Wróć do katalogu

Co ci mówi sumienie?

Dalsze losy barda Vicvane'a. Fantasy w autorskim świecie, znanym z nagradzanych wcześniej w serwisie tekstów: "Opowieść Bez Tytułu", "Skarb, którego nie było".

atreides, opublikowano , 30 min czytania, 4,7 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Wszystkim bardom. Szczególnie Asi Pilarskiej, Karolowi Płudowskiemu i Ostoopowi Kindruszczukowi. Za te wszystkie piosenki, niepowtarzalnie pozytywną atmosferę i uśmiech. Do zobaczenia w Szklarskiej.

„Co ci mówi sumienie? Powinieneś stać się tym, kim jesteś.” – Fryderyk Nietzsche

Obudziła go rażąca biel, gdy jej świetliste promienie przeszyły jego powieki. Gwałtownie poderwał się do pozycji siedzącej, osłaniając oczy jedną dłonią, a drugą wyczuwając zimny kamień, na którym do tej pory leżał. Otaczała go absolutna cisza. - Na Boga... – wymamrotał bez problemów, ku swemu zdziwieniu. Spodziewał się, że jego gardło będzie suche jak piaski pustyni, tymczasem było w doskonałej formie. Odważył się otworzyć jedno oko i powoli odjął rękę od twarzy, by zlustrować otoczenie. Przez chwilę ogarnęło go wrażenie, że znajduje się zawieszony gdzieś w pustce. Biel zewsząd. Biel ze sklepienia, z ziemi i z czterech stron świata. Niebo to, czy piekło – zastanowił się przez chwilę. Przez moment się zawahał, po czym przecierając oczy spostrzegł, że się mylił. Siedział na gładkim bloku ze śnieżnobiałego marmuru. Po chwili wysoki but mężczyzny stuknął o takiejże samej barwy maleńkie płytki, z których ułożono mozaikę na podłodze. Chaotyczny wzór był mu jednak obcy. Ściany owalnej komnaty skrywały białe, haftowane kotary. Odkrył, że ma przy sobie wszystko, co powinien. Rapier o fantazyjnym koszu, uformowanym na kształt owiniętego wokół rękojeści smoka, spoczywał na jego biodrze. Karwasze trwały zamknięte wokół przedramion, a ubranie było na swoim miejscu. Gdy sięgnął za swe ramię odkrył, że jego lutnia również nie przepadła. Zawahał się przez chwilę. - Gdzie ja jestem? – rzucił pytanie w przestrzeń, choć odpowiedziało mu tylko nienaturalne echo. Zaskoczony tym zjawiskiem, postanowił zapytać raz jeszcze: - Co to za miejsce? - Kim byłeś? – odezwało się nagle echo, zdające się dochodzić z każdej możliwej strony. – Kim chciałeś zostać? Kim jesteś? Czarnowłosy mężczyzna instynktownie położył dłoń na rękojeści swego miecza i rozejrzał się po komnacie, szukając wzrokiem źródła pogłosu. Krystalicznie czysty, kobiecy głos kołatał się na skraju jego pamięci, nie potrafił jednak odnaleźć wspomnień z nim związanych. - To jakiś żart? – zapytał wyzywająco. Nagle barda objął przejmujący chłód, a jego źródło ukazało mu się chwilę później. Kobieca sylwetka uniosła się spod podłogi niczym zjawa, zawisając w powietrzu przed przerażonym mężczyzną, który już z obnażonym ostrzem cofał się do krytej płótnem ściany. Upiór wyglądał dla niego zbyt znajomo. Białe, zwiewne szaty spoczywały na widmowym ciele Dienne, jego pierwszej miłości. Jej twarz była tak piękna, jak ją zapamiętał lata temu, jednak upiorne oczy zdawały się go świdrować na wylot. - Przemyśl to! – odezwało się ponownie echo ze wszech stron, gdy usta zjawy się poruszyły. Młody mężczyzna przełknął ślinę i opuścił ostrze, aż jego czubek zetknął się z podłogą z cichym, metalicznym brzękiem. - Dienne? To ty? – zapytał niepewnie. - Jestem kimkolwiek – odezwała się zjawa, tym razem głosem dawnej ukochanej barda. – Czy to ważne? – przemówiła tym razem głosem matki Vica. – Wolisz, żebym była Dienne – jej głos znowu brzmiał jak we wspomnieniach mężczyzny. - Dlaczego mnie tu więzisz, Dienne? - Jesteś więźniem własnych strachów i błędów, Vicvane – odparła zjawa, a czysty, dziewczęcy głos znowu wypełnił salę. - Czego ode mnie chcesz? - Patrz! – krzyknęła niczym banshee. Rapier barda zadzwonił o mozaikę, gdy nagły wybuch zjawy zmusił go do osłonięcia uszu dłońmi. Gdy podniósł wzrok, zobaczył jak dwie kotary rozsuwają się, czy może rozwiewają, odsłaniając ogromne okno. Szyba sięgała od podłogi aż po biały sufit. Po drugiej stronie widoczna była wieś, którą Vic w mgnieniu oka rozpoznał. Jego dom.

* * *

- Mama mówi, żebyś jej pomógł ze skórami – odezwała się wysoka, nieco piegowata dziewczynka. Chłopiec spojrzał na nią z góry, siedząc na płocie i przestał machać nogami. - Zaraz pójdę – burknął – popatrzę tylko na karawanę. Zobacz, ile wiozą rzeczy! Główną drogą, wiodąca przez wieś, przetaczały się załadowane po brzegi wozy. Towarzyszyli im kupcy i drobniejsi handlarze oraz zbrojna ochrona, złożona z harmonijskich najemników. Chłopiec, mimo młodego wieku, bez trudu ich rozpoznał, dzięki charakterystycznym, szarym mundurom. Jego wzrok nie zatrzymywał się na ich broni, tak jak oczy innych dzieci obserwujących wędrujących kupców. Poszukiwał pośród tłumu kogo innego. - Mama będzie zła – odpowiedziała dziewczynka. – Mama mówi, że jesteś zupełnie jak ojciec. - Daj mi już spokój, Tara! – fuknął chłopczyk. – Zaraz do niej pójdę – dodał ciszej, zaskoczony swoim własnym wybuchem. - Jak tam sobie chcesz – mruknęła, odwróciła się i z podniesioną głową ruszyła w kierunku ich domu. Jako starsza siostra musiała udawać, że nie bawi ją oglądanie karawan, chociaż bardzo chciałaby porozmawiać z tymi żołnierzami i obejrzeć tkaniny wiezione przez kupców. Uśmiech wykwitł na twarzy czarnowłosego chłopca, gdy pośród podróżnych dostrzegł parę ludzi, wiozących ze sobą instrumenty muzyczne. Zeskoczył z płotu i zrobił krok w kierunku przechodzącej karawany, zmierzającej do jedynej w wiosce karczmy. Zawahał się przez chwilę, po czym wziął głęboki oddech i pobiegł do muzyków. Byli to wysoka, blondwłosa kobieta i nieco niższy od niej mężczyzna z wielodniowym zarostem. Grajkowie zatrzymali się, gdy usłyszeli szelest kamyków pod butami chłopca i spojrzeli ze zdziwieniem w jego stronę. - Przepraszam, ale czy, czy – zająknął się – czy państwo potrafią grać na lutni? Podróżnicy, na których spoglądał, zadzierając głowę, wybuchli serdecznym śmiechem. - No pewno, a dlaczego pytasz, malcze? – odparła wciąż ze śmiechem kobieta, odgarniając długie, nieco faliste, włosy. Jeden ze strażników, prawdopodobnie Normodianin, zatrzymał się przy nich na chwilę i zmierzył wzrokiem jedenastolatka, po czym ruszył dalej, dzwoniąc kolczugą. Karawany wędrujące po Evaduin zawsze wynajmowały ochronę, kraj ten był zbyt dziki i targany przez zbyt wiele drobnych spisków, by liczyć na brak bandytów na drogach. - No... bo ja to chciałem – wymruczał spuszczając wzrok – żeby... To znaczy myślałem tak sobie, żeby mnie państwo pouczyli grać. Ja mam swoją lutnię – dodał pewniej i spojrzał ponownie w górę, bojąc się reakcji wędrowców. Ponownie odpowiedzili śmiechem, a na policzkach młodzika wykwitł rumieniec zakłopotania. - Przyjdź do gospody za godzinę, pomogę ci. Ale nie zapomnij przynieść lokalnych specjałów od mamy – odezwała się kobieta. – Podobno wyrabiacie tutaj doskonałe sery. - Dobrze, dziękuję. Nie zapomnę. Na pewno – wypalił szybko podekscytowany, uśmiechając się od ucha do ucha. – Muszę iść pomóc mamie. - Poczekaj, jak się nazywasz? – zapytał mężczyzna. - Vic – odpowiedział posłusznie, uradowany, że artyści chcieli znać jego imię. - Dobrze, Vic, zatem będziemy czekać w gospodzie. Chłopiec skinął głową, odwrócił się na pięcie i pobiegł do domu, co sił w nogach. Gdy przekroczył próg niedużego, drewnianego domu, cofnął się i otrzepał pył ze znoszonych, nieco za dużych butów. - Mamo, jestem już! Z pokoju służącego za warsztat wychyliła się średniego wzrostu, ciemnowłosa kobieta. Jej południowy typ urody świadczył o tym, że niewątpliwie miała jakichś Haervańskich przodków. Wyglądała na bardzo niezadowoloną. - Co tak długo, młody? – sapnęła ze zniecierpliwieniem. - Chodź no i pomóż mi, bo sama sobie nie poradzę, a ojciec niedługo wróci z polowania. Chłopiec posłusznie ruszył do warsztatu, gdzie oczekiwały go już sterty wygarbowanych skór, oczekujących już tylko na wykończenie. Matka zdążyła natłuszczyć zaledwie kilka skór, więc czekało go jeszcze mnóstwo roboty, do której zabrał się bez wahania. Przy pracy towarzyszyły mu myśli o spotkanych grajkach. By zdążyć, uwijał się jak tylko mógł. Pracując nad trzecią skórą, opowiedział matce o napotkanych muzykach. - Mogę do nich iść? Oni już pewnie czekają. - Jak skończysz. - Ale mamo... – zaprotestował, ze zdenerwowaniem wcierając roślinny olej w wygarbowaną skórę. - Nie aluj mi tutaj, tylko pracuj. Im szybciej skończysz tę skórę, tym szybciej wyjdziesz – odparła, sięgając po więcej oleju. – I gdzie ten ojciec. Już dawno powinien tu być. Młodzik postanowił się więcej nie spierać i z trudem dokończył natłuszczanie. Odłożył skórę, by nasiąkła i wybiegł z warsztatu, po chwili już wspinając się po stromych schodach na stryszek, gdzie miał swój kąt. Porwał leżącą przy sienniku lutnię. Instrument był stary i wysłużony. Vic odkupił go od sąsiadów jakiś czas temu, gdy odkrył, że zalega w ich rupieciarni. Nie żałował ani jednej chwili, którą spędził na ciężkiej pracy, by dokonać tego zakupu. Zszedł na dół i wziął ze spiżarki kawałek świeżego sera. - Mamo, biorę trochę sera! Będę potem! – krzyknął i wybiegł z domu, kierując się do gospody. Wysoka karczma była widoczna z prawie każdego miejsca w osadzie. Tym bardziej teraz, kiedy na placu obok niej stały rozbite przez karawanę namioty. Wozy stały obok nich pozbawione już zaprzęgów, a konie zapewne zaprowadzono do stajni, by tam się nimi należycie zajęto. Pomiędzy kolorowymi namiotami lawirowała kelnerka, częstując kupców czerwonym winem, zakupionym dla wędrowców przez mistrza karawany. - Ty tam! Grajek! – nagle odezwał się głos spod jednego z płotów, otaczających kryte strzechą chaty. - Ha ha! Patrzcie, biegnie z tym swoim badylem, zaraz się dziecko przewróci! – zaśmiał się inny. Vic rzucił nienawistne spojrzenie dwóm wioskowym łobuzom. Byli od niego starsi o kilka lat, ale dokuczali mu od kiedy pamięcią sięgał. Szczególnie, gdy zamiast bawić się z innymi dziećmi, zaczął ćwiczyć grę na lutni i śpiew. - Uciekaj stąd, gnojku! Chłopiec ruszył szybciej do gospody. Nie chciał mieć problemów, a muzycy z karawany pewnie już na niego czekali. Drzwi karczmy były otwarte na oścież. Co chwilę ktoś wchodził albo wychodził. Sprawcy nagłego ruchu byli oczywiście członkami zmierzającej do Ostekeer karawany. Na wozach było widać bele drogich płócien, skrzynie z winami oraz przyprawy. Mały Vic przekroczył próg i bez trudu odnalazł wzrokiem dwoje grajków, którzy teraz zanosili się śmiechem, wznosząc kolejny toast. Chłopiec przedarł się na drugi koniec sali i położył swoją lutnię na stole. - Już jestem, przepraszam, że tak długo, ale pracę skończyć musiałem... – wymruczał niepewnie. - Nie szkodzi. Siadaj – odparła z uśmiechem kobieta i przysunęła do stołu stojący nieopadal taboret. Najpierw pokaż, czy potrafisz coś zagrać – rzuciła, wymieniając uśmiechy ze swoim partnerem. Chłopak sięgnął po lutnię i zagrał na niej kilka prostych akordów. Gdy zobaczył wyraz zaskoczenia na twarzach muzyków, zaczął grać kolejne znane mu dźwięki. Byli pod wrażeniem. Szczególnie mężczyzna, teraz już ogolony, nie mógł uwierzyć, że wiejski chłopiec potrafi grać na lutni. Tak dobrze w tak młodym wieku. - Dobrze. To są same akordy. Umiesz zagrać jakieś melodie? Młodzik pokręcił tylko głową przecząco. Tak naprawdę umiał kilka zagrać, ale sam je wymyślił, czasem w oparciu o prawdziwe pieśni. Był jednak ciekaw, czy minstrelka nauczy go jakiejś znanej piosenki. - Słyszałeś tę o zielonej bransoletce? Nie? Pokaż mi tę swoją lutnię i posłuchaj. Spod palców minstrelki wydobyły się pierwsze dźwięki. Otworzyła usta by zaśpiewać, gdy nagle ponad rozmowami w karczmie przebił się krzyk. - Ranili Darkeyesa! Zabili go! Szereg głów odwrócił się w stronę wejścia do gospody, gdzie stał teraz zdyszany drwal. - Dopadli go – wychrypiał – powiedzcie jego żonie. Vic z przerażeniem zerwał się z taboretu. Wybiegając z sali na zewnątrz, usłyszał wołanie minstrelki: - Twoja lutnia będzie u karczmarza! Dziwny malec... – dodała ciszej, do swego towarzysza. Chłopiec biegł do rodzinnego domu co sił w nogach, raz o mało się nie przewracając na kamykach, którymi wysypano główną drogę. Ludzie zbierali się przed drzwiami drewnianej chaty, ale tłum rozstąpił się przed nim, gdy dobiegał do drzwi. Coś ścisnęło mu gardło, gdy ujrzał to, czego się tak obawiał. Na stole leżało ciało mężczyzny, przykryte białym prześcieradlem. Zdążyło już nasiąknąć krwią w wielu miejscach. Na ławie pod ścianą siedziały jego matka i siostra, obydwie płaczące, wtulone w siebie. - Ty głupcze... ty ośle... – szeptała wdowa – na co ci to było, już nie odpowiesz... - Mamo? Tara? Co się stało? – zapytał, licząc, że któraś z nich rozwieje jego obawy, że oto pod prześcieradłem leży upolowana zwierzyna, a ojciec zaraz wyjdzie przebrany w świeże ubrania ze swego pokoju. Że zakrzyknie radośnie i weźmie go na barana, mówiąc jak zmężniał przez ostatnie dni. - Cicho smarku. Tato nie żyje! – warknęła przez łzy żalu i złości jego starsza siostra. - Ale... jak? – z tym pytaniem pierwsze łzy zaczęły płynąc po jego pobladłych policzkach. - Dzik go zabił, ty kretynie, wyrodny synu – parsknęła znowu. - Tara! – zaprotestowała matka. Vic się odwrócił i wybiegł z domu. Przedarł się przez tłum wieśniaków i pobiegł na wzgórza, rozlewając za sobą potok łez. - Vic! Przepraszam, wracaj! – doszedł go niesiony wiatrem krzyk siostry, ale zignorował go. Wspinał się po ziemistym zboczu, wiele razy się przewracając, a potem podnosząc i wspinając dalej. Zatrzymał się dopiero na szczycie, gdy słońce już zachodziło. Usiadł pod starym dębem o rozłożystych konarach. Rozłupana w kilku miejscach kora świadczyła o wielu chwilach, które spędził tutaj z ojcem, ucząc się daremnie strzelania z łuku. Na wietrze kołysała się huśtawka. Skulony, kołysząc się, zasnął. Chciał się obudzić rano w swoim łóżku i powiedzieć, że ten dzień był tylko złym snem.

* * *

Słona kropla rozbiła się o śnieżnobiałą mozaikę. Bard przetarł swoje przekrwione oczy rękawem koszuli. Drugą ręką masował skroń, krzywiąc się z duchowego bólu. - Dlaczego mi to robisz? Przestań – wychrypiał, sapiąc ciężko. – Do czego zmierzasz Dienne, na upadłego anioła Hawka? – zaklął, przyzywając imię jednego z potępionych sług boskich. - Nie mów tak do mnie. Nie jestem nią – zjawa przemówiła głosem ukochanej Vicvane’a. Głos ponownie brzmiał ze wszystkich stron jednocześnie. Usta widma jedynie się poruszały, nie będąc źródłem padających słów. - Czego ty chcesz? Masz mi za złe akademię? To nie było specjalnie – warknął, a jego żał przerodził się w złość. Zacisnął pięść. - Ty dalej nic nie rozumiesz, Vic. Nikt nad tobą nie toczy sądu. Myśl, działaj, patrz. Bard nagle zamachnął się na zjawę, lecz jego dłoń zagłębiła się w eterycznym ciele widma, nie wyrządzając mu żadnych szkód. - To... to niemożliwe. To sen tak? Ha ha! To tylko sen – zaśmiał się triumfalnie. - We śnie nie można zamknąć powiek, Vic – odparła ze spokojem zjawa. Delikatna mgła zasnuła posadzkę, unosząc się ponad nią nie wyżej jak o parę…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych