sam wezmę aby dziesięciu. To powinno ci wystarczyć do utrzymania porządku w miasteczku i okolicach. Gdybyś potrzebował rady, pisz. Pamiętaj, że mamy jedne z najszybszych sokołów. – Pamiętam – energiczne skinienie syna wywołało u lorda uśmiech. – Cieszę się – znów umilknął na chwilę, przerzucił wzrok na swego drugiego syna – Leo – powiedział jakby z wyrzutem. Nigdy nie potrafił pokochać drugiego ze swoich dzieci. Seweryn był bowiem okazem rycerskości podczas gdy Leo był... no cóż, Leo był trochę inny – Wiesz czym się zajmuje Inkwizycja, prawda ? – Zabijaniem kurew i farmerów, oczywiście tylko wtedy kiedy okażą się elfami lub krasnoludami – rzekł dziesięciolatek. Aric westchnął, nie miał dziś sił by sprzeczać się z synem. Ten jednak, o dziwo, zrobił coś co nigdy mu się nie zdarzyło. Poprawił się. – Znaczy – odkaszlnął i wyrecytował poważnie – Inkwizycja od prawie dwóch tysięcy lat, a może i dłużej, zajmuje się obroną ludzkości i likwidowaniem jej wrogów. Zaliczają się do tego także elfy i krasnoludy. Zaliczają się także istoty o których ludzkość już zapomniała. Pierwsze wytłumaczenie był znacznie bliższe prawdy – pomyślał z goryczą ojciec. Powiedział jednak coś całkiem innego. – Dobrze. Wiem, że rozumiesz, iż twoje obowiązki, twoje zadania, które przed tobą zostaną postawione mogą być warte o wiele więcej niż życie twoje i twojej rodziny. Pamiętaj o tym, a zdołasz przynieść nam dumę i honor. – Wolałbym górę pieniędzy i kobietę – odparł bez ogródek Leo i uśmiechnął się. Aric uświadomił sobie, że to co powiedział jego syn jest mu bliższe nawet od tego co sam powiedział. Skarcił się. – Dość chłopcze – powiedział surowo – Masz zachowywać się honorowo i nie przynieść mi wstydu, rozumiesz ? Inkwizycja to bardzo poważna organizacja. Jest jedną z ważniejszych struktur na południu. Jeśli mnie zawiedziesz to pożałujesz. Rozumiemy się ? Pytałem czy się rozumiemy ? Chłopak westchnął, ale przytaknął. Aric podniósł się, nie pozwolił poznać po sobie zmęczenia. Rozumiał, że musi być przykładem, wzorem dla synów. A, przecież Vanhmillowie nigdy się nie męczyli, i nigdy nie chodzili z opuszczonymi głowami. Wyszedł więc z wysoko uniesionym podbródkiem. Na zewnątrz czekali już rycerze z wysp. Byli w kolczugach, owinięci swymi ciemnymi płaszczami spinanymi broszami w kształcie krakena, wielkiej ośmiornicy o szesnastu mackach. Tak naprawdę każda z legend mówiła o innej liczbie macek i Aric uważał za niezwykle głupie wybieranie sobie do herbu czegoś czego nikt nie potrafił dokładnie opisać, ale nie mógł nic z tym zrobić. Gniada klacz lorda stała osiodłana obok stajni. Kiedy Aric ruszył w jej stronę, siedzący dotychczas w stajni chłopak wyskoczył z budynku jak oparzony i jął prowadzić zwierze w stronę lorda. Stajenny miał najwyżej siedem lat i właśnie przeżuwał kromkę chleba. Lord podziękował mu skinieniem i rzucił mu miedzianą monetę. Niezwykle ucieszony młodzian wrócił do stajni i kromki chleba. Aric natomiast zawrócił konia, obejrzał się po raz ostatni na swój dom i ruszył. Na wyspy Edigard. Do domu, do dawnego domu skąd go niemal wygnano. Dokąd poprzysiągł, w duchu, nigdy nie wracać. Teraz jechał tam pochować własnego brata. On sam zaś miał zostać dziedzicem, jedynym i prawowitym. Miał objąć rządy nad wyspami. Najdalej wysuniętymi na zachód ziemiami Zachodniej Marchii. To wszystko go męczyło. Przywykł już do zwykłego życia. Do monotonnej codzienności. Do szczekających co ranek psów. Do przygłupich, acz miłych służek. Do wiecznie uśmiechniętego stajennego, do synów i żony. Do dworku w którym uwielbiał czytać i do fotela przed paleniskiem gdzie zwykł sypiać gdy czytanie go znużyło. To wszystko ciągnęło go coraz mocniej z powrotem. Im dalej odjeżdżał od domu tym uczucie stawało się natrętniejsze. Czuł się zmęczony, a przecież słońce nawet nie zdążyło w pełni wyjrzeć zza wschodniego horyzontu. Rycerze z wysp jechali w ciszy podzwaniając orężem oraz ostrogami. Jechali przez środek miasta i wszyscy mieszczanie kierowali ku nim wzrok. Rzadko się zdarzało by lord wyjeżdżał ze swego dworku. Aric, odkąd został lordem, miał wrażenie, że przyzwyczaił się do bycia w centrum uwagi. Najwyraźniej się pomylił. Te wszystkie oczy, spojrzenia i szepty paliły go od środka żywym ogniem. Zarumienił się ? Nie, to nie możliwe. Lord Aric Vanhmill się nie rumieni. O nie. Kiedy minęli młyn i znaleźli się po za zabudowaniami lord odetchnął z ulgą. Pozwolił jeźdźcom się wyprzedzić. To również pozwoliło mu odpocząć, teraz nie czuł przynajmniej na plecach czyjegoś wzroku. To on mógł wlepiać wzrok w ich plecy. Puścił na chwilę wodze, odnalazł w jukach swą fajkę. Nabił ją i zapalił. Wreszcie mógł spokojnie pomyśleć. Kiedy wypuszczał dym zrozumiał coś bardzo ważnego. Nim jednak spytał zdążył po stokroć przekląć swą głupotę. – Jak zginął mój brat ? - spytał Aric rycerza, który jechał najbliżej. Ten nic nie opowiedział. Łypnął tylko wystraszony na swego dowódcę, a ten odparł. – Emisariusz zabronił mówić, wybaczcie panie – jeźdźcy odwrócili wzrok od lorda – Jak dojedziemy na miejsce wszystkiego się dowiecie. – Od kiedy to śmierć władcy jest tajemnicą – spytał gniewnie Aric – Co to za gierki ? Mam was wszystkich wybatożyć ? – Panie, nie denerwujcie się – dowódca, łysy jegomość, podrapał się po długiej, brązowej brodzie – Nam nie wolno. Emisariusz wyjaśni. – Jaki znowu emisariusz ? - syknął wrogo Aric. – Ten emisariusz. Rycerz z brodą uniósł dłoń i wskazał palcem przed siebie. Niecałe pół mili dalej siedział na koniu ubrany na czarno mężczyzna, albo raczej chłopiec. Miał najwyżej osiemnaście lat. Był krótko ostrzyżony i miał wyjątkowo ciemną karnacje. Na pewno nie pochodził z wysp Edigard. Tamtejsi ludzie byli biali niczym śnieg, a ich włosy były brązowe lub rude. Włosy emisariusza zaś były kruczoczarne. Czarna tunika chłopaka powiewała na wietrze. Z szyi zwisał mu srebrny łańcuch na którym zawieszono dziwny kamień. Aric w życiu takiego nie widział. Oprawione w srebrną oprawkę cudo świeciło wszystkimi kolorami tęczy zależnie od tego jak padało na nie słońce. Lord potrząsnął głową i skupił się na twarzy emisariusza. Mimo młodego wieku, gładkich rys i łagodnych, niebieskich oczu chłopak napawał, tak lorda jak i rycerzy, odrazą. Patrzył na wszystkich z góry, jakby od razu wiedział, że jest od nich lepszy. Aric wyprzedził jeźdźców z wysp, którym do tej pory pozwalał prowadzić i wyjechał emisariuszowi na powitanie. Uniósł dłoń, chłopak nie opowiedział, tylko westchnął. Jakby kazano zrobić mu coś niewiarygodnie trudnego. – Powinieneś odpowiedzieć na powitanie – upomniał go Aric – Szczególnie lordowi. Emisariusz westchnął ponownie, ale uniósł dłoń. – Więc – podjął lord – Czy to nie ciebie powinienem był powitać wczoraj w swoim domu ? Czy to nie ciebie wysłano do mnie z wiadomością ? I czy to nie ty jesteś emisariuszem ? – Nazywam się Arlon Brenbott i tak powinieneś się do mnie zwracać – wywyższał się chłopak – I tak, powinienem jechać do ciebie osobiście, ale nie ufałem ci. Właściwie to dalej ci nie ufam. Teraz wiem jednak, że nie jesteś groźny. Widać, już na pierwszy rzut oka, że wszystkie walki twojego życia wygrywałeś tylko dlatego, że uderzałeś najmocniej, nie dlatego, że używałeś głowy. – Uderzałem najmocniej – powtórzył chłodno Aric – A, to dlatego, że na tym polega walka. Kto uderza mocniej, ten wygrywa. – Nie – zaprzeczył śmiało Arlon, emisariusz. Był pewien swego i nie uznawał zdania innych – Walka polega na planowaniu, by wygrać należy mieć plan całej walki. Tępy osiłek taki jak ty tego nie zrozumie. Gdybyś spotkał na swej drodze kogoś choćby trochę, choćby odrobinę mądrzejszego już dawno był byś pod ziemią. – Słuchaj dzieciaku – Aric uśmiechnął się lekko kiedy zobaczył jak wykrzywia się emisariusz na dźwięk słowa „dzieciak” - Nie znam się na planowaniu, racja. Nie należę też do najbystrzejszych ludzi na świecie, racja. Wiem natomiast jedno. Kiedy dwa tysiące ludzi ścierają się w jednej bezładnej kupie. Kiedy zadzwoni stal, a ziemia nasiąknie krwią. Kiedy niebo rozerwą krzyki mordowanych, wtedy nikt nie pamięta o planach. Widziałem też, setki razy, jak miecz czy tarcza ratują człowiekowi życie. Nigdy natomiast nie widziałem jak jakiś zaplamiony pergamin wychodzi przed szereg i ratuje człowiekowi życie. – Przyszłość należy do myślicieli i ich umysłów, a nie do mieczy – parsknął Arlon i zawrócił konia, ruszyli – Miecze to przeżytek – rzucił na odchodne po czym pogalopował do przodu wyprzedzając resztę podróżników o jakąś dobrą mile. Aric miał dość. Przytłaczały go te wszystkie tajemnice związane z jego bratem, z jego zgonem. Przytłaczał go fakt, że musiał opuścić żonę i dzieci. Nie chciał zostawiać ciepłego, przyjaznego domu i zamieniać go na zimne i surowe korytarze donżonu na wyspach Edigard. W dodatku czuł, że nie polubi emisariusza Arlon'a. A, ten miał towarzyszyć mu przez całą drogę i kto wie czy nawet nie dłużej. To będzie ciężki dzień – pomyślał z goryczą lord. Na rozstaju dróg, gdzie mieli skręcić na zachód, w stronę wysp spotkali eskortę Aric'a. Wyjechali oni dużo wcześniej żeby sprawdzić czy droga jest przejezdna i bezpieczna. Było ich dziesięciu, wszyscy w kolczugach, z tarczami i włóczniami. Do jednej włóczni przywiązano proporczyk na którym widniał srebrny sokół na czerwonym tle. Eskorta gotowała się w żelaznych pół hełmach, ale nie narzekała. Lord znał każdego z nich: Momont – kiedyś stolarz, potem złodziej, a teraz, po otrzymaniu drugiej szansy, żołnierz. Lisek – prawdopodobnie jedyna kobieta w wojsku, twarda i nieustępliwa. Nollse – człek stary, ale…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil AnonimL
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…