Wróć do katalogu

Daisy

dobrze mieć przyjaciela

mesueopublikowano 15 czerwca 202523 min czytania 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Daisy

Najlepszym prezentem urodzinowym był piesek, nie nakręcany, nie pluszowy, ale żywy. Nazwałam go Daisy. Od tej chwili staliśmy jednością – ja i mój pies. Kiedy rano wstawałam ona leżała obok mojego łóżka i pomrukiwała. Czekała aż wstanę. Zawsze wiedziała, kiedy moje powieki otworzą źrenice. Podnosiła się wówczas i lizała mnie po ręce, a ja głaskałam ją. Miała wówczas wesoły wyraz twarzy, a i mi było przyjemniej budzić się, gdy ktoś był obok mnie. Mama zazwyczaj wtedy krzątała się w kuchni i przygotowywała śniadanie. Zanim jednak wstanę i pójdę do przedszkola trzeba było wyprowadzić Daisy na spacer. To zadanie należało do taty. Byłam za mała wychodzić wczesnym rankiem na podwórko. - Olu wstawaj. Czas na toaletę! - Ojej, jak ja nie lubię wstawać. - Daisy, idziemy na krótki spacerek – powiedział tata. Daisy rozumiała co to spacer i szybko czmychnęła do przedpokoju. - Olu wstawaj. Wiesz, że inaczej być nie może. Co ranek jest ten sam rytuał. Wiesz, że inaczej dzisiaj być nie może. Czasami myślę, że życie składa się właśnie z takich drobnych, powtarzalnych poranków, kiedy wszystko dzieje się niemal automatycznie – tata wychodzi z Daisy na dwór, mama tłucze się po kuchni, a ja przewracam się z boku na bok, próbując jeszcze przez chwilę nie otwierać oczu. Są też takie dni, gdy słychać śmiech brata albo szczekanie Daisy na korytarzu, bo znalazła skarpetkę, którą zostawiłam pod łóżkiem. Wtedy już nie ma odwrotu – wszyscy są na nogach, a dom ożywa jakby ktoś przekręcił niewidzialny klucz. Zaczyna się odwieczna poranna krzątanina – szukanie spinki do włosów, skarpetek nie do pary, tornistra, który nagle gdzieś znikał. Tata żartował, że rano dom przypomina ekspedycję na biegun północny: każdy ma swoją misję, każdy gdzieś biegnie, a na końcu i tak wszyscy spotykają się w przedpokoju z Daisy kręcącą się pod nogami. Mama zaś nie zapomina o mnie, tylko po raz kolejny wchodzi bez pukania do mojego pokoju, i mówi mocno zniecierpliwiona, że już czas na pełne otworzenie oczu i wstanie z łóżka. - Olu! Powiedz mi jak trzeba iść do przedszkola, to ty byś jeszcze pospała, ale jak przychodzi wolny dzień, to jesteś już o szóstej na nogach i nie grymasisz, że chcesz spać. Jak to jest? - A skąd mam to wiedzieć, przecież jestem dzieckiem. - No już. Marsz to łazienki. Tylko zęby mają być dobrze umyte. Umyłam dobrze te zęby, chyba bardziej dla mamy niż dla siebie. Co dziennie jest ten sam rytuał. Olu wstań. „-Olu umyj zęby, tylko dobrze”. A czy ja je źle myję. Nic nie powiem, bo znowu dostanę burę za pyskowanie, ale obiecałam sobie, że jak dorosnę nie będę myła wcale zębów, a swoim dzieciom dam na luz i też nie będą ich myły - Jesteś już gotowa? - Ubieram się. - Jak zwykle. Popatrz! Filip jest już gotowy do wyjścia. - On jest starszy, więc i szybszy. - Aha. Nasza maruda ma swoją koncepcję. - Ojej. Jestem już gotowa. - A buty? - Już nakładam. Tylko pożegnam się z Daisy. - Musisz Daisy zostać w domu. Wrócę szybciutko do ciebie – powiedziałam i wróciłam do przedpokoju nałożyć buty. Wychodziliśmy z domu. Nikt nie zauważył, że przy otwartych drzwiach na podwórko wyślizgnęła się potajemnie Daisy. - Pa. Idziesz do dzieci, a ja mam być w domu cały dzień sama. O nie – zaszczekałam. - Schowałam się pod schody, a oni jak zwykle w pośpiechu wsiadali do samochodów i odjeżdżali. Mną się nie przejmowali, przynajmniej wtedy tak mi się wydawało. Zostawiali jedzenie, wodę do picia i już ich nie było. A czy ja tak dużo jem i czy tylko chodzi mi o jedzenie? Cały prawie dzień siedzę sama. Nie ma mnie kto pogłaskać, przytulić. Obejdę pokoje i znów nudzę się i tęsknię, Samotność jest okrutna. Tego dnia postanowiłam, że nie dam zamknąć się w pustym domu. Kiedy już pewna byłam, że nie wrócą wyszłam z kryjówki i pobiegałam na podwórko. Wytarzałam się w trawie. Pomrukiwałam ze szczęścia. A kiedy nieco ochłonęłam wpadłam na szalony pomysł. Postanowiłam znaleźć wyjście poza ogrodzenie. Obiegłam dookoła parkan i udało się. Nie domknęli furtki bocznej. Trąciłam łapką i furtka otworzyła się na tyle, że przeszłam. Ruszyłam w świat. - Ojej. Jaki ładny piesek I sam? A nie zgubiłeś się przypadkiem? - Nie proszę pani. Nie rozumiała mnie, ale czy człowiek może zrozumieć psa. Wydawało mi się, że nie. Moi też niby kochali, a zostawiali mnie samą. - Co pani robi? – warknęłam, gdy chciała mnie schwycić. - Nie uciekaj! – wołała za mną. - Dobrze, że jest wielka to nie wejdzie za mną do piwnicy, gdzie czmychnęłam. Było tam ciemno i nieprzyjemnie. W piwnicy było zimno i zaczęłam drżeć. Złapałam oddech i ruszyłam. Szłam szczęśliwa, że uciekłam tej wielkiej pani, gdy nagle przede mną stanął dziwny stwór. - Ej mała, co tutaj robisz? - Ukrywam się. - To lepiej zmykaj, bo to moje królestwo, Jestem szczurem, panem tego podziemia. - Nie chciałam być niegrzeczna, ale ktoś mnie chciał złapać więc tutaj uciekłam. - Jak nie wyjdziesz, to ja ciebie złapię i zjem. Uciekłam. Schowałam się w krzakach, żeby odpocząć i dojść do siebie. Dygotałam ze strachu. Kiedy już moje serce biło miarowo ruszyłam dalej. Stanęłam przed czymś takim, po którym pędziły maszyny i zastanawiałam się jak przejść na drugą stronę. Zasugerowałam się ludźmi, którzy stali koło mnie i czekali. Kiedy oni ruszyli ruszyłam i ja. - Ojej. Zgubiłam się chyba całkiem. Gdzie też ona może być? A Fifi? Nie widzę ich. Gdzie Oli przedszkole. Jakże byłam naiwna, że ich odnajdę. Pewnie ich już nie spotkam. Nagle przede mną stanął wielki pies. - Cześć panienko. A dokąd idziesz tak samotnie? - Do Oli. - Może pójdziemy razem? Jestem Reks. A ty? - Chyba nam nie po drodze. Ty nie znasz Oli. - A kto to? - Mieszkam z nią. - To, dlaczego jej nie ma przy tobie? - Bo nie ma. - Jesteś niegrzeczna. - Nie potrzebuję twojego towarzystwa. Ty idź swoją drogą, a ja swoją. - No nie złość się. Widziałem, jak niepewnie idziesz przez ulicę i chciałem tyko pomóc. Nie jesteś głodna? - Trochę. Jestem Daisy. - Choć, Pójdziemy coś przekąsić. - Gdzie? - Zobaczysz. Trochę czułam się niepewnie. Reks prowadził mnie między dużymi budynkami. Szlam grzecznie za nim, ale nie byłam przekonana o tym, czy dobrze robię. Nie znałam go, więc nie powinnam mu ufać. Moje wahania przerwał Reks. - No jesteśmy! – warknął. - Co to jest? - Śmietnik. Ludzie wyrzucają tutaj sporo jedzenia. Zawsze tu przychodzę, gdy jestem głodny. - Ja mam tutaj jeść. Co za obrzydlistwo. To śmierdzi. Jak można to jeść? - Nie wybrzydzaj. - Nie. Nie dość, że śmierdzi, to i brudno. Pobrudzę swoje futerko. - Ależ trafiła mi się znajomość. Nie dość, że pomagam, to i muszę nasłuchać się jeszcze. Nie chcesz to nie jedz, ale ja muszę coś wrzucić na ząb. Odsuń się. Nie jestem taki wybredny jak ty. Zadowolę się tym ochłapem. Nigdy nie byłaś na śmietniku? - Nie. - To co ty jesz? - Zazwyczaj suchą karmę. - A gdzie ona jest? - Dobre pytanie. U mojej Oli. - Ola, gdzie? - Chyba w przedszkolu. - Wygonili ciebie z domu? - Nie. Sama wyszłam. Ciągle byłam sama. Oni szli do swoich zajęć, a mnie samą zostawiali w domu, więc postanowiłam ruszyć w świat. - Nic nie rozumiem. Opuściłaś cieple i przytulne mieszkano, bo nie chciałaś być sama, chociaż pewnie po południu wracali do domu. Mnie nikt nie chce. Jestem brzydki i nikomu nie potrzebny. Nie jestem rasowy. Błąkam się to tu, to tam. Jem na śmietniku. Czasami ktoś poczęstuje czymś dobrym, ale to rzadkość. Nikt mnie nie pogłaszcze. Jedni mnie przeganiają, drudzy się boją i omijają. Trudny mam żywot. Ty natomiast uciekłaś z przytulnego gniazdka, bo nie chciałaś być sama. Nie rozumiem ciebie. - Nie będę ci przeszkadzać. Podjedz sobie, ale ja idę dalej. Swoje wywody zostaw dla innych psów. Mądrala się znalazł. - Nie złość się. Zaczekaj. Pomogę szukać ci tej twojej Oli. - Obejdzie się. Jedz. - Poszłam w nadziei, że trafię do przedszkola, ale to były płonna nadzieja. Nie dość, że nie trafiłam do przedszkola, to i do szkoły Filipa, a i zgubiłam drogę do domu. Nie rozumiesz mnie, tylko jesz. Odeszłam, a Reks został na śmietniku. Szłam powoli i rozglądałam się. Zatrzymałam się na siusianie, gdy nagle wielka kobieta stanęła przy mnie i zaczęła krzyczeć: - Ojej, Co tutaj robisz? Taki ładny, biały piesek. Chyba się komuś zgubiłeś. - Zgubiłam. Jestem rodzaj żeński proszę pani. Nic nie rozumiała. Chciała mnie pochwycić, a ja ją cap ząbkami. Dość, że zasyczała z bólu. Kopnęła mnie. Nie odstąpiła jednak od zamiaru schwytania mnie. - Zabiorę ciebie do domu. Nie gryź tylko. Dam ci jeść. Może zostaniesz u mnie aż się po ciebie ktoś się zgłosi, a jak nikt nie przyjdzie, to zostaniesz u mnie na zawsze. Na dźwięk słowa „jeść” poddałam się. Wzięła mnie na ręce i ruszyliśmy do jej domu. Tutaj było ciepło i czysto. Zasnęłam na fotelu. Śniła mi się Ola jak wyciąga do mnie rączki i głaska mnie. Zrobiło mi się tak dobrze i błogo, że nie otwierałam oczu, nawet po przebudzeniu się. - Może chcesz pić? Nazwę cię Kulka. - Już mam imię. Nie potrzebuję innego – warknęłam. Znowu mnie nie rozumiała. Ludzie są jacyś dziwni. Nie rozumieją co do nich mówię. - Muszę poszukać jej smycz. Gdzieś mam. Jeszcze po Azorze gdzieś musi być. - Smycz? Nie zostanę u ciebie długo. Sprawdź moją obrożę. W niej jest adres, pod który musisz mnie zaprowadzić. - O jest. - Dalej nie rozumiała. - Nie, ta jest za duża. Muszę kupić nową. Pójdę do sklepu – powiedziała i wyszła. Wieczorem wyprowadziła mnie na smyczy na spacer i szybko wróciliśmy do domu, bo padał deszcz. Tak spędziłam u niej dwa dni, może trzy. Nie wiem. Ona była dobra, dawała jeść, miałam swoje miejsce na fotelu, ale tęskniłam za Olą. Nie mogłam uciec. Kiedy wyszłam na balkon zobaczyłam, że mieszka wysoko, więc ucieczka przez okno nie wchodziła w rachubę. Na podwórko wyprowadzała mnie na smyczy, Kiedy szła sama na zakupy nie brała mnie ze sobą, tylko odganiała mnie od drzwi. Myślałam, myślałam i wymyśliłam. - Choć Kulko na spacer. Zrobimy zakupy. Przywiązała mnie do drążka przed sklepem, a ja ze złością gryzłam smycz. - Udało się. Hura – warknęłam. Uciekłam. Tylko teraz byłam jeszcze bardziej zdezorientowana i zupełnie nie wiedziałam, w którą stronę mam iść, aby dojść do domu Oli. - Cześć mała! Widzę, że beze mnie nie dasz rady. - Już ci mówiłam, że nazywam się Daisy. - Harda jesteś. Pewnie dlatego, że rasowa. Chciałem pomóc, ale jak nie, to nie. Idę dalej. - A gdzie idziesz? - Na łąkę. Tam nikt mnie nie złapie i nie odwiezie do schroniska. - A co to takiego? - Głupia jesteś. - Jeśli jestem głupia to idź sobie, gdzie chcesz ważniaku. - Nie jestem ważniakiem. Nazywam się Reks. Mam swoje imię, choć jestem sam. - O! Zobacz tam na tablicy. Moje zdjęcie wisi. - Takich psów jest dużo. - Ale nie z taką obrożą. To mnie szukają. Tylko jak ci Olu to przekazać. - Nie pamiętasz, gdzie mieszkałaś z Olą. - Nie. To był taki duży dom z ogrodzeniem. Wokół domu było pełno trawy i kwiatów. Przed domem była figurka jakiejś pani, która ubrana była na niebiesko. Nie wiem kto to. - Wiesz, ile jest takich domów? - Nie wiem. -. Nie pójdę na łąkę, tylko przejdę się koło domów. Może znajdę taki, jak mówisz. - I co wtedy zrobisz? Jak im powiesz, że jestem tu i czekam. Usiadłam pod tablicą i posmutniałam. - Nie łam się. Choć! Razem poszukamy. Będzie ci weselej ze mną. – Nie chcę tam iść. Może Ola będzie tędy przechodziła albo jej rodzice. Może jej brat będzie wracał ze szkoły. Posiedzę tutaj trochę i poczekam. - Ja idę. Na razie. Może jak będę wracał, to będziesz tutaj jeszcze. - Nie wiem. Zaczął padać deszcz. Było mi zimno, więc skuliłam się. Moje futerko było mokre, ale nie chciałam odejść. Ciągle miałam nadzieję, że ktoś mnie znajdzie. Zasnęłam. Śniłam, że…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych