Hugo, cz. I
Hugo Stacks jest mężczyzną, w dodatku nie byle jakim, bo brzydkim jak ulewna jesień. Wszyscy przypominają mu o tym, na każdym kroku. Jest jednak coś, czego nie wiedzą - jest również dyplomatą cieni, osobą, która utrzymuje pokój pomiędzy dwoma światam
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
- Każdy z nas wie, czym jest cień i każdy z nas go ma. Czy może się mylę? Jeżeli zauważyliście, że nie posiadacie cienia... strzeżcie się. To nic dobrego, nie mieć cienia. Wydawałoby się, że nie niesie to za sobą żadnych konsekwencji, nie pomyśleliście pewnie jednak, że brak cienia oznacza coś złowieszczego... Hugo Stacks stał przy otynkowanej, brudnej ścianie. Uliczka była wąska, a on za żadne skarby nie chciał znaleźć się zbyt blisko przeciwległej powierzchni, która widniała mu przed oczami. Pewnie chciałby, żeby przed oczami widniała mu tylko ta powierzchnia, jednak było tam coś jeszcze. Konkretnie, pięć takich cosiów, gapiących się na niego groźnie. Przebiegł po nich oczami nerwowo, tak jak zrobił to trzydzieści sekund temu, czekając na jakiś odzew. Właśnie przedstawił swoim nowym kolegom odwieczną tajemnicę świata. Mogliby chociaż coś powiedzieć. Pięciu kolegów wolało mu raczej przypierdolić. - W nogi, Bobby! - krzyknął Hugo, gdy banda przyjemniaczków rzuciła się w jego stronę w szaleńczym tempie. Za stary już był na takie rzeczy. - Niech cię cholera jasna, bydlaku! - odpowiedział mu Bobby, sunąc zaraz za nim. Pięć uliczek dalej, nie było już kogo gonić. Hugo Stacks zniknął z tego świata.
W innej, całkiem odległej części miasta, ludzie mieli normalne problemy. Płacili podatki, chodzili do szkoły i robili zakupy. Ot, zwyczajne sprawy, które nikomu nie uruchamiały programów w mózgu, o jakich nie mieli nawet pojęcia. Cóż trudnego jest w robieniu zakupów? Dostajesz pieniądze i listę produktów, wchodzisz do sklepu, ściągasz rzeczy z półek, jeździsz sobie wózkiem wśród wąskich alejek, a potem idziesz do kasy i płacisz. Tyle, że czasem nie dostajesz listy i musisz improwizować. Ale to też jest do zniesienia, przecież wiesz mniej więcej, na co powinieneś się zdecydować. Dziewczyna popatrzyła ze smutkiem i przerażeniem na opakowania. Może niewiele je różniło – miały w sobie jakieś sztuczne, chemiczne batoniki, tak chętnie wchłaniane przez dzisiejszą młodzież – jednak dla niej była to decyzja życia. - Snickers czy Mars... - mruknęła pod nosem, obracając w palcach opakowania. Udało jej się zredukować rodzaje batonów do tych dwóch, które naprawdę lubiła. I tu pojawiał się problem, gdyż nie potrafiła określić, który chciałaby bardziej. Nie byłoby to może takie dziwne, gdyby dziewczyna nie miała tego problemu ze wszystkim. Cokolwiek próbowała wybrać, nie udawało jej się. Jeśli dostała od mamy listę zakupów, wszystko było w porządku. Brała tylko rzeczy, które się na niej znajdowały. Nie patrzyła nawet na inne półki. Co innego, gdy musiała improwizować. Wybierać sama. Nie potrafiła tego. Nie miała pojęcia, co blokuje w niej tę umiejętność. Starała się skupić z całej siły, zrobiła w głowie listę plusów i minusów obu batonów... i nic. Nadal nie dała rady określić, który podobał jej się bardziej. Zbliżyła się do granicy totalnej frustracji i postanowiła, że znów musi uczynić Ten Krok – wziąć oba. - Snickers, czy Mars? - powtórzyła sobie ostatni raz, nieco głośniej, niż jej się wydawało. - Weź Snickersa – odezwał się głos. - Jest większy, no i smaczniejszy. Przynajmniej według mnie. Dziewczyna odwróciła wzrok w stronę wybawiciela, ze wzruszeniem wylewającym się z oczu. Wysoki brunet patrzył na nią piwnymi oczyma, uśmiechając się olśniewająco. - Jestem Alec – przedstawił się, wyciągając ku niej dłoń. Dziewczyna szybko odłożyła Marsa na półkę i przełożyła Snickersa do lewej ręki, by móc uścisnąć rękę swego bohatera. - Laura – rzuciła. - Nawet nie wiesz, jak bardzo jestem ci wdzięczna. - Nie zrobiłem nic takiego... - Oj, wierz mi, to była decyzja życia. Laura wrzuciła Snickersa do koszyka. Po chwili, wzięła jeszcze jednego i uniosła w górę, na wysokość twarzy Aleca. - A tego biorę dla ciebie – wyjaśniła. - W podzięce za twe bohaterskie czyny. Alec roześmiał się uroczo, co bardzo spodobało się Laurze. Jeszcze nigdy nie była tak zadowolona ze swego głupiego dowcipu. Po chwili, Laura czuła się, jakby znalazła nowego przyjaciela. Alec był miły, uroczy i pomocny. Ściągał dla niej rzeczy z górnych półek. Razem stanęli w kolejce do kasy, rozmawiając o nudnych rzeczach, jakby to były najwspanialsze historie rodem z baśni. A gdy wyszli ze sklepu, pomógł jej władować zakupy do bagażnika. Zaoferowała, że podwiezie go do domu, jednak on grzecznie odmówił. Nie była pewna, ale chyba czuła się zawiedziona. Bała się, że nigdy już nie zobaczy Aleca. Miała również wrażenie, że ten rozpłynie się, niczym sen, gdy tylko odwróci wzrok. Spuściła głowę, mówiąc ostatnie „Do zobaczenia”. Chciała wierzyć w te słowa. Alec zatrzymał się na chwilę, wzdychając nonszalancko. Wyciągnął kawałek kartki z kieszeni i długopis. Później zaczął bazgrolić w powietrzu, co nie szło mu zbyt dobrze. - Proszę – odparł, podając jej zapisany skrawek. - To mój numer. Zadzwoń, jeśli będziesz potrzebowała pomocy. - Nie wpadam w tarapaty tak często... - stwierdziła z przekąsem Laura, w duchu skacząc z radości. Ścisnęła karteczkę w dłoni, by być pewna, że nie porwie jej wiatr, albo jakiś wredny pies, z rodzaju tych, co zjadają zadania domowe. - W takim razie możesz zadzwonić bez powodu – dodał, machając jej na pożegnanie. Laura stała na parkingu, czytając małe cyferki ze wzruszeniem. Dawno nie przydarzyło jej się coś tak dobrego. Wsiadła do samochodu i jeszcze raz spojrzała na numer telefonu, by upewnić się, że nie zwariowała. Potem dokładnie przestudiowała drogę do domu. Miała ją narysowaną na kartce, bo nie ufała GPS-owi, w dodatku nie znosiła, gdy komputerowe głosy mówiły jej, co ma robić. Normalny człowiek bez trudu trafiłby z pobliskiego supermarketu do swojego domu. Laura nie była jednak całkiem normalna. Gdyby istniała tylko jedna droga ze sklepu do domu, nie byłoby problemu. Pojechałaby nią wprost pod same drzwi. Ale istniało ich wiele i Laura musiała za każdym razem dokładnie przyglądnąć się mapie, by nie mieć wątpliwości, którą powinna wybrać. Przyzwyczaiła się już w dużym stopniu do takiego stanu rzeczy. Nienawidziła tej niemożności podejmowania decyzji, ale ustawiła swoje życie tak, by nie dało się podejmować żadnych. I wtedy sobie uświadomiła. Co, jeśli nie będzie umiała zdecydować, czy zadzwonić do Aleca, czy nie? O święte relikwie Franciszka, co wtedy będzie? Czy już nigdy się nie spotkają? Modliła się, by spotkać go choć raz na ulicy. Tylko w ten sposób to nie będzie zależało od niej. Zmagając się z tą straszliwą myślą, dojechała w końcu do domu.
Wśród oparów i kłębów dymu, znajdowała się postać. Nie wiedziała dokładnie, gdzie jest, ani gdzie ma iść, ale wiedziała przynajmniej, że jest bezpieczna. Odcienie szarości, które widziała dookoła siebie, jeszcze nigdy nie uszczęśliwiły jej tak bardzo. Za chwilę postać miała spotkać potwory, dużo potworów, ale ta wizja nie niszczyła jej szczęścia. Nie pierwszy raz zobaczy te wszystkie szare zjawy. - No, Bobby, uciekliśmy – przyznał wesoło Hugo Stacks, wkładając ręce do bezkresnych odmętów swoich kieszeni. Było mu zimno. Bobby odpowiedział paroma krzykliwymi przekleństwami. - Czy mógłbyś choć raz użyć słów, które zrozumiem? - poprosił mężczyzna. - Ayy – dodał Bobby, co miało oznaczać „Tak”. Hugo przeszedł przez szare chmury, szukając jakichś znaków rozpoznawczych. - Czy to może twoja dzielnica? - zapytał Bobby'ego, odwracając się w jego stronę. W tej mgle nie mógł rozpoznać, gdzie znajduje się jego kompan. - Ayy, Hugo. Tu żeśmy się mieli spotkać z tym szalonym skurczybykiem. - Nie mów tak o nim, Bobby. To mój najlepszy klient. Hugo Stacks, po chwili czekania w szarej eminencji świata, postanowił poczynić przygotowania. Z niezmierzonych przestrzeni kożuchopodobnego płaszcza wyciągnął butelkę złocistego płynu. - Dobra whisky się zmarnuje... - narzekał Bobby. Hugo skomentował to jedynie podniesieniem włochatej brwi. Odkręcił butelkę i powąchał. Ostry, alkoholowy i mocno
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil SirPotworny
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…