Frustracja
O tym, do czego może prowadzić tytułowa frustracja.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
{i}{b}Frustracja{/b}{/i}
Punktualnie o ósmej rano, jak co dzień, odgłos budzika wypełnił całe mieszkanie. Dla Krystiana oznaczało to, podobnie zresztą jak dla milionów innych ludzi, że zaczął się nowy dzień. Słońce, z racji letniej pory, zdążyło już wzejść wysoko nad horyzont. Mężczyzna przeciągnął się więc i włączywszy odruchowo małe radio, stojące na szafce obok łóżka, wstał z zamiarem udania się do toalety. {i}Na zegarach kilka minut po ósmej, specjalnie dla śpiochów najnowsza piosenka Patrycji Markotnej: Ojej, czy on mnie jeszcze kocha?!{/i} — dało się słyszeć radosny głos spikera. — Z czego ten człowiek tak się cieszy?! — zapytał sam siebie Krystian. Ostatnimi czasy nie dostrzegał w swoim życiu powodów do uśmiechu. Miał trzydzieści siedem lat, z wyboru był samotnikiem, brakowało mu pieniędzy i satysfakcjonującej pracy. Każdy nowy dzień wiązał się za to z przykrą koniecznością spotkania innych ludzi, którym w życiu poszczęściło się bardziej niż jemu. Ludzi, co warto nadmienić, w większości chamskich, pozbawionych uczuć i zapatrzonych w siebie. Krystian dawno już doszedł do zaskakującej konkluzji. Oto bowiem w kraju, gdzie wszyscy narzekali i skarżyli się na własny los, niemal każdy, z wyjątkiem jego samego, posiadał piękny dom lub chociaż nowoczesne mieszkanie oraz co najmniej jeden samochód, na którego kupno on sam mógłby sobie pozwolić dopiero po kilkunastu dekadach pracy. Mężczyzna nie mógł się pogodzić z faktem, że życie tak niesprawiedliwie go potraktowało. Jako uczeń był przecież ambitny i mądry. Zdecydowanie mądrzejszy od ludzi, których każdego dnia mijał na chodnikach. Czuł się strasznie upokorzony przez los. Szczególnie wówczas, gdy raz w miesiącu odbierał zasiłek dla bezrobotnych. Za każdym razem wydawała mu go kilkunastoletnia smarkula, która najpewniej tylko dzięki znajomościom pieściła tak dobrze płatne stanowisko. Było to tym bardziej irytujące, że dziewczyna nie umiała nawet liczyć. — Dziwne te nowe banknoty. To jest sto, czy dziesięć? — zapytała pewnego razu, pokazując banknot dwustuzłotowy. — Dziesięć — odparł i dzięki temu choć jeden raz, zamiast z sześciuset złotych, mógł cieszyć się aż z dwunastu tysięcy. Gdyby nie problemy rodzinne i bieda, w jakiej się wychowywał, Krystian mógłby być teraz kimś ważnym. Ta świadomość niszczyła go od środka. Podobnie zresztą jak spotkania ze znajomymi ze szkolnych lat, którzy co pewien czas wpadali na niego na ulicy. Wszystkim w życiu się powiodło. Mieli to szczęście wychowywać się w dobrych rodzinach, gdzie niczego nie brakowało. Nawet fakt, iż w większości byli głupsi od parasoli, nie stawiał ich na straconej pozycji. Żyjąc w poczuciu skrzywdzenia, mężczyzna dawno już stracił wiarę. Jeszcze jako nastolatek prosił Boga o pomoc, ale takowej nie otrzymał, mimo że w dzieciństwie był ministrantem. Żył więc z dnia na dzień, nie mogąc zrozumieć, dlaczego jedni rodzą się szczęśliwi i mają wszystko podstawione pod nos, podczas gdy inni cały czas muszą walczyć z przeciwnościami losu. Jedyną rzeczą, w której Krystian upatrywał końca swoich cierpień i upokorzeń, była śmierć. Brakowało mu jednak odwagi, by targnąć się na życie lub raczej twór życiopodobny, jak zwykł nazywać swoje zmagania z rzeczywistością.
Tego dnia było jednak inaczej. Mężczyzna wiązał z nim spore nadzieje. Zamierzał wreszcie przejść od słów do czynów i odmienić swój parszywy los. Zjadłszy skromne śniadanie ubrał w pośpiechu cienką kurtkę, którą przed laty otrzymał z pomocy dla potrzebujących, po czym wyszedł niepewnie na ulicę. Zależało mu, by nikogo nie spotkać. Jego życzenia nie miały jednak zwyczaju się spełniać. — Dzień dobry panu! Dokąd to idziemy? Dozorca wyrósł jak spod ziemi. Uśmiech na jego rozpromienionej twarzy wskazywał, że był w humorze. — Muszę coś załatwić — odparł Krystian, dając wyraźnie do zrozumienia, że w przeciwieństwie do dozorcy nie jest w nastroju. Ten jednak zdawał się tego nie zauważać. — Piękna dziś pogoda — oznajmił, spoglądając w niebo. — Ptaszki śpiewają, cieplutko na dworze, dziewczęta chodzą roznegliżowane. — Mrugnął fikuśnie jednym okiem. — Czego chcieć więcej? — Według prognoz po południu będzie padać, ptaki zawsze srają na mnie, jakbym był toaletą, przez wysoką temperaturę psie gówna na trawnikach śmierdzą jeszcze bardziej, a dziewczyny chodzą prawie gołe, bo mają pstro w głowach i nikim innym jak zwykłymi dziwkami nie będą — odparł oschle Krystian, a widząc że naiwny uśmiech nie zniknął z twarzy jego rozmówcy, dodał — Naprawdę nie rozumiem, co pana tak cieszy. — Życie, mój drogi, życie! — odpowiedział blokowy. — Zaczynam dziś całkiem nowy rozdział. Nowa, lepiej płatna praca, sam pan rozumie. Nie będę już dozorcą! To powiedziawszy odszedł, zostawiając Krystiana samego.
Ulice jak zwykle pełne były samochodów, a na chodnikach roiło się od ludzi. Krystian szedł pewnym krokiem naprzód. Już po przebyciu kilku metrów natknął się na kolejną znajomą postać. Maks, znienawidzony kolega z czasów liceum, jak zwykle promieniował uśmiechem. — Krystek, stary kumplu, kilka miesięcy cię nie widziałem! — zawołał. Fakt, iż w latach szkolnych znęcał się nad Krystianem fizycznie i psychicznie najwyraźniej nie przeszkadzał mu przywitać go serdecznie, jak gdyby nigdy nic. Już na pierwszy rzut oka widać było, że osiągnął w życiu bardzo wiele. — Cześć — warknął Krystian, nie siląc się nawet na uśmiech. Nie miał ochoty rozmawiać z Maksem. Doskonale wiedział, że przed tygodniem odziedziczył firmę swojego ojca i mimo że kończąc szkołę średnią nie zdał nawet matury, był teraz bogaty i szczęśliwy. Ot taka ironia losu. Jedynie umiejętność opanowania własnych emocji powstrzymywała Krystiana przed wydrapaniem mu oczu. — Co u ciebie? bo u mnie stara bieda — powiedział Maks, zerkając sugestywnie na swój złoty zegarek, wart pewnie więcej, niż Krystian i jego całe mieszkanie. — Za godzinę jestem umówiony na spotkanie z chińskimi inwestorami. Sam rozumiesz, nowy kontrakt na dostawę butów. Mówię ci, mam teraz tyle na głowie, że ledwo daję radę. Codziennie coś! Tu milion, tam miliard! Prawie nie mam czasu na odpoczynek, a przecież ciężko na niego zapracowałem własną krwawicą. Dobrze, że wykupiłem chociaż bilety, bo inaczej pewnie nigdy nie wybrałbym się na Seszele. — Fajnie — przytaknął Krystian, czując jak krew zaczyna się w nim gotować, po czym bez słowa pożegnania ruszył dalej. Przed chwilą był bliski zamordowania człowieka. By nieco ochłonąć, zrobiwszy kilkaset kroków, usiadł na ławce pod drzewem. Nie minęła nawet minuta, jak osrały go trzy ptaki. W tej chwili jednak nie dbał o to. — Seszele! — mruknął. — Ja w całym swoim życiu byłem najdalej w Racławicach, a on mi tu o Seszelach mówi, kurwa żółta! — Oj, będzie mandacik. — Policjant wyrósł nie wiadomo skąd. Przyjrzawszy się Krystianowi uważnie, dodał po chwili: — Ładnie to tak dawać zły przykład dzieciom? Następnie wskazał na bawiące się nieopodal dwie małe dziewczynki. — To moja lalka, suko! — zawołała jednak z nich, próbując wyrwać koleżance z ręki kolorową kukiełkę. — Spieldalaj — zasepleniła w odpowiedzi druga, a następnie zdzieliła przyjaciółkę kijem przez głowę. — Panie władzo... Tak mi się po prostu wysmyknęło. Nie można zakończyć sprawy upomnieniem? — O porządek w miejscach publicznych trzeba dbać, obywatelu! — skwitował mundurowy. — Dowodzik proszę. Krystian wiedział, że kłótnia z policjantem nie ma sensu. Podawszy dokument zaczekał chwilę, po czym otrzymał małą, niewinnie wyglądającą karteczkę. — Pięćset złotych, ocipiał pan?! — wrzasnął, nim zdążył ugryźć się w język. Kwota, jaką zobowiązany został zapłacić, wydawała mu się nieco zawyżona. — Teraz już tysiąc — powiedział z uśmiechem funkcjonariusz, po czym wręczywszy mężczyźnie drugi mandat odszedł, mówiąc — Udanego dnia panu życzę.
Seria przekleństw, jaka chwilę później zaprzątnęła umysł Krystiana, z pewnością kosztowałaby go kilka milionów. Powstrzymał się więc przed uzewnętrznieniem swoich żalów, woląc nie ryzykować. Dopiero co stracił równowartość niemal dwóch zasiłków. Że też zawsze musiał mieć takiego pecha. Gdyby chociaż udało mu się wreszcie znaleźć jakąś pracę. Niestety, dziewczyna z urzędu za każdym razem prezentowała mu oferty nijak mające się do jego umiejętności. — Zakład pogrzebowy {i}Jutrzenka{/i} poszukuje charakteryzatora zwłok. Byłby pan zainteresowany? — zapytała pewnego razu. Dziewczyna wydawała się wręcz obrażona, gdy usłyszała krótkie, acz wymowne {i}NIE{/i}, przetłumaczone dla pewności na piętnaście języków. — Nie ma pani czegoś innego? Jak słychać, mógłbym się sprawdzić jako lingwista. — Jako kto? — Urzędniczka zrobiła zaskoczoną minę. — Nic panu nie pasuje! Chwilę później w pośpiechu zaczęła wertować stos kartek, leżących przed nią na biurku. — O, a tutaj... — zawołała, wyjąwszy jedną z nich. — Salon urody {i}Pocahontas{/i} zatrudni fryzjerkę. Skusi się pan? Dobrze płacą. To, co Krystian wówczas odpowiedział, było co najmniej niegrzeczne. Trudno mu się dziwić. Dziewczyna najwyraźniej nie przejrzała wcześniej dokumentów odnoszących się do jego kwalifikacji zawodowych. W przeciwnym wypadku wiedziałaby, że magister inżynierii bezpieczeństwa nie byłby najlepszą fryzjerką. Ukończenie tak trudnego kierunku Krystian uważał za swój jedyny życiowy sukces. Dzięki państwowym stypendiom dla najzdolniejszych studentów przez pewien czas miał nawet nadzieję, że znajdzie dobrze płatną pracę i jego życie się jakoś ułoży. Niestety, los najwyraźniej miał wobec niego inne plany.
— Przepraszam... — Jego rozmyślania przerwał nagle słodki do przesady głos jakiejś kobiety. Wysoka blondynka, ubrana w elegancki strój, mający niewątpliwie świadczyć o jej wysokiej pozycji społecznej, wpatrywała się w niego z uwagą. Obok niej biegał mały, wyjątkowo brzydki, rozszczekany piesek. — Mogę usiąść obok pana? Strasznie bolą mnie nogi — dodała po chwili. — Tak, proszę — odparł Krystian, przesuwając się na bok, by zrobić kobiecie miejsce. — Dziękuję — odparła. — Tylko zamknę samochód. To powiedziawszy podeszła do zaparkowanego przy krawężniku ogromnego wozu terenowego. Pojazd przewyższał swoją wielkością niejeden domek jednorodzinny. Nic więc dziwnego, że ku oburzeniu innych kierowców zajmował pół jezdni. Wyjąwszy z niego błyszczącą torebkę, kobieta zamknęła auto i usiadła na ławce. Jej piesek nie przestawał szczekać. — Krystek, zamknij mordkę. Wysraj się albo wysikaj, a nie mi tu będziesz hałasować! — Krystek? — wyrwało się Krystianowi. — Skrót od Krystian — usłyszał w odpowiedzi. — Zawsze lubiłam to imię. W naszej rodzinie od lat nazywamy tak wszystkie psy. Ten tutaj to Krystian Junior Trzeci. Czworonożny imiennik Krystiana zgodnie z prośbą swojej pani podniósł lewą nóżkę i oddało mocz na chodnik, ochlapując przy tym spodnie Krystiana. — Co też pani?! — warknął mężczyzna, poderwawszy się z ławki. — Spokojnie! — Kobieta zrobiła zdziwioną minę. — To tylko mocz. Na moczu się jednak nie skończyło. Chwilę później piesek załatwił drugą z podstawowych potrzeb, również na chodniku. Akurat w tym momencie nie przechodził tamtędy żaden policjant. — Krystek robi bardzo zdrowe kupki — zagaiła blondynka, gdy wytarłszy spodnie chusteczką Krystian usiadł ponownie na ławce. — Proszę spojrzeć, jasny brąz. Nic dziwnego, karmię go przecież najlepszą karmą, sprowadzaną specjalnie ze Szwajcarii. W dzieciństwie Krystian też miał psa. Jego mieszaniec wabił się Thriller, ze względu na przerażająco brzydką mordkę. W przeciwieństwie do Krystiana Juniora Trzeciego, jadł wszystko, nie wyłączając kamieni, robaków i niedojedzonych resztek z obiadu, a jego kupy były równie brązowe. Niestety, któregoś lata rozjechał go kombajn. — Widzi pan, psy tej rasy nie jedzą niemieckiej karmy — kontynuowała kobieta. — Zawiera ona zbyt mało białka i kwasów... — Pani naprawdę sądzi, że mnie to obchodzi?! Mojemu psu zdarzało się nawet lizać krowie gówna i proszę mi wierzyć, z niedoboru białka nie cierpiał. Zresztą to pani zwierzątko wygląda raczej jak szczur, tylko brak mu ogona i uszu. To powiedziawszy Krystian poderwał się z miejsca i ruszył przed siebie, nie bacząc na oburzoną minę kobiety. W istocie jej pupil, w myśl najnowszych trendów pozbawiony niektórych części ciała, przywodził na myśl wiele stworzeń, tylko nie psa.
Krystian poczuł, jak momentalnie zrobiło mu się gorąco i to bynajmniej nie z powodu panującego na dworze upału. Co zrobiłem źle? — zastanawiał się w myślach. Trudno mu było zrozumieć otaczającą go rzeczywistość. Żałował jedynie ludzi, którzy cierpieli podobnie jak on, choć jego zdaniem takich akurat było niewielu, wbrew powszechnemu i charakterystycznemu dla społeczeństwa utyskiwaniu. — Daj pan złotówkę, albo chociaż coś do jedzenia. Cichy głos dobiegający gdzieś z poziomu chodnika przykuł uwagę Krystiana. Obróciwszy się powoli, mężczyzna zobaczył drobną kobietę z dwójką dzieci, siedzącą pod obskurną ścianą jednej z kamienic. Przed nią, na chodniku, leżała ubrudzona kartka, na której odręcznie napisano {i}Zbieram dla nich{/i}. Zarówno kobieta jak i jej pociechy wyglądali okropnie. Ich ubrania, całe poplamione i zakurzone, sprawiały wrażenie nigdy nie pranych. Mała, wyraźnie zabiedzona dziewczynka i jej braciszek kulali po ziemi kamyki. Byli zbyt mali, by zrozumieć co właściwie robią na ulicy. Na twarzach maluchów nie gościł jednak szczery uśmiech, tak charakterystyczny dla dzieci w ich wieku. Krystian zatrzymał się. Poczuł smutek i współczucie. Na chwilę zapomniał nawet o własnych zmartwieniach. Widział, jak zawstydzona koniecznością żebrania kobieta wyciąga w jego kierunku niewielki koszyczek. Obok kilku drobnych monet znajdowały się w nim dwa kapsle od butelek po piwie, pognieciony bilet do tramwaju, petarda i wypalony do połowy papieros. Ot takie tam przejawy poczucia
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Smith12
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…