Markus i planeta
Mała planeta, nieustępliwym ruchem, obracała mu się w dłoniach.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
To był zwyczajny dzień, jak wiele innych przed nim. Ptaki za oknem wygłaszały swoje serenady, kusząc przechodniów do spojrzenia w ich kierunku. Wykrzykiwały coraz to bardziej zaczepne nuty, mieniąc się w zachodzącym słońcu. Czekały na chwile uwagi, na moment kiedy wzrok zabierze ich obraz w dalszą wędrówkę. Pragnęły tych myśli. Niewiele lepiej zachowywały się wszędobylskie kolorowe liście. One też wylegując się w letnim słońcu, marzyły o czymś niezwykłym, o dotyku dłoni. Gonione przez zagniewany wiatr, starały się nie oddalać zbytnio od ścieżek wielkich stóp. Nie zawsze były jednak w stanie, przyciągnąć te ciepłe dłonie. Wtedy umierały w samotności, zwinięte w brunatny kłębek. Markus też marzył. Pragnął czegoś więcej, chciał znaleźć myśl, która poprowadziłaby go przez samotne chwile. Takiej, której mógłby się oddać bez reszty, bez chwili wahania. Był na to gotowy, czuł, że jego życie czeka na ten moment. Wtedy też usłyszał ten dźwięk po raz pierwszy, delikatne bzyczenie. Poprzedził go hałas tłuczonego szkła, zawtórował mu chrobot upadających odłamków i chaotyczny harmider demolowanego pokoju. Poderwał się na równe nogi i popędził ku źródle tego wydarzenia. Stanął w progu i zobaczył okno, które zawierało w sobie okrągłą pustą przestrzeń. Idealnie okrągłą. Na podłodze leżały okruszki szyby, a wśród nich mała kula, powolutku obracała się wokół własnej osi, wydając przy tym cichutkie bzyczenie. Wraz za jej ruchem podążały maleńkie gwiazdy, zawieszone tuż nad powierzchnią miniaturowych chmur. Podszedł ostrożnie i przyjrzał się dziwnemu przybyszowi. Patrzył, a oczy powoli zaczynały emanować fascynacją. To co leżało na jego drewnianej podłodze, wyglądało na planetę. Na cały mini ekosystem. Pod cienką warstwą chmur widział wierzchołki gór, przykryte białymi czapami zmarzniętego śniegu. Widział wielkie równiny, wygryzające sobie miejsce pomiędzy zielonymi lasami. Były tam nawet ścieżki. I byli również Oni. Maleńkie czarne ziarenka, poruszające się we wszystkich kierunkach. Zaprzęgnięte do swoich codziennych obowiązków. Mieszkańcy miniaturowej planety.
Markus wbiegał po schodach, dwadzieścia jeden, dwadzieścia trzy, w myślach, odruchowo liczył uciekające stopnie. Nie zapięta kurtka, frywolnie podskakiwała przy każdym kroku. W końcu stanął przed swoimi drzwiami. Zamki zaterkotały znajoma melodie, gdy poszczególne rygle opuszczały swoje legowisko. Torba na ziemię, buty poszybowały wzdłuż wąskiego korytarza, tylko kurtka jak zwykle stawiała zaciekły opór gdy pędził do pokoju w przeciwległym krańcu. Tu zwolnił. - Opanować emocje, opanować emocje - myśli przypomniały mu o obowiązku Spokojnym krokiem wkroczył w zalany półmrokiem pokój. Był prawie pusty, jeśli nie liczyć wielkiego, dębowego biurka i fotela opartego o ścianę. Małe szufladki o wyszczerbionych rączkach, wypełniały masywny dębowy blok. Na blacie stała lampka, sącząca żółte światło na mały świat lewitujący ospale. Usiadł na fotelu, z jednej z szufladek wyciągnął wielkie szkło powiększające. Umocował je w stelażu tuż nad powierzchnia planety i pochylił się wpatrując się w jej zawartość. Widział jak małe istotki zajęte są swoimi sprawami, poruszają się wzdłuż brązowych ścieżek targając sprawunki, rozmawiają ze sobą, żyją. Przeskakując tak wzrokiem po tych postaciach, słyszał w głowie ich myśli, ich pragnienia i ich problemy. Trochę trwało zanim nauczył się to robić, wymagało to bowiem specyficznego rodzaju skupienia. Wymagało odpuszczenia swoich myśli, musiał zatopić się w ciasnym umyśle niewielkiej istotki, dostroić się do niej. I wtedy symfonia wkraczała w niego, poszarpane skojarzenia, urywki snów, kawałki życia stawały się również jego udziałem. Nic więcej zrobić nie mógł, świat, który pewnego dnia wstąpił w jego życie potrafił się bronić. Wielokrotne próby ingerencji w jego stan zawsze kończyły się niepowodzeniem. Nie mógł dotknąć powierzchni, zawsze odpychała jego dłonie. Kłuła i paliła, gdy próbował w jakikolwiek sposób ją poczuć. Jedyna rzecz, która oddziaływała na ten świat to były jego emocje. Pewnego razu, kiedy wrócił z mandatem za jazdę bez biletu, zły i przemoczony, zauważył że istotki również stały się podenerwowane. Stawały, kłóciły się, myśli warkotały przy każdym spojrzeniu. Strach i niezrozumienie królowały w małych główkach. Uczucia zniknęły, zagonione w ciemny kąt świadomości. Nie było to miłe. Od teraz Markus się pilnował, w pokoju zawsze ma panować biała mgła spokoju. Przynajmniej tak się starał.
To była sobota, dzień, który zaczyna się później. Budzik nie istnieje tego dnia, tylko poranna kawa w szlafroku i ciepłe myśli cudownie zaczynanego dnia. Po skończonym śniadaniu odwiedził swoje królestwo. Tam też panowała sielankowa atmosfera. Leniwe ruchy, miłe spojrzenia. Oczka z nadzieja patrzyły na świat i to dało się usłyszeć. Marzenia płynęły szerokim strumieniem, drobne, ważne, inne.Ich pragnienia były podobne, marzyły o lepszym życiu. W jego drobnych niuansach i w wielkich planach. - ... dziś dokończę sklejać statek … - ... pójdę go odwiedzić … - ... zapragnę ... Tak, wstawał dobry dzień. Stary Sam, patrzył na otaczającą go radość i się uśmiechał. Widział ich życia, jak swoje własne. Części ich marzeń dotknął, część udało się chodź w drobnym fragmencie widzieć. Miło, mimo iż jednego nigdy nie przeżył. No ale, to zmartwienie młodych, on dziś żegna się z nimi. To był 70 rok, każda istotka wiedziała co oznacza ta data. Ostanie dni. Właściwie czekał na to, ten etap życia się kończył, może poznać nowe. Bo coś go czeka, na coś musi się przygotować. Bo jest ON. Bóg oko. Co dla niego przygotował, co mu da. Czekam. Markus też słyszał myśli Sam-a, wiedział że 70 dzień, to dzień ostatni. Kula wyznaczała czas, jeden obrót, jednego dnia i rok dla małej krainy. Wiedział, że dziś znowu przyjdzie krzyk, taki który słyszysz raz. Nie cierpiał tego dźwięku, rozdzierał mu dusze. To była cena. Zbliżenie się do tych małych istot spowodowało że je pokochał. Czuł, że się nimi opiekuje, dogląda. Znał ich życia, widział myśli i nic nie mógł dać od siebie. Poza ciszą i czułym spojrzeniem. W zamian, otrzymywał ten krzyk. Ból serca.
Istotki miały dziwny rytuał. W niedzielne noce,
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil kartonbezpudla
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…