Wróć do katalogu

Dwaj

Fantasy dla myślących czytelników - jak ktoś lubi tylko czytadła o zabijaniu trolli - niech nie otwiera.

Buldog Myrke, opublikowano , 54 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Lodowaty wiatr przenika jeźdźców do szpiku kości. Maxl owija się szczelniej ciepłą łuską. Kurna, po wuj wyłazić na dwór w taki ziąb... Wicher dmie już trzeci dzień, nie pozwalając wyściubić nosa poza zabudowania. Chłopstwo pochowało się w chatach, żołdactwo w koszarach, gobliństwo w komyszach, nawet zajebane trolle nie wyściubiają nosa poza swoje pieprzone źródła... A ja, wielmożny magus, odi profanum vulgus et arceo... Ja jeden lezę tutaj, żeby sprawdzić, czy ciemnemu ludowi nic nie grozi. Starosta spogląda na łowczego, niewiele młodszego od niego samego gołowąsa, liczącego sobie może dwa światła. Tak w sumie, to pchamy się w tę wichurę z tego samego powodu. Ja z obowiązku, bo sam kasztelan Culira kazał mi się opiekować tymi ludźmi i on z obowiązku, bo ja mu rozkazałem. Ten sam podły los. Oczywiście, nie wszyscy muszą o tej porze błąkać się po wzgórzach. Jaśnie wielmożny rycerz Juliusz Świszczydupa Rubin siedzi sobie w wieży, w ciepełku przy kominku i pije słodziutką, grzaną spadź, a jakże. Ten to nie ma żadnego obowiązku, nie jego sprawa. Ja w sumie też nie muszę. Ale jak nie ja, to kto? Ech... Probitas laudatur et alget. Jeźdźcy wdrapują się na wzniesienie. Skanuki buczą niezadowolone, zapierają się łapami w gęstą porośl. Nic dziwnego, kurwa, tam na szczycie to dopiero będzie piździć... Zniecierpliwiony mag próbuje popędzić je zaklęciem, efekt jak zwykle- wierzchowiec wierzga i próbuje go zrzucić, niech mnie wuj, jeśli wiem, jak elfiaki to robią. -Nic z tego, panie starosto. Nie pójdą.- -A niech zostaną, trudno. Dalej podążymy per pedes apostolorum.- -Że jak? - -Na własnych kulasach.- -Kurwa.- -Znajdź mi choć jedną na tym zadupiu. Ty pierwszy.- -Kurrwa mać.- Na szczycie rzeczywiście wieje jak cholera. Łowczy trzęsie się cały, cienki płaszczyk ze skóry bękacza nie chroni przed lodowatymi podmuchami. Starosta skostniałymi rekami zaczyna przesuwać pierścienie na różdżce. Jasna i pieprzona cholera, zaraza, mór franca i trąd... Gdyby tak spróbować czarnej magii... Ale ten zjeb mnie widzi, a jak doniesie... Bym się, kurwa, ogrzał, a jak... Jednak wobec przenikliwego zimna wizja płomieni stosu wcale nie wydaje się młodemu magowi taka straszna. A kij, co mi tam. Raz kozie śmierć, czymkolwiek jest ta koza. -Odwróć się.- -Czemu?- -Niczemu. Bo zaraz użyję, obszczymurze, tajnych rytuałów Wysokiego Poziomu, których takie chamy, jak ty, nie mają prawa nawet widzieć, jako to rzecze Owidiusz i Klasycy: Fas est et ab hoste doceri, ne sutor supra crepidam iudice, tudzież quidquid latine dictum sit, altum videtur- dokończył niemal z uśmiechem - Rozumiesz?- -Eee, tak panie... Znaczy... -Bo inaczej będę musiał przechwytywać konwencjonalnie i uświerkniemy tu z zimna, bo to zajmie ze trzy wizgi. Teraz rozumiesz?- -Już się odwracam, jaśnie panie i nawet zatykam uszy.- I lepiej nie podglądaj, misiu, bo niezłomni defensorzy zwykli zaraz po głównym oskarżonym brać na warsztat głównego donosiciela. Bo skoro doniósł, to na pewno miał coś wspólnego... Debilne, moim skromnym zdaniem. Ale ja jestem tylko skromnym starostą. Najniższa możliwa ranga. I to jeszcze tu. Czemu, kurwa, akurat tu? Niezbadane są wyroki wspaniałego księcia. Już chyba nawet boskie są bardziej przewidywalne. A, właśnie. Mag składa pierścienie w bardzo nieodpowiedni sposób, nastawia promień na kompletnie nieprawidłową częstotliwość, po czym robi jeszcze kilka rzeczy, za które wspaniały magister Michael, jego nauczyciel jeszcze kilka dekad temu, zbił by go boleśnie własną różdżką, zupełnie nie zważając, że może uszkodzić delikatny i skomplikowany artefakt. Tak po prostu nie wolno, bo ci się nie uda i pozabijasz w okrutny i wymyślny sposób wszystkich w pokoju, z sobą włącznie. Albo, dodał wtedy po cichu, uda ci się i obaj będziemy mieli totalnie i nieodwołalnie przerąbane, tak że szybka śmierć w ślepym wyładowaniu stanie się tylko nieosiągalnym marzeniem. Rzecz jasna, oburzona różdżka wydaje z siebie serię pisków, sygnalizując, że nie stworzono jej do takich herezji, jakie wyczynia młody rycerz, że jest to niebezpieczne, niezgodne z czymśtam et cetera... Po chwili jednak pierścienie zaczynają wirować według niezgodności, magia pryska ślepo przez szczeliny, różdżka piszczy jak oszalała... Kurwa, wymontuję to gówno, bo gdyby łowczy znał kod dźwiękowy, to już bym wpadł... Bez najmniejszej oznaki działania, różdżka wytwarza niewidzialne pole siłowe, cząsteczki pyłu anihilują na nim w setkach drobnych rozbłysków., mag i łowczy są teraz chronieni przed wściekła nawałnicą. Spróbuj się, obejrzeć, chłopek, to zabiję. Naprawdę, Czarna Magia to nie Ostatnia Obrona Opoja, cholernie trudno ją kontrolować... Niebezpieczne jak jasny gwint. Starosta wpatruje się jak urzeczony w świetliste rozbłyski. Dopiero skończył naukę, nie zdaje sobie sprawy z niebezpieczeństwa, które każdy czarnoksiężnik Mrocznego Władcy zna od dziecka. Nie wie, że używanie czarnomagii to jak pojedynek wzrokowy z dybukiem czy gonitwa po lesie ze szponiaczem... Że pole w każdej chwili może zmienić ognisko i skupić się na samym magu, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Nie wie, że lochy Defensorium pełne są takich jak on, którzy po przeczytaniu kilku nieodpowiednich ksiąg zapragnęli użyć mrocznej potęgi, potęgi jak na wyciągnięcie ręki, mocy- wytrycha, pasującej do wszystkich zamków i czyniącej czarowanie prostszym; a nie mocy- klucza, i to klucza, który trzeba za każdym razem dorobić do zamka i gdzie każda drobna pomyłka oznacza niepowodzenie. Takich, którzy nie wiedzieli, że może i czarnoksiężnikowi pomylić się trudniej, ale za błąd przychodzi mu płacić o wiele wyższą cenę. I że śmierć wcale nie jest najgorszym, co może go spotkać. Pole nie grzeje zmarzniętego maga. Powinien już się przyzwyczaić- nic się nie marnuje. Pułapka Anioła świeciłaby jak setka pochodni, tak samo OOO i każde inne legalne zaklęcie ... A w tej cholernej czermagii nawet odrobina mocy nie wypływa na zewnątrz, choć teoretycznie powinno być odwrotnie. Popatrzmy, jak jest... O murwa... O murwa jechana mać... -Panie Nimax.- mówi mag, gasząc różdżkę. Magia jeszcze chwilę wiruje wokół pierścieni, a następnie niknie w szczelinach trzona. -Starosta jest blady, ale nie z powodu zimna. -Tak?- łowczy odwraca się, zdziwiony, że nazwano go „panem”. -Mamy totalnie i nieodwołalnie przerąbane. Wszyscy.-

***

Jaśnie wielmożny rycerz Juliusz Sirnitupa mag Rubin siedzi sobie w wieży, w ciepełku przy kominku i pije słodziutką, grzaną spadzię. Jest nawet zadowolony. Co z tego, że na dworze wieje, że wiatr łamie pale nierośli jak zapałki a nieroztropni wędrowcy, ktokolwiek i po cokolwiek by o tej porze podróżował, bardziej niż wiatru powinni bać się teraz Łowców i szarego pyłu z pustkowi, który potrafi obedrzeć człowieka z mięsa do kości w kilka chwil, jeżeli ten nie znajdzie w porę schronienia. Przy kominku bawią się dwie córki maga, Ula i Messa. Juliusz może patrzeć na nie godzinami. Teraz Ula udaje straszliwego iharytę, a Messa ucieka przed nią po całej komnacie. Dziecko drogie, obyś nigdy nie widziała czegoś takiego z bliska, nawet jak dorośniesz... Ponure myśli przeleciały błyskawicą po obliczu zbrojmaga, na mgnienie oka odżyły stare wspomnienia... Nie, nie dziś, dziś jest ciepło, jest spokój... Nic mi więcej nie trzeba, tylko patrzeć jak one się bawią, zaczekać aż Anna skończy czytać i przyjdzie posiedzieć tu razem ze mną. Potem służąca położy dzieci spać... Nic więcej mi nie trzeba. Niech inni ratują świat. Ja swoje zrobiłem; mam tylko je i nie pozwolę ich skrzywdzić. Rozmyślania maga przerywa gwałtowne otwarcie drzwi. Razem z nimi wpada do środka zimny wiatr i pył, wpadają uschnięte łodyżki porośli i brudne kłębki rutu... Dzieci chowają się przed zimnem do sąsiedniej komnaty, a odziany tylko w portki i cienką koszulę Rubin chowa stopy w kapcie. W drzwiach stoi Maxl mag Kord, starosta książęcej kolonii, w towarzystwie jeszcze jakiegoś chłopa. Nie zamykając, krzyczy od progu: -Panie Rubin, Burza idzie!- Rubin krzywi się, zimno obejmuje już odsłonięte ramiona. -Najpierw, panie Kord, proszę wejść i zamknąć drzwi.- -Czy pan rozumie...- -Panie Kord, rozumiem doskonale. To, że mnie pan przeziębi, w niczym nikomu nie pomoże. A wręcz przeciwnie, skoro przyszedł pan z tym do mnie.- Starosta patrzy przez chwilę z niezrozumieniem na zbrojmaga, ale łowczy już wchodzi pierwszy i, ściągnąwszy płaszczyk, wyciąga skostniałe dłonie do ognia. Idzie więc za jego przykładem. Anna schodzi z góry i zabiera dzieci do biblioteki. Juliusz, westchnąwszy, każe służącemu przynieść dwa krzesła i zagrzać spadzi dla gości. Nakłada na ramiona ciepłą plecionkę, słuchając gorączkowej relacji starosty. -...sprawdziłem Pułapką Anioła... Rodźce wyraźne jak cholera. Wali z północy, będzie tu najdalej jutro. Panie Rubin, trzeba działać, bo periculum in mora! Byłem już w Małej Wólce, wysłałem sierżanta Kiliana pędem do stolicy. Powinien być tam za trzy dni. -Elfolotem będzie szybciej, to za najdalej za pięć dni nadejdzie pomoc.- -Panie Kord, podróż elfolotem podczas Burzy to pewna śmierć. Podobnie jak na wiwernie.- -Panie Rubin! Czy naprawdę pan sadzi, że w stolicy nie znajdzie się ani jeden człowiek, który zechce poświęcić swe życie dla księcia? Ja sam, będąc tam...- -Ja nie mówię, że nikt się nie znajdzie, tylko, że elfolot w ogóle nigdzie nie doleci. Bo elfolot bez pilota to rozbity elfolot. I zmarnowany ładunek cennego lekarstwa. Sam kiedyś sprawdzałem, proszę mi wierzyć.- -Och... To w takim razie wyślą pomoc drogą lądową, na wozach...- -Nie, panie Kord, a zaraz wyłuszczę panu, dlaczego. Bo z wozami, podczas Burzy, ta pomoc będzie szła ze średnią prędkością ligi na wizg. -Stolica jest pięćset lig stąd, więc dojdzie tu najwcześniej za trzy dekady. A to nie ma sensu.- -Jak to?! Dlaczego?!- -Bo za dwie dekady cała kolonia będzie już martwa. A wysłanie transportu Leku to ogromne koszty, w żelaznych dukatach, panie Kord. Co będzie, jeśli jakaś banda zbójów czy innych goblinów przejmie go po drodze? Jeśli, co w naszych okolicach jest bardzo prawdopodobne, transport zaatakują Łowcy? Wysłać z nim oddział wojska? To trzeba by jeszcze dać Lek żołnierzom. Zamiast ryzykować kilka wiosek, zaryzykuje się, i to poważnie, wyszkolonych i wyekwipowanych dużym kosztem ludzi. Zresztą, to próżna dyskusja. Nikt nie wyśle żadnej pomocy, bo nikt się nie dowie, że mamy kłopoty. -Przecież sierżant Kilian...- -Jest pan idiotą, Kord. Właśnie zabił pan swojego najlepszego człowieka, i to w najgłupszy możliwy sposób. Jak dawno temu go pan wysłał?- -Trzy wizgi temu.- -No to już po nim. Pewnie pędzi jak szalony, szczęśliwy i podniecony, że uratuje kolonię... Nikt go już nie dogoni. Niech pan policzy, starosto, prędkość przemieszczania się Burzy i prędkość sierżanta Kiliana na skanuku, choćby najściglejszym. Burza będzie tu najdalej jutro rano, potem pójdzie dalej na południe, zawróci dopiero przy Suchych Górach. Kilian nie ma żadnych szans dotrzeć tam przed jutrzejszym południem, a wedle wszelkiego prawdopodobieństwa wtedy właśnie złapią go pierwsze podmuchy. Może jeszcze pojedzie parę wizgów, zakładając, że będzie to sam zły wiatr bez pyłu, ale w otwartym stepie, bez schronienia, przewieje go do cna. Skona w męczarniach gdzieś na pustkowiu i to z pana winy.- -Jezu Chryste... Mea culpa, mea maxima culpa. Kilian...- -Przykro mi.- -Ale... Panie Rubin... Skoro nie będzie pomocy... To co będzie z nami?- -Zbrojmag wzrusza ramionami. -To zależy od tego, jakich „nas” ma pan na myśli.- Słucham?!- -To proste. Pan czy ja możemy się obronić. Wielkie Oczyszczenie Anioła, na szerokich pierścieniach, raz na dwa wizgi. Na siebie i bliskich. Radzę tych bliższych bliskich, bo nie wiem, ile pan ma mocy. Jeśli nic, to dam panu z moich zapasów, rycerze powinni sobie pomagać.- -A... ludzie? Chłopi?- Łowczy słucha bardzo uważnie. Wszystko rozumie, kto wie, co się dzieje w jego głowie? -Oni już są martwi, panie Kord. Tylko jeszcze o tym nie wiedzą.- -Ale...- -Książę przyśle nowych. Nikt nie będzie pana winił. Wiadomo było od początku, ze zakładanie kolonii na tych terenach jest po prostu ryzykowne i może się nie udać. Co prawda, chyba nikt nie spodziewał się za tego światła czegoś takiego jak Burza, która zmiecie wszystkie osady na północ od Suchych Gór. Ale tak to już jest.- Starosta wstaje z krzesła, odstawia niedopity puchar. Jeszcze nie wierzy. -Panie Rubin, to niemożliwe! Pomoc musi nadejść! Przecież zobaczy to choćby kasztelan Jakub z Białej Wieży w Nowej Bramie! Wieża w Nowej Bramie patrzy na sto lig w głąb stepu!- -Owszem, ale wtedy i tak już będzie za późno. Jakub nie ma Leku, jego produkcja to wyłączne ius ducale, będzie musiał posłać do Wielkiej Wieży. Zresztą, zobaczy Burzę dopiero wtedy, gdy ta odbije się od gór i skręci na zachód, to jest najwcześniej za pięć dni. A tu wtedy już zaczną umierać, nawet zamknięci w chatach.- -Będzie jeszcze szansa...- -Zbyt mała. Wspaniały książę nie może marnować cennych środków dla ratowania garstki wieśniaków z kolonii. Roztropniej wysłać nowych. Ex malis eligere minima.- -Nie, panie Rubin. Dum spiro, spero.- -Panu osobiście nic nie grozi. Powtarzam...- -Ja się nie liczę. Magu Juliuszu Sirnitupo Rubinie, moimi ustami najwspanialszy książę Hnas żąda od ciebie pomocy.- Zbrojmag wzdycha bardzo, bardzo ciężko. Toczy wzrokiem dookoła. Patrzy na białe główki dziewczynek, które dość nieudolnie kryjąc się za framugą, podsłuchiwały, o czym rozmawiają dorośli. Z niejakim zdumieniem widzi czyniącą to samo Annę. Nawet przygłuchy wujek, zwykle drzemiący w kącie, rozbudził się i nadstawia uszu. Służące, kręcące się gdzieś na korytarzu. Morton, stary przyjaciel, okulały weteran wielu wojen. Chłopak, który przyniósł im nową spadź i odszedł, wyczuwając napięcie. I mag Juliusz Sirnitupa Rubin pyta, choć wie, czego zażąda książę ustami starosty. Jakiej pomocy chce pan ode mnie, panie Kord?- Starosta nadal stoi, patrzy na Juliusza. -Nie ja. Książę.- -Pan. Książę jest pięćset lig stąd, w Wielkiej Wieży, i nie ma pojęcia o tym, jakie niedorzeczności pan czyni w jego imieniu. Ubolewam nad tym.- -Nad tym, że nie ma tu księcia?- -Nie, że desperacja odebrała panu rozsądek. Nie zrobię tego.- -Kilian to silny człowiek. Może dojechał do gór.- -Nie. Certum est, quia impossibile est.- -Audaces fortuna iuvat.- -Niemożliwe. Sapienti sat.- -W takim razie pomoc będzie tu za trzy dekady. Zresztą, może zobaczą to zwiadowcy czy posterunki w górach. Jest przecież Nowa Stanica, krasnoludowie są dość odporni na Burzę.- -Nie mają skanuków, są bez szans. A zwiadowcy jak zobaczą, to umrą. Pięć dekad, minimum.- -Trzy dekady. Tyle wytrzymamy.- -Nie. Nikt nie przyjdzie, Maxl, obudź się! Jesteśmy tu sami! Po co najmądrzejszy książę Hnas miałby wysyłać ogromnym kosztem i ryzykiem niezwykle cenny transport, by ocalić parę świeżo założonych osad na stepie?! Masz Niezwyciężonego za głupca?!- Kord spogląda na zbrojmaga z pogardą. Oto słaby człowiek. Dlatego już nie walczy, dlatego przyjechał tutaj na skraj świata. Bo się boi, bo myśli już tylko o własnym tyłku, bo już nie jest w stanie poświęcić życia za sprawę. Źle wybrał. Tutaj takich jak on nie potrzeba. Juliusz patrzy na starostę z niedowierzaniem. Myślałem, może młodzian, ale wykształcony, rozsądny człowiek. Nie porywa się z motyką na Słońce. Nie zgubi przyjaciela z rodziną dla mrzonki. Wie, gdzie jest jego granica możliwości. Myliłem się. -Panie Rubin, w imieniu księcia rozkazuję panu...- -Niczego nie może mi pan rozkazać. Tak mówi zwyczaj.- -Popełnia pan błąd.- -Nie, panie Rubin. Nie będę wyrzucał mocy w błoto. Ile zdołam oczyszczać osadników? Osiem dni? Dekadę?- -Jeśli oszczędnie i po równo każdemu, to trzy dekady.- -Ach, więc nawet jeśli moje dzieci przeżyją, to bezmyślne jak pełzacze, robiące pod siebie i mówiące co najwyżej „papu”, „siusiu” i „bajdzo boji”?!- -Chłopskie dzieci czeka ten sam los. To okrutne, że je Burza dotyka najbardziej, ale pomoc...- -Panie Kord, zna pan już odpowiedź.- -Mogę to panu rozkazać. II Statut Kolonii książęa Hnasa, rozdział IV, artykuł XIX ustęp II - -Summum ius, summa iniura. Książęcy juryści z pewnością będą mieli po wszystkim ciekawy problem do analizy, co ważniejsze. Zresztą, to tylko słowa.- -Podważa pan moc słów księcia?- -Panie Kord, nie słucha mnie pan. Jesteśmy tu sami. Sami. Najbliższa kolonia, zresztą w identycznej, jak nasza sytuacji, jest czterdzieści lig stąd. Wobec Burzy równie dobrze mogłaby znajdować się w Mrocznym Imperium. I problemy prawne są tutaj, tak jakby, bez znaczenia. Contra vim non valet ius.- -To jest bunt.- -Mocne słowa. Ale znów tylko słowa. Jeżeli pan przemyślał moją ofertę, to dalej mogę użyczyć panu mocy.- -Nie chcę. Aut omnia, aut nemo.- -Więc zostaniemy tylko my. Żegnam.- -Żegnam.- Starosta wychodzi, wściekły, za nim łowczy. Znów wieje zimnem, potem głuchy odgłos zamykanych drzwi i znowu cisza. Powoli wraca ciepło. Anna wchodzi z dziećmi do pokoju, nawet nie próbuje ukryć, że podsłuchiwała. Siada na fotelu obok Juliusza. -Co teraz będzie? - pyta. -Teraz – mówi smutno Juliusz, przerywa na chwilę, jakby się zastanawiał, a potem, choć sam zabrania przeklinać, kończy: Mamy totalnie i nieodwołalnie przerąbane. Wszyscy.-

***

Starosta siedzi w gospodzie, ale nic nie pije. Choć na półkach stoi spadź, napar, piwo, a nawet krasnoludzka wódka, mag nie ma ochoty na żaden trunek. Nawet woda nie przeszła by mu teraz przez gardło. Stłoczeni w karczmie kmiecie, wręcz przeciwnie, używają na całego. Wszystko, co tylko Muka ma na składzie. Brzęczą blaszaki i cynówki, nikt nie liczy pieniędzy, chłopi rozsupłują nawet sakwy z żelaznymi dukatami, przeznaczonymi na zakup narzędzi. Dawniej przeznaczone. Teraz już nic nie ma znaczenia. Nawet ksiądz, zamiast pocieszać i napełniać parafian nadzieją, siedzi na ławie przy łowczym i chleje do nieprzytomności. Nie milkną pijackie śpiewy, ktoś z hukiem przewraca się pod stół, ktoś inny wymiotuje głośno, Mariusz, wioskowy kowal, pojedynkuje się na wyzwiska z żoną płytownika. Starosta siedzi samotnie. Nie słucha, ale słyszy. Chłopi bardzo się starają, mimo to nie mają szans. Nie przekrzyczą Burzy. Jednostajny, ogłuszający ryk. Budynek drży w posadach, trzeszczą zabite okna i zaklejone spojenia płyt. Co jakiś czas wicher uderza silniej, jak gdyby potężna, kamienna pieść gruchnęła w żebro gospody. Kmiecie milkną wtedy, przywróceni na chwilę do rzeczywistości. Patrzą w ścianę, milcząc, jakby nie rozumieli, co tu robią, jakby zapomnieli o szaleństwie dziejącym się na zewnątrz, zaledwie o grubość ściennej płyty. Potem ze zdwojoną energia wracają do przerwanej zabawy. Z pilnością, jakiej nigdy nie wykazywali w pracy, wlewają w siebie całe pęcherze trunków, kłócą się o trasy pełzaczy, grają w skorga. Znów zaczynają hałasować. Byle nie słyszeć. To dość łatwe, trzeba się tylko postarać. Być jak najgłośniej, wrzeszczeć na całe gardło, stukać kubkami i warczeć pustymi pęcherzami, kłócić się, śpiewać i wyć. Nawet odgłos wymiotowania jest już lepszy. Co jakiś czas przez hałas przebija się z dworu nieludzki, pełen bólu krzyk. Pewnie ktoś wyszedł na zewnątrz. Tak jak żona starosty. Biedaczka, sfiksowała, mój kumie. Jak tylko się zaczęło, poszła w step. Bez płaszczyska, bez żadnej osłony. Tak nie wolno, mości kumie. Trzeba trzymać się życia, póki można. Nie dać się. Czekać na ratunek. Ale szkoda jej. Takie dziecko była, młodsza niż on. Tak, macie rację, kumie. Jak oni się kochali. Ale przecież nie poszedł po nią. Głupiście, kumie, na śmierć?! Nawet w płaszczysku, przecież poszła w puste, w najgorszy wicher. Jak ona krzyczała. Każdy krzyczy. Jak ktoś chce się zabić, to niech się powiesi na sznurze. Bo gorszej śmierci niż tam chyba nie ma. A mimo to, kumie, wciąż wychodzą. Tak nie wolno, trzeba żyć. Miłosierny książę już spieszy z pomocą. książę dotrze przecież wszędzie. książę może wszystko. Tak mówi nasz starosta, a ja mu wierzę. Kord siedzi samotnie. Nie słucha rozmów. Są nieważne, nie posuną go ani krok naprzód. W niczym mu nie pomogą. Przecież uczył się z ksiąg, wykuwał na pamięć zwoje i tablice. Czytał Platona, Cezara, księcia Anioła, nawet zakazane dzieła Fausta Viraga. Nie chodzi przecież o sposób na Burzę, ten jest znany tylko jeden. Starosta chce wiedzieć, co ma dalej czynić. Szuka rozwiązania. Rubin nie chce współpracować. Poświęci chłopów, byle ratować siebie. Swoja rodzinę i folwark. Nic z tego, że się zbuntuje. Tylko on przeżyje, tak więc to jego wersji historii wysłucha Culira. Nie mogę go zabić. Po co mi trup maga? Trup nie rzuci zaklęcia. Mścić się? To bez sensu. Aequam memento rebus in arduis servare mentem. Myśl. Mam trzy wioski, dwustu wieśniaków, muszę ich uratować. Nie wolno mi umrzeć. Nie wolno. Nie mogę zawieść. Sam kasztelan Culira, lewa dłoń księcia, nakazał mi ich strzec. Muszę. Ale nie mam mocy. Nie mam też wojska. Żołnierze pochorowali się pierwsi, nie uszczelnili tych cholernych koszar. Mówiłem, prosiłem, groziłem. Teraz leżą i zwijają się z bólu, umrą za swoje lenistwo. Sprawiedliwie? Srał mruk sprawiedliwość, w efekcie ja nie mam jak przymusić Sirnitupy do działania. Zawiedli, wtedy gdy ich potrzebowałem. Z nimi ja zawiodłem. Nie. Jeszcze nie. Na pewno przybędzie pomoc. Przecież jesteśmy użyteczni. Przecież jesteśmy zbyt dużą i ważną inwestycją, by nas tak po prostu zostawić. Przecież ktoś w górach musi już widzieć Burzę. książę wyśle pomoc. Jacy Łowcy? Może i są odporni, ale i oni chowają się przed pyłem. Nawet dybuk nie ustoi, gdy uderzy weń szara kurniawica. Pomoc musi przyjść. Ale ja muszę do tego czasu utrzymać ludzi przy życiu. Na Boga Wszechmogącego, jak?! Jeśli nie masz już pomysłów, to znaczy, że idzie śmierć. Mieszkańcy wsi piją i krzyczą. Niby nie zwracają na Maxla większej uwagi, tak naprawdę jednak zerkają na niego ukradkiem. Ich wódz, ich pocieszyciel, ich nadzieja. On ich uratuje. Ufają mu bezgranicznie, bo komu innemu? Płytownika, który od razu chciał iść spalić wieżę, starosta kazał przywiązać do palika w stepie. Ja tu rozkazuję w imię księcia. Komu się to nie podoba, niech się wynosi. Droga wolna. Burza ryczy, gospoda trzeszczy, kmiecie rozpaczliwie się bawią. Prędzej ocipieję, niż coś tu wymyślę. Idę do siebie. Mag wstaje i już zmierza do korytarza łączącego gospodę z jego domem, nagle jednak zamiera. -Cicho być! - Biesiadujący momentalnie milkną. I tak w większości są trzeźwi. Nigdy nie można się upić, gdy naprawdę najbardziej się tego pragnie. -Słyszycie coś? - Nie słyszą. To ja fiksuję. Oszaleję na koniec. Tylko tego brakowało. -To... kroki? - odzywa się niepewnie łowczy. -Kroki! - zdumiony dopowiada kowal. Starosta oddycha z ulgą. Jeszcze nie teraz. Ale kto to idzie, kto jest teraz w stanie przeżyć na dworze? Rubin?! Wicher słabnie na chwilę, ciężkie kroki są głośniejsze, widocznie podchodzący jest tuż przy drzwiach. Kroki cichną. Teraz już tylko ryk. Po dłuższej chwili rozlega się silne walenie w drzwi. Oboma rękoma. Wrota są zabite na głucho. Kord bez zastanowienia podchodzi do drzwi i zaczyna odwalać pręgi. Muka przytomnieje pierwszy i szybko stawia przepierzenie, odgradzając starostę od reszty sali. Kord zostaje sam w ciemności. Pomagając sobie nożem, wyrywa jedną pręgę po drugiej. Ryk Burzy, nic nie słychać. Tam jest jeden? Gotowe. Zasuwa, przyklincz, gałka. Wolne. Otwórz. Zrozumienie uderzyło go jak młot, i to zanim jeszcze rozsunął wrota do końca, zanim zdążył w burożółtej kurzawie ujrzeć przygarbione sylwetki owinięte w płaszczyska, z maskami na twarzach, zanim spostrzegł ostrza w rękach tamtych. Łowcy. Jesteśmy martwi.

***

Tutaj Burza pokazuje całe swoje piękno. Nie przy ziemi, gdzie snuja się tylko pojedyncze zimne podmuchy, ciężkie od zabójczych rodźców. Na szczycie wieży Juliusz Sirnitupa mag Rubin patrzy na wroga. Wróg jest wspaniały. Wicher wieje z huraganową prędkością, bije z wściekłością we wznoszącą się pionowo nad pustkowiem budowlę, nie mogąc jej powalić rozszczepia się na dwa strumienie, wiruje wokół masztu, opada nad zabudowaniami folwarku szarpiąc płytowe dachy i wznosi się w górę. Na wysokości oczu zbrojmaga powstają, zwijają i skręcone walczą ze sobą prądy, trąby powietrzne krążą po stepie wokół posiadłości niczym szponiacze, które napotkawszy w pustkowiu zbłąkanego wędrowca powoli okrążają go, nie mogąc się zdecydować, na atak, ale i nie chcąc odchodzić, znęcone zapachem zdobyczy. Czerwone pioruny co chwila przecinają niebo, biją w szczyt wieży. Czerń i szarość pyłu, żółć rodźców, czerwień błyskawic. A w dole folwark, tulący się do nieporuszonej wieży jak przerażone dziecko do matki; trochę dalej przykucnięta Mała Wólka, najbliższa wieś z koloni. Ciekawe, co teraz myśli szlachetny starosta? Pewnie mnie nienawidzi. Szkoda.

***

Szlachetny starosta wyciąga pistolet. Nie ma szans. Zawiódł. Gdyby chwilę pomyślał... Odciąga kurek i celuje w najbliższego drapieżnika. Łowca błyskawicznym ruchem wykręca mu nadgarstek i wyrywa broń. Mag kopie go w brzuch i rzuca się w tył, druzgocząc przepierzenie. -Łowcy!! Do broni!!! - Żadnych szans. Żołnierze leżą w mękach, chłopi nie umieją walczyć. Muka wyciąga z jakiegoś kąta strzelbę z oberżniętą lufą, o którejMaxl nie miał zielonego pojęcia, unosi ją w kierunku wkraczających do izby postaci i ginie od celnie rzuconego sztyletu. Kowal z drągiem w owłosionej łapie dostaje cios kulą z brązu w głowę, pada nieprzytomny. Chaos, kotłowanina wśród chłopów, przewraca się i gaśnie lampa. Ciemno. Leżący na ziemi Kord szuka wzrokiem opartej o krzesło różdżki, ale tę przechwycił już jeden z napastników. Śmierć. Boję się śmierci?! Łowcy stoją pośrodku izby. W izbie panuje półmrok, jedyne światło to siwa, przyćmiona poświata z zewnątrz. Zabójczy, żółty wicher wpada do środka, ale nie ma to już żadnego znaczenia. Pozostali na nogach kmiecie nie wykonują żadnego ruchu, i to mimo gorzkiego, blokującego płuca oparu, mimo przenikliwego zimna podmuchów. Zamknij, kurwa, drzwi, bo nas zawieje. - chrapliwym głosem nakazuje pierwsza istota drugiej. Drzwi zostają zamknięte. Kord czeka. -Pojebało was, ludzie? Bohatera, strzelbą?! - Postać ściąga maskę, na kark opada jej biała czupryna. To człowiek. Mag. -Pytałem, ludzie, czy was pojebało. Częstujecie z pistoletu każdego, kto spróbuje poszukać u was schronienia? Taka tutaj gościnność? - jego głos przestaje drażnić uszy. Nikt nie odpowiada. Maxl bardzo powoli wstaje z podłogi. -Nie. Tylko takich, którzy stają w wejściu z bronią i ukrywając twarz.- -Jassne, bo w czasie Burzy najlepiej jest chodzić bez maski. Coś w tym jest, nawet łatwiej się oddycha. Ale za krótko, hehe.- -Moordeercyy!!! Luudzie!! Zabili go!! On nie żyje!! Na pal gnojów!!- to żona, a raczej już wdowa po Muce, rozdziera się rozpaczliwe nad ciałem męża. Niektórzy kmiecie zaczynają groźnie łypać w stronę przybyszów, synowie karczmarza łapią za siekiery; mimo to większość ludzi nadal stoi jak porażona. Trzeba przejąć inicjatywę. S-pokój!!! Łapy z broni! Wszyscy!!-Maxl pacyfikuje wieśniaków i spogląda na obcych.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych