Wróć do katalogu

Droga do domu

Opowiadanie o przytłaczającej codzienności Marcela i jego małżonki. O zmianie, która w końcu musiała nastąpić. Lekkie opowiadanie o podróży i bardzo zwykłego poszukiwania szczęścia i szczerości.

MTuora, opublikowano , 31 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Byli udanym małżeństwem. Jak każda para mieli swoje dobre i złe chwile, te o których warto było pamiętać albo takie, które starali się zostawić za sobą. Znali się długo zanim związali się na stałe. On spokojny, ale niepoukładany i Ona z burzliwą przeszłością. Potrafili nie wypominać sobie tego, co było. Byli przyjaciółmi, nawet długo po ślubie. A mimo tych wszystkich zalet oddalali się od siebie.

Nieraz udawało im się zwalić całą winę na to „jak jest”. Nie zarabiali wiele, a przez ciężką sytuację spowodowaną chorobą jego ojca, nie spędzali każdej nocy razem. Nieraz zdarzało się, że w natłoku pracy i zajmowaniu się staruszkiem, nie widzieli się tygodniami. Wszystko poukładałoby się, gdyby tylko któreś z nich wygrało w totka – powtarzali sobie, często ignorując resztę problemów, ponieważ tak łatwiej było spędzić po długim czasie rozłąki wieczór przy jakimś głupkowatym filmie.

Małe mieszkanie popadające w ruinę z prędkością dorównującą rozkładowi ich małżeństwa nie dawało im zbyt wiele wolnej przestrzeni. Nieważne jak bardzo kocha się kogoś, jeśli jest się zamkniętym w małej klitce, prędzej czy później, ktoś nadepnie niechcący komuś na odcisk i zacznie się seria cichych, bądź bardzo głośnych od wrzasków dni. Mimo tych wszystkich kłótni, zawsze spali razem, ale to tylko dlatego, że nie stać było ich na luksus, jakim jest drugie łóżko czy choćby rozkładana wersalka.

Ona – studentka weterynarii, która dorabiała jako stażystka w pobliskiej klinice i On – niespełniony marzyciel, żonglujący zleceniami i pracami, głównie tymi polegającymi na pisaniu za kogoś prac naukowych.

Nie liczyli na niczyją pomoc. Jej rodzina już dawno zerwała wszelkie łączące z nimi więzi, a jego samotny schorowany tata nie był w stanie zapewnić im pomocy. Nie mieli do siebie, ani do nikogo o to pretensji.

Najczęściej kłócili się o mało istotne szczegóły, ale kiedy już któreś z nich zaczynało, kłótnia potrafiła trwać całymi dniami. Te długie konflikty były oznaką frustracji. Młode małżeństwo, które nie zasługiwało na ciężkie życie, zostało w dokładnie takie życie wplątane. Inni mają gorzej – tłumaczyli sobie – Takie czasy. Jest jak jest.

Akceptowali to, co działo się wokół nich. Owszem, próbowali naprawiać swoje relacje. Poświęcili kiedyś nawet parę miesięcy i zdecydowanie zbyt dużą kwotę swoich skromnych oszczędności na specjalistyczną pomoc, jednak po wysłuchaniu kolejny raz tych samych banalnych porad, zrezygnowali.

Byli młodzi i ambitni, jednak ich życie nie dawało pola do popisu. Oboje mieli jeden wspólny cel. Jedno marzenie, o którym druga osoba nie wiedziała. Ukryli je oboje tak głęboko w sobie, że teraz gniło ono w nich dając poczucie niespełnienia.

Jednak jak to w opowiadaniach bywa, nadszedł w końcu kulminacyjny dzień, gdzie wszystko zaczęło się sypać ku lepszemu.

*

– Wyjedźmy – powiedział Marcel wtulony w swoją żonę, która z uporem maniaka przeskakiwała po raz setny po 5 kanałach w TV w celu znalezienia im rozrywki na weekendowy wieczór.

– O tu się puknij.

– Zuza… no proszę Cię – przyciągnął ją do siebie odbierając pilota.

– Wyjechać gdzie? Za co? – szamotała się w uścisku chichocząc.

– Nigdzie… Byle gdzie. Nie, nie mówię o wakacjach. Mówię o ucieczce.

– Ty tak serio? – dziewczyna spojrzała na niego wielkimi zielonymi oczami.

– Mhhhm.

– No tak… A co z Tatą? – zapytała.

– Ech. Nie wiem… Tak tylko gadam, bo mam już serio dosyć.

– Ty masz dosyć? – uśmiechnęła się – Ty przynajmniej nie musisz wychodzić z domu. Kiedy ostatni raz byłeś na dworze?

– Dzisiaj – uśmiechnął się chłopak – po zakupy.

– I, i tak zapomniałeś o maśle – uszczypnęła go w nos, po czym wyrwała mu z powrotem pilota i zaczęła ponownie przeglądać kanały w trajkoczącym telewizorze.

* Zuzanna nie spała dobrze tej nocy. Fakt, może to dlatego, że po obiedzie przygotowanym przez jej męża, było jej niedobrze. A może to dlatego, że gdzieś w środku jakiś malutki głosik nie dawał jej usnąć. „Ucieknijmy”, to było to słowo. Pomysł fajny – przyznała bez wahania – ale co z jego tatą, z rzeczywistością. Jej mąż był marzycielem, kochała to w nim, ale z drugiej strony nienawidziła, kiedy to ona musiała przypominać mu o tym, w jaki sposób zejść na ziemię. Nie miała mu za złe, że to ktoś z „jego” rodziny trzyma ich w tym mieście. Bo gdyby nie jego ojciec, zapewne już dawno wyjechaliby stąd na stałe. Rozumiała jednak dlaczego zostali. Nie miała nic przeciwko. Szanowała go za jego poświęcenie. Gdyby sama miała w swojej rodzinie kogoś takiego jak jego tata, zapewne postąpiłaby tak samo. A on, tak samo jak ona, trwałby przy niej mimo wszystko. Wiedziała o tym. Znała go.

Odwróciła się w jego stronę. Spał wiercąc się co jakiś czas.

– Kocham Cię Gościu – powiedziała do niego cichutko – nawet nie wiesz, jakiego masz farta.

* Parę dni później to ona zaskoczyła go podobną rozmową.

– Wymyśliłam – oznajmiła triumfalnie wchodząc do domu.

– Przepraszam Cię, ale co niby? – podniósł zmęczony wzrok sprzed ekranu ich rozpadającego się netbooka.

– Jak możemy uciec.

– Ty o tym?

– To był Twój pomysł, nieprawdaż?

– To było tylko gadanie, wiesz przecież że…

– Moja ciotka zaopiekuje się Twoim Tatą.

– Twoja ciotka?

Ciotka Zuzanny była chyba jedyną osobą z jej rodziny, która starała się utrzymywać z nią kontakt. Może to dlatego, że była bezdzietna, a to, czego nie potrafili zaakceptować bliscy Zuzy w jej przeszłości, było ciotce bliskie. Sama popełniała za młodu błędy i nie oceniała po nastoletnich wybrykach innych.

– Rozmawiałam z nią – oznajmiła dziewczyna – wiesz, że ma spore mieszkanie, a od czasu śmierci jej męża nie ma zbyt wiele towarzystwa.

– Ojciec nigdy…

– Nie zaszkodzi zapytać, co?

– Kochanie – zaczął smutno Marcel tym samym przepraszającym tonem, którym zawsze zaczynał rozmowę, kiedy musiał powiedzieć jej, że nie stać ich na jakiś zakup, czy że nie mogą wyjść do kina, ponieważ nie zarobił w tym miesięcy zbyt wiele.

– A-aaa, cicho – przerwała mu Zuza – bez „kochanie”. Przemyśl to. Pogadaj z nim.

– Czy Ty wiesz, jak ja się teraz czuję? – pretensja w jego głosie zapowiadała najgorsze – Ja wiem, że to moja wina. Ja wiem, że to przeze mnie nie możemy ruszyć się…

Tak zaczęła się ich kolejna kłótnia. Zmęczony pracą Marcel, podjudzany wyrzutami sumienia wyrzucił z siebie w jej kierunku frustrację. Obraziła się na niego, ale kiedy spali oboje w łóżku, przytuliła się do męża. Sama często robiła dokładnie to, co on tamtego wieczoru. Wyżywała się na nim, bo nie potrafiła poradzić sobie z nagromadzoną złością. Miała nadzieję, że chłopak odważy się motywowanymi wyrzutami sumienia na kolejny krok.

*

– Jedź!

– Ale….

– Jedź… – zakaszlał ojciec Marcela – nie wnerwiaj mnie nawet.

– Tato, ja wiem, że…

– Nie umrę przecież jak nie będzie Cię przez parę tygodni – stwierdził łagodnie ojciec – dam sobie radę.

– Ciotka Zuzanny powiedziała, że mógłbyś zamieszkać u niej przez ten czas, jest samotna i chętnie dotrzyma Ci towarzystwa.

– Bardzo dobrze – powiedział bez przekonania.

Marcel zdawał sobie sprawę, jak ciężko było udawać tacie, że plan, który zrzucił mu na głowę, nie jest dla niego wygodny. Chłopak wiedział, że ojciec nie czuł się do końca pewnie, ale entuzjazm z jakim namawiał go do wyjazdu, rozpromieniał twarz Marcela tak jak już dawno nic innego.

– Posłuchaj mnie – powiedział jego tata – Kochasz tę dziewczynę, ona kocha Ciebie. To widać. Należy się Wam coś od życia. Kiedy Twoja matka żyła, myślisz, że zastanawialiśmy się nad takimi rzeczami? Nie! Wsiadaliśmy w pociąg czy auto i jechaliśmy przed siebie. Ja? Ja dam sobie radę, owszem jestem chory, ale nie umrę Ci tutaj. Nie zanim nie opowiesz mi jak było. Synu, ostatnie, czego bym chciał, to abyś marnował taką szansę tylko ze względu na mnie. Nie chcę odejść z tego świata! Nie przerywaj mi… Nie chcę odejść z tego świata, wiedząc, że poświęciłeś dla mnie wszystko inne co kochasz i zostawiam Cię z pasmem niespełnionych marzeń. Daj satysfakcję komuś, kto umiera przez ostatnie 3 lata wdychając tlen z butli i spróbuj chociaż raz bawić się dobrze. Sprawisz mi tym więcej szczęścia niż tym, że jesteś tutaj codziennie.

– Tato… – Marcel spróbował powstrzymać łzy – Jesteś najlepszy.

– Zrób mi od cholery zdjęć, dobra Dzieciaku?

*

Porzucili wszystko, nawet swoich partnerów – mimo że tym byli dla siebie. Zostawili wyruszając w tę podróż swoje małżeństwo. Pozostała czysta przyjaźń – taka, która łączyła ich przed laty.

Nie szykowali się długo. Nie chcieli, aby zbyt długie planowanie popsuło im ten wyjazd. Zuzanna zawiesiła swój staż. Nie bała się mimo tego, że zagrozili jej, iż może nie być dla niej miejsca kiedy wróci. Była zbyt pochłonięta. Zachłysnęła się tym pomysłem, który siedział w niej od wielu lat. Pomysłem, na którego myśl ogarniało ją przerażenie.

Marcel dokończył w pośpiechu wszystkie projekty i pomógł zaaklimatyzować się ojcu u ciotki Zuzanny.

Nie mieli zbyt wiele oszczędności, pomógł zaciągnięty kredyt pod mieszkanie, do którego i tak nie wiedzieli czy kiedykolwiek wrócą. Posprzedawali też większość swoich rzeczy, które nie byłyby przydatne w tej podróży. Resztę kwoty pożyczyli od nielicznych starych znajomych.

Ostatnim elementem wyprawy był wybór transportu. Nie wiedzieli dokąd, ani na jak długo jadą. Rozważali pociąg, podróż stopem. Ostateczna odpowiedź przyszła jednak w dniu wyjazdu.

*

– Żartujesz prawda? – powiedziała Zuzanna poważnie, mimo że nie potrafiła do końca powstrzymać uśmiechu.

– Absolutnie nie – Marcel przekręcił kluczykiem stacyjkę, gasząc silnik starego motocykla.

– Ty umiesz w ogóle tym jeździć? – zapytała się zszokowana.

– Nie… nie do końca, ale z tym – wskazał na doczepiony do motocykla wózek boczny – nie jest to wcale takie trudne.

– Marcel… Ty nie masz nawet prawka…

– Ty też nie, a chyba musimy w trasie się zmieniać – uśmiechnął się.

– Ja? Tym czymś?

To „coś” było koloru zgniłozielonego. Miało stare, pół terenowe opony, zdezelowany wózek boczny i oldschoolową kanapę na sprężynach.

– Poczekaj – powiedziała Zuza oglądając raz jeszcze motocykl – Skąd Ty go masz?

– Eeee…

– Marcel?

– Kupiłem.

– Kupiłeś?

– No tak… ale jeśli przeliczysz sobie koszt motocykla, który był cholernie tani i ilość spalanej przez niego benzyny oraz ilość, jaką możemy na nim pokonać kilometrów bez zbędnego bagażu… okazuje się, że to najlepszy i najoszczędniejszy środek lokomocji, jaki można znaleźć – wypalił na jednym tchu chłopak, próbując wyrobić się przed wybuchem jej złości – Zresztą to fajne. Chcesz spróbować?

Wściekłaby się. Normalnie zatłukła by go na miejscu, gdyby tylko w dalszym ciągu był jej mężem. Zrobił coś głupiego i nie skonsultował tego z nią, ale czy nie taki był cel tej wyprawy? Może i Marcel miał rację. Bez słowa, pokazując mu tym swoją złość, wgramoliła się do przyczepki motocykla.

Marcel przy pomocy sznurków i taśmy załadował i umieścił ich bagaż na motocyklu, po czym wskakując na maszynę odpalił silnik i bez słowa ruszyli przed siebie.

Uczucie towarzyszące jeździe motocyklem było rzeczywiście przyjemnie. Był początek ciepłego lata. Wiatr rozrzucał jej włosy muskając ją nimi po twarzy. Każdy zakręt i każdy manewr sprawiał, że jej serce przeskakiwało o jedno uderzenie. Spojrzała na Marcela. Był ucieszony i musiała przyznać, że w starym kasku i poprzecieranej kurtce, które wchodziły w zestaw jego zakupu, wyglądał niezwykle przystojnie. Dawno nie czuła czegoś takiego w stosunku do niego. Był kimś, w kim mogła się zakochać.

Ostatni raz obejrzała się za siebie, kiedy mijali znak z przekreśloną nazwą miejscowości. To już? – pomyślała. Nie docierało do niej jeszcze to, co właśnie zrobiła. Do tej pory czuła się tak, jakby Marcel zabrał ją na zwykłą przejażdżkę. Jakby za chwilę mieli zawrócić, dopakować się albo przemyśleć raz jeszcze swoją wyprawę. Jednak to było to. Uciekali.

*

Pierwszą noc spędzili na szczerym polu. Nie było zimno, ale zanim Marcelowi udało się rozłożyć ich namiot, silnik motocykla, który do tej pory grzał ją, zdążył ostygnąć.

– Jutro Ty prowadzisz – oznajmił jej męcząc się ze śpiworami – Nie patrz tak na mnie. Wstajemy rano i szybko nauczę Cię co i jak.

Nieporadnie próbując rozłożyć posłania, nie wyglądał już tak jak wtedy, kiedy pierwszy raz ujrzała go na motocyklu. Był lekko ciapowaty i kretyński, ale mimo to potrafił dalej ją rozbawić.

Wstała i wyręczając go pościeliła w namiocie.

Zmęczeni kochali się krótko, ale mimo to seks ten był intensywny. Oboje czuli zupełnie coś innego niż przez ostatnie lata. Przez ich ciała przebiegał ten dreszczyk emocji – ten sam, który towarzyszył im przy pierwszym, niewinnym pocałunku, a o którym już dawno zapomnieli.

Zamknęła oczy i wyobraziła sobie Marcela, kiedy wyrwał ją dzisiejszego dnia z ich życia. Kiedy uprowadził ją przed jutrzejszym wstawaniem rano do pracy. Przed praniem i sprzątaniem. Przed kolejną kłótnią. I mimo że zaczynało robić się jej zimno, zalała ją fala ciepłej rozkoszy.

*

– Sprzęgło, bieg, gaz – powtarzała sobie próbując nie zabić ich na drodze.

Było na tyle rano, że wiejska uliczka była zupełnie pusta, jednak poranny wykład Marcela na temat obsługi motocykla nie należał do najlepszych. Poprawiła opadający jej na oczy kask i spojrzała na chłopaka, który wyciągał do góry szyję, niczym pies wystawiający głowę przez szybę pędzącego samochodu. Uśmiechnęła się na myśl o tym porównaniu.

– Gdzie mam jechać! – spanikowała nagle, zdając sobie sprawę, że dojeżdżają do skrzyżowania.

– Gdzie tylko chcesz! – wrzasnął chłopak radośnie – Ty prowadzisz. Ty decydujesz. Możesz nawet zataczać kółka. Mi to wisi.

Nie była nigdy dobra w podejmowaniu decyzji. Teraz jednak nie zależały od nich losy świata, życie kochanej osoby. Były łatwe. Pozbawione strachu. W ostatnim momencie skręciła w lewo.

*

– Nie wiedziałam – powtarzała raz za razem – Przepraszam.

– Kobieto – powiedział do niej pchający motocykl Marcel – mówiłem ci już. Przestań. Wyluzuj, to część przygody, tak? Też nie pomyślałbym, że skończy nam się paliwo, a w pobliżu nie będzie żadnej stacji. Jesteśmy na cholernym pustkowiu, pośrodku lasu i dziękuję Ci za to.

Uśmiechnęła się. Nigdy nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo jest odważny. Była pewna, że niejeden raz, odkąd wyjechali wczoraj, zdążył już spanikować, jednak nie dawał po sobie tego poznać. Odczekała, aż przetoczy motocykl trochę dalej i wyjmując aparat, jedyną elektroniczną rzecz, jakiej nie pozbyli się przed wyjazdem, cyknęła mu zdjęcie, kiedy odwrócił się do niej.

– Potrzebuję przerwy – powiedział i zatrzymał motocykl, po czym wyjął z kieszeni paczkę papierosów.

– Znowu palisz? – zaczęła, ale ugryzła się w język. Uśmiechnęła się i pokręciła tylko głową.

Chłopak zaciągnął się i wypuścił dym w kierunku chmur. Taka była niepisana zasada tej wyprawy: nie oceniać, nie zabraniać. Nie musieli o tym rozmawiać – oboje wiedzieli, że albo tak będzie, albo cała ta podróż zostanie spisana na straty.

– Chcesz? – wyciągnął do niej paczkę.

Ostatni raz paliła w liceum. Rzuciła, kiedy po prostu przestało być ją stać na utrzymanie nałogu. Sięgnęła po papierosa i oboje oparci o motocykl palili w milczeniu.

*

– Nie chcę mieć dzieci – powiedział gapiąc się w sufit namiotu.

Nie skomentowała tego. Zastanawiała się jedynie, jak wiele lat walczył z ochotą powiedzenia jej tego. Jak bardzo musiał się bać tej chwili.

Byli w podróży od tygodnia. Udało im się…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych