Wróć do katalogu

Miasteczko J.

Rozdział z książki o sile religii, wychowania i chaosie rzeczywistości.

PlastelinowyLudzik, opublikowano , 20 min czytania, 4,5 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Czytam, siedząc przy szklanym biurku, z nerwowo podkulonymi palcami u nóg, zgarbiony przez krótkowzroczność, zmarznięty. Coś puka w okno, za którym kształtuje się pejzaż wieczoru. (Stuk puk). Marudne krzesło skrzypi z rzadka pod moim JA. Przed godziną skończyłem pisać list, którego adresatem jest ON, będący jeszcze do niedawna MNĄ dzisiejszym. Od kiedy stałem się JA nadawcą, JA adresat przepadł w wyniku zmian mej osobowości, w toku przeobrażeń. (Stuk). Po raz któryś zatapiam się w potoku słów, tracąc już dystans do nakreślonych liter, które tworzą zdania, tworzące całość:

„Jak wielu nam podobnych żyłeś w beztrosce, skutecznie zagłuszając znaki ostrzegawcze, które trzeszcząc niczym lód pod stopami, zapowiadały nadciągającą katastrofę. Wiem przyjacielu, że powiadałeś iż zniewolone umysły nie pozwolą cieszyć się z różnic, które oddychały twoimi i jej płucami; zastygłe w swoich wyuczonych postawach nie rozumieją inności, rozwoju, zmian i drżą gdy natłok myśli zaczyna wylewać się poza naczynie. A ona... na krótki czas ośmieliła się posmakować gorzko-słodkiego smaku apostazji. A ty... podjąłeś przegraną z góry walkę, ciekawy czego nauczą cię kolejne upadki. Chciałeś wierzyć, że wasze dwa światy potrafią się szybko zazębić. Myliłeś się dlatego musiałeś odejść i stałeś się mną…

Potrzebuje przerwy, dystansu. Zbliżam się do parapetu i wkładam leżące tam okulary. Firanka na plecach likwiduje odbicie w szybie, wyłania się widok zza uchylonego okna. Senne miasteczko kąpie się w zmierzchu; skrzętnie zmywa z siebie kolory. (Stuk puk). Noc zalewa industrialne cienie, przebudza latarnie, które migocąc ospale swym kuziemnym światłem, wabią roje zziębniętych owadów. Turbulentny wiatr wirując liśćmi, puka w szybę porwanymi żukami. Brzęczą skrzydełkami, walczą z żywiołem. Bezsilne. (Stuk puk). Odbite w skuleniu, spadają w noc. Gdzieś w oddali, w bezkształtnym lesie, miarowo turkoce pociąg. Spłoszone gwizdem lokomotywy ptactwo, ucieka w gwiaździste niebo, w górę, ku mapie dawnych żeglarzy. Ziewam. Ziemia kończy swój kolejny obrót. Wracam na krzesło cięższy o nowe wątpliwości. (Stuk puk). Co sprawia, że aż tylu TYCH było przed moim JA dzisiejszym? – pytam. Może to anatema tych setek niedoszłych matek, nieznanych rodzicielek z okresu mego niemowlęctwa, gdy w kolejkach bez końca matka pożyczała mnie biedniejszym, głodniejszym. Gaszę lampkę na biurku, by widzieć te sceny wyraźniej. Czuje mróz. Przed sklepem z deficytowymi produktami, opatulony w płaszcze, zziębnięty proletariat. Pierwszy z moich JA w beciku, bezwłosy, oddawany wzdłuż gąsienicy ludzi, przekazywany z rąk do rąk kobiecych, troskliwych. Tulony i grzany, bujany i całowany przez fałszywe matki z pustymi, szmacianymi torbami w ciżbie po masło, kawę, papier i mleko. Niepodobny do nich, adoptowany na chwilę, gaworzę - udaję ich synów, jestem szansą na dodatkową kostkę, paczkę czy rolkę, oszukuje sprzedawcę. Udaje się. Kobieta z naprężoną torbą dziękuje, zdaje mnie matce. Prószy śnieg. Kolejne prośby, nalegania, mimo to odchodzimy. One zostają, wraz z nimi ich wyciągnięte ręce, niedopełnione torby. Nie wiem. Może wypadało pozostać dla tych kilku ostatnich, każdego dnia innych? Czyżby puste kołyski ich rąk domagały się moich JA, tworząc w ten sposób kolejne z mych wielu wcieleń? - zbyt wiele przypuszczeń. Tylko pewność da rozwiązanie, tylko JA sam znany ludziom jako ON nie kto inny. Póki co leżę w pozycji siedzącej, siedzę w stojącej nie robiąc nic całym sobą, gdyż nadal resztki dawnego JA zalegają we mnie, nie pozwalają ostygnąć, osiąść, zaistnieć. Niedopełnienie. Czym jest ten proces następujących po sobie kolejno JA? Degrengoladą czy ewolucją? Rozwojem czy upadkiem? Ta trwająca od lat niezmienność zmienności? Nie znam kierunku wektora. Adresat listu też musiał odejść. W jego analogii do pozostałych, wcześniejszych JA tkwi odpowiedź, ucieczka przed tym, który ma nastąpić po mnie - wytrych do mej przyszłości. Dłonią, którą odziedziczyłem po ojcu zapalam ostygłą żarówkę by zobaczyć treść mego listu, poszukać odpowiedzi. Zwężenie źrenic. Wnętrze pokoju znów zaznacza swoją obecność; szafa przygląda się sobie w lustrze. I moje niedawne JA spogląda teraz na mnie ze zdań mego listu, nawołuje, chce coś powiedzieć…

II

Zniecierpliwienie. Czekałem, aż mnie wypełni. Przyjęło wreszcie mój wygląd, tak jak oddech przyjmuje kształt moich płuc. Dało mi symptom by uciec, zdezerterować z tego na pół pękniętego miasta, spiętego mostami jak paczką agrafek. Lewy brzeg - RP, prawy – PRL; to każde z polskich miast, gdzie brak życzliwości stał się społecznym odruchem jak wstrzymywanie pierdnięcia. Nie mogłem już znieść tej samotności w tłumie. Zmęczony aglomeracyjną nijakością samego siebie, wyjechałem. Pędzę w mrok bezkształtny, głuchy. Podświetlone przez reflektory zwierzęce spojrzenia rodzą się i gasną na liniach poboczy; pogubiły gdzieś swoje ciała, fizyczność, siebie. Cienki jak chirurgiczna igła księżyc sunie w stronę opuszczanego miasta, gotowy zszyć noc rozprutą przez jego światła. Jadę jedną z bocznych dróg; podziurawiony przez zimy asfalt nie daje odpocząć, nie patrzeć. To pępowina dwóch małych miasteczek, od lat łącząca je z zewnętrznym światem, która dziś dostarczy im mnie samego. Z rzadka mijam przydrożny płomyk - świeży znicz postawiony przez pech lub brak wyobraźni. Jadę do miejsca narodzin ojca, gdzie dowiadując się czegoś o nim, dowiem się czegoś o sobie. Zmarł nagle dwa tygodnie przed moim porodem, i mimo, że przyszedłem na świat miesiąc przed terminem, nie raczył poczekać. Pół życia kładąc się spać, liczyłem, że mi się przyśni. Chciałem zarzucić mu pośpiech, wypomnieć śmierć. Pewnego dnia przestałem czekać. Dziś w środku nocy uciekłem z miasta a cel narzucił się sam.

III

Poranek wita mnie głodem. Zapadła wioska sąsiadującą z celem podróży, kropka z najdokładniejszych map wywleka mi swoje wnętrze. Chałupy z wklęśniętymi dachami, ziemiste ulice z gęstym od modlitw powietrzem powyżej, z obniżonym progiem ufności w ludziach. Dzwonnica kościoła sunie łukiem nad dachami chałup, śledzi, po kilku zakrętach zachodzi mnie od tyłu, stoi. Gaszę silnik. Na schodach kościoła czarna postać. Pokonuje stopnie, rośnie w tylnim lusterku. Wysiadam. Kreślę krzyż na przywitanie, jak mnie uczono, zostaje przyjęty. Skrzekliwy głos księdza wskazuję mi drogę, poleca sznycla. - Musisz się spieszyć synu. Niedługo będziemy bić w dzwony – dorzuca. Ruszam we wskazanym kierunku. Figurki świętych błogosławią mnie z okien mijanych domów. W każdym gospodarstwie krucyfiksy przy drzwiach, kapliczki sterczące z nad szarawych płotów - granic podziobanych podwórek, terenów uwiązanych kundli. Ujadają. Moje JA w ich psich głowach jako obcy, intruz poza zasięgiem zbyt krótkich łańcuchów. Na jednym z rogów stercząca jak chudy łokieć, wiejska knajpa. Dzwonek nad drzwiami obraca jedzące, pijące głowy. Klienci żując mierzą mnie rytualnie – takie ludzkie machanie ogonem, obwąchiwanie tyłków. Obserwowany sztywnieje. - dzień dobry – wykrztuszam przecierając zaparowane okulary. Kilkanaście dzień dobry mija się z moim i miesza w zadymionym powietrzu – poranna zupa z pozdrowień. Powitani kreślą krzyże, wracają do swych talerzy, widelców i mis. Zakładam szkła. Panuje tu surowa, klasztorna atmosfera. Ceglane ściany, udekorowane ikonami ludzi, uznanymi za świętych. Patrzą z powagą na jedzących, pijących, na peerelowskie stoliki z różami w dzbaneczkach, na ceraty w szachownicę, czegoś wypatrują. Właściciel, kucharz i kelner w jednym wita, wskazuje stolik, ściera blat, zagaja: - Kawkę dobrodzieju? - Tak, czarną. - Służę. Z daleka? - Z: G. Do waszych sąsiadów: J. - Sąsiadów? – drgnięcie policzka - Niemożliwe. Wokół lasy na kilometry. - Jak to? Na mapie... - Nie, nie - przerywa - pięćdziesiąt lat tu mieszkam. Znam okolice. Nie słyszałem. – przekonuje. Odwraca się na pięcie i czmycha do kuchni. Po drodze, w pośpiechu żegna się trzykrotnie, sunąc małymi kroczkami, podobny do zgiętego mnicha. Znika w oparach. Inni patrzą w moją stronę z wyrazem niezdrowej ciekawości. Szczęki zawisły w bezruchu. Przy najbliższych stolikach zerknięcia, chrząknięcia. Zaniepokojenie. Rzucam spojrzeniem po salce. Zarośnięte twarze, podobne do męczenników ze ścian; ascetyczne rysy z nad parujących mis. Zebrani mielą strawę ze słowami, nadstawiają uszu; nabierają jadła, mruczą niezadowoleni, (bełkot, bulgotanie, charczenie), dławiąc się moją obecnością. Niepokój i strach. Coś rośnie, puchnie…W głowie obraz zrywanego paznokcia. - et benedictus fructus ventris tui, Iesus... – z sali. - Amen, amen...- z innego kąta. Uciekam w siebie. Zaciskam palce, podkurczam zmysły. - Nie ma już kawy – rzuca chłodno mnich. - To, to nic i tak się spieszę – kłamię nerwowo. Wstaje wywołując ciszę. Potykając się trzykrotnie, podążam w stronę wyjścia, uciekam w horyzont zza okien - na plecach kanoniczne spojrzenia. - Do widzenia – rzucam przez ramię, nie mając zamiaru wracać. Odpowiada jedynie dzwonek. Wychodzę. Nerwowy trzask knajpianych drzwi - zbyt głośny, niepotrzebny. Coś nim zatwierdziłem, podpisałem. Potwierdziłem im tego, za kogo mnie wzięli. Za kogo?

IV

Dłonie mego ojca, które w oczach mej matki nigdy nie były moje, oparte o kierownicę kierują, wracają do miejsc pierwotnego właściciela. Gdy gasł, pełne pęknięć, stwardniałe od pracy dotykały nabrzmiałego brzucha mej matki. Ona ściskała je, nie chciała puścić i w jakiś niewytłumaczalny sposób wyrwała umieraniu. Potem Ja w jej pustce i żywy ojciec od nadgarstków w dół. Nic więcej. Miasteczko J. – sąsiad, któremu inni nie chcą mówić dzień dobry. Bez kaplic i religijnych symboli, za to pełne kobiet w spódnicach z odciśniętym na nich niespiesznym chodem.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych