Wróć do katalogu

Klan zamieci (część I)

Wstęp do historii, która przez trzy lata nie doczekała się kontynuacji. Na szczęście wena wróciła. Zainteresowanych zachęcam do zapoznania się z opowiastką a'la fantasy, wypełnioną śniegiem, mrozem i nie do końca pozytywnymi relacjami międzyludzkimi.

Beataopublikowano 7 września 20081 godz. czytania 4,8 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Część I

Stuk, stuk, stuk. Odgłos kroków zakłócił ciszę nocy. Delikatna postać przemknęła przez długi, oświetlony paroma kagankami korytarz i przystanęła na szczycie schodów. Poniżej czerniły się niewielkie, wąskie drzwiczki, przez szpary przenikało mroźne powietrze. Dziewczyna obejrzała się, zasłuchała w ciszę. W dali, na parterze wiekowego dworu, zgrzytnęły zawiasy wrót. To było niczym znak. Bez wahania uniosła szklane wieczko kaganka i zdmuchnęła płomień. Po omacku zeszła po schodkach. Najciszej jak tylko mogła, otworzyła drzwi i wymknęła się na krużganek. Owionął ją lodowaty wiatr, więc otuliła się mocniej płaszczem. Ruszyła ku przeciwległej ścianie budynku. Omijała bogato dekorowane kolumny i łuki, muskała przysypany śniegiem murek. Gdy tylko znalazła się po drugiej stronie krużganka, schowała się za rogiem i przysiadła na parapecie oszklonego kolorową mozaiką okna. Pokrywający wewnętrzny dziedziniec śnieg i odbijający się w nim blask księżyca sprawiały, że noc była wyjątkowo jasna. Wokoło wirowały puszyste płatki. Nie ruszała się z miejsca. Wcisnęła dłonie w rękawy płaszcza, opatuliła grubym materiałem i czekała. Porywy wiatru przenikały ją do szpiku kości, kamienne ściany potęgowały wrażenie odrętwienia. W zakamarkach krużganka czaiły się tajemnicze, groźne cienie, rozciągnięte poniżej budynki gospodarcze sprawiały wrażenie wyludnionych. Tylko w oddali, za murami otaczającymi dwór, połyskiwało niewielkie skupisko światełek. Jedna z wiosek układała się do snu. Dziewczyna przyglądała się lśniącym punkcikom. Nagle oderwała wzrok od horyzontu, cofnęła się i przylgnęła plecami do zimnego szkła. Instynktownie wyczuła, że ktoś zszedł po stopniach i przystanął za drzwiami. Rozległ się stłumiony szczęk zamka. Pchnięte skrzydło otworzyło się na oścież i na progu pojawił się wysoki chłopak. Mocny powiew wiatru targnął jego ciemną czupryną, wirujący śnieg uderzył w twarz. Młodzian odgarnął grzywkę z czoła. – Kari? – szepnął i zaraz obejrzał się, przestraszony, czy jego słowa nie dotarły do kogoś niepowołanego. Ostrożnie zamknął za sobą drzwi. Dziewczyna obserwowała go z ukrycia. Nie ruszała się, nie odzywała. Za nic nie chciała zdradzić swojej obecności. Chłopak ruszył przed siebie. Ominął kilka filarów i odwrócił się twarzą do dziedzińca. Oparł ramiona na murku, wbił wzrok w biały puch. Od czasu do czasu zerkał na masywne drzwi. Kiedy z ciemnogranatowego nieba sypnęła gęsta zadymka, skulił się i pospiesznie postawił kołnierz koszuli. Mrużył oczy w ochronie przed natarczywym śniegiem, rozcierał zmarznięte dłonie. Nagle wyprostował się, cofnął w głąb wąskiego korytarza i syknął coś pod nosem. Po ustach dziewczyny przemknął triumfujący uśmieszek. Bezszelestnie wysunęła się ze swojego kąta. Czając się, ominęła kolumny krużganka i podeszła do bruneta. To, że stał zwrócony do niej plecami i wpatrywał się w drzwi, tylko ułatwiało jej sprawę. Zakryła dłońmi oczy chłopaka. Uwolnił się gwałtownym ruchem i przestraszony, obejrzał się za siebie. – Kari… nie rób tak więcej – odetchnął z ulgą. Dziewczyna uniosła wyżej głowę. – Mój ojciec nie byłby zadowolony, gdyby zobaczył, jak łatwo dałeś się podejść. Czy tak powinien reagować dzielny pomocnik pana Ardena? – uśmiechnęła się ironicznie. – Podeszłaś cicho jak kot. Zaskoczyłaś mnie – chciał ją objąć, lecz Kari odsunęła się o krok. – Kazałeś mi na siebie czekać. Uważasz, że to w porządku? Skruszony, opuścił ramiona. – Przepraszam. Nie wiedziałem, że będziesz z drugiej strony krużganka. Myślałem, że umówiliśmy się tutaj… widocznie coś źle zrozumiałem. – Widocznie – ucięła krótko. Chłopak spuścił głowę. Przejmował się każdym jej krzywym spojrzeniem, każdą wypowiedzianą pretensją. Znajdował się całkowicie w jej mocy. Uśmiechnęła się z nieporadnie skrywaną wyniosłością. – Trudno, mogłeś się pomylić. Najważniejsze, że przyszedłeś. – Przecież obiecałem. Poza tym – odważył się pogładzić ją po policzku – jeśli chodzi o spotkania z tobą, to niczego się nie boję. Nawet tego, co by zrobił ze mną twój ojciec, gdyby się dowiedział, że się z tobą spotykam. Nakryła jego dłoń. Wyczuła pod opuszkami palców lodowatą, szorstką skórę. Był przemarznięty. Nie miał ze sobą kożucha ani dodatkowej koszuli. Widocznie tak się spieszył, by dotrzeć tu na czas, że po służbie nawet nie zaszedł do baraków. Zaciągnęła się mroźnym powietrzem. Miała rację, wciąż czuć było od niego ostry zapach koni. Uśmiechnął się, gdy przylgnęła do niego. Objął ją, wtulił twarz w miękkie, przyprószone śniegiem włosy. Cieszył się bijącym od niej ciepłem. Tym, że była przy nim, że już nie miała do niego żadnych pretensji. – Cały drżysz. – To przez ciebie – zaśmiał się cicho. – Przeze mnie? – zapytała przekornie. – A może przez twoją nieroztropność? Kto biega po nocy w samej koszuli? – Dopiero co wróciłem z rekonesansu. Twój ojciec podejrzewa, że po okolicy buszują jacyś obcy. Paru z nas miało to sprawdzić i zobaczyć, czy nie trafimy na jakieś podejrzane ślady. Dojechaliśmy aż do wschodnich wiosek. Powrót zajął nam sporo czasu. Wszystko przez tą paskudną śnieżycę – skinął głową w stronę nieba. – Wpadłem do stajni, zrzuciłem z siebie cuchnący kożuch i przybiegłem prosto do ciebie. Nie chciałem się spóźnić, ani tego zawalić… ale i tak mi się nie udało – zachichotał. Kari odpowiedziała stonowanym uśmiechem. Jednak Ellan poruszył w niej falę czułości. Uniosła rękę, odgarnęła powiewającą na wietrze grzywkę chłopaka. Czoło było przerażająco zimne. On się naprawdę dla niej poświęcał. Na każdym kroku udowadniał, jak wiele dla niego znaczyła. Czuła się z tym wspaniale. – Nieważne, że się spóźniłeś. I tak bym na ciebie czekała. Chciałam cię zobaczyć. – Ja ciebie też. Przez cały dzień nie myślałem o niczym innym – przez dłuższy moment wpatrywał się w twarz dziewczyny, po czym powoli, delikatnie, pochylił się nad nią i musnął ustami jej usta. Odsunął się nieco, przygryzł na moment dolną wargę. – Kari, wiesz, że… że jesteś dla mnie bardzo ważna? Kari domyślała się, ile to zwierzenie musiało go kosztować. Był wyraźnie zażenowany, zerkał w bok, na dziedziniec, jakby nie mógł wytrzymać jej spojrzenia. Po raz pierwszy całkowicie się odsłonił i zapewne nie wiedział, jak zostanie potraktowany. Bał się i był w tym strachu rozbrajająco uroczy. Zadowolona, przylgnęła do niego. – Wiesz, czego mi brakuje? Normalnych spotkań. Żebyśmy nie musieli się tak ukrywać. Momentami czuję się jak przestępca. Kari przeklęła w duchu. Normalne spotkania? Tak, jasne! I co jeszcze? Może oficjalne narzeczeństwo, ślub z błogosławieństwem jej ojca?! Wzburzona własną myślą, odsunęła się od Ellana, przycupnęła na jednym z parapetów i zapatrzyła się w niebo. Zadymka traciła na mocy, ciężkie chmury sypały coraz drobniejszymi płatkami śniegu. Także wiatr zdawał się ustawać. Chłopak przysiadł tuż obok niej. Czuła, jak nieśmiało założył rękę za jej plecy. Nie poruszyła się. – Ten rekonesans, o którym mówiłeś… znaleźliście coś? – mruknęła, by tylko przerwać ciszę. – Nic. Żadnych śladów. Przynajmniej nie w pobliżu uczęszczanych szlaków. Jutro mamy poszukać w okolicznych lasach. – Mój ojciec nie ma dla was litości. Wysyła was na zwiady w tak paskudną pogodę! – Twój ojciec chce, żebyśmy sami podejmowali decyzje i robili, co do nas należy – wcisnął zmarznięte dłonie pod pachy. Nie chciał tego okazać, lecz coraz bardziej drżał z zimna. Do tego zaczęła ogarniać go ogromna senność. Całodzienna tułaczka na końskim grzbiecie odzywała się w nim coraz wyraźniejszym echem. A jednak nie mógł jeszcze odejść. Nie on decydował, kiedy spotkanie zostanie zakończone. To Kari zawsze dawała sygnał do rozejścia się. Musiał czekać. Potarł zmęczone powieki i znów zapatrzył się w zasypany śniegiem dziedziniec. Siedzieli w ciemności, ukryci pod dachem krużganka, ramię przy ramieniu. Rozmawiali, chichotali, co chwilę patrzyli sobie w oczy. Księżyc przebijał się przez coraz rzadszą warstwę chmur i oświetlał ich mdłym światłem. Nie słyszeli niczego poza hulającym wiatrem. Nagle oboje umilkli. Wstali i bez słowa zapatrzyli się w drzwi prowadzące do ich kryjówki. Ktoś się zbliżał. Czyjeś kroki stuknęły na schodach. Kari wyczekiwała niespodziewanego gościa z gwałtownym biciem serca. Nie miała powodów do obaw, nie robiła nic, za co mogłaby zostać ukarana, lecz nie chciała też, by ktokolwiek dowiedział się o jej schadzkach ze zwykłym chłopakiem z baraków. Zerknęła kątem oka na Ellana. Stał tuż obok, blady i przerażony. Gdy zamarznięte zawiasy zgrzytnęły, drgnął, jakby miał zamiar rzucić się do biegu, lecz ostatecznie tylko cofnął się o krok. Zapewne zrozumiał, że ucieczka nie ma najmniejszego sensu. Pojął też, że romantyczne podchody zmieniały się właśnie w coś poważniejszego. Za długo igrał z losem. Usłyszała, że z trudem przełknął ślinę. Gdy ich dłonie musnęły się przez przypadek, instynktownie cofnęła rękę. Gorączkowo wymyślała jakąś wiarygodną wymówkę. Z ciemności wyłoniła się młoda kobieta. Jedną ręką ściskała na piersi brzegi brązowego szala, w drugiej niosła kaganek. Łopoczący na wietrze płomyk oświetlał jej zaciętą twarz, rzucał cień na groźnie zmarszczone brwi. Przez chwilę stała w bezruchu i tylko przenikała ich wzrokiem, po czym zbliżyła się zdecydowanie. Chwyciła Ellana za ramię, odciągnęła od dziewczyny. – Wracaj do baraków! – syknęła. Wyszarpnął się szybkim ruchem. – Sam wiem, co mam robić. – Nie wydaje mi się. Jak długo masz zamiar pakować się w kłopoty?! – Andri, wiem, że się o mnie martwisz, ale… – Wracaj do baraków, powiedziałam! Zacisnął usta, zły, że jest w ten sposób traktowany w obecności Kari. Chciał się odezwać, lecz jedno spojrzenie kobiety zatamowało niewypowiedziane słowa. Rozkazywała mu natychmiast stąd zniknąć. Wiedział, że z nią nie wygra. Nigdy nie wygrywał. Odetchnął cicho i niechętnie odwrócił się w stronę Kari. Ujął ją za rękę, rozciągnął usta w wymuszonym uśmiechu. – Jeśli tylko będziesz znowu chciała… – Ellan, nie przeciągaj struny. Jeszcze chwila i sama doniosę jej ojcu o waszej idiotycznej zabawie! Chłopak odwrócił się gwałtownie. – To nie jest zabawa! – obdarzył kobietę złowrogim spojrzeniem i ruszył zdecydowanie ku niedomkniętym drzwiom. Szarpnął za klamkę. Po chwili rozładował złość, trzaskając mocno skrzydłem. Cichy huk wzniósł się ku niebu. Kobieta nie przestawała wpatrywać się w twarz Kari. Dziewczyna znała ją na tyle dobrze, by wiedziała, że opiekunka z trudem hamowała złość. – Znowu to robisz. – Co takiego? – Narażasz go. – Do niczego go nie zmuszam. Sam do mnie przychodzi – wydęła pogardliwie wargi. – Przychodzi, bo wmówiłaś mu, że się w nim zakochałaś! Ten dzieciak stracił dla ciebie głowę, a ty to wykorzystujesz! Kari wyprostowała się, wbiła wzrok w oczy Andri. – Skąd wiesz, że go wykorzystuję? Tak ciężko uwierzyć, że coś do niego czuję? – szepnęła ze wzburzeniem. – Nie żartuj! Uwierzyłabym każdej innej dziewczynie z dworu, ale nie tobie. Za dobrze cię znam – opiekunka nachyliła się nieco, zacisnęła dłoń na jej ramieniu. – Zostaw w spokoju mojego brata, rozumiesz? Zabawiłaś się jego kosztem, ale teraz dość. Spotkaj się z nim jeszcze raz, a sama coś z tym zrobię! Nic nie możesz zrobić, prychnęła Kari w myśli. Wyszarpnęła ramię. Miała dość nocnej eskapady, więc bez słowa ominęła kobietę i ruszyła do budynku. Po chwili znów znalazła się w kamiennym korytarzu. Szła przed siebie równym krokiem, omijała ciemne plamy drzwi i sporadycznie rozstawione kaganki. Wyczuwała, że Andri podąża za nią, lecz nie obejrzała się. Uparcie milczała. Nie miała jej nic do powiedzenia. Po paru minutach znalazła się w swojej komnacie. Zatrzasnęła drzwi i oparła się o nie. Usłyszała, że opiekunka także weszła do zajmowanego pokoiku na końcu korytarza. Była tak zdenerwowana, że nawet nie zaproponowała podopiecznej pomocy w przygotowaniu się do snu. Nie poprawiła pościeli, nie zaparzyła wody, nie rozczesała długich, falujących włosów. Tym razem Kari wcale za tym nie tęskniła. Miała jej dość. Zacisnęła na moment powieki i odetchnęła pełną piersią. Starała się uspokoić, lecz nie przychodziło jej to z łatwością. Że też opiekunka musiała wszystko zepsuć! Spłoszyła Ellana, i to w chwili, gdy wszystko tak dobrze szło! Poza tym, jak mogła wygadywać podobne głupstwa? Za kogo ją miała? Za najokrutniejszą jędzę w całym dworze? Przecież inne dziewczyny też flirtowały z chłopakami i wmawiały im to, co ci chcieli usłyszeć! Lubiły czuć się szczególne, czasami naginały fakty, nawet kłamały… dlaczego ona miała być tą najgorszą? Tylko dlatego, że upatrzyła sobie jej brata? Naprawdę do niczego go nie zmuszała. Chłopak sam lgnął do niej niczym ćma do ognia! Otworzyła oczy i rozejrzała się po przestronnej komnacie. Blask płonącego kominka mieszał się z wpadającą przez okno, księżycową smugą. Nakryte grubą pierzyną łóżko z baldachimem zdawało się być wyjątkowo ciepłe i wprost zachęcało do snu. Na stoliku leżała niedbale porzucona, otwarta księga. Kari zdjęła płaszcz i podeszła do kominka. Przez pewien czas grzała dłonie nad ogniem, zapatrzona w krwistoczerwone szczapy drewna. Myślała o minionym spotkaniu. O ciemności, śniegu, głębokim głosie Ellana, jego brązowych oczach, chłodzie skóry. O tym, jak dobrze się przy nim czuła. I o słowach Andri. Potrząsnęła głową i wyprostowała się gwałtownie. Jej wzrok padł na wiszące naprzeciw lustro. Ze szklanej tafli patrzyła na nią młoda, bardzo ładna dziewczyna. Płomienie rozświetlały gładką twarz o delikatnych, niemal dziecinnych rysach. Na zaczerwienione od mrozu policzki opadało parę brązowych kosmyków. Ciemnoszare oczy zdawały się lśnić tysiącami maleńkich iskier. A usta… Dotknęła palcem dolnej wargi i uśmiechnęła się szeroko. W końcu poczuła pocałunek chłopaka. Nie było tak, jak sobie wyobrażała, jednak czego mogła się spodziewać? Ellan nie był wymarzonym partnerem, z kimś innym na pewno poszłoby lepiej. O niebo lepiej. Byłoby tak wspaniale, że serce wyrywałoby się z piersi, a nogi odmówiły posłuszeństwa. Zupełnie jak w tych cudownych historiach miłosnych, którymi wypełniona była biblioteka jej matki. Odwróciła się i rzuciła na łoże. Podskoczyła na nim parę razy, dając upust rozpierającej ją radości, po czym, już nieco uspokojona, usiadła i zdjęła suknię. Wsunęła się pod puchatą kołdrę i zacisnęła powieki. Delikatne trzaskanie ognia i rozkoszne ciepło sprawiły, że natychmiast zasnęła.

* * *

– Odwróć się. Kari wykonała polecenie. Usadowiła się wygodniej na krześle i dumnym gestem odrzuciła włosy na plecy. Wbiła wzrok w rozświetlone słońcem okno. Dolną część szyby zdobiły splątane, połyskujące lodowe liście. Andri stała za nią i zdecydowanymi ruchami rozczesywała jej długie, falujące włosy. Nie okazywała podopiecznej dawnego ciepła, zanurzała szczotkę w kasztanowych pasmach mocniej, niż to było konieczne, a z jej ust wypływały wyłącznie krótkie polecenia. Sytuacja w komnacie była napięta. Kari wiedziała, że kobieta nadal ma do niej żal o minioną noc. Uważała to za śmieszne. Nie czuła się ani trochę winna. W końcu Ellan nie był dzieckiem. Wiedział, co mu groziło za spotykanie się z córką zwierzchnika, a jednak podejmował ryzyko. Najwidoczniej uważał, że jest tego warta. Obdarzał ją bezgranicznym uwielbieniem, był taki rozczulający, gdy mówił o swoich uczuciach i gdy na każdym kroku starał się okazać, jak wiele dla niego znaczy. Ostatnia myśl sprawiła, że na twarzy dziewczyny pojawił się szeroki uśmiech. Na szczęście Andri go nie dostrzegła. Nadal pracowała w ciszy i skupieniu. Nagle pociągnęła zbyt mocno i Kari zmarszczyła brwi. – Uważaj. – Przepraszam. Zabarwiona złośliwością uwaga i równie odpychająca odpowiedź. Bez cienia skruchy czy żalu. Kari doskonale wiedziała, dlaczego rozmowa przyjęła tak nieprzyjemny ton. To była oczywista kara. Kara, która miała trwać całe dnie, tygodnie, miesiące… tak długo, aż ona nie ocknie się i nie pojmie, jak bardzo krzywdzi naiwnego chłopaka. Zacisnęła zęby. Nie, ona nie wyrządzała mu żadnej krzywdy. Uszczęśliwiała go, tak jak on uszczęśliwiał ją. Chciał się z nią widywać, więc nie odmawiała mu tego. Dzięki spotkaniom sama czuła się wspaniale. Powoli odkrywała nieznany, pociągający świat. Andri była nadopiekuńczą siostrą, która chciała wszystko zniszczyć. Wyprostowała się gwałtownie. – Zapleć warkocz. Opiekunka odłożyła szczotkę na stolik. Po chwili jej palce zaczęły tworzyć ciasne sploty. Minuty ciągnęły się w nieskończoność. Kari patrzyła przed siebie. Pragnęła, by Andri jak najszybciej opuściła komnatę. To milczenie zaczęło ją męczyć. Wolała zostać sama, niż odczuwać niemy wyrzut kobiety. Zasłuchała się w odgłosy dobiegające z zasypanego śniegiem dziedzińca. Na zewnątrz panowało spore poruszenie. Końskie podkowy stukały o zamarznięty bruk, jeźdźcy dyskutowali o czymś z ożywieniem. Rozległ się krótki krzyk i po chwili głośny tętent odbił się od ścian dworu. Kari nie musiała wyglądać przez okno, by wiedzieć, że kilkunastu pomocników jej ojca wypadło przez bramę na spowity bielą bezkres. Zapewne znów ruszyli na poszukiwanie obcych, o których wspomniał wczoraj Ellan. Andri skończyła zaplatać warkocz i puściła go luźno na plecy podopiecznej. Kari wstała, podeszła do lustra i spojrzała krytycznie na własne odbicie. Chociaż robota opiekunki była nieznośnie wprost precyzyjna, dziewczyna celowo znalazła wyimaginowaną niedokładność i musnęła demonstracyjnie parę kosmyków. Przeniosła wzrok na odbijającą się w tafli sylwetkę Andri. Kobieta wyprostowała się, wygładziła suknię. Ich spojrzenia spotkały się, lecz w oczach żadnej nie pojawił się cień skruchy czy chęci zapomnienia o sporze. Obie uparcie trzymały się swoich racji. – Czy chcesz, bym coś jeszcze zrobiła? – zapytała Andri chłodnym tonem. Tak, pomyślała Kari. Przestań wtrącać się do mojego życia. – Nie. Możesz odejść. Opiekunka bez słowa opuściła komnatę. Dziewczyna zerknęła ostatni raz w lustro, obróciła głowę. Nie, nie miała się do czego przyczepić. Andri przyozdobiła ją piękną fryzurą. Wyszła z pokoju i zatrzasnęła za sobą drzwi. Przemaszerowała przez korytarz, zeszła po wąskich, krętych schodach i skierowała się do pomieszczeń zajmowanych przez rodziców. Ominęła drzwi sypialni, nawet nie zaglądając do środka. To niemożliwe, by o tej porze wciąż spali. Po chwili znalazła się w długim, mrocznym holu. Uniosła wzrok. Tuż przed nią, w równym rzędzie, ciągnęły się portrety jej przodków. Dumni, wąsaci mężczyźni, sztucznie uśmiechnięte kobiety. Wszyscy spoglądali na nią z powagą i surowością, jakby nie byli zadowoleni z tego, co widzieli i dziwili się, na kogo wyrosła mijająca ich dziewczyna. Wykrzywiła się złośliwie do podobizny ostatniego antenata. Myśl sobie, co chcesz, prychnęła w duchu. Robię, co mi się podoba. A dla ciebie jest o sto lat za późno, by krytykować moje zachowanie. Rozbawiona własną myślą, weszła do salonu z szerokim uśmiechem przyklejonym do ust. Siedzący na kanapie mężczyzna uniósł głowę i zerknął na nią z uwagą, po czym wrócił do studiowania rozłożonych wokoło dokumentów. Pochylony nad zwojami, z zamyśleniem skubał krótką, zadbaną brodę. Kari zbliżyła się do srebrnej tacy i sięgnęła po jabłko. – Zjedz śniadanie – dobiegło do niej ponure burknięcie. – Nie jestem głodna. – Niemożliwe. Zachichotała. Musnęła palcami zakrywającą stół koronkową serwetę i wyjrzała przez okno. Słońce zniknęło. Nad okolicą zbierały się gęste chmury, przenikliwy wiatr wdzierał się do salonu i poruszał delikatnie kotarą. Docisnęła drewniane skrzydło. Miała wrażenie, że w przestronnym salonie natychmiast zrobiło się gorąco. – Podaj mi mapę. Zerknęła na ojca. Wskazał niedbałym gestem na potężną szafę. Tłumiąc westchnienie, przeszła przez pokój i pogrzebała chwilę wśród masy papierów. Akta, umowy, finansowe kolumny… w końcu znalazła rulon, na wierzchu którego widoczne były łukowate linie i parę drobnych, pochyłych liter. Bez słowa podała papier ojcu i przysiadła na kanapie. Obserwowała, jak rozwija szkic. Sięgnął po pióro i zdecydowanie zakreślił okrąg wokół miniaturki przedstawiającej dwór. Poniżej widniało wykaligrafowane słowo {i}Gråbein{/i}. Uśmiechnęła się krzywo. Cudowna nazwa. Z biegiem wieków i tak zredukowana do minimum, nadal sprawiała problemy obcym oraz tutejszym chłopom. Dla nich dwór był po prostu Dworem. Albo Miejscem, W Którym Mieszka I Rządzi Surowy Pan Arden. I w tej właśnie chwili pan z Gråbein skreślił szybkim, zamaszystym ruchem jedną z wiosek. Przesunął dłoń odrobinę w dół i na mapie pojawił się kolejny krzyżyk. Zaintrygowana dziewczyna przysunęła się bliżej ojcowskiego ramienia. – Co się stało z tymi wioskami? – zapytała, nie odrywając spojrzenia od nakreślonych znaków. – Niech cię to nie interesuje. Zajmij się swoimi sprawami. – Słyszałam, że po okolicy krążą jacyś obcy. To ma związek z nimi? Zmarszczył brwi. – Kto ci powiedział o obcych? Odsunęła się, spłoszona. – Coś tam przypadkiem usłyszałam… – mruknęła wymijająco. Szlag! Omal się nie zdradziła. Zachowała bezpieczną odległość, jakby to miało uchronić ją przed wyłuskaniem prawdy z jej umysłu. Zerkała dyskretnie na zamyślonego, zdenerwowanego ojca. Po salonie roznosił się cichy stukot pióra o papier, na mapie pojawiało się coraz więcej czarnych kropek. Zjadła w ciszy jabłko i uniosła się z kanapy. Nie działo się nic interesującego, więc powoli skierowała się do wyjścia. Na progu salonu minęła się z matką. Dumna kobieta powitała ją krótkim skinieniem, lecz nie odezwała się ani słowem. Kari przystanęła w progu. Niepewna, odwróciła się. Matka usiadła do stolika, przysunęła do siebie kilka stronic czystego papieru i zaczęła pisać. Kreśliła słowa szybko, bez cienia wahania. Dopiero po dłuższej chwili przerwała przelewanie myśli na papier i zapatrzyła się w przestrzeń. Dziewczyna obserwowała jej profil. Jasna, niemal biała cera w zestawieniu z ciemnymi, związanymi w kok włosami kojarzyła się z chłodem i wyniosłością. Przesunęła wzrok na smukłe dłonie rodzicielki. One także były zimne. Czasami wręcz lodowate. Nie mogła sobie wyobrazić, że z dwóch ceremonialnych, zdobiących prawy nadgarstek blizn spływała niegdyś krew. A może podczas obrzędu zaślubin z żył matki popłynęła na wpół zamarznięta woda? Skrzywiła się nieznacznie. Nie, ojciec opowiadał jej kiedyś o ceremonii zaślubin. Wspomniał, że gdy kapłan odprawiający obrządek naznaczył ich nadgarstki symbolicznymi nacięciami i zetknął je razem, odczuł niezwykłe ciepło. A więc to musiała być prawdziwa krew. Z czasem pewnie ostygła… Kari spojrzała przelotnie na własne nadgarstki i uśmiechnęła się szeroko. Gdy ona będzie brała ślub, z jej ran będzie buchało gorąco. Nie miała co do tego żadnych wątpliwości. I zadba o to, by krew jej męża była równie niespokojna. Nie wyjdzie za byle kogo. Rozmarzona, ale i zadowolona, opuściła salon. Znów owionął ją ledwie wyczuwalny chłód holu. Przemaszerowała parę kroków i zatrzymała się, niepewna, co powinna teraz zrobić. Chciała koniecznie zabić ciągnący się czas. Mogłaby pójść do Andri. Porozmawiać, pośmiać się. Nie… nie po minionej nocy. Nie miała zamiaru znów wysłuchiwać moralizatorskiej gadki na temat Ellana. Najchętniej spotkałaby się z chłopakiem, na przekór opiekunce, lecz wiedziała, że nie było go w okolicy. Na pewno błąkał się po zaśnieżonej dziczy wraz z pozostałymi pomocnikami jej ojca. Szkoda. Ruszyła dalej, nie mając wyznaczonego konkretnego celu. Znów śledziły ją przenikliwe oczy przodków. Do jej uszu docierały strzępki toczącej się za ścianą rozmowy. Wyraźnie wyczuwała poirytowanie rodziców, mogła też zrozumieć niektóre słowa. Trzy wywołały na niej szczególne wrażenie. Tak duże, że, ogarnięta nagłym lękiem, przyspieszyła kroku, chcąc jak najszybciej zniknąć z holu. Mimo pośpiechu echo podsłuchanych słów wryło się głęboko w jej umysł. Przez dłuższą chwilę nie mogła myśleć o niczym innym. „Przeklęta banda duchów”. Jakie znowu duchy? Co ojciec miał na myśli? I dlaczego był taki zdenerwowany? „Przeklęta banda…” Zacisnęła zęby i potrząsnęła głową, by odgonić natrętne myśli. Dość tych bzdur.

* * *

To była cudowna księga. Duża, o szerokiej, twardej, skórzanej oprawie i złoconym grzebiecie. Wokół każdej ze stronic biegła dekoracja przypominająca splątaną winorośl, a litery wykaligrafowane granatowym atramentem naniósł chyba najzdolniejszy ze skrybów. Coś pięknego! Kari leżała wygodnie rozciągnięta na łóżku i muskała palcami jasnobrązowe karty. Nigdy dotąd nie widziała czegoś równie wyjątkowego. Księga musiała liczyć sobie wiele lat, wskazywał na to styl jej wykonania, a jednak pozostawała w idealnym stanie. Kto by nie dbał o tak niezwykły i drogocenny przedmiot? Dziewczyna uśmiechnęła się przebiegle. Postanowiła zatrzymać odkryty skarb w swoim pokoju. Była niemal pewna, że matka nie zauważy braku jednej książki. W końcu miała ich tyle… zresztą, nie trzymała jej na żadnym honorowym miejscu, lecz na dolnej półce, pod ścianą, więc z pewnością tom nie miał dla niej szczególnego znaczenia. Za to dla Kari był od tej chwili jedną z najwartościowszych i najukochańszych rzeczy. Przewróciła kolejną stronę i znów wpadła w zachwyt. Tym razem nie mogła napatrzyć się na przepiękną ilustrację. Brodaty rycerz dosiadał stającego dęba konia, a w dali, na wzgórzu, zarysowywał się zamek z trzema wieżami. Artysta ilustrujący książkę oddał każdy szczegół w wyglądzie mężczyzny i zwierzęcia, mury zamku sprawiały wrażenie zbudowanych z prawdziwych cegieł. Także grzywa i ogon wierzchowca lśniły złotymi refleksami, jeździec zdawał się krzyczeć w przestrzeń bojowe słowa. Dziewczyna miała wrażenie, że obrazek zaraz ożyje, rumak wyskoczy z karty i zastuka podkowami o podłogę, a brodacz złoży na jej dłoni wytworny pocałunek. Rozmarzona, przejrzała tom do końca. Chciała nacieszyć oczy ukrytymi cudami i dopiero wtedy zabrać się za lekturę. Gdyby postąpiła inaczej, za nic nie mogłaby się skupić na opowiadanej historii. Położyła dłoń na skórzanej oprawie i wstała z łoża. Podeszła do okna, uniosła ręce ku górze i przeciągnęła się z całej siły. Była rozleniwiona ciepłem bijącym z kominka i powoli ciągnącym się wieczorem. Chociaż całkiem niedawno zjadła obfity obiad, nie mogła doczekać się kolacji. Wówczas ojciec oderwie się od dokumentów, matka opuści komnaty i we trójkę usiądą do stołu. Kolejnych kilkanaście minut spędzą w swoim towarzystwie, próbując nawiązać mniej lub bardziej udaną rozmowę. Ale będą razem. I noc szybciej nadejdzie. Kari opuściła ramiona i zmarszczyła brwi. Niestety, nawet teraz czas nie chciał jej sprzyjać. Słońce ani myślało chować się za horyzontem. Wisiało nad lasem, zakryte rzadkimi chmurami, przypominające niewyraźną, rozmytą kulę. Spuściła nieco wzrok i odetchnęła cicho. Biel. Wszędzie biel. Widziała tylko biały śnieg przykrywający pola, łąki i trakt, lepiący się do gałęzi drzew. Nawet dachy budynków sprawiały wrażenie uginających się pod ciężarem zmrożonej warstwy puchu. Odetchnęła głęboko. Nie tylko noc powinna nadejść jak najszybciej. Wiosna także. Już chciała odsunąć się od okna i zabrać za czytanie księgi, gdy dostrzegła wypadającą z lasu grupkę jeźdźców. Chociaż byli daleko, natychmiast ich rozpoznała. Pomocnicy ojca wracali do dworu wcześniej, niż się spodziewała. W takim razie nadchodzący wieczór może nie być tak nudny, na jaki się zapowiadał. Wystarczy, by dała Ellanowi sygnał, a ten z pewnością stawi się w umówionym miejscu. Podbudowana tą myślą, oparła łokcie o parapet i obserwowała gnających przez pustkę mężczyzn. Było ich ośmiu, wszyscy ubrani w ciemne, chroniące ich przed mrozem kożuchy i futrzane czapy. Zbliżali się do dworu, zbici w gromadę, ciągnący za sobą kłęby opadającego śniegu. Przemknęli przez łąkę i wpadli na trakt. Jadący przodem jeździec ponaglił konia i wystrzelił ku bramie, zostawiając pozostałych w tyle. Po chwili podkute kopyta zadudniły na kamiennym dziedzińcu, ochrypły głos krzyknął, by zawołać pana Ardena. Kari, głucha na podniesione głosy i echo kroków na schodach, przyglądała się nadjeżdżającej grupie. Zmarszczyła brwi. Pomocnicy jej ojca jechali kłusem i nie oglądali się za siebie. Pomiędzy silnymi sylwetkami wierzchowców pojawiały się raz po raz jasne przebłyski. Dwaj całkiem obcy mężczyźni starali się nadążyć za jeźdźcami, lecz mieli z tym ogromne problemy. Wyraźnie słaniali się na nogach i obijali o boki otaczających ich koni, przewracali. Gdy tylko przywiązane do ich nadgarstków sznury naprężały się, próbowali podbiec kawałek, co graniczyło z cudem. Kiedy gromada przekroczyła bramę i przystanęła na środku dziedzińca, Kari przysunęła się bliżej okna. Patrzyła, jak pomocnicy jej ojca zeskakują z koni i przeganiają je do stajni mocnymi uderzeniami w zad. Zmęczone tułaczką zwierzęta poddały się rozkazowi i znikły pospiesznie za najbliższym zaułkiem. Kilku zainteresowanych zamieszaniem gapiów podeszło bliżej i zadało parę pytań, lecz zostali natychmiast przepędzeni. Plac powoli pustoszał, pozostali tylko stojący pod ścianą pomocnicy Ardena. Wśród nich dwaj zdyszani, skuleni obcy. Obaj płowowłosi, mający na sobie jasne, przerażająco cienkie jak na tę porę roku ubrania. Ich twarze i nadgarstki pokrywały czerwone plamy krwi. Młodszy z nich, najwyżej czternastoletni chłopak, sprawiał wrażenie wycieńczonego i śmiertelnie przestraszonego. Otoczony przez stłoczonych, barczystych mężczyzn, wyglądał niczym zaszczuty zając, z którego lada chwila zostanie ledwie futerko. Kari pomyślała nagle, że ten dzieciak przypomina jej Ellana. Ogarnęła wzrokiem gromadę. Niestety, chłopaka nie było na dziedzińcu. Zapewne nie wrócił jeszcze z wyprawy albo przyjechał wcześniej i teraz siedział w stajni albo w barakach. Jeśli tak, ich nocne spotkanie mogło zawisnąć na włosku. Jak miała się z nim skontaktować? Drgnęła, gdy drzwi dworu trzasnęły donośnie. Otrząsnęła się z zadumy i zerknęła w dół. To Arden wymaszerował zdecydowanie na plac, podszedł do jednego ze swoich ludzi i rozpoczął rozmowę. Dziewczyna była bardzo ciekawa, o czym mówią, dlatego ostrożnie, by nie zostać dostrzeżoną, uchyliła okno. Jej palce natychmiast poraził przenikliwy ziąb. Cofnęła rękę i znów skupiła uwagę na zebranych poniżej mężczyznach.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych