Wróć do katalogu

epizod jednej nocy

czego chciała nieznajoma wsiadając do taksówki i zwabiając kierowcę do swojego mieszkania?

martaoleszczuk, opublikowano , 33 min czytania, 4,5 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Piąty dzień padał deszcz. Wąskie trawniki nie były już w stanie przyjąć wody. Zalane ulice, olbrzymie kałuże tuż przy chodnikach straszyły ludzi, mieniły się w świetle ulicznych latarni, neonów reklamowych i poświaty rzucanej przez witryny sklepowe. Po zmroku trudno było odgadnąć czy stoi się nad mokrą ulicą czy olbrzymią kałużą, a może nad otwartym kanałem burzowym. Klienci pobliskiego centrum handlowego tuż po zakupach, jeśli nie posiadali własnego samochodu, szybko chowali się w suchych wnętrzach taksówek. Tylko taksówkarze nie narzekali na brak klientów, nawet nie narzekali na pogodę. Artur zatrzymał samochód na miejscu dla taksówek tuż za czerwonym renaultem. Zakładał, że postoi parę minut zanim przyjdzie kolej na jego kurs. Miał więc chwilę na relaks i papierosa. Wyciągnął paczkę Sobieskich lightów i wsadził jednego papierosa do ust. Nie mógł znaleźć zapałek, ani zapalniczki. Dałby sobie głowę odciąć, że przed chwilą jeszcze w prawej kieszeni spodni miał zapalniczkę, którą dostał miesiąc temu od swojej dziewczyny na urodziny. Już miał wysiąść z samochodu i puknąć w szybę kolegi po fachu za „ogniem”, gdy do samochodu wsiadła młoda kobieta z paroma papierowymi torebkami różnej wielkości. Wsadziła rękę do płaszcza przeciwdeszczowego i wyciągnęła zapalniczkę, zapaliła ją. - Przy klientach nie palę – rzekł zmieszany chowając papierosa z powrotem do paczki. - Dym mi nie przeszkadza – rzekła słabym głosem, chowając zapalniczkę. - Stoję w kolejce ostatni – rzekł zmieszany, jeździł od niedawna, zdobył sympatie paru osób i nie chciał popsuć sobie stosunków z kolegami przez wpychanie się przed nimi, czy zabieranie im klientów. - Czy zawsze trzeba wsiadać do pierwszej taksówki? Spodobał mi się kolor pańskiego samochodu więc wsiadłam. Proszę mi nie odmawiać. Nieznajoma zabrała mu wszystkie argumenty. Przekręcił kluczyk w stacyjce i ruszył. - Dokąd jedziemy?- spytał. - Do lepszego życia – rzekła zamyślona, po chwili otrząsnęła się i spojrzała w lusterko, prosto w jego oczy, bez cienia uśmiechu.- Przepraszam. Na Słoneczną, obok piętrowego parkingu w ohydnym granatowym kolorze. Artur skręcił w prawo i skierował się w stronę ulicy Słonecznej. Spojrzał w lusterko. Pasażerka patrzyła niewidzącym wzrokiem za okno. Gdy stanął na skrzyżowaniu uważnie przyjrzał się jej twarzy. Trudno mu było określić jej wiek. Z jednej strony wyglądała na młodą kobietę, przed trzydziestką. Miała piękne zielone oczy, długie rzęsy, które zauważył od razu, pełne usta pomalowane na delikatny brązowy kolor, jej blond włosy pomimo, że były mokre i tak robiły wrażenie, tak długich włosów nie widział. Niepokoiły go tylko sine podkówki pod oczyma, jej zamyślenie i smutek. Z drugiej strony można by ją wziąć za nastolatkę, która starała się wyglądać poważniej niż swoje kilkanaście lat. Usłyszał za samochodem nerwowe trąbienie. Zagapił się i pomimo zielonego światła dalej stał w miejscu. Ruszył z piskiem opon, jakby chciał nadrobić stracone sekundy. Z racji tego, że było już późno i zimno, niewiele osób spacerowało po mieście i nie wiele samochodów jeździło, nie robiły się korki. Szybko dotarł na ulicę Słoneczną. W tym momencie ulica daleko odbiegała od swojej nazwy. Komunalne budynki dawno nie remontowane wyglądały jeszcze gorzej niż przy słonecznej pogodzie. Nie świecące latarnie przyprawiały o dreszcze. Z przydrożnych kubłów na śmieci, które nocą były tylko cieniem, wyskoczył kot i zaczął uciekać przed kulejącym psem. Kot był szybszy, wdrapał się na pierwsze napotkane drzewo. Nie zazdrościł kobiecie miejsca, w którym mieszkała. Wolałby każde inne, tylko nie to. - Trzydzieści pięć złotych – rzekł Artur patrząc w lusterko. - Proszę wejść ze mną do domu, nie mam przy sobie pieniędzy. Artur spojrzał na nią przez ramię. Nawet nie wsadziła rąk do kieszeni udając, że szuka pieniędzy, tylko ze spokojem, niezmiennym smutkiem powiedziała, że ich nie ma. - To ja może poczekam chwilę. - Będę wdzięczna jak wejdziesz ze mną do góry, jak masz na imię? - Artur. - Ładne imię, Arturze. Jej bezpośredni zwrot do niego zdziwił go. Wszystko było nie tak jak powinno, coś w tym wszystkim nie pasowało. Nikt nie opowiadał mu o takich sytuacjach, a może za krótko pracował jako taksówkarz, żeby usłyszeć takie historie i powinien przyzwyczaić się do nich. Machnął ręką. - To chodźmy. Wysiadł z samochodu, wyciągnął rękę w jej stronę. - Jeśli już mam wejść na górę to pomogę pani wnieść zakupy – wyjaśnił, gdy zobaczył zdziwienie na jej twarzy. - Nie ma wiele w tych torebkach, ale i tak mi miło – podała mu kilka papierowych toreb, rzeczywiście były śmiesznie lekkie.- Mam na imię Wiktoria, zdrobniale Wiki. Weszli do obskurnego budynku, gdzie drzwi wejściowych trzeba było szukać po omacku, chyba, że było się tutejszym mieszkańcem i znało się ich położenie na pamięć. Weszli do ciemnego, śmierdzącego pleśnią korytarza. Gdy Wiktoria zapaliła światło zobaczył najbrzydszy w swoim życiu korytarz. Stara olejna farba odchodziła płatami wraz ze zbutwiałą ścianą. W miejscach, gdzie tynk jakimś cudem jeszcze nie odleciał wyryte zostały niecenzuralne słowa. Połamane, gdzieniegdzie wydłubane stare płyty na podłodze walały się po całym korytarzu. Artur dałby sobie głowę odciąć, że ten budynek od momentu postawienia, a mógł to zrobić jeszcze Niemiec przed drugą lub pierwszą wojną światową, w ogóle nie był remontowany. Nie rozumiał tylko, jak mogło to nie przeszkadzać żyjącym tu ludziom. Jak wyglądało mieszkanie Wiktorii? W zasadzie nie wiedział czego się spodziewać. Śmierdzącej meliny i jej wściekłego, zapijaczonego konkubina, który pod jej nieobecność wyprawiał libacje? Nie wyglądała na taką. Wiktoria może była zbyt szczupła, może aż chuda, ale z delikatnym makijażem, zadbanymi włosami, w gustownym płaszczu, zgrabnych pantofelkach, wyglądała jak każda inna kobieta spotkana na ulicy. Nie pasowała tu. Weszli na pierwsze piętro. Stanęli przed drzwiami, które nie wyglądały jakby prowadziły do meliny, uspokoił się trochę. Ta nie typowa sytuacja troszkę go przestraszyła. Chciał wsiąść do swojej taksówki i wrócić na postój, albo najlepiej do domu, wysłać ukochanej przed snem sms-a z życzeniami słodkiej nocy i wyrazami miłości. Weszli do mieszkania i gdy rozbłysło światło zaniemówił, znalazł się w innym świecie. Z dość obszernego przedpokoju wchodziło się do dużego pokoju oddzielonego od kuchni wysokim barkiem. Rozglądał się nie mogąc nadziwić swoich oczu, czuł się jakby oglądał magazyn o urządzaniu mieszkań lub katalog IKEA. Tak pięknego i gustownie urządzonego mieszkania w życiu nie widział. Wszystko miało swoje miejsce, swój kolor, swoją półkę. Małe lampki umieszczone w różnych częściach pokoju sprawiały, że pokój wydawał się przytulny i nieco rozmarzony. - Wejdź i rozgość się – rzekła zamykając za nim drzwi wejściowe na zamek. W mieszkaniu było przyjemnie ciepło, sucho i dziwnie bezpiecznie. Podobało mu się. - Chciałbym wziąć tylko należność za kurs i wrócić do pracy. - A ja zamierzam właśnie ci zapłacić – powiesiła płaszcz, stała przed nim w obcisłej beżowej sukience, a jej oczy były jeszcze bardziej zielone niż przed chwilą.- W naturze. - Nie wygłupiaj się – nie wierzył własnym uszom.- Jestem w ukrytej kamerze? - Nie, jesteś w moim mieszkaniu. Nigdy nie zdarzyło się by ktoś chciał zapłacić ci w naturze? - Nie – prawie krzyknął przerażony. - Więc to będzie pierwszy raz. - Ale… ja mam dziewczynę którą kocham, muszę wracać do pracy… - A ja umieram… Chciał coś powiedzieć, coś mądrego, pocieszającego… ale w głowie miał pustkę. Wiktoria wzięła papierowe torby z jego ręki i wyszła z przedpokoju zanim wykrztusił z siebie słowo. - Nie chcę zapłaty za ten kurs – krzyknął za nią. - Poczekaj na mnie chwilę, nastaw jakąś muzykę. Wiktoria znikła w drugim pokoju lub garderobie, Artur nie wiedział co znajduje się obok dużego pokoju. Usłyszał tylko jak zamknęły się drzwi. Nie wiedział co ma robić, najchętniej uciekłby, ale wydawało mu się to takie niemęskie, przecież mógł z nią porozmawiać i odwieść ją od głupiego pomysłu zapłaty w naturze. Niejednokrotnie słyszał o głupich skokach w bok, które rujnowały świetne związki, nawet małżeństwa, przekonany, że nigdy nie zrobi takiego błędu. Zależało mu na Ewie, chciał być z nią, dzielić z nią każdy dzień i każdą noc, starał się jak najwięcej pracować by wreszcie kupić upragnione cztery kąty i zamieszkać wreszcie razem, spędzać ze sobą więcej czasu, lepiej poznać się. Wiktoria wciąż nie wracała, stanie w przedpokoju wydawało mu się głupie. Ile jeszcze będzie musiał tak stać? Nie chętnie ściągnął buty i wszedł do pokoju. Podszedł do wieży. Spojrzał na półkę z płytami. Nie znał zespołów ani tytułów. By zburzyć krępująca go ciszę włączył po prostu radio, z którego, jak na złość, popłynęła spokojna, romantyczna muzyka. Tak jakby wszystko sprzysięgło się przeciwko niemu, by złamać jego postanowienie, że nigdy nie zdradzi dziewczyny, z którą jest związany. Jeszcze jej słowa „a ja umieram…”. Uznał to za kłamstwo. Usiadł na miękkiej kanapie i wsparł się na dużych, nieskazitelnie czystych poduchach, ułożonych jak od linijki, jak na planie zdjęciowym do katalogu z meblami. - Do cholery, dlaczego ja?- szepnął do siebie. Artur zaczął zastanawiać się, czy jego koledzy po fachu też mieli takie przygody, czy to tylko jemu przytrafiło się coś takiego. Jak się tego dowiedzieć? Spytać tak po prostu? Przyznać się do tej głupiej sytuacji? Czy udawać, że nic się nie stało. Narazić się na drwiny kolegów, że nie wykorzystał takiej okazji? A może to był głupi kawał? Drzwi, za którymi jakiś czas temu znikła Wiktoria, otworzyły się. W progu stał ideał kobiecości. Jej długie blond włosy wysuszone i wygładzone, częściowo spływały po jej ramionach. Miała na sobie skromną, na wpół przeźroczystą czarną bieliznę, wpół przeźroczysty szlafroczek wykończony futerkiem. Artur zawsze wolał szczupłe kobiety, ale Wiktoria była strasznie chuda, jednak bielizna, którą miała na sobie, bardziej przyciągała wzrok niż sylwetka. Na nogach miała buty na bardzo wysokich obcasach, zwrócił na nie uwagę, gdy stukając nimi usiadła na przeciwległym brzegu kanapy. Założyła uwodzicielsko nogę na nogę. - I jak podobają ci się moje dzisiejsze zakupy?- spytała wskazując na siebie. - Piękne. - Pierwszy raz w życiu kupiłam sobie tak mało praktyczną i tak grzeszną, obrzydliwie seksowną bieliznę i dobrze mi w niej. Czuję się tak… kobieco, jak te wszystkie aktorki z seriali. Zaśmiała się ukazując rząd nieskazitelnie białych i równych zębów. Uśmiech miała szczery, ciepły, chciało się patrzyć na niego cały czas. - Nie poznałam własnego odbicia w lustrze. Szkoda, że nie zrobiłam tego dziesięć lat wcześniej, od tamtej pory mogłabym nacieszyć się sobą, zobaczyć w sobie kobietę. - Chciałbym wrócić do pracy, jeśli nie masz pieniędzy to nie musisz płacić mi za kurs… - Spędź ze mną tę noc – rzekła uwodzicielsko. - Mam kogoś, komu chciałbym zostać wierny. - Zostań tylko po to by ze mną porozmawiać, wysłuchać wspomnień, po uwodzić mnie, dawaj mi do zrozumienia, że jestem niesamowita, że zależy ci na mnie, nawet jeśli miały by być to tylko kłamstwa. - Przecież to chore – przestraszył się, że ma przed sobą wariatkę, która w każdej chwili, gdy tylko poczuje nutkę nie zadowolenia, złapie za coś, nóż, świecznik, cokolwiek i zabije go, a zwłoki ukryje gdzieś lub wywiezie, gdzie długo nikt go nie znajdzie. - Wiem – rzekła spokojnie. - Więc dlaczego… - Gdyby zostało ci parę dni, parę tygodni życia, co byś zrobił? -… - Ja najchętniej nadrobiłabym minione lata. - Co to znaczy nadrobiłabym? - Staram się robić wszystko na odwrót, brać życie garściami każdego dnia, jakbym miała następnego dnia nie obudzić się, a to jest możliwe. Wstaję wcześnie rano, kładę się późno spać i staram się maksymalnie wykorzystać dzień. Spróbować tego, co kiedyś zostawiałam na później, twierdząc, że na to przyjdzie czas. Myliłam się. Gdy wszyscy wokół mnie żyli, ja wszystko odkładałam na później, a to później nigdy nie nastąpi. - O czym ty do cholery mówisz? - Na świecie jest taka choroba, rak – wstała z kanapy podeszła do barku kołysząc lekko biodrami, zdjęła z półki dwa kieliszki do wina.- U nas w Polsce również, w mojej rodzinie bardzo częsta. Myślałam, że mnie to nie dotyczy, starałam sobie ułożyć życie by wszystko miało swoje miejsce i czas, w planie nie uwzględniłam raka, tak jakby dla niego nie było miejsca, sam znalazł sobie miejsce i cały plan na życie szlag trafił. Podała mu kieliszek i nalała wina, butelkę odstawiła na podłogę. - Przecież ta choroba jest w niektórych przypadkach całkowicie uleczalna. - W niektórych tak – przyznała.- Ale nie, gdy czekasz na ostatni dzwonek, a lekarz rozkłada bezradnie ręce i krzyczy na ciebie „dlaczego tak późno”. - A dlaczego tak późno? - Nie uwzględniłam choroby w swoim planie na życie, nie miałam na nią czasu. Ciężko pracowałam na to by potem być szczęśliwa. Całe to mieszkanie, to moja ciężka praca. Każdy grosz ciężko zarobiłam. O wszystko w życiu walczyłam, często wiatr wiał mi w oczy, a ja twardo szłam do przodu wierząc w to, że jestem wstanie zdobyć wszystko, jak tylko mocno będę tego chciała, nawet gdy inni będą mi to utrudniać. Inni się bawili, a ja pracowałam. Całe moje życie było wielką pomyłką. Zrobiłam zły plan na życie – rzekła prawie szeptem wpatrując się w czerwone wino w kieliszku.- Na korektę z mojej strony za późno, życie zrobiło to za mnie. - Jeśli mam tu zostać na całą noc i wysłuchać cię to zacznij opowiadać wszystko od początku. Tylko poczekaj chwilę – rzekł, wyjął z kieszeni komórkę i wyłączył ją, by nikt nie przeszkadzał mu tego wieczoru.- Teraz jestem wyłącznie do twojej dyspozycji. Wiktoria przez chwilę milczała mieszając wino w kieliszku, jakby zastanawiała się, gdzie był ten początek jej nieszczęść. - Od początku? - Yhy. - Początek był w momencie moich urodzin, a może nawet w momencie mojego poczęcia, bo mama miała kłopoty z donoszeniem ciąży. To chyba był pierwszy znak. Potem zaczęło się koszmarne dzieciństwo. W zasadzi niczego mi nie brakowało. Miałam najlepsze zabawki, ładne rzeczy, swój piękny pokój, oboje rodziców, brakowało mi tylko ich miłości. - Nie kochali cię? - Kochali. Na swój sposób. Nigdy nie okazywali mi czułości, nie przytulali i nie całowali bez powodu jak robili to inni rodzice. Wtedy nie wiedziałam o co im chodzi, zrozumiałam to po latach, ale jako dziecko byłam strasznie nieszczęśliwa i z ogromną zazdrością patrzyłam na inne dzieci, które szły z rodzicami za rękę śmiejąc się. Strasznie nienawidziłam tych dzieci, źle im życzyłam, a potem się bałam, że Pan Bóg mnie ukarze za to, i że wszystko zło, które życzyłam innym spotka mnie. Wieczorem, gdy się modliłam, przepraszałam za te myśli. - Teraz wiesz dlaczego tak robili? - Teraz tak, choć uważam, że zrobili głupio. Nie okazywali mi czułości, bym się do nich za bardzo nie przywiązała i nie cierpiała, gdy odejdą. - Przecież to idiotyczne. - Nie do końca – przyznała.- W mojej rodzinie ze strony ojca rzadko kto dożywa pięćdziesiątki. W większości przed czterdziestką wykrywają raka, którego ciężko wyleczyć. Ze strony mamy też zdarzały się takie przypadki, ale rzadziej. - To po co decydowali się na dziecko wiedząc, że dożyje najwyżej pięćdziesiątki?- nie mógł pojąć Artur. - Nie decydowali się. Jestem nie planowanym dzieckiem. - A twoi rodzice… - Oboje nie żyją. Mama zmarła gdy miałam szesnaście lat, tata dwa tygodnie po moich dwudziestych urodzinach, miesiąc po tym jak dostałam świadectwo dojrzałości. To mieszkanie, w którym mieszkam, jest po rodzicach. - Trochę podła dzielnica. - Wiem, ale mam ogromny sentyment do tego mieszkania i tej dzielnicy. Wiem, że jest ohydna, ale ja ją kocham, ja się tu wychowałam i tu prawdopodobnie umrę. Znam tu każdy kąt i większość ludzi. Tu mieszkali moi rodzice. Jak zamknę oczy to widzę ich, mamę krzątającą się przy niedzielnym obiedzie, albo robiącą ciasto drożdżowe, ojca czytającego gazetę przy włączonym telewizorze, który z niedowierzaniem kręci głową po każdej przeczytanej informacji. Mimo iż nie byłam tu najszczęśliwsza, kocham to miejsce. - Nie byłaś tu szczęśliwa? - Ja chyba nigdy nie byłam szczęśliwa – westchnęła.- Jak tak patrzę wstecz, to ja wiecznie byłam zabiegana i zapracowana. Nawet jako dziecko.

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych