Wróć do katalogu

Cykl

Zmagania Mistrza z weną.

IwonaUrbi, opublikowano , 11 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

- Nie mam na siebie pomysłu – stwierdził człowiek bez właściwości pewnego dnia. I nie była to nowa myśl, zdarzało mu się wielokrotnie dochodzić do tego punktu bez wyjścia. Zdarzało mu się to bardzo często. Patrzył wtedy na żonę, jak małe dziecko szukające pocieszenia. - Tabby, Tabby… - mamrotał bez sensu, jak w transie. Kobieta doskonale znała ten objaw. Jej mąż pogrążał się w swoim mrocznym świecie, gdzie nigdy nie miała dostępu. Mogła jedynie stać na jego straży i pilnować niewidzialnych granic. Mogła obserwować te zmagania, szamotanie się w okowach niemocy, wierząc święcie, że on znajdzie drogę na powierzchnię. Do światła. Zawsze jednak w ostatniej chwili przychodził ratunek. Nowy pomysł, nowa idea, kilka zdań, zapisanych nerwowo na kartce papieru, parę słów, które rozrastały się pod jego wprawnymi palcami, gdy już odnalazł naturalny rytm. Doraźnie wystarczało też skupienie się na prostych czynnościach, których wymagała jego skromna egzystencja. Odpowiedzi na listy od fanów, na propozycje wydawnictw, omówienie szczegółów promocji ostatniej książki. Lecz dalej nie było już nic – prócz niebezpieczeństwa konfrontacji z tym, co nieuniknione - z dezaktualizacją, odejściem w niebyt, wymazaniem raz na zawsze swych niewyraźnych kształtów. To, czym się zajmował określało go. Było jego życiem. Bez pisania nie istniał – ta prosta prawda stała się jego przekleństwem. Zapalił papierosa, jednego, drugiego, jakby miało mu to pomóc. Był więc papieros i anonimowe usta. Prozaiczne czynności nie mogły wypełnić go energią. Były jedynie kalką, powielaniem schematu – brakowało w nich sensu, istoty. Nikotyna zasilała w jakiś sposób komórki mózgowe, pobudzała do myślenia, pozwalała się skupić. Odbierała też zdrowie, ale to przecież sprawa na później, a dla człowieka bez właściwości rzeczą pierwszej potrzeby są właściwości właśnie, teraźniejszość, nieustanne stwarzanie. Nie mógł przejmować się tymi wszystkimi banalnymi kwestiami, jakimi martwiły się rzesze określonych, pełnowymiarowych ludzi. Nie mógł i nie chciał. W porze obiadowej znów usłyszał ten dźwięk. Najpierw gdzieś z tyłu głowy, potem w dalszej przestrzeni. Delikatne stukanie, gdzieś za drzwiami. Było cicho, przeraźliwie cicho. Tak cicho może być tylko wtedy, gdy jesteśmy sami w wielkim domu. Nadstawił ucha, by wyłapać te niby-zgrzyty, niby-stuki, niby-jęki. Wiatr huczał za oknem, natarczywie i złowrogo, ale jednak poza obrębem murów mieszkalnych. To nie to. Zerwał się z krzesła i poczłapał do piwnicy. Za każdym razem, gdy tam schodził, w czeluście mroku, jakiś lęk ściskał mu gardło. Normalne przecież i znane wszystkim uczucie – irracjonalny strach przed ciemnością, poświatą niewidzialnego. Nie chciał stać się ofiarą krwiożerczej maszkary, mieszkającej tam od lat, choć zacięcie dramatyczne podpowiadało mu, że to rola idealna dla niego. Poprawił spodnie, spadające z bioder, by, w razie czego, bronić się ucieczką. Nie należał do tych odważnych bohaterów, którymi zapełniał stronice swych książek, bez dwóch zdań. Ofiara, postać drugoplanowa lub nawet epizodyczna, zawsze stara się uciekać, dlaczego i on nie miałby spróbować? Nim zapalił lampę, wciągnął powietrze do płuc, niby przed skokiem do wody. Napiął wszystkie ścięgna do granic wytrzymałości, zaraz, zaraz, jest blisko, czuje jej śmierdzący oddech na plecach. Pstryk – mdłe światło brudnej żarówki rozświetliło wnętrze. Siedziała tam – pokurczona, maleńka, jak robaczek świętojański, z błyszczącymi od łez oczyma. Potargana jak nieboskie stworzenie, ze śladami zadrapań na całym ciele. Krzesło, do którego ją przywiązał dla pewności, że nigdzie nie pójdzie, skrzypiało delikatnie przy każdym ruchu. Szlochała. A więc jeszcze żyła. Żyła, choć od wielu tygodni jej nie dokarmiał. Cierpiała katusze, blada i wycieńczona, czekając na wyrok, na to, co zrobi z nią na końcu opowiadania. W tej fazie wyglądała żałośnie. Przyglądał się jej przez kilka minut. Musiał poznać ją na nowo, by raz jeszcze wrócić do rozpoczętych wątków. Nim usiadł przy biurku, nalał sobie whisky do szklanki, niemal po sam brzeg naczynia, upił kilka łyków, i zaczął stukać w klawisze: „… Potem Vic Mooney jeszcze raz podszedł do mikrofonu. Przez chwilę milczał, napawając się atmosferą oczekiwania, a następnie oznajmił bez żadnych ozdobników: - Zwyciężyli Tommy i Carrie. Jednym głosem. Zapadła martwa cisza. Potem salę wypełniły oklaski, chwilami brzmiące nieco szyderczo. Zaskoczona Carrie gwałtownie wciągnęła powietrze przez zęby, a Tommy znowu poczuł (ale tym razem tylko przez sekundę) ten niesamowity zawrót głowy (carrie carrie carrie carrie)…” Wchodził w ciało ostrożnie, szukał wyraźnych granic, rozlokowywał się z uwagą, by nie naruszyć żadnej ważnej tkanki, organu, żyły. Stawał się żywy i namacalny, przekraczał wymiar, z którego trudno było się wydostać. Miał tę świadomość. To był rodzaj doświadczenia, sprawdzianu, jaki pozwalał na dostąpienie wtajemniczenia. Naraz zalała go fala gorąca, paniki, gdy arterie pobudziły pracę serca, jego serca. Miał je w tej chwili na własność, choć nie wiedział jeszcze, po co. Nie znał…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych