Księżyc i Gwiazda
Księżyc i Gwiazda
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
1.
Kiedy wkraczamy w ten świat, nigdy nie wiadomo co nas spotka. Czy napęczniałe obrazy własnej dumy. Czy może obfite sceny batalii zazdrości. Albo kawałeczki niewielkich zachcianek zbywane szybkim trzaśnięciem drzwiami, choć dziewczyna, która chciała nam wcisnąć karnet do kina uśmiechała się jakoś tak inaczej niż reszta akwizytorowego świata. Kiedy potem zapadasz się w swojej sofie nigdy nie wiesz, co dalej zrobić. Przełączasz bezmyślnie kanały telewizyjne, przerzucasz pomysły w głowie tkwiące ważąc ich ważność i ważniejszość. Mętlik, który cię dopada dezorganizuje cały wieczór, doprowadza do szału, zniechęca do rytualnego drinka. Wymyślasz, że może gorąca kąpiel. Ale gorąca kąpiel tylko zniecierpliwia. Może Sto lat samotności, ale ileż można czytać to roztkliwiające cudo. A może po prostu wskoczyć do łóżka i przespać ten niewiarygodnie rozpaczliwy stan? Kiedy wtulasz głowę w głęboką poduszkę nigdy byś nie przypuszczał, że zaczniesz krzyczeć, więc tylko zdumieniem możesz nazwać to, czym reagujesz na swój własny rozpaczliwie brzmiący głos. Dźwięk rozchodzi się stłumionym echem po podłodze, czujesz że potrącił kubek zimnej wczorajszej kawy i nastała cisza. Słuch wytężony nic nie wykrywa. Żadnej reakcji tego świata, w którym nigdy nie wiadomo, co nas spotka. I właśnie wtedy postanawiasz natychmiast. Zaciskasz mocno pięści, zęby, oczy. Musisz, w tej chwili musisz! I właśnie wtedy w głowie twej pojawia się dawno, lub może nigdy nie zaistniały w niej obraz. Obraz zwyczajny. Obraz absurdalny. Zupełnie do świata twego nie pasujący. Obraz Księżyca i Gwiazdy. Kiedy opadasz zmęczony na zmiętą pościel nie zdajesz już sobie sprawy, że słodko śpisz…
2.
Przeciążenie. W każdym momencie, w obecnym stanie, w tej chwili. Stoisz nad zlewem, coś miałaś zrobić. Wpatrzona w niewzruszony strumień wody płynący z kranu nie możesz zrozumieć. Grymas twojej twarzy pokazuje wszystkim ewentualnym widzom, że coś cię wytrąciło. Nie możesz ruszać dłońmi. Nie możesz mrugać oczami. Kompletnie nic. Woda napełniająca powoli zlew występuje z brzegów. Nie nadąża odpływać odpływem awaryjnym, więc bezsilnie rozlewa się po kuchennym blacie, a docierając do jego krawędzi zatrzymuje na moment jakby chciała spojrzeć na ciebie i zapytać: „No i co teraz?”. Jednak trwa to krótką chwilę, po której najpierw wąską stróżką, a po chwili szeroką ławą spada cicho na podłogę, na twoje stopy, na upuszczony wcześniej nóż. Czołówka wodnego wyścigu, znalazłszy sobie wygodne koryto fugi międzykafelkowej, zaczyna żwawo, jakby spodobała jej się ta zabawa, podążać wzdłuż kuchni ku nieznacznie uchylonym drzwiom pokoju. Mijając po drodze skrzyżowania z innymi fugami wlewa tam siebie zapełniając zachłannie cały fugowy system, a nie tracąc jednocześnie z oczu intrygującej wizji uchylonej poddrzwiowej szpary mknie coraz szybciej i coraz zapalczywiej, jakby myśl o nieograniczonych parkietowych harcach nadawała sytuacji nowego sensu. Jednak po przepłynięciu progu świat wcale nie staje się tak różowy. Powiedzieć raczej powinienem, że staje się sinoblady, nabiera dziwnego srebrnego koloru i gdyby nie to, że wszyscy natychmiast rozpoznają w nim świeżego trupa mógłbym przysiąc, iż jest to najprawdziwszy księżyc. W momencie, gdy bezwładnie zrozpaczona woda dotyka jego ramienia usłyszysz stłumiony krzyk. Ockniesz się. Spojrzysz na ciecz ze zlewu się wylewającą, na ciecz, która zdążyła już zająć całą powierzchnię kuchni. Powoli się odwrócisz. W uchylonych drzwiach zamiga ci on leżący na podłodze. Wtedy właśnie, dokładnie wtedy, wypowiesz słowa wymyślone zupełnie gdzie indziej: – Obraz Księżyca i Gwiazdy. I na koniec, by wszystko jeszcze bardziej zagmatwać, pomyślisz, że całkiem ładnie tu, na tym Księżycu, moja Gwiazdeczko…
3.
Nieprzyzwyczajenie do takich sytuacji irytuje wywołując przyspieszone bicie serca, płytszy oddech i pot, który zrasza dłonie. Najczęściej reagujesz zatrzymaniem na środku ulicy, niepewnym odwróceniem głowy i nasłuchiwaniem, czy dobrze usłyszałaś. Nie możesz być pewna, bo to raczej były słowa brzmiące wyraźnie tylko we wnętrzu twojej głowy, ale ty uparcie stoisz i wbijasz swój smutny wzrok w niedalekie drzwi. Masz wrażenie, że tak nie powinno być, że wyjaśnienie najwłaściwszym wyjściem z sytuacji jest. Ale odwaga to nie twoja najmocniejsza strona, do czego przyznajesz się przed sobą bezradnie i stawiając krok w kierunku chodnika wchodzisz w kałużę. Stopa natychmiast nieprzyjemnie moknie, z twoich ust wyrywa się krótkie przekleństwo i odbija zwielokrotnionym echem od murów kamienic. Ogarniający bezwład i zupełne zrezygnowanie po raz kolejny odwraca twoją twarz w kierunku tamtych drzwi. Jedyne, na co masz ochotę w tej chwili, to spróbować ponownie. To znaczy niezbyt mi się to podobało. Powiem szczerze, że gdyby to zależało ode mnie, na pewno nie zgodziłbym się, byś tam z powrotem poszła. Ale nie mam tu wiele do powiedzenia, więc tylko mogę patrzeć jak spokojnie i powoli wchodzisz po stopniach, jak naciskasz guzik dzwonka i jak czekasz nerwowo oblizując wargi. Jednak cisza dochodząca ze środka wywołuje grymas niezrozumienia na twej twarzy. Patrzysz zirytowana na okrągły guzik, jakby to on był winien tej sytuacji. Wahasz się przez chwilę i jeszcze raz długo dzwonisz. I czekasz, by po chwili nacisnąć guzik wściekle i nachalnie. W głowie kołaczą ci się myśli, dłonie oblewają potem, a on nie otwiera! Ale on montował ten dzwonek z myślą o swoim twardym śnie, więc było tylko kwestią czasu obudzenie głęboko śpiącego. Gdybyś się tak nie wściekała usłyszałabyś jego kroki, usłyszałabyś nawet jego głos, którym dawał znać, że już idzie. Jednak twoja wściekłość była tak wielka, że nie przebiły się przez nią nawet odgłosy przekręcanego zamka, odsuwanej zasuwy i delikatne skrzypnięcie drzwi. Zobaczyłaś natomiast twarz zaspaną, zmęczoną i miną swoją wyrażającą zdumienie i irytację zarazem. W tym momencie zorientowałaś się, że wciąż naciskasz guzik dzwonka. W momencie następnym coś skupiło twoją uwagę na sobie. W ułamek sekundy później mózg oznajmił ci, że jest to deszcz czerwonej cieczy lejący się ogromną falą z sufitu. W chwilę potem, mdlejąc filmowo, byłaś w stanie stęknąć mu do ucha tylko coś o gwiazdach, co on przypuszczalnie wziął za omam twej niknącej świadomości i niosąc cię po chwili przez suchy pokój rozglądnął po nim szybko zastanawiając na co mogłaś patrzeć przez ten moment przed omdleniem.
4.
Spękana szyba ma swój urok, pomyślałaś i dotknęłaś palcem długiej rysy ciągnącej się przez całą taflę. Musiało pęknąć niedawno, bo ostatnio tego nie było. Wyraźne pęknięcie ciągnące się od stopni schodów, podtrzymujące jej lekkie stopy, które zbiegały szybko, które skierowały się wprost na ulicę, które przebiegłszy szerokość jezdni omal nie wpadły na ciebie. Odwróciłaś się od okna i spojrzałaś. Wyglądała tak samo jak zazwyczaj. Fryzura w lekkim nieładzie, niezauważalny makijaż i nerwowe szukanie kluczyków w torebce. Tylko pieprzyk nie po tej samej stronie, bo zawsze był w odbiciu szyby. Zbierasz się w sobie. Wiesz, że teraz, albo nigdy. Ona więcej tak robić nie może. Musisz jej to powiedzieć, choć dokładnie nie masz przygotowanych na tę okazję słów. Trzy kroki. Dokładnie tyle dzieli cię od niej. Sprawdziłaś wcześniej, więc nie ma co się zastanawiać. Ruszasz. Liczysz. Raz. Nie wydała żadnego odgłosu. Nóż w płucach nie pozwala krzyczeć. Sprawdzałaś wcześniej w książkach medycznych. Dwa. Spojrzała na ciebie bezgranicznie zdumiona. Rozpłakała się. Bezgłośnie. A potem upadła na siedzenie i z ust buchnęła jej krew. Trzy. Zanim wyjęłaś ostrze zbliżyłaś swoje usta do jej ucha i wyszeptałaś: – Gwiazdy szybko gasną. Dobranoc.
5.
Chyba chciała coś powiedzieć, ale ty, kładąc ją na kanapie nie zwróciłeś uwagi na usta układające się w bezgłośne kocham cię. Zostawiłeś prawie nieprzytomną i złapałeś za telefon, chcąc dzwonić po pogotowie. Jednak patrząc dziwnie w klawiaturę zdałeś sobie sprawę, że ona tylko zemdlała. Że tylko zemdlała. To tylko omdlenie. Mdlenie. Mdłości zwykłe. Tak jak dziś, kiedy wychodziła. Mdłości przychodziły, kiedy wychodziła. Mdłości podchodziły do gardła, gdy zbyt mocno trzaskała drzwiami. Mdłości lekko zazieleniały twoją twarz. Zbyt mocno się do ciebie dopasowały. Delikatnie muskały kark. Gładziły swoją niewielką dłonią twoje plecy. Szukały tego ulubionego pieprzyka. Ulubionego miejsca pod łopatkami, w które zawsze wbijały się mocniej, byś mógł jęknąć, odwrócić się, zagłębić w jej usta, poczuć smak gorzkiej kawy, gorzkiej czekolady, znaleźć językiem kilka nieprzełkniętych drobinek, pozwolić się poprowadzić na kanapę, pozwolić, by cię posadziła, by usiadła na tobie, by rozpięła koszulę i zaczęła gryźć sutki, tak jak to lubisz najbardziej, by zaczęła robić to, na co ma ochotę, dokładnie tak jak chce i dokładnie w tym miejscu i z tą opaską na twoich oczach, którą zawsze zrywa gdy już wypieścisz jej piersi i jękniesz cicho, że musisz je zobaczyć, bo są takie piękne. Zrywa. A ty drętwiejesz cały, bo siedzi na tobie, zamiast leżeć nieprzytomna na kanapie. Bo przecież zupełnie nie znasz tej akwizytorki. Bo cię oszukała, omamiła, zupełnie okłamała. Nagłym ruchem zrzucasz ją z siebie. Ląduje miękko na dywanie. Ląduje z miną przerażoną, która szybko zmienia się w szeroki uśmiech, a potem w śmiech, w cudownie brzmiący kobiecy śmiech wypełniający po brzegi mieszkanie, budynek, twoją głowę. Patrzysz na nią i nie rozumiesz. Nie możesz pojąć dlaczego. A ona śmiejąc się podaje ci rękę, zanosząc się od śmiechu prowadzi do sypialni, śmiesznym gestem nakazuje położyć na zmiętej pościeli, śmiejącymi oczyma spogląda głęboko w twoje nierozumiejące źrenice i chichocząc dziewczęco ściąga ci spodnie, na co ty reagujesz gwałtownym protestu gestem. Ale śmiech, jak mówią, zaraźliwy jest przecież, toteż widząc jej radosne ze śmiechu w rączki klaskanie rozluźniasz dłonie i mięśnie twarzy, zaczynasz uśmiechać się szeroko na widok jej pięknych pośladków, śmiać się na swój niezgrabny nagi tors, zanosić od śmiechu gdy na chwilę wybiegnie z pokoju i w salwie śmiechu…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil szymon
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…