Wróć do katalogu

MaryJane część II

Kolejna część mojej powieści, w której perypetie bohaterów są wstępem do wielkiego finału - a to w części trzeciej.

shuki, opublikowano , 2 godz. 27 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Fakt 2. Podstawowy, konkretny. Powstanie

Zgodzić się należy, że proporcjonalnie szarej tłuszczy jest o wiele więcej niż jednostek nieprzeciętnych. Jak pokazuje historia, liczniejsze ilościowo grupy społeczne, a nie posiadające żadnych praw, lubiły tworzyć rewolucje, by ten stan zmienić (niewolnicy, bolszewicy i cała reszta). Demokracja daje pewną ułudę praw, jednak żadnej motywacji do ich przestrzegania. Ludzie nie widzą celu, nie widzą też, jak ich czyny mogą zmienić świat, a to jest jej największym minusem. Może przyjdzie więc czas rządów ludzi Świadomych i Wiedzących, widzących potrzeby i mających chęć. Trzeba więc zadać sobie podstawowe pytanie: czy dojdzie wkrótce do wielkiej anarchistycznej rewolucji?

Czas pokaże.

ROZDZIAŁ SIÓDMY LITERACKIE „IDEE FIXE”

- „..., a upadający kombinat hutniczy ciągnie ze sobą na dno wiele prywatnych spółek i małych firm. Perspektywy rozwoju zdają się być za horyzontem (jak wiadomo, jest to pozorna linia, której nigdy nie można osiągnąć). Nowa Huta ma zatem stać się największymi slumsami w kraju. Czy obecność trzystu tysięcy bezrobotnych wpłynie jakoś na Królewskie Miasto Kraków? Oczywiście, że tak! Nikt chyba nie poważy się na powtórkę z murem berlińskim. A tylko tak dałoby się zwalczyć nadchodzącą falę anarchii. Ale podziemie Nowej Huty nie jest bezładne; ma bowiem nowego przywódcę. Moje dobrze poinformowane źródła rzekły i wskazały niejakiego Serafina na nowego lidera (lumpen)proletariatu. Jego osoba jest wielką niewiadomą, ale będziemy was informować...” i tak dalej, itepe – Tad podniósł wzrok znad kartki i spojrzał z uznaniem na drobnego chłopaka. - Nieźle, Strudzik, nieźle – powiedział. – Kontynuuj temat. Trzeba dodrążyć się do gościa. - Niefart, brako mi wtyk. Tegoż Serafina nadał mi Kari. On może mnie wprowadzi, lubeż tyż nie. - Kari? - zdziwił się Tad. Mekunio zajrzał przez ramię Tadowi, zerkając na artykuł. Ten dał mu go, nie odwracając do Strudzika wzroku. - Możem on go ciągnąć, jake jest to jego rejon. Kari skrobać przecie tyż podoła. Tad zmrużył minimalnie oczy, co było u niego oznaką szybkiego myślenia. - Wolałbym, żebyś ty to ciągnął. - Nie wierzasz mu? - Dawaj tu go. Strudzik wzruszył ramionami i poszedł na poszukiwanie omawianego. Mekunio gwizdnął cichutko przez zęby, czytając artykuł. - Nieźle się szykuje. Prawdziwy Jaszczur z niego. - Z kogo? – nerwowo zapytał Tad, odwracając się do niego. - Z tego Serafina. Nie znasz tego tekstu Morrisona? „Królem Jaszczurem jestem i mogę dokonać wszystkiego”1? Mekunio gestykulował żywo, pragnąc wszem i wobec być zrozumianym. Tad popatrzył się na niego ciężko, aż Mekunio opuścił ręce. - Pokaż lepiej ten swój artykuł. Przed nimi pokazał się nagle Kari. Z udawanym zainteresowaniem zaczął studiować ekran komputera, gdzie przygotowywano pierwszy numer gazetki, dopiero potem stanął przed Tadem. - Jestem do usług mojego redaktora naczelnego. - Jeszcze kropla sarkazmu, a wylecisz stąd na zbity pysk – powiedział Tad, studiując cały czas artykuł Mekunia. – Zachowaj go lepiej na łamy gazety. Kari aż poczerwieniał. Z wysiłkiem wytrwał na miejscu nie mówiąc ani słowa, stojąc wyprostowany jak struna. Tad dał mu minutę na ćwiczenie nerwów i dopiero wtedy skierował na niego wzrok. - Powiem wprost: Strudzik powiedział mi, że to ty nadałeś mu temat o Nowej Hucie. Chcę, żebyś go wprowadził do środowiska. Strudzik proponuje, żebyś ty przejął temat po nim. Co ty na to? Żaden mięsień nie drgnął na jego twarzy. I dobrze, gdyby zaczęły oddawać jego stan wnętrza, dostałby szczękościski i rwy. - Widzę, że jeśli chodzi o zaufanie u ciebie... - Pamiętaj, co mówiłem o sarkazmie. - Nie pieprz! – Kari w końcu nie wytrzymał. – Obsadzasz redakcję swoimi ludźmi, to oczywiste. - Wiem, że to oczywiste. Nie chciałem, żebyś przeklinał, tylko udowodnił, że lepiej nadajesz się od niego na ten temat. Znam Strudzika i wiem, że dużo potrafi. Będziesz więc dalej wrzeszczał czy poudajesz choć przez chwilę dziennikarza? Kari wziął się w karby. - Jestem spalony w Nowej Hucie. Mniejsza dlaczego. Informację mam z trzeciej ręki. Mogę pomóc go wprowadzić i sterować tym wszystkim. Postaram się też samemu wkręcić. - Idealna odpowiedź – powiedział Tad bez emocji. – W porządku. Musicie dostać się do tego typa. Temat wygląda ciekawie. Kari, wytrząśnij ze swoich kumpli, ile się da. - Zawsze tak robię – mruknął i zwrócił się do wyjścia. - Kari! Poczekaj moment. Tad szybko dogonił go przy wejściu do redakcji. - Jedna rzecz: od chwili, gdy się tu pojawiłem, nienawidzisz mnie. Nie wiem dlaczego i szczerze mówiąc, wali mnie to równo. Nie wymagam od ciebie miłości, ale tylko profesjonalizmu. Jasne? To pięknie. Wysuwaj już. I znajdź coś o tym Jaszczurze. Czego chcesz? – zwrócił się do Tity. - Czy tytuł „Garażowa muzyka” nie jest zbyt przesadzony? - Piszesz o amatorskich kapelach muzycznych, tak? – Tad zapytał bardziej samego siebie. – Jesteś reporterem, człowieku, dramatyzmu nigdy za wiele. Napisz lepiej: „Melodie, których nie znamy” lub „Święty (nasz) rock”. Bardziej chwytliwe. - Potrzebuje kurna zdjęć! – warknął Radek, drukarz i samozwańczy DTP-owiec. Atmosfera była pełna gorączkowego huku. Każdy biegał w inną stronę, reporterzy kończyli swoje artykuły, drukarka protestowała i strzykała ciemnym atramentem na zakupione, świeże karty papieru. W kącie siedzieli bracia Mol. Nawet teraz działali w pełnej symbiozie; jeden z nich pisał, a drugi dyktował z zatłuszczonego brudnopisu. Naczelny nadstawił ciekawie ucha: - „Przyznać trzeba, że podług ostatnich notowań Prądnik Czerwony druzgocąco przegrał ze swym Białym rywalem. Może to wynikać z decyzji o rozpoczęciu prac remontowych na Dobrego Pasterza i tym samym utrudnieniu kontaktów z jedyną znaną im placówką kulturalną, jaką są położone przy tej alei centra handlowe. Fakt ten solidnie podkopał morale komunistycznego Prądnika. W rankingach króluje Nowa Huta, co oczywiście nikogo nie dziwi. W założeniu bowiem budowana była jako nowoczesna wersja starego Paryża, ale architekci w swojej głupocie postawili obok niej kombinat metalurgiczny, przez co Paryż wschodu zamienił się w Bronx. Wtedy to jedyną dla niej (Huty) rozrywką jest pojedynek z osiedlem Oświecenia, które wbrew swej szlachetnej nazwie na żadną mądrą strategię nie może się zebrać”. - Co to, zestawienie międzyszkolnych meczy piłkarskich? - Niezupełnie – sprostował jeden z Moli. – Wyniki wojen gangów za okres letni. - Ach – kiwnął głową Tad. – A jak tam śródmieście? Drugi Mol zajrzał do notatek. - Śródmieście–Azory... Nie rozstrzygnięte. Zadziwiająco szybka interwencja policji w „Loch Ness”. Chociaż plotki mówią, że śródmieście było o krok od wygranej. - Do przewidzenia. Nasze lumpy są lepsze, bo importowane koleją z całego kraju – nie bez dumy zauważył Tad. W redakcji zrobiło się zauważalnie ciszej. To ktoś wreszcie dostarczył Radkowi pożądane zdjęcia. Gdy cień stojącego na biurku plastikowego kubka z kawą wydłużył się tak, że zaczął przypominać marihuanowego skręta, drukarka ruszyła, a redakcja „Sztampa” rozeszła się do domów, pozostawiając na straży jedynie wiecznie z czegoś niezadowolonego Radka. * * * * * * * * * * * *

Strudzik z wyraźnym zawodem rozejrzał się po pogrążonym w nocy osiedlu. - Myśłałechżech cożeś innego o Hucie. Typiczne blokowiska, jakich pełno, chucieżby na Krowodrzy. - To jest nowsza część Huty. Stara degeneruje. Za komuny to ona była ważniejsza, ale w osiemdziesiątym dziewiątym nie tylko komunizm upadł – powiedział Kari. Przeszli wąską, osiedlową uliczką, starannie omijając ciemne grupki ludzi, skupiających się przy śmietnikach lub latarniach. Jak Kari powiedział, „Nie wiadomo, z czym nas tutaj przyjmą”. A zawieranie kontaktów to dość delikatna sprawa. Po kwadransie kluczenia między uliczkami osiedla Drugiego Pułku, Kari zatrzymał się niespodziewanie. Przed nimi, w odległości stu metrów widać było większą grupę ludzi, swobodnie rozmawiających i palących papierosy. Za nimi błyszczała oświetlona tablica, a spod ziemi słychać było huk muzyki. - „Dracula” – mruknął Kari. – Mekka każdego spragnionego rozrywki. - Jestem jakoby w kłótni z hip-hopem. - No to Mekka prawie każdego. Przecisnęli się przez tłum przed wejściem i zeszli kilka schodków niżej. - Wstęp kosztuje dwadzieścia złotych – oznajmił im bramkarz. Kari wzruszył ramionami i wyciągnął banknot. Strudzik stał w miejscu, w głupiej nadziei grzebiąc po kieszeniach. - Chodź tu. Ochroniarz szybko przeszukał Kariego. Ten odwrócił się w drzwiach. - Twój kumpel nie wchodzi? – zapytał ochroniarz. Kari podchwycił jego wzrok i chwilę się wahał. W oczach Strudzika nie było błagania, ani prośby. Tylko jedne drzwi dzieliły Kariego od ucieczki. W końcu pokręcił głową, zirytowany. - Wchodzi, wchodzi – wyciągnął drugi banknot. Bramkarz włożył w przeszukanie Strudzika więcej serca, niż ten by sobie życzył. Po chwili wkroczyli razem w inny świat, zrodzony z blokowisk i beznadziei, wspaniały dla blokersów świat, którego Strudzi, szczerze mówiąc, nie trawił. Jakaś litościwa dusza nie puściła tu standardowego, rodzimego hip-hopu, od którego łzy cisną się pod powieki, tylko francuski. Ma on rewelacyjne sample, chociaż ni cholery nie da się zrozumieć tekstu. Klub, wbrew skromnemu wejściu, okazał się spory. Pogrążony był w półmroku, przez co nie dało się zauważyć prawdziwych, na pewno sporych, rozmiarów sali. Po przeciwległej stronie było podwyższenie dla didżeja i stosów eletro-śmiecia. Po prawej znajdował się bar i stoliki, po lewej zaś subtelnie, acz zdecydowanie wydzielona część z kilkoma stolikami i automatem do napojów. Po środku podrygiwał zaś ciemno stonowany tłum. Siedli przy barze, który jakimś cudem nie był oblężony. Był to jak na razie jedyny plus tej muzyki. Strudzik wskoczył na wysoki stołek i zamówił wódkę. Kari ze zdziwieniem przyglądał się, jak ten podsuwa barmanowi szeleszczącą dwudziestkę. - Mówiłeś, że nie masz kasy! - Niczewo nie mówiłem. Chciałem obczajić, zacz gliny zrobiony jesteś. Poza tym to są koszta operacyjne; nie sromaj się, juże wkrótce się rozliczymy. Mów do mnie. - Cholera z tobą. - Jak zawsze. - Niech będzie – westchnął. – Pewno wiesz, że Huta jest całkiem spora, ale nie skłamię chyba pisząc, że to jest jej centrum. Widzisz tamte wydzielone stoliki? – wskazał ręką na przeciwną stronę. – One nas interesują. - Wypasione. Prowadź. - Ho, ho, ho, nie tak szybko – przytrzymał go ręką. – Nie jesteśmy w klubie golfowym. To nie jest takie proste. - Miałeś mnie zapoznać. - Niczego takiego nie mówiłem. Strudzik zmrużył jedno oko. - Ot, filgarz. Już cię kocham, człowieku! - Ja ciebie też, ale obstaję za platoniczną miłością – odgonił rozochoconego Strudzika. – Na razie musisz poznać Sobola. - Kaj on jest? - Za tobą. To barman, który podał ci wódę. Sobol, pozwolisz? To jest Strudzik, mój kumpel. Barman miał bujne wąsy i brodę, która nadawała mu lekko diaboliczny wygląd. Musiał mieć ze trzydzieści lat. Miał bladą twarz i nieodgadnioną minę, przez tą cholerną brodę. Strudzik machinalnie uścisnął jego dłoń. Sobol kiwnął głową i wrócił do obowiązków. Zanim jednak to się stało, posłał Kariemu krótkie, dziwne spojrzenie, pod wpływem którego redaktor aż się skurczył. Strudzik zamoczył wargi w wódce, przyglądając się temu z ciekawością. - Będziesz musiał przyjść tu wiele razy – mówił dalej Kari. – Przyjdę tu z tobą jeszcze kilka razy i zapoznam cię z paroma osobami. Ty wczuj się w klimat. Wczuj się w ruch. I wybadaj sprawę. - W tymże tempie... - To jedyne tempo – przerwał mu ostro. – Pokora, Strudzik, trochę pokory. * * * * * * * * * * * *

Początek września rozpoczął się jak zwykle z hukiem. Do liceum przyszedł zastrzyk świeżych sił prosto z gimnazjów, zaś stara gwardia rozeszła się po ziemi, uniwersytetach i barach szybkiej obsługi. Już wkrótce mieli stworzyć w państwie nowe rządu młodszego pokolenia. Jak na razie, kształcili oni się na wszelkich możliwych kierunkach, lub już teraz rozpoczynali pogoń za groszem. Zresztą bali się oni tylko jednego: perspektyw, a raczej ich braku. Dla studentów życie akademickie było to pięć lat wycięte z życiorysu, pięć lat, podczas których można było coś ze sobą zrobić. A po uniwerku? Jakie widoki? W rzeczywistości były takie same. Wśród studentów jednej z krakowskich uczelni chwalącej się, że po jej ukończeniu zawsze da się znaleźć ambitną pracę (nie podam której, ponieważ cenię własne życie) krąży anegdota o bezrobotnym absolwencie tegoż uniwerku i absolwencie mającym pracę. Co mówi ten bezrobotny do drugiego? „Frytki i dużą colę, proszę”. Licealiści jednak mieli to oczywiście wszystko gdzieś, gdyż szkoła średnia miała dopiero stać się dla nich momentem przełomowym między dzieciństwem a dorosłością. Na razie było to zwykłe przedłużenie męczarni z podstawówki, jeszcze jedna kłoda rzucona pod nogi wolności i dzikiej rozpusty przez Ministerstwo Edukacji Narodowej. Większość nie miała bladego pojęcia, co ze sobą w życiu zrobić; na razie starali się przeżyć i poznać jako tako świat, żeby potem móc nim próbować rządzić. Radek z estymą pogładził dziewiczo równy stosik egzemplarzy gazet, leżących na ladzie sklepiku szkolnego. Te gazetki będą prostować kręte ścieżki uczniów w życiu, napominać i przestrzegać, a może nawet odmieniać czyjeś życie. Będą pomagać, doradzać i towarzyszyć. Będą wspomnieniem dla absolwentów, którzy już dawno... Ale pieprzenie. Miały do nich trafić, do było główne ich założenie. Miały zaintrygować, zaciekawić, pobudzić może do refleksji, informować, i w ten deseń. Miały być. Pierwszych kilka dni minęło jak zwykle „na strioka olewce”, jak określił to Strudzik w przypływie swego horrendalnego natchnienia. A gdy dryl już nieśmiało, ale niestety skutecznie począł zwyciężać wakacyjne rozprężenie, gdy uczniowie zaczęli zapamiętywać podziały godzin, gdy skończyły się lekcje organizacyjne, gdy bogatsi kumple powrócili wreszcie z wczasów za granicą, gdy słońce przestało podstępnie i kusząco świecić przez okna, gdy sami nauczyciele wreszcie zorientowali się, że dręczące ich koszmary o szkole to jednak rzeczywistość, wtedy właśnie to na scenie pojawiła się gazetka, w formie jakże odmienionej i kontrowersyjnej. I jak się pojawiła, tak już jej szybko nie było. Generalnie należy powiedzieć, że przez szkołę przeszedł powiew, który niejednemu konserwatyście zdarł kapelusz z głowy, zmuszając go do schylenia się i spozierania na maluczkich. Wszystko było niby po staremu. Był więc dział „Aktualności”, były felietony i informacje, był dział z humorem oraz krzyżówka. Opisywał mi to jeden z uczniów: „Byłem zniechęcony, no bo w końcu skończyła się laba, a mury są ciasne. Biorę więc w tym zniechęceniu gazetę i rozpościeram ją przed sobą, a tu nagle rzuca mi się w twarz tłusty druk <>. W porządku, to było coś nietypowego. Wybryk, czyjś wyskok który zostanie zapewne szybko ukarany. Ale przewracam strony dalej i ciągle to samo. Zmienił się trochę styl, ale to nie o to chodzi. Zmianie uległo podejście do istoty gazety. Nie była już pisana pod ciało pedagogiczne, ale dla nas, kolokwializmem i slangiem gazeta zbliżyła się do nas jak nic dotąd”. Nie jestem socjologiem, ale wiem, co mi się podoba, i co może podobać się młodzieży. Trudno powiedzieć, czy to dobrze, że gazeta przestała być ostoją literatury, powagi i giętkości językowej, a zamiast tego zeszła do gminu i pospołu. Można długo tu mówić o degeneracji mediów i samej młodzieży. Myślę jednak, że taka asymilacja media z gronem odbiorców jest krokiem we właściwym kierunku. A z pewnością przysłużyła się poczytności. Mekunio właził właśnie na piętro pchany naprzód jakimś ponurym fatalizmem, gdy nagle podbiegł do niego Radek i zaczął energicznie szarpać go za rękaw jak szczeniak, który chce pokazać, iż złapanie w zęby własnego ogona jest możliwe. Inercja kazała Mekuniowi machnąć na to ręką, ale grawitacja i niezrozumiale podekscytowany Radek były siłą o wiele wyższą. Zeszli więc na dół i przebili się przez całą kolejkę, stojącą przy sklepiku. Radek przycisnął kinola do szyby. - No co? – zapytał zmęczony Mekunio. Każda minuta, jaką tracił, mogła zostać spożytkowana na odpisanie zadania. - Jak to co? Patrz no i drżyj. Mekunio posłusznie utkwił wzrok w brudnym blacie , pokrytym resztkami dżemu i lukru ze stojących tu kiedyś drożdżówek i nie zobaczył żadnego powodu do drżenia. Jedynym, co wyróżniało się tu w jakikolwiek sposób, był mały spłachetek folii. - Co to jest? - Pytanie: a co tu było? No? Gazeta... Kling! Coś zaskoczyło w głowie Mekunia. Pochrząkując i mamrocząc pod nosem, wycofał się na trochę spokojniejsze tereny. - Znaczy... nie odrzuceni, a lubiani? – dziwił się Mekunio. - No człowieku, nie stój tak! Trzeba powiadomić innych. Mekunio zaczął już w pełni trzeźwo myśleć. - I wyszykować nowy nakład. Tego raczej niewyróżniającego się w kalendarzach wszystkich ludzi dnia skład redakcyjny przeżył swoje wielkie chwile, a pedagogiczne stęchłe i zapyziałe dogmaty na temat wychowania młodzieży zostały zrównane z ziemią staranniej niż Kartagina. Informacja dotarła do Tada w najbardziej niespodziewanym momencie. Pracował właśnie na swoje marne grosze za barem w „Redzie”. Stał tak usługując co jakiś czas nielicznym gościom, a w międzyczasie rozważał poważny dylemat moralny. Ze znudzoną miną wlepiał wzrok w dekolt Mary, która przyszła go odwiedzić i zastanawiał się, czy pogapić się jeszcze, czy nalać sobie jeszcze piwa. Zagadnienie było trudne, jako że Mary pochyliła się i pracowicie zaczęła szkicować coś na serwetce. - Wiesz, lepiej nalej sobie piwa – powiedziała nagle. Po zdemaskowaniu Tad uznał, że jest to jednak niezły pomysł. Gdy jednak wziął do gardła pierwszy łyk, zrobiła mu się żal leżącego w kącie Strudzika. Strudzik przylazł nie wiadomo skąd i przespał tutaj połowę nocy, nic nie mówiąc. Faktem było jedynie to, że mocno zalatywało od niego destylatem jakimś. Była już siódma, a to oznaczało, że zapadał już powoli zmrok. Wtedy to wesołym, kołyszącym się krokiem do baru wszedł Mekunio. - Napijesz się czegoś? – z przyzwyczajenia zapytał Tad. - Ty się lepiej napij. Tad pokręcił głową, gdyż raczej nie pijał mocniejszych alkoholi, gdyż było to wbrew jego zasadom. Palenie marihuany było uzewnętrznieniem jego umysłu, wyczuleniem na wszelkie bodźce. Z alkoholem było odwrotnie. Napił się natomiast Strudzik, który zaraz po przebudzeniu zaczął zdradzać ciągoty w kierunku jakiegokolwiek klina. Mekunio zatarł w myślach ręce i, delektując się każdym słowem, powiedział Tadowi radosne nowiny. - Oczywiste – stwierdził ten obojętnie. Strudzik głośno beknął. * * * * * * * * * * * *

Jakiś czas później los rzucił Tada na ulicę Grodzką. Przechadzał się wolno wzdłuż ulicy, rozmyślając nad pewnym motywem powieści, którego nie mógł rozstrzygnąć. Powieść zresztą miała się dobrze i Tad pracował nad nią z zapałem, chociaż do końca było ciągle daleko. Zebrał wszystkie przekazane mu przez przyjaciół wartości i idee, postanawiając umieścić je w jednej książce. Miał więc już filozofię. Za fabułę posłużyła mu solidnie przerobiona historia Olszy. Przecież tak naprawdę te wszystkie elementy zawarła ona w swojej decyzji o ucieczce. Była tam nędza i pragnienie życia, carpe diem i przeciwności losu – wszystko, czego rasowa powieść potrzebuje. Powieść miała jednak przede wszystkim pewną bardzo ważną rzecz. Był to klimat polskich realiów, szarych blokowisk i rodzącej się rzeczywistości. Gdy właśnie próbował ugryźć problem z jednej strony, to z drugiej, dalsze już wrześniowe słońce przygrzało mocniej jakby w ostatnim popisie przed zimową stagnacją. Wszedł więc pod zadaszenie, ciągnące się przed kilkoma sklepami. Daszek opierał się na wymyślnych arkadach, które połączone były u dołu rodzajem betonowej półki. Nie namyślając się wiele, a raczej nie poświęcając problemowi zbytniej uwagi, wskoczył na tą półkę i oparł się wygodnie o jedną kolumnę, w przeciwną wbijając wzrok. Przez dwie minuty nie rejestrował nic z otaczającego go świata. Dopiero po tym czasie plamy i bazgroły przed jego nosem zaczęły układać się w napisy.

* * * * * * * * * * * *

- Przed tym miejscem zawsze chylę czoło – powiedział Tad niespodziewanie, gdy kontynuowaliśmy wywiad następnego dnia. – Były tam i oczywiście teksty wulgarne, śmieszne i zwyczajnie głupie, ale także te mądrzejsze i ambitniejsze, które od razu zwróciły moją uwagę. To było coś... naprawdę niesamowitego, jakieś wręcz wewnętrzne przeżycie. Siedziałem na szarej, brudnej ulicy, tyłek odmarzał mi od zimnego betonu, a przede mną znajdowały się napisane zwykłym pisakiem wspaniałe aforyzmy i liryki, wiersze oraz przemyślenia. Kontrast, tak... to dobre słowo. * * * * * * * * * * * *

Tad wolno przekrzywił głowę jak ptak, wczytując się w kolejne teksty. - „To, co nadaje sens życiu, nadaje także sens śmierci” – przeczytał na głos. Dwóch przechodniów zwróciło ku niemu zdziwione spojrzenia. Dotknął palcami chropowatego muru. Niektóre napisy musiały mieć już parę lat, ale kilka z nich było naprawdę świeżych. Były tam własne aranżacje muzyczne i filozoficzne wywody. Wspaniali ludzie to tworzą. - „Wspinam się wolno po strunach do nieba, świadkiem mi stary blues”. - „I ten, kto wolny, nad swym losem nie płacze”. - „Cały nasz chuligański trud tobie, kochana Ojczyzno”. - „Żyj szybko, kochaj mocno, umieraj młodo” Tad, tknięty jakimś dziwnym odczuciem, cofnął się szybka z powrotem i kupił w kiosku czarny flamaster. Przez chwilę wahał się, ale czuł się jednocześnie jakby uprawniony do tego, do pozostawieniu po sobie chociaż najmniejszego śladu. Uśmiechnął się pod nosem i z ostatniego stwierdzenia wykreślił słowo „młodo”. Pod spodem dopisał inne. „Cicho”. Pragnął pozostawić coś więcej po sobie. W głowie nie miał jednak akurat żadnych aforyzmów. Było to pragnienie chwili, w końcu przecież czas i doświadczenie pozwolą mu na zapisanie tutaj jakiejś głębszej sentencji. U spodu więc filara, jakby nie chcąc zbezszcześcić banałem tego miejsca, napisał niezgrabnie „Kocham”. Poskrobał się po brodzie. Kogo lub co? Uśmiechnął się do siebie i dokończył na złość wszystkim: „MaryJane”. Parę metrów stąd mieścił się metalshop, a skomentować należy, że nie miał on nic wspólnego ze śrubami i nitami. Zaciekawiony wszedł do środka, pragnąc zasięgnąć informacji o tych tekstach. Czuł się nieswojo, ponieważ był jedynym człowiekiem w sklepie o krótkich włosach. - Sorki, nie wiesz może, kto pisze te teksty, tam przy tych arkadach? – zagaił. Sprzedawca, młody chłopak z koszulką „Nightwisha”, wzruszył ramionami, patrząc z ciekawością na Tada. - A różni się zdarzają. Część z nich znam z widzenia, jako klientów, rozumie się. - Więc raczej trudno by było ich spotkać? Chłopak zmierzwił dłonią swoje bujne włosy. - Wiesz co, generalnie to raczej tak, ale mam pomysł. Spójrz tam przy wejściu, po lewej. Tad poszedł we wskazane miejsce. Na ścianie wisiała tablica korkowa, do której poprzyczepiane było mnóstwo karteczek w stylu: „Zespół gothic-metalowy poszukuje perkusisty”, albo „Gorąco zachęcamy do przesłuchania płyty demo zespołu Nightingale”. - Spróbuj w ten sposób. Pożyczył od sprzedawcy kartkę papieru i napisał na niej pisakiem: „Byłem spragniony, jestem z wami. Chcę się skontaktować z autorami grypsów z Arkad. Będę zaglądał tu w każdy parzysty dzień o zachodzie”. Przyszpilił potem pinezką do tablicy swoje dziwne ogłoszenie i wyszedł, zadowolony z siebie.

Twierdzenie 4. Podstawowe Naiwność

Już ponad sześćdziesiąt lat ma stwierdzenie, że „kłamstwo powtórzone pięć razy staje się prawdą”. Ludzie w rzeczywistości są bardzo naiwni, nawet zadeklarowani cynicy. Wszyscy urodzili się na świecie nie mając żadnej wiedzy, a jedyne pytania, jakie zadawali, i zadają do wieku starczego włącznie, dotyczą one technicznych szczegółów życia: konstrukcji telewizora albo systemu ulg podatkowych. Naprawdę niewielu zadaje sobie pytanie: co my tu właściwie robimy? Dlaczego ten świat tak wygląda? I kto tym wszystkim steruje? A jeszcze mniej z nich na to pytanie odpowiada. Założenie: Jeśli ludzie w rzeczywistości nie lubią stawiać pytań... Teza: ...to przyjmą czyjąś odpowiedź, jeśli tylko WYDA IM SIĘ słuszna, choć wcale taką nie musi być.

Tad ROZDZIAŁ ÓSMY TEMPUS FUGIT

Pisanie okazało się dla Tada rzeczą trudniejszą, niż przypuszczał. O ile styl i fabuła były jak najbardziej do przyjęcia, o tyle wszystko rozbijało się o rafę ilości. Bo powieść to nie opowiadanie. Powieść ma wątki, najlepiej kilka, żeby komuś nie przyszło do głowy nazwać ją nowelą. Powieść musi mieć ciekawych, silnych ale nie stypizowanych bohaterów. A żeby była poczytniejsza i bardziej intrygująca, granice pomiędzy dobrem a złem nie powinny być zbyt ostro zarysowane. Tyle jeśli chodzi o teorię. Praktyka natomiast przedstawiała się zupełnie, ale to zupełnie inaczej. Redaktorska praca Tada, bądź co bądź dająca radość i umiejętności stała się skutecznym utrudnieniem w wyścigu po pisarskie laury. Numer pierwszy odnowionego „Sztampa” znikł niemal tak szybko, jako się pojawił, ale popyt trwał nadal. Pomijając strajki drukarki, miesiąc wrzesień zaczął powoli ustępować miesiącowi październikowi, a zobowiązanie redakcji, że „Sztamp” ma być miesięcznikiem, pozostawało w mocy. Ale nie, materiałów im nie brakowało. Wręcz przeciwnie. Gazeta przestała być przykrym obowiązkiem, a stała się źródłem prawdziwej satysfakcji i, trzeba dodać, udręki. Nowy miesiąc zaowocował większą ilością materiałów o szkole, jako że wrzesień – czas przygotowań i improwizacji – skończył się zadziwiająco szybko. A przez miesiące letnie zebrało się tyle materiałów do przedyskutowania, omówienia, wykpienia i obnażenia, że gdy szkolne mechanizmy zaczęły funkcjonować pełną parą, drugie wydanie zostało zwiększone objętościowo. Drugą rzeczą, która wprowadziła chaos do redakcji były wyniki ankiety, które ktoś musiał wklepać, to raz, i wyciągnąć z niej słuszne wnioski. To dwa. Szybko okazało się, co nie było przecież przełomowym odkryciem, że większość czytelników woli być wysłuchiwana, niż chcieć słuchać, tak więc odpowiedzi było multum ponad dużo. Tad uwijał się więc jak fryga, próbując wymyślić coś sensownego z gazetą, by rekordowy pierwszy numer nie był ich ostatnim rekordem. Nawet stojąc za barem „Redy” i serwując jedną ręką alkohol, drugą stukał końcówką długopisu w wyniki ankiety. Faktem było, że zapomnieli o sporcie. To była bolączka gazety, jednak Tad z miejsca zdecydował poszerzyć skład redakcji. Trzeba było wyjść z gazetą też poza mury szkoły. Drugim faktem był nadal kulejący system informacji, które miały docierać do zaledwie kilku redaktorów z każdej osiedlowej dziury. Jednak i tu Tad wpadł na pewien kontrowersyjny pomysł, którego realizacja musiała chwilę poczekać. Ale tylko krótką chwilę. Po trzecie, w następnym wydaniu nie pojawiła się już krzyżówka. Tad najpierw wziął kapitanów reprezentacji szkoły w koszykówce i piłce nożnej. Po krótkiej rozmowie podziękował koszykarzowi, gdyż ten poza odbijaniem piłki żadnym innych zdolności nie przejawiał. Nawet w przeklinaniu. - Jesteś trudny jak podeszwa – powiedział do Tada i wyszedł. Piłkarz został, jako redaktor powstającego właśnie działu sportowego. Gdy Radek klnąc jak bosman stukał pięścią w drukarkę, która leniwie wypluwała z siebie drugi numer, Tad jeszcze raz skoczył do Hipisa. Tym razem doczekał się od niego marnej kawy (Watry akurat nie było) i tak ukontentowany wyłożył Hipisowi swoją prośbę. - Musisz mi pomóc – zaczął. – Potrzebuję od ciebie... Albo inaczej. Potrzebuję ciebie jako korespondenta do gazetki szkolnej. - Gazetki szkolnej? – powtórzył z rozbawieniem. – Wydawało mi się, że ty już jesteś na to za stary, a ja to już chyba w szczególności. - To nie jest zwykła gazetka – powiedział Tad zupełnie poważnie. – I chyba nigdy nie będziesz za stary na pisarstwo. - Trafiłeś mnie. - Chodzi mi o dział turystyczny. Ale nie o turystykę dla bogatych i zblazowanych, tylko dla szalonych i niespokojnych, dla ludzi, którzy mają do przeznaczenia na dzień dziesięć złotych. - Brzmi znajomo. - Chciałbym, żebyś rozpoczął cykl artykułów na temat wędrówek. Przygotowania, najlepsze miejsca, i tak dalej. Tylko żebyś nie wodził ludzi po regionalnych muzeach i skansenach. Tego zazwyczaj nie lubią. Miałby to być przewodnik po Górach, takich przez duże „G”. Ostre trasy, widoki, położenia rozlatujących się szop na noclegi, pola z których można kraść ziemniaki, hardcorowe zabawy, gdzie na jakiej plebani da się przespać u księdza, a z jakiej wypędzą cię wodą święconą, jak najlepiej łapać stopy, alternatywne formy noclegów, i tak dalej. - Innymi słowy chcesz, żebym podzielił się latami doświadczeń, informacjami które zbierałem w pocie czoła. Tad pokręcił głową, nie dając nawet Hipisowi dokończyć. - A po co zbierałeś tą wiedzę, jak nie po to, żeby się nią podzielić? A zresztą pomyśl, jeśli oni będą startować z twojego pułapu doświadczeń, to jak daleko zajdą w twoim czy starszym wieku? Nie ciekawi cię to? Ciekawiło go. Na tyle, żeby w numerze listopadowym pojawił się jego pierwszy artykuł. Drugą sprawą był kolportaż. Tad pragnął, by gazeta dotarła do jak największej liczby czytelników, a mury szkoły tłamsiły ją, jak przyciasny kołnierzyk. Liście na drzewach zbrązowiały, spadły na ziemię i razem z deszczem utworzyły jedną błotnistą breję, gdy Tad dziarskim krokiem poszedł do sąsiadującego szkole kiosku „Ruchu”. Sprawa była krótka. Za prośbą i namową kioskarka zgodziła się wsunąć niewinnie wyglądającą gazetkę szkolną pomiędzy inne czasopisma. Nie było to wiele. „Sztamp” bowiem został ulokowany pomiędzy gazetami erotycznymi a motoryzacyjnymi, co mimo wszystko zapewniało mu widownię, choć raczej ograniczoną. Naczelnemu redaktorowi to jednak wystarczyło. Wpływy z gazetki okazały się zbyt marne, żeby snuć inwestycje, jak na przykład zakup lepszej drukarki. Kiedy jednak Radek, w natłoku zamieszania, dał Tadowi przeliczenie kosztów wydruku strony, ten ostatni roześmiał się głośno. Redakcja, cały czas pracująca jak precyzyjny mechanizm, popatrzyła na siebie ze zdziwieniem. Gdy Tad skończył się śmiać, pospiesznie wyjaśnił reszcie. - Możemy oszczędzić bezproblemowo prawie osiem groszy na każdej stronie, a my matoły nic nie robimy. Jako komentarz rzucił ulotkę, reklamującą mały zakład drukarski. „Koszt jednej strony – czterdzieści groszy”, głosił napis. Ale była możliwość negocjacji... Negocjacje trwały krótko, bowiem dłużej nie potrzebowały. Za cenę groszy dwudziestu siedmiu od strony mała drukarnia „Gutenberg” zobowiązała się, na razie nieformalnie, do bycia wydawcą gazety. Skutek był natychmiastowy. Redaktorzy trzymani w ryzach przez Tada, mieli coraz więcej roboty. Na szczęście pomocą służył Strudzik. Kiedy był akurat na chodzie (co trwało około pięćdziesiąt procent jego aktywności życiowej) pisał on najprzeróżniejsze gatunkowo formy, głównie zatrzymując się jednak przy opracowanych informacjach z pierwszej linii. W klubie „Dracula” bywał co parę dni. Kari zapoznał go z paroma osobami, ale wyraźnie przestrzegł, by nic nie robił bez jego przyzwolenia. Tak więc Strudzik co jakiś czas siadał obok znanego już mu didżeja Einara i z wysokości obserwował wszystkich. Czasem siadał też przy barze. I po dłuższym czasie wyniki obserwacji zaczęły przynosić pierwsze plony. Już po kilku razach Strudzik mógł spokojnie wyróżnić kilku stałych bywalców, ich ulubione miejsca, wzajemne relacje. Żłopiąc tam podrzędny samogon, wyciągnięty spod lady przez Sobola, Strudzik z zaciekawieniem patrzył, jak jeden chłopak, ubrany w skórzaną skórę (naganiacz), przewijał się przez tłum szeptając coś do ucha ludziom, którzy na chwilę wyszli odetchnąć. Naganiacz też najpierw sam obserwował przez jakiś czas człowieka, czasem kilka dni, czasem krócej i wybierał osoby odosobnione, a jednocześnie nie wzdrygające się przed różnymi rodzajami rozrywki. Jeśli transakcja mogła dojść do skutku, szedł on wtedy do pośrednika, który typowym niechętnym i nieufnym spojrzeniem mierzył klienta, aż wreszcie podejmował decyzję i ewentualnie udostępniał klientowi trochę towaru. Strudzik miał niemały ubaw patrząc, jak stuff przechodzi z rąk do rąk. W ciągu dwóch miesięcy mógł spokojnie powiedzieć, kto tu jest kim. - Wiesz, jakoby policyja poświęciła chocie trochę czasu na wyrafino-kurwa-waną infiltrację, toby natychmiast perwersyja i przestępczość o połowę by spadło – powiedział raz do Einara. - A byli, próbowali – pokiwał głową. - I cóże? - I nic. Perwersja i przestępstwo pleni się nadal. Strudzik siedział więc, zabijając etanolem kolejne szarawe komórki. Siedział i zaczynał się coraz bardziej niecierpliwić. Einar zaś niezmordowanie puszczał w kółko te same sample. Informacje jednak były; nie dałby wciągnąć się w tak długie podchody, gdyby było inaczej. Były to jednak w głównej mierze opinie, domysły i sypialniane plotki. Na nich to jednak Strudzik po mistrzowsku zaczął budować kolejne artykuły. „Czy pytaliście się samych siebie, co to jest <>, w tym bardziej metaforycznym znaczeniu? Pytanie to jest skierowane do tak zwanych normalnych ludzi. Ale przecież tacy nie czytają tej gazety, stonujmy więc sarkazm. Podziemie to szara masa anonimowych ludzi. Widujemy ich w wiadomościach. Widujemy na meczach czy w ciemnych zaułkach. To są właśnie bękarty, niechciane dzieci ulicy, wyzyskiwany motłoch, nawóz historii. Podziemie to Nowa Huta”. Artykuły Strudzika wywoływały wiele emocji, z których redakcja była dumna, albowiem były to emocje pozytywne i negatywne, a więc żywe. Czas płynął, dzień się sukcesywnie skracał, a Tad zaczął z przykrością zauważać, że praca redaktora naczelnego polega przede wszystkim na organizowaniu, a nie bystrym piórze. Miło było patrzeć na sprawnie pracujący mechanizm redakcji, ale przecież pisarskie ego Tada obraziło się i wydęło wargi. W huku zamieszania i krzyku, jedynym dla niego ratunkiem była ciągle rosnąca powieść. Historia nie była skomplikowana – przecież to proste historie tworzą nasze życie. Tad nauczył się już jakiś czas temu, że w powieści, jak i w praktycznie każdym dziele artystycznym, najważniejszy jest KLIMAT. „Wszystko za wolność”, krzyczała jej bohaterka, podczas burzy na dzikich przestrzeniach Ziemi. Wyrwała się ona z dzielnicy nędzy i zaczęła żyć z dnia na dzień, nigdzie nie zagrzewając miejsca. Liczyło się tylko szybkie, radosne życie. Prosta historia. A jednocześnie historia sięgnięcia gwiazd... Czyż nie? * * * * * * * * * * * *

- Brakuje mi informacji, Faso – powiedział Tad z powagą do siedzącego naprzeciw niego chłopaka. – A bez danych leżymy. Była listopadowa noc. Siedzieli w pustej „Redzie”. Faso zmrużył oczy, nie mówiąc przy tym ani słowa. Wyczekiwał. - Problem w tym, że połowa naszych czytelników ma lepsze informacje niż my. Tak być nie może. A z jakąś konkretną rzeczą nikt nie pójdzie do redakcji. Pozostają nam więc jedynie plotki, a to jest mało. Faso milczał nadal. - Chciałbym cię prosić o stworzenie siatki informatorów... Nie, może to źle ująłem. Chodzi o grupę ludzi... hmm, wywiadowców. Żeby nie tylko nadstawiali ucha, ale umieli za żądanym faktem trochę pogrzebać. Żeby mieli trochę inteligencji, sprytu i taktu, a także trochę krzepy. - W celu? – zapytał Faso. - Czasem trzeba będzie dopomóc szczęściu – odparł Tad enigmatycznie. – Chodzi o grupę tylko zbierającą dane. My je będziemy opracowywać. Faso otarł lekko spocone czoło. Zbudowany był jak dobrze odżywiony miś, przez co duszna atmosfera znacznie skracała mu oddech, a przyspieszała puls. W zamyśleniu spojrzał na wyłączone automaty do gier. Opustoszały bar sprawiał bardzo ponure wrażenie. Większe nawet niż płonący zniczami cmentarz Rakowicki. - Oj Tad, chcesz mieć na własność po prostu grupę operacyjną? Na jakich zasadach? Tad uśmiechnął się lekko na to zaowalone pytanie o pieniądze. - Na razie jako przyjacielska przysługa. Potem według zasług. - Nie zgodzą się. Nie będą przecież kablować. - Zgodzą. Dlaczegóżby nie? Przecież to, co połowa twoich kumpli ma w głowach, zatrudniłaby policję na długie miesiące. A druga połowa zwiększyłaby nakład o trzysta procent. Dla nich o żaden wysiłek, a zysk może być niezły. Ty natomiast... – Tad przeszedł do decydującej fazy rozmowy – ty natomiast zostałbyś jak najbardziej pełnoprawnym redaktorem gazety, z dużą ilością pracy, zerowym kieszonkowym i olbrzymią satysfakcją. Faso namyślał się długo. Tad w oczekiwaniu włączył flippera i zaczął tłuc wirtualnych przeciwników jak opętany. Z głośników rozlegały się kretyńskie dźwięki muzyki oraz huk uderzeń i krzyki boleści. Faso stanął nagle za Tadem. Jego cień padł na cały ekran. - Spróbuj kombinacji „tył – tył – niska pięść”. Tak się robi „sznurowadło” – usłyszał Tad. Faso zaczął zbierać się do wyjścia. - Jaka jest odpowiedź? - Nie, Tad. Przykro mi. Faso znikł w wyjściu, trochę zmieszany. Tad spróbował kombosa. Faktycznie, pomógł mu w grze. Zbliżał się już do końca. * * * * * * * * * * * *

- Gdybym zaczoje wiedział wcześniej, zacz reporterska robota alkoholizmem grozi, tudzieżbym się na to wo nie pisał – zamruczał Tad do swojego zwyczajowego kieliszka wódki. – Kurwa Sobol, ja już tu trzeci miesiąc chleję, a Kari takowo zabronił mi tutaj kraść. Nynie z czego mam ci rachunki spłacać? – poskarżył się płaczliwie. Sobol zajęty pracą nie zwracał na niego żadnej uwagi. Strudzik jednak zupełnie tego nie zauważał. - Piję to i piję, piję i piję, głupszy się robię z każą dardanelską typicznie minutą, w alles informacyje, jakowe słychać, są ta majaczenia pijanych sztoków w delirce. Nie znajdujesz ty juże na świecie prawego ludzia, ot co! - Gdybyś tylko mniej pił, może jeszcze dałoby się z tobą gadać – powiedział barman. - Ale zaczo mi w życiu werfe pozostało? I gdzieżaj jest sprawca mego nałogu, massa Kari we własnej osobistości? Sobol wydął lekko wargi. Wycieranie szklanek zaabsorbowało go całkowicie. - Kuwa Sobol, nie bądź żyła. Powiedz mi tak bez ogródków, kaj jest z tymeż Karim. Azali on szefowi przypierdolił czy wyruchał jego kochaśnego psa? - Jego życie, jego sprawa, jego sprawa–śmierdząca sprawa – powiedział Sobol. – Sam się go zapytaj. W Strudziku jednak coś poczęło się buntować. Dziennikarski zew? Pusta kieszeń? Emocjonalne rozkojarzenie? Czy ten hip-hop? Przez chwilę wyglądał jak parodia wielkiego myśliciela. Zmarszczył czoło, ściągnął brwi i zaczął dłubać miarowo w uchu. W końcu jego fizjonomia dała znać, że wreszcie podjął jakąś decyzję i jest gotów do jej realizacji. - Kopsijże mi telefona, prawy człeku. - Nie dzwonisz chyba na seks linię? – z obawą zapytał Sobol. - Niezbytdopełnie. Trzy razy wykręcał numer, nim jego palce trafiły we właściwe klawisze. Po dziewięciu sygnałach w słuchawce rozległ się głos zaspanego ciecia. - Dajnoże mi do telefonu Olszę. Kurwa nie pyskuj człeku do mnie, legalnie mus mi z nią pogadać. Przerwa w słuchawce był długa. Strudzik zaczął się już obawiać, że cieć po prostu zasnął albo stoi przed aparatem i pokazuje mu wała, ale w końcu w słuchawce rozległ się zaspany głos dziewczyny. - Głupi pajacu, kompletnie ci odwaliło, żeby dzwonić do mnie o tej godzinie. - Nie rozmawiaj do mnie, żeś spała, bo aże tutaj słyszę, jake Jane się kurwi, więc słuchaj. Wkładaj z miejsca jakeś mowa-ciuchy i zasuwaj na Drugiego Pułku do Nowej Huty – przez chwilę cierpliwie tłumaczył jej dokładnie, gdzie ma się udać. Odpowiedź była do przewidzenia. - Odkładam słuchawkę. - Nawet się nie waż! Wysuwaj natychmiast! I weź kiele siebie płytę „The Doors”. Olsza wyraźnie straciła cierpliwość. - Słuchaj no, głupi sukinkotku, nie wiem, za kogo się uważasz, ale na pewno nie za tego, kim jesteś. Mam szczery zamiar się wyspać. I nawet to, że Jane się za ścianą seksi, nie wpłynie na moją decyzję! - Przecież mnie kochasz, czyże nie? – zapytał i odłożył słuchawkę. Sobol zerknął na niego ciekawie. - Kłótnia? - Co za kłótnia? Przecież właśnie powiedziała, że zrobi dla mnie wszystko, że jestem wspaniały i że zaraz tu przyjedzie. Faktycznie, Olsza pojawiła się zadziwiająco szybko, ledwie dwie dziesiąte litra później. Strudzik wciągnął do ust jej wargi. Olsza jęknęła z rozkoszą, po czym wyswobodziła się z objęcia i dała Strudzikowi po pysku. - To za tą gwałtowną pobudkę. Nie lubię takich. - Tyż wspaniale wyglądasz, władczynio i niewolnico moja. Jakoż się tutaj tak circa szybko dostałaś? - Taksówką. Wzięłam od Jane pieniądze. Ona jeszcze puści się kilka razy, chyba to lubi. Masz też tu tą płytę. - Poczekaj uno minutę, wrócę w try-miga! Strudzik znikł w tłumie. Olsza wzruszyła ramionami i oddała Sobolowi swój płaszcz, odsłaniając szykowną, a raczej seksowną kreację. - Te same upodobania? – zapytał Sobol. - Może być. Barman nalał jej do kieliszka samogonu. Strudzik tymczasem wlazł po metalowych schodach do stanowiska didżeja. Einar rutynowym ruchem żonglował płytami. Oczy miał mętne, zupełnie jakby jego tęczówka była jeziorem, do którego ktoś wrzucił kamień. - Nie zanudził ci się skankojo rap twój? Zapodasz może cużeś innego. - Co tam masz? „Doors”? Człowieku, widzisz tu w tłumie mego dziadziusia? Nie? A to raczej dlatego, że gdyby wiedział, że takie starocie puszczam, toby pewnikiem przyszedł. Zresztą, zjedzą mnie tu żywcem, jak im Paktofonikę zabiorę. - Powiew świeżości, Einar. Nawet stricte topowe kwiatki muzyki muszą kiedyś zwiędnąć, a lud nie widzi tańczyć w zgniliźnie. - A co mi tam w sumie... Faktycznie, wyglądał, jakby już naprawdę nie miał nic do stracenia. Wziął od Strudzika płytę i obiecał, że puści ją, jak tylko skończy się ten kawałek. - Ostatnieja piosnka, Einar. I żadnego scrachtowania! Zszedł na dół i odciągnął coraz bardziej rozbawioną Olszę od baru. Oboje poszli na środek parkietu. Strudzik ujął dziewczynę pod boki i zaczął przesuwać dłońmi w górę i w dół. - Co chcesz robić? - Patrzaj. Na pierwsze dźwięki piosenki „Light my fire” Strudzik stał jakby nieruchomo, tylko przez jego ciało przebiegło pierwsze drgnienie. Na sali rozległy się okrzyki zdziwienia. Wtedy Strudzik zdarł z grzbietu koszulę, pozostając jedynie w podkoszulku i zaczął tańczyć. A co to był za taniec! Olsza z miejsca przyłączyła się do niego. Strudzik przesunął dłońmi po jej ciele tak jak poprzednio, tym razem podwijając jej bluzkę w górę aż do granicy stanika. Tańczyli, nie... pulsowali razem, w tym surrealistycznym erotycznym dancingu. Wokół nich zrobiła się wolna przestrzeń. Pozostali przestali tańczyć. Tylko obserwowali. Strudzik ściągnął z siebie podkoszulek. Stalowy nieśmiertelnik mieszał się z falującą burzą rudych włosów Olszy. Dziewczyna delikatnie zsunęła spódnicę, która odsłoniła górne części bioder. Jej żywo ruszający się brzuch hipnotyzował, podobnie jak postać półnagiego chłopaka za nią. Było to wyuzdane, pełne swoistej perwersji widowisko, które fascynowało wszystkich. Czasem Olsza odwracała się do niego tyłem, a wtedy Strudzik pieścił jej ciało dłońmi, czasem całował ją po szyi i dekolcie, lub ona jego. Jej włosy były wszędzie, wirowały i tańczyły razem z nimi. Na ich skórze wystąpiła cieniutka warstwa potu. Ich ciała co chwilę lgnęły do siebie i sklejały się, ale nigdy, w żadnej okoliczności, nie przerywały tańca. Z miejsca, gdzie stały wydzielone stoliki podniosło się kilka postaci. Zauważyli ich, stwierdził Strudzik z zadowoleniem. Nie wiedział, kto tam jest kto. Ale był już zapamiętany, pozostawił po sobie jakieś wrażenie. To na początek. Olsza nagle zdarła z siebie bluzkę. Pod spodem miała jedynie fioletowy stanik. Strudzik objął ją w pasie, a dziewczyna przechyliła się do tyłu, powodując liczne podniecone gwizdy. Strudzik pośród gapiów dostrzegł wykrzywioną twarz Kariego. Masz swoje podchody, pomyślał z mściwą satysfakcją. „Try to set the night on fire!” Tańczyli dziko, bez reguł i zasad. Dziewczyna machała włosami, które tworzyły wokół jej głowy ognistą aureolę. Po torsie Strudzika spłynęła kropla potu. Byli ogniem. „Try to set the night on fire!” Tańczcie wszyscy, tańcz niebie i ziemio! A po co tak naprawdę innego żyjemy? Tylko po to Strudzik był pewien. Nie liczy się życiowa mądrość. Liczy się ekstaza! „TRY TO SET THE NIGHT ON FIRE!!!”. Skończyli tańczyć w burzy krzyków (nie oklasków), ale krzyków naładowanych podnietą, radością i aplauzem. Ubrali się niespiesznie. Kilku ludzi, którzy przyglądali im się z miejsca wydzielonego, ruszyła do wyjścia. Strudzik dopiął w pośpiechu koszulę. - Zas sekundkę z powrotem będę. Moment! W pośpiechu wybiegł za nimi. Zobaczył jedynie trzy znikające w mroku sylwetki. Stał tak rozgrzany i parujący przed wejściem obok innych ludzi zaczerpujących tu świeżego powietrza. Jedna z sylwetek obróciła się do niego, Strudzik wyraźnie widział bladą plamkę jego twarzy. Był pewien, że oczy były skierowane na niego. Ale żadnych szczegółów postaci nie wychwycił. Po jego pasie prześliznęły się czyjeś dłonie. Odchylił głowę w bok i cmoknął Olszę w policzek. - Wrócisz tu jeszcze - powiedział z zadowoleniem w mrok. – Jeszcze tu wrócisz. - Kto taki? - Sęk w tym, że nie wiem. * * * * * * * * * * * *

- Ten cały Adam, o którym ci opowiadałam, to jest zupełne zero! – trajkotała Łucja. – Kilka dni temu zaprosił mnie na wyjazd, dwa dni w hoteliku w jakiejś dziurze. Pomyślałam sobie: czemu nie? Dni były jakieś ponure, nastrój opadł, więc trzeba było coś zrobić. Pojechałam więc z nim i z moją koleżanką. On za to wszystko płacił. Chwalił się, jaki to z niego turysta, że pokaże nam, mieszczkom, Beskidy jesienią, a nim doszliśmy do schroniska, zadyszkę złapał i ślizgał się po błocie jak szalony. No ale nic to, sceneria piękna, więc wybaczyłam. Miarka się przebrała, kiedy zaczął obłapiać mnie jawnie na kolacji. To już jest szczyt! – potrząsnęła szopą ciemnych loków. – Wyobrażasz sobie. Zero finezji. Spławiłam więc typa i poszłyśmy z koleżanką do swojego pokoju. Tam zaczęłyśmy z nudów eksperymentować, a facet zrobił sobie dobrze, słuchając przez ścianę naszych odgłosów. Kompletne zero! - Przykro mi, że ci znowu z facetem nie wyszło – mruknął Tad z pewnym roztargnieniem. - O wa, a to nowość. Wszystkim jest przykro. Ale trudno. Zabawa jednak była przednia. Przerwałyśmy wtedy i zapukałyśmy do niego w jak najbardziej nieodpowiedniej chwili. Zawsze rozrywka. Przez nadwiślańskie bulwary przebiegł chłodny powiew jesiennego wiatru. Cisnął im w twarz zwiędłe liście. Było wczesne popołudnie, ale słońce świeciło jak przez matową szybę. Nieliczne już wycieczki kuląc się przed chłodem i przytupując co jakiś czas podziwiały widok wawelskiego zamku. - Kiedyś przynajmniej udawałeś, że cię to interesuje – powiedziała bez wyrzutu, albowiem już dawno przestała od niego czegokolwiek oczekiwać. - Wybacz mi. Mam natłok myśli. - Jak jakiś czas temu rozmowa schodziła na seks, zacząłeś być zainteresowany. - Zbytnio mnie dzisiaj wymęczyłaś, to dlatego. Po krótkim spacerze, podczas którego padały jedynie banalne uwagi Tad odprowadził dziewczynę do domu przy ulicy Dietla. Łucja nic nie mówiąc znikła w klatce schodowej, a Tad szybkim krokiem wrócił się na Drogę Królewską, czyli na ulicę Grodzką. Przed arkadami zwolnił trochę, obchodząc je najpierw łukiem. Potem podszedł bliżej. Zauważył, że dodano parę napisów. - „Tylko sarna jedząca z twojej ręki mówi prawdę o człowieku”. Metalshop obok stał jak zwykle, Tad więc nie zauważył powodów, by go nie odwiedzić. W środku urzędował inny chłopak niż ostatnio, a klientów też było kilku. Wiedziony odruchem spojrzał na miejsce, gdzie jeszcze niedawno powiesił swoją kartkę. Zachodził tu już kilka razy, ale żadnych zmian nie zauważył. Kto zresztą odpowiedziałby na taką odezwę? Teraz jednak ze zdziwieniem zauważył solidnie przyklejoną do tablicy kopertę na miejscu jego wiadomości. Rozejrzał się niepewnie. Facet ze swoją dziewczyną wybierali podkoszulek, jeden z metali wdał się w spór ze sklepikarzem. Nikt nie zwracał uwagi na tablicę. Tad uchylił lekko kopertę. W środku leżała mała karteczka, wyrwana z zeszytu. Z jednej strony napisany był adres: „Ciemna 43a”. Z drugiej niestarannie skreślony podpis. „Dla spragnionego”. Jeszcze raz rozejrzał się wokół, jakby autor wiadomości tylko czekał na niego. Ale jeśli już, to czekał on na Ciemnej. Zamknął kopertę pozostawiając wszystko, jak było. Przepchnął się wgłąb sklepu. - Hej! – krzyknął do sprzedawcy. – Widziałeś może, kto to przykleił? - Co gdzie przykleił? - Tą kopertę, na tablicy. - Tam w cholerę ludzi coś przyczepia. Nie wgłębiam się w to, co tam jest – machnął ręką i powrócił do sporu; chodziło chyba o zaklasyfikowanie jakiejś piosenki do gothic metalu albo doom metalu. Tad wyszedł na ulicę. Ciemna? To chyba gdzieś na Kazimierzu. Tad nie znał za dobrze tej części miasta. Było tam tyle drobnych uliczek i rozpadających się kamienic, że Kazimierz był niemal miastem w mieście, osobnie żyjącym organizmem. Tutaj czas rzeczywiście płynął wolniej. Dawne żydowskie miasteczko nie utraciło całkowicie ze swojej atmosfery pewnej aury, niknącej co prawda przy ruinach, ale ciągle posiadającej magiczny posmak. Tad dostał się tam tramwajem w dziesięć minut. Jesienny wieczór nadszedł szybko. Tad energicznie przebierał nogami, by się rozgrzać i zdążyć przed zmrokiem. Czuł się dziwnie. Szedł do obcej dzielnicy, jakby nie z tego świata gnany tu jedynie przez dziwną wiadomość, która równie dobrze mogła być głupim kawałem. Numer czterdziesty trzeci nie istniał, a w każdym razie nie istniało tam cokolwiek godnego uwagi. Była to zrujnowana kamieniczka, smutne świadectwo dawnych, niekoniecznie lepszych, ale innych, czasów. Z obawą wszedł do środka. Pod nogami zachrzęścił mu pokruszony tynk i spękana wylewka. Okna zostały już dawno powyrywane z futryną. Stanął w pomieszczeniu, które mogło być kiedyś salonem. W panującym półmroku dostrzegł w kątach jedynie sterty gruzu i zbutwiałych desek. Pod jedną ścianą rozwinął się okazały bluszcz. Podszedł do przeciwnego okna i spojrzał na tyły domu. Cały ogródek był zarośnięty chwastami, sięgającymi dorosłemu mężczyźnie do piersi. Wolno, jakby nie chcąc czynić zbędnego hałasu, przeszedł do pokoju obok. Odchodziły z niego schody na górę, które teraz urywały się na wysokości drugiego metra. Tad, wodząc spojrzeniem po dalszej, nieistniejącej części schodów spojrzał na górę. Sufit nad jego głową zachował się już tylko przy ścianach. W środku ziała natomiast ogromna dziura. Nawet niedostępne dla człowieka pierwsze piętro zostało opanowane przez nieokiełznane chwasty. Zielenina była zresztą wszędzie, przeciskała się nawet przez szczeliny w podłogach i wyrastała z miejsc, gdzie kończyły się rury wodociągowe. Tad stał chwilę w tym umarłym domu, gdy nagle dobiegły go dźwięki muzyki. Jakby jeszcze było mało, zamiast klasycznych, rzewnych dźwięków dawnych kompozytorów, docierająca ledwo do niego muzyka miała buńczuczną i zaczepną nutę. I był to z pewnością niespokojny, a zarazem niemal wymarły już dzisiaj rock. Tad obrócił się dookoła, próbując zlokalizować źródło dźwięku, jednak nie płynął on z żadnego konkretnego miejsca. Nie dało się nawet wyróżnić melodii. Był to jednak zdecydowanie rock. Jego dźwięki tutaj wydawały się naprawdę mniej absurdalne, niż możnaby przypuszczać. Rock’n’roll umarł przecież i został już wielokrotnie opłakany. A teraz brzmiał tutaj, gniewnie i niespokojnie, przyzywając fanów do siebie. Chłopak kręcił się po domu, nadaremnie próbując wychwycić kierunek. Spróbował wejść na schody, by znaleźć się trochę wyżej. Odpowiedziały mu jednak głuchym chrobotem i odgłosem sypiącego się gruzu. Tad wyszedł przed dom. Muzyka jednak nie ucichła, jakby uczepiła się specjalnie jego. Spojrzał w dół i w górę ulicy, jednak cała dzielnica wyglądała na wymarłą. Spojrzał jeszcze raz na wepchnięty do kieszeni karteluszek. „43a!”. Jego punkt docelowy, jak i może źródło muzyki musiały być gdzieś obok. Do jedynej pewnie trzymającej się ściany przykleił się niepozorny barak z olbrzymimi drzwiami. Zapewne był to garaż albo, co bardziej prawdopodobne biorąc pod uwagę jego wiek – stara wozownia. Tad podszedł wolno do bramy. W jednym z jej rogów odkrył nabazgrany kredą numer domu. Czterdzieści trzy „a”. Przyłożył ucho do bramy. Muzyka stała się wyraźniejsza. Przez pół sekundy wahał się, co zrobić, jak się zachować w tej absurdalnej sytuacji. Niepewność trwała dokładnie cztery sekundy – długość jednego rockowego taktu. Wtedy podjął decyzję i załomotał w skrzydło bramy. Muzyka urwała się gwałtownie i Tad zaczął żałować, że jego czyn do tego doprowadził. Zanim jednak rozważył tę kwestię, otworzyły się drzwi, ale nie te, przed którymi stał, tylko inne, mniejsze, z boku. Wychylił się z nich nieznajomy chłopak, pewnie mający około dwudziestu dwóch lat. Miał na sobie bordowy, powyciągany na wszystkie strony sweter, ciasne dżinsy o poszarpanych nogawkach i długie włosy, pozlepiane w strąki. Na swetrze miał przyszyte wycięte z dżinsu jakieś łaty, z dziury w spodniach wystawało mu kolano. Wiwat początek lat dziewięćdziesiątych. - Cześć, słuchaj, wiem że to dziwnie zabrzmi, ale dostałem od kogoś ten adres... Nawet nie wiem od kogo. W każdym bądź razie usłyszałem waszą muzykę i po prostu musiałem sprawdzić, co się dzieje. Fizjonomia chłopaka, zrazu pełna zdziwienia, rozciągnęła się z wolna w uśmiechu. - Jasne, rozumiem. Wejdź do środka. Tad chciał jeszcze o coś zapytać, ale chłopak znikł na powrót w drzwiach, uniemożliwiając konwersację. Tad wkroczył do baraku. Wnętrze przypominało typowy garaż. Podłoga złożona z samej wylewki, na ścianach położony lipny tynk. Na środku jednak, w sieci elektrycznych kabli, spoczywał jakby fragment koncertowej sceny. W baraku królowała rozbudowana perkusja. Przed nią stał na długim stojaku mikrofon, którego kabel nikł gdzieś w gąszczu obok wzmacniacza i głośników, upchniętych z prawej strony. Po drugiej stronie było chyba miejsce na gitarę elektryczną. Piszę „chyba”, albowiem facet trzymający strunówkę w rękach wyszedł naprzeciw gościowi, podobnie jak uczyniło to jeszcze jeden inny. W sumie trzech chłopaków zajmowało tą kanciapę. Tad rozglądał się na wszystkie strony z ciekawością. - Wejdź tutaj, jakby tu rzec, zawsze lubimy gości. Tad postąpił naprzód parę kroków. - Jezu, ja myślałem, że po dziewięćdziesiątym trzecim taki widok przeszedł do historii – powiedział. - Rock nie umarł. Tylko zszedł do podziemi – odparł chłopak, który mu otworzył drzwi. – Ja nazywam się Artur. Typek z gitarą to Mida. A tam jest perkusista Mitropek. Nie musisz się z nim witać. On mało gada. A my wszyscy, łącznie ze sprzętem, to „Antiba”. - Mnie zwą Tad. I serio się cieszę, że was poznałem. Po uściśnięciu rąk Tad ciekawie obejrzał sprzęt. Nie był wysokiej klasy, właściwie był niemal do szczętu zużyty, ale był. - I jaką muzykę grywacie? Punk-rocka z czasów przełomu? Ira, Proletariat, Dezerter i w tym guście. - Tamte czasy minęły, Tad – Artur ze smutkiem potrząsnął głową. – Teraz nadszedł nowy czas. Gramy teraz rockabilly. Prosty, żywy, niezaangażowany politycznie rock. - Rockabilly? Chryste, ileż to ma lat! - Wystarczająco, żeby można go przypomnieć – zerknął na niego ciekawie. – Można się dowiedzieć, jak tutaj trafiłeś? Tad zdążył zupełnie zapomnieć o karteczce, która go tu przywiodła. Pokazał ją więc całej „Antibie”. - Zostawiłem w jednym takim metalshopie wiadomość, że chcę poznać jakiegoś autora tekstów a arkad ulicy Grodzkiej... - Ach tam – uśmiechnął się Mida. – Jestem jednym z nich. Ale przerwałem ci. Mów dalej. - Może ty to napisałeś? – zapytał Tad dla pewności. Mida zaprzeczył ruchem głowy. - W każdym razie taka była odpowiedź, chyba zaadresowana do mnie – wyjaśnił, jak się sprawa miała z podpisem. - Skądinąd ciekawe – wymamrotał Artur, w skupieniu oglądając kartkę. – No nie, Mitropek? Perkusista wydał z siebie niechętnie tylko jeden dźwięk. Artur najwyraźniej nie oczekiwał po nim żadnej reakcji. - Nie, nikt z nas tego nie napisał. I nie mam pojęcia, dlaczego cię do nas przysłał. - Ani ja – przyznał Tad. – Ale się cieszę. Przywróciliście mi wiarę w istnienie dobrych ludzi na tej planecie. - Chyba nie myślałeś, że hip-hop zawładnie całą muzyką? – zapytał retorycznie Mida. - Przyznam, że miałem obawy. Ze zdziwieniem zauważył, że zespół zaczął mu się dokładnie przyglądać. - Potrafisz coś? Śpiew, gitara? - Nie, jestem tylko fanem – roześmiał się Tad. – I z przyjemnością posłucham, co gracie. - No, sam nie wiem, Mida, czy można... Mida również zafrasował się teatralnie. - Czy zasługuje on... – dopowiedział. - I czy może stać tutaj tak bezczynnie – skończył Artur. Tad rozłożył ręce. - Panowie, ja umiem tylko pisać. Resztę sztuki pozostawiam innym. Drgnęli. - Piszesz, że tak powiem, coś ponad numery telefonów kumpli w notatniku? - Zdarza się. Taka amatorska literatura – machnął lekceważąco ręką. - Bo widzisz – zaczął Artur – brakuje nam jakby tekściarza. Buntownicze słowa, ballady opowiadające czyjąś historię i zero polityki. To trzeba spleść z naszą muzą. Wtedy będziemy silni! Rock będzie silny! - Może zaprezentujcie coś z tej muzyki – zaproponował Tad, pragnąć zyskać na czasie. - Czemuż nie... Rock był zawsze muzyką buntu. Nie tak elitarny jak grunge, łatwiejszy do przełknięcia niż metal, bardziej porywający niż reggae, budzący niepokój i adrenalinę w przeciwieństwie do popu, dużo więcej rytmiczny niż hip-hop. Rock był zawsze czczony przez pokolenia ludzi młodych w ciągu pięćdziesięciu lat, jak żadna inna muzyka. Rzadko bywał komercyjny, zupełnie inaczej niż muzyka popowa. Nie dzielił, jak rap. Zawsze nawoływał do jednoczenia, czy to wyśpiewywany przez hipisów, czy też przez młodych ludzi przeciwstawiających się złemu systemowi w czasie boomu drugiej połowy lat osiemdziesiątych. Rock w wykonaniu „Antiby” był tą pierwotną melodią, tym dawnym rockiem, który jeszcze wylęgał się od jazzu, rockiem pierwszych instrumentów elektronicznych, mechanicznych syntezatorów oraz nowej treści. I właśnie tak Artur, Mida i Mitropek składali mu hołd. Tad pożegnał się z nimi późną nocą. Wcześniej wymienili adresy i umówili się na parę następnych spotkań. Nim wyszedł, powiedział jeszcze w drzwiach do Artura. - Nawet nie wiesz, jak ci jestem za to wdzięczny. Spróbuję napisać jakieś teksty; może się uda? Może właśnie to wy wskrzesicie rocka? Do domu musiał dreptać na piechotę. Nie był jednak zły. „Antiba” podarowała mu wiarę i pasję, których to przez te miesiące zaczęło mu brakować. Tydzień później skończył swoją powieść.

Artykuł 1. Autor: Strudzik Z cyklu artykułów dot. Nowej Huty

„Próbowałem kiedyś zrozumieć, co ich łączy, co łączy ze sobą nowohuckie bękarty. Jest ich za dużo, by był to podobny schemat rozumowania. Czy była to ideologia? Trudno rzec, mieszkańcy zawiedli się i na lewicy, i na prawicy. Zostali przecież zostawieni samym sobie. Jedność kulturowa? Jak tu jednak mówić o jedności, kiedy w czasie powstawania kombinatu sprowadzono tu ludzi dosłownie zewsząd. Głównie z podhala, ale Podhale jest raczej dość rozległe. Nie wiem, czy można tu nawet mówić o wspólnym celu, gdyż każdy z nich miał swoją wizję przyszłości i świata. Myślałem, szukałem i rozmawiałem i nie wpadłem na ani jeden powtarzający się element. Wtedy nareszcie zacząłem pojmować. Ich właśnie połączył brak jakichkolwiek przewijających się motywów, duchowy niesyt i zero przyszłości. Po raz pierwszy ludzie zostali zbliżeni przez różnice. Zebrali się więc, pomni własnej siły, wokół przywódcy zwanego Serafinem. Nie wiadomo, czy to imię, nazwisko, czy ksywa. Serafin jednak dość skutecznie ukrywa się przed wielbicielami. Co z takiego układu może wyniknąć? Na pewno nic normalnego”.

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY ZMIANY

Grudniowe popołudnie mocno dawało im w swe znaki. Na ziemię nie spadł jeszcze śnieg, jednak wszystko, trawy, chodniki, drogi i buty Strudzika pokryły się cienką jak papier warstwą lodu. Wiatr wył, wciskając się w wąskie korytarze ulic, wirując dziko w tym labiryncie jak złapane w potrzask zwierze. Z licznych tutaj rur wydechowych unosiły się białe kłęby pary, niewiele większe od tych wydostających się z ludzkich ust. Mróz zamieniał wszystkich w pokrzywione, załzawione i blado-czerwone pakunki z odzieży. Atakował wszystkich cieniutkimi, ostrymi igłami z impetem wbijającymi się w odsłonięte części ciała. Te marzły, bolały, aż w końcu przyzwyczajały się do tych tortur, przestając wysyłać do mózgu sygnały o bólu. Ludzie stawali się niezgrabni. Skostniałe palce nie potrafiły uchwycić nawet niesfornej sznurówki czy zamka kurtki. Częściowo też nie chciały – ciepłe kieszenie, te dwa pęcherzyki powietrza chroniące dłonie wydawały się być szczytem ludzkich pragnień i potrzeb. Przemarznięty nos Tada również stawał się nieczułą na nic bryłą, utrudniającą jeszcze oddychanie. Spod pół opuszczonych powiek spojrzał na stojącego obok niego Strudzika. Miał wrażenie, jakby zimno miało zaraz zamrozić mu gałki oczne. Twarz Strudzika była twarzą upiora – bladą, pozbawioną krwi i uczuć. Jej połowa znikała za kołnierzem kurtki, który podciągnął sobie aż pod nos. Ich spojrzenia na chwilę się spotkały, spojrzenia zimne jak świat wokół. Jednak w ich oczach coś zamigotało, jakiś irracjonalny i zupełnie niepasujący do sytuacji błysk. Potem jednocześnie odwrócili głowy i wlepili wzrok w wieżowiec, wzniesiony obok przecięcia Wybickiego z Bratysławską. Prace nad nim dobiegły końca dopiero niedawno. Teren wokół niego nosił ślady gwałtownego poruszenia. Ujemna temperatura zamieniła błoto w nieprzystępną, twardą i dźwięczącą skorupę, w której jak nieme eksponaty zostały utrwalone liczne odciski stóp oraz koleiny aut, ciężarówek i dźwigów. Dopiero niedawno zdjęto ogrodzenie z blachy falistej wokół wieżowca i żółte tablice informacyjne. Wieżowiec, a żeby pisać ściślej wieżowce, były już w zupełności sprawne. Ich spojrzenie przeniknęło przez wielkie, panoramiczne szyby do głębi biurowej części budynku, gdzie dopiero instalowały się różne firmy. W pośpiechu kończono tam drobne prace, jak malowanie ścian czy kładzenie wykładzin, aby ich użytkownicy zaczęli działalność jak najszybciej i jak najszybciej zaczęli się dzielić tantiemami. Do głównego holu wnoszono właśnie meble, w tym ogromne biurko, wyznacznik władzy we współczesnym świecie. Kręciło się tam również kilka ekip malarskich i dekoratorskich. Dwóch typów właśnie kończyło rozwijać wykładzinę. Wyżej przez okna apartamentów było widać białe nagie ściany. Pierwsi lokatorzy mieli wprowadzić się do środka na dniach. Oczy Tada i Strudzika prześlizgiwały się wolno aż do samej góry, jakby podczas podnoszenia czegoś z ziemi niespodziewanie ujrzeli przed sobą zgrabne kobiece nogi. U szczytu na obie wieże został nałożony niedorzeczny dach, jakby zatrzymując obydwa piony przed wspięciem się za wysoko. Była to niesamowita, post-modernistyczna parafraza legendy kościoła Mariackiego z dwoma braćmi budowniczymi, ale parafraza poprawna politycznie i idąca zgodnie z duchem czasu, gdyż oba słupy apartamentów miały tę samą wysokość. Otoczenie budynku nie było imponujące – jeśli można w ogóle powiedzieć, że jakieś było. Tylko z jednej strony próbowały mu dorównać już nie tak okazałe i zakompleksione wyniki kreacji umysłów architektonicznych świetlanych lat gierkowskich. Budynek miał front zwrócony w kierunku ulicy Wybickiego – nieefektownej i krótkiej, ale uczęszczanej ulicy, biegnącej obok domu handlowego „Gigant”, który, jak wskazuje nazwa, był oczywiście jednym z NAJMNIEJSZYCH supermarketów poznanych nauce. Natomiast obserwator patrzący z tyłu budynku nie dostrzeże żadnej przeszkody w najbliższym sąsiedztwie. Dopiero dalej widać nowe, świeżo (z)budowane osiedla, które były zbyt daleko i zbyt nisko zaprojektowane, by mogły zagrozić przywódczej roli budynku. Mówiąc w skrócie: Tad i Strudzik zadarli głowy i otworzyli paszcze, a wydobywający się z ich ust na przeciągłe „Aaaa...” kłąb pary połączył się w jeden. - I co mi powiesz, Strudzik? Nowy Kraków, nowe życie. Nasze życie. - Osz kurwa, ale to wysokie! Tad jeszcze raz powrócił w myślach do tych wydarzeń, które miały na zawsze zmienić jego życie. Splot różnych czynników i czynności spowodował przełom w jego żywocie, a wszystko odbyło się za sprawą i kontrolą Mary. * * * * * * * * * * * *

Zmiany zaczęły się w „Redzie”. Zebrała się tam wtedy cała ekipa, gdzieś w połowie listopada. Było to tuż po tym, jak Tad wpadł na podziemnych muzyków. Bonar siedział mając Mary na kolanach, obok Strudzik drapał się cały czas w przyklejony mu przez nią plaster antynikotynowy. Zrobiła to z pewną świadomością swych czynów, bo o ile jeszcze zapach MaryJane mogła spokojnie znieść, o tyle smród tandetnego tytoniu, spalanego przez niego od czasu do czasu doprowadzał ją do prawdziwej furii. A w furii Mary nie było już nic śmiesznego. Bonar takiego plastra nie otrzymał, albowiem maskował się z tym i z paroma innymi rzeczami przed Mary, jakby od tego zależało jego życie. Bo pewnie zależało. Dalej siedział Faso, który od czasu rozmowy z Tadem ciągle się na jego widok kręcił niespokojnie z wyrzutów. Ekipę dopełniali grający w bilard Mekunio i Kryska. Mekunio został wprowadzony do grupy całkiem niedawno, jednak dość szybko został przez nią zaakceptowany. Znaczy, jak na razie tylko w ogólnym wymiarze. Bliżej kumplował się z Kryską, który nadawał na podobnych do niego falach, czyli falach pełnych nerwów i schizofrenii. Przez ogólny szmer rozmów i stukot bil wdarł się głośny huk spowodowany przed Tada, rzucającego coś ciężkiego na bar. - Cożeszto? – zaciekawił się Strudzik. - Powieść – powiedział z dumą i z pewną dozą niepewności. - No to pokaż ją, czemu się nie chwalisz? – zdziwiła się Mary i sięgnęła po zabindowany stos stron. – Gruba – powiedziała z uznaniem. - Papier jest gruby. Wydrukowałem w „Gutenbergu”, czyli tam, gdzie „Sztampa” drukują. No dobra, ale przydałoby się to uczcić. - Co? - No, ogólnie. Skończoną powieść i sukcesy gazety. Zły pretekst do wypicia? Rozdał każdemu po plastikowym kubku i wyciągnął zza lady kilka piw. - Nie ma czegoś bardziej wykwintnego? – z zawodem zapytała Mary. - Tutaj? Możesz mieć lodową albo cytrynówkę. - Dla ciebie, Mary, gwiazdka z nieba i wykwintność u Tada – powiedział z uśmiechem Faso. Tad gestem przywołał bilardzistów. Kilku gości przyglądało im się z zaciekawieniem. Faso tymczasem nalał wódki do kieliszka i od góry nałożył na niego kufel w ten sposób, że kieliszek dotknął jego dna. Potem szybkim ruchem odwrócił szklanicę. Wódka nie rozlała się, jako że była nalana równo z brzegami. Na koniec Faso dopełnił drink piwem. - „U-boot”. Za każdym razem, jak przechylisz kufel, trochę wódki zostanie uwolnione. Mary wzięła drinka z niejakim zdziwieniem. - Smaku może ma niewiele, ale ile szyku! - Miał być spicz! – krzyknął Kryska. - Mowa! Mowa! – pokrzykiwano. Wszyscy zaczęli wybijać rytm stopami oraz nogami od krzeseł. Bonar cmoknął dyskretnie Mary w policzek, ta właśnie zagwizdała zachęcająco na Tada. - Co się tu u cholery wyprawia! – krzyknął ktoś z tyłu, ale został kompletnie zignorowany. Tylko Tad wzniósł kufel wysoko i krzyknął. - Zapraszamy do spełnienia toastu. Proszę, proszę podejść. Państwo z tyłu, prosimy – praktycznie nikt nie zareagował, ale czy sali zwrócone były na niego. – Pragnąłbym wznieść toast za kreowanie nowej świadomości... – gwizdy – No dobra, dość z tym patosem! Ludzie! Żyje się nam znośne, pomijając już tutaj osobę Strudzika – protest omawianego – więc chyba mój komentarz jest tutaj zbędny... - A idź ty, specjalista od toastów się o kuralela znalazł! – poirytowany Strudzik zerwał się z miejsca i stanął na stołku. – Szanowna publika winna puścić w amnezyję braki taktu jakowego u Tada, przyjaciela mego. Toastów on wygłaszać nijak nie da rady, a my ich nie zdzierżymy, so tutaj tuszę ja rozmawiać. Drogażmi i kochana publiczko... Mówię takowoż do tych nieznanyich mnie twarzy. A więc, mojszy zebrani, komentarzyjów może i nie mus wstawiać, za to cóżesz miałbyto być za tojast, gdybyż tutaj życzeniów się niet zdarzyło. Zanim zacznę ci, Tad, życzeniować, chciałobym żebyś się umysłem twym pokręconym poniósł w czasy późniejsze, co to dopiero być mają, ale joszcza nie są. Będziesz człekiem normalnym, zdrów, kontent, ecetera. I gdy na front przed lustrem się pokażesz, mógłbyś mówić do siebie: „A mogłem, do ciężkiego „ja pierdolę” nie chlać tyle piwska, co mi teraz w odwłok przedni ono przeszło”. Mógłbyś tako gadać: „Trzeba było mego serdecznego kumplyja Strudzia lypiej traktować, bo to zacny człek jest”. – przez zebranych przeszedł śmiech. Ale Strudzik mówił dalej, wolno, patrząc się na każdego z osobna. – Jednakowoż pod nijaką maską i pozorem nie waż się lekko rzec do siebie jednego słowa: „Żałuję”. Życzę ci (tera do standard typu dochodzę), abyś niemożebnie w czasie nigdy swoich czynów żałować nie żałował. Pij, jedz, popełniaj błędy, niszcz i buduj, myśl, olewaj, pluj, lekceważ, rozważ, tańcz, pisz, prowokuj, uciekaj, patrz, skacz, krzycz, biegnij, dobijaj, bij i bądź bity, rób te zacz każde wspaniałe rzeczy, a gdybyż niemożliwie to wszystko ci się wynudziło, zapal sobie skręta. Bo, pamientajż jedno: błędów nie ma, są strioka niepodjęte decyzje. Toż mówię ja, ostatni bytujący kumpel i szaleniec. Ryk krzyków, protestów, pochwał, złorzeczeń, śmiechów i łomotanych o podłogę krzeseł zagłuszył nagle cały świat. Faso zagwizdał przeraźliwie, a Mary zakrztusiła się „U-bootem”. Kilku gości opuściło bar, kilku też weszło. Mekunio i Kryska, wybijając takt butelkami po piwie, zaczęli śpiewać jakąś obleśną piosenkę. Strudzik powiódł wzrokiem dookoła i jak zwykle nie mógł ustać w jednym miejscu, zeskoczył więc z hukiem ze stołka z okrzykiem „Jestem bestią seksu!” na ustach. Tad stał z boku, śmiejąc się trochę jakby oszczędnie. Oto był cały Strudzik i jego nieskomplikowana filozofia. Podobnież postulaty zawarł też w swej powieści, którą Faso już zdążył zasypać popiołem z popielniczki. Ale przecież, obiektywnie rozumując, taki sposób życia jest jak zwiedzanie Wersalu z zawiązanymi oczami. Dlaczego więc „carpe diem” tak fascynuje ludzi? Mary, przekrzykując ogólny harmider uwolniła się z objęć Bonara i zagadnęła Tada: - Co robisz ze swoją powieścią? - Nic. Cóż mam? – zdziwił się. - To po co to pisałeś? - Dla własnej satysfakcji – denerwowało go to, że większość ludzi nie potrafiła przyjąć pisarstwa jako hobby, tylko jako źródło zarobkowania. - W takim razie, dlaczego to drukowałeś? Tu jest przecież ze czterysta stron! - Bo wolę szelest papieru zamiast migotania ekranu. Tak naprawdę nie miał bladego pojęcia, co z tym można zrobić. Oczywiście, jak los i opinia publiczna da, to ukaże się to odcinkami lub we fragmentach w „Sztampie”. Mary pociągnęła jeszcze parę łyków drinka. Piwo z wódką okazało się iście wybuchową dla żołądka mieszanką, ale forma podania była jednak zbyt piękna, by nie wypić. Bonar, na którego kolanach wciąż siedziała, pochylił się ku niej, wtrącając się do rozmowy. - Mary, sądzę, że nie powinnaś... - Czekaj – dała mu znak ręką. – Mogę to sobie pożyczyć? – spytała Tada wskazując na książkę. - Chcesz to przeczytać? – Tad wyglądał na szczerze zdziwionego. - Nie, chcę robić papierowe samolociki. Mogę wziąć? - A czemu nie? Ja to znam dość dobrze... Wzięła do ręki wydruk i objęła znowu Bonara. Gdy jednak spojrzała na jego twarz, zaraz opadły ją wyrzuty sumienia. - Sorki, Bonar, że ci tak przerwałam – objęła go. – Nie gniewasz się? A co mówiłeś? – zapytała, przepłukując sobie gardło kolejną porcją mieszanki. - Mówiłem, że chyba nie powinnaś tyle tego pić. Mary z jakimś wstydem odłożyła kufel i obiecała poprawę. Kiedy jednak ponownie go objęła, zmarszczyła czoło pilnie się nad czymś zastanawiając, a jej wzrok powędrował do odbicia Tada w lustrze. Bonar również otworzył oczy i przychylił głowę, jakby układał się na jej ramieniu do snu. Z tej pozycji nie było trudno jednak zobaczyć, na co patrzyła Mary. Bonar zamknął oczy i wrócił do najprostszego obejmowania dziewczyny. * * * * * * * * * * * *

Kilka dni później Tad zmierzał energicznie na spotkanie redakcji. Nabrały już one szczególnego charakteru, nie tylko ze względu na zwiększony nakład gazety, ale przede wszystkim na powagę, z jaką redaktorzy zaczęli traktować swoją pracę. Danie części egzemplarzy „Sztampa” do kiosku okazało się pomysłem w dziesiątkę trafionym. Nie to, żeby od razu gigantycznie zwiększono liczbę czytelników, ale było to przede wszystkim wyjście gazety poza mury szkoły. Gest ten wskazywał jasno, że perspektywy postrzegania redakcji nie kończą się na szkolnym podwórzu. Wyraźny ten sygnał wprowadził lekki niepokój do pedagogicznych serc (i/lub umysłów) grona nauczycielskiego. Gazeta wymykała się spod kontroli, jak niesforny szczeniak, najpierw treścią, a potem zasięgiem. Któż miałby jednak siłę (i chęci) przeciwstawić się „Sztampowi”? Na razie takiej osoby nie było. Ujemną stroną tego wszystkiego, poza pełnymi dezaprobaty spojrzeniami pedagogów był jeszcze większy zamęt organizacyjny. Tad, poza pisaniem wstępów, „Twierdzeń” i od czasu do czasu małego felietonu biegał po urzędach i firmach, kontrolował jakość, kolportował, werbował nowe siły do redakcji na zasadach „dziennikarz współpracujący”, użerał się dosłownie ze wszystkimi, planował, oceniał, liczył, inwestował. Razem z jego beletrystyczną działalnością, jak i działalnością czysto zarobkową w „Redzie” było to sporo czasu wycięte z życiorysu. Cykl artykułów Strudzika okazał się prawdziwą sensacją. Przede wszystkim ze względu na stopniowane napięcie, którego sam doświadczał wkręcając się w nowohucką grupę. Przychodził tam z Olszą od czasu do czasu, aż osiągnął to, co chciał: stał się charakterystyczny. A to już był dobry fundament do czekającej go głębszej inwigilacji tej zamkniętej społeczności. Dla Tada nie brzmiało to zbyt sensacyjnie: przecież Strudzik ledwo rozpoznawał z tłumu tego Serafina, a ten cały czas chwali się postępami. Trzeba było mieć jednak nadzieję, że obrana przez niego droga okaże się słuszna. Idąc tak zamyślony dość późno zauważył grupkę facetów, otaczających jakąś dziewczynę. Rozejrzał się ze zdziwieniem. Było jeszcze jasno, nawet jak na początek grudnia. Po…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych