MM: Miecz przeznaczenia (odc. 3)
Dalsze losy bohaterów "Skłóconych Królestw", tym razem spotykają oni na swej drodze m. in. piękną czarodziejkę, wojowniczkę i piratów, a wszystko po to aby pokonać złego czarnoksiężnika, uratować świat przed zagładą i poznać pewien sekret
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Nastał wieczór. Statek spokojnie kołysał się na falach, na pokładzie zostało jedynie dwóch marynarzy pełniących dziś nocną wartę, po zapadnięciu ciemności kurs wyznaczono na podstawie gwiazd i teraz wystarczyło tylko pilnować aby statek płynął w wybranym kierunku, jednak ze względu na bardzo słaby wiatr od ponad godziny stał on w miejscu. Marynarze siedzieli więc oparci plecami o burtę i przy świetle lampki oliwnej omawiali swoje sprawy. Pozostała część załogi spała sobie w najlepsze pod pokładem. Zajmowali oni trzy czteroosobowe kajuty, w których przy każdej ze ścian piętrowo umieszczono koje. Kolejną kajutę zajmował kucharz z nawigatorem, który zazwyczaj stał za sterem lub rozbawiał kompanów swymi morskimi opowieściami, natomiast dwie ostatnie przeznaczone były dla kapitana i jego gości. Veronica, jako organizator wyprawy i jedyna osoba która tak naprawdę wiedziała po co i gdzie należy płynąć była na statku osobą szczególnie uprzywilejowaną i nawet kapitan Rolland musiał liczyć się z jej zdaniem. Oni to właśnie nocowali w kapitańskiej sypialni, zaś Snake i Justyna byli ich sąsiadami. W kajutach załogi panował już względny spokój, jeśli nie liczyć chrapania jednego z marynarzy, notorycznie budzonego przez swoich kolegów w celu uciszenia się. Rolland i Veronica prowadzili ze sobą cichą rozmowę w świetle kołyszącej się na krótkim łańcuchu lampki oliwnej, zawieszonej pod sufitem.
- Wiesz, ostatni raz byłam na morzu jako dziecko... Pamiętałam tylko kołyszący się na falach statek, krzyki mew i śmiejących się marynarzy... - Morze z pewnością bardzo za tobą tęskniło – Rolland wpatrywał się w jej błękitne oczy i śliczną twarz otoczona burzą jasnych włosów. Oboje leżeli już w swoich kojach, jednak nie byli jeszcze senni. - Za to ty nie dajesz mu chwili odpoczynku, ciągle gdzieś cię nosi! - Bo na świecie jest jeszcze wiele miejsc, które chciałbym zobaczyć. Ale do domu też bardzo chętnie wracam. Tu również jest na co popatrzeć...
Za ścianą Snake i Justyna również jeszcze nie spali. Nie prowadzili jednak ze sobą rozmów, ale spędzali czas w bardziej przyjemny sposób tonąc w morzu pocałunków i pieszczot. Wszyscy, którzy ich znali, twierdzili że stanowili oni wyjątkowo dobraną parę i pasowali do siebie pod każdym względem, oni sami też czuli że są dla siebie stworzeni i nie zmieni tego żadna siła na świecie. Płomień uczuć z każdym dniem zdawał się płonąć jeszcze mocniej...
- Kocham cię Justynko – Snake oderwał swoje usta od jej ust i spojrzał na jej rozpromienioną twarz – Jesteś najpiękniejszym kwiatem w ogrodzie mojego życia... - Ja ciebie też kocham, Snake – wyszeptała i rzuciła się na niego obsypując go pocałunkami. W tym momencie rozległo się pukanie, po czym drzwi kajuty otworzyły się, a do środka zajrzał jeden z marynarzy sprawujących nocną wartę. Justyna zasłoniła się lekką kołdrą i poprawiła swe nieco potargane włosy. - Panie, jakiś wrak na horyzoncie... – odezwał się marynarz. - Pusty? – zapytał Snake. - Chyba tak... Maszty ma połamane i jest przechylony na lewą burtę. - Skoro nie ma niebezpieczeństwa jutro się nim zajmiemy. A dlaczego przychodzisz z tym do nas? - Kapitan chyba już śpi. A mówił żeby go nie budzić jak nic pilnego. - Miał rację – powiedziała Justyna – Dobrze że czuwacie. Do zobaczenia rano. - Dobrej nocy – marynarz zamknął za sobą drzwi i powędrował na pokład.
Wrak kołysał się leniwie na falach dość ospale atakujących jego pochyloną burtę, podczas gdy blisko dziesiątka żeglarzy penetrowała jego pokład. Zniszczenia wskazywały na to, że ten kupiecki statek napotkał na swej drodze silny sztorm, nie było bowiem na nim śladów żadnej walki. Najdziwniejsze jednak było to co się stało z jego załogą. Na pokładzie nie było ani jednego człowieka, ale brakowało również przewożonych towarów.
- Może to piraci? – zastanawiała się głośno Veronica - Piraci nie biorą jeńców – zaprzeczył Rolland – poza tym nie wygląda na to żeby odbyła się tu jakaś walka... Statek jest na wpół zatopiony, maszty połamane przez wiatr... - Ale ładunku też nie ma – zauważył Snake – ktoś jednak zdążył nim się zająć. - W takim razie pewnie przyszedł na gotowe – dodała Justyna – a załoga zniknęła w jakichś tajemniczych okolicznościach... - To wszystko jest naprawdę bardzo dziwne – powiedziała Veronica.
Spod pokładu wyszło trzech marynarzy i zakomunikowało że tam również zastali pustki, tylko w zalanych przez wodę pomieszczeniach jest trochę popsutych owoców i zamokniętych przypraw.
- Wracamy na „Bazyliszka” – zarządził Rolland – Może z czasem wyjaśnimy tą zagadkę...
Dalszy rejs przebiegał już bez niespodzianek. Niecały tydzień później na horyzoncie pojawił się ląd, a wczesnym wieczorem z pokładu dało się już zauważyć światła Ashabdahu – portowego miasta na wschodnim wybrzeżu śródziemnego morza, łączącego się już niedaleko z niezmierzoną przestrzenią oceanu. Miasto to, leżąc w pobliżu ważnych szlaków handlowych i o zaledwie kilka mil morskich od cieśniny będącej bramą na bezkres wód, stanowiło prawdziwy raj dla wszelkiego rodzaju handlarzy, rzemieślników i przede wszystkim rybaków – ryby bowiem spożywano tu w zastraszających ilościach.
Ponieważ załoga nie miała już ochoty nocować na statku, a i sam kapitan ze swoją drużyną był chętny do zejścia na ląd jeszcze tej nocy, „Bazyliszek” zawinął do portu i po krótkiej rozmowie z portowymi strażnikami, oraz uiszczeniu opłaty w postaci kilku sztuk srebra – został zacumowany w jednym z wolnych doków. Pilnować go miało dwóch marynarzy wyłonionych w grze w kości, którzy następnego dnia byliby zastąpieni przez kolejną dwójkę swoich kolegów. Reszta załogi powędrowała na ląd, do licznych portowych tawern i innych wesołych przybytków. Większość z marynarzy nie raz już bywała w Ashabdah i znała miasto jak własną kieszeń. Kapitan Rolland przed wyjściem wydzielił każdemu z nich po garści monet i polecił stawić się przed południem na statku w celu opracowania planu na dalszą część ich misji. Snake, Justyna, Veronica i Rolland udali się w stronę położonej nieco wyżej i bardziej zamożnej części miasta. Dzień wcześniej Veronica miała sen, w którym spacerowała właśnie po tej dzielnicy, uznała go więc za pewnego rodzaju wskazówkę. Przeszli przez opustoszały już o tej porze rynek, obiecując sobie że zahaczą o to miejsce w drodze powrotnej, po czym udali się wzdłuż jednej z wielu podobnych do siebie alejek, po której obu stronach rosły wysokie palmy, a domy przybierały kształt małych pałaców z rozległymi, zadbanymi ogrodami. Alejki te oświetlone były oliwnymi latarniami przymocowanymi do palmowych pni. Uwagę Snake’a przykuł tygrys przeciągający się za jednym z wysokich metalowych płotów, Justyna natomiast podziwiała misterne kompozycje kwiatów w mijanym właśnie ogrodzie. Rolland rozmarzył się na widok dostatniego życia mieszkańców tej części miasta, szczególnie kiedy ujrzał w jednym z ogrodów właściciela zażywającego wieczornej kąpieli w swoim basenie, obsługiwanego przez dwie, odziane w zwiewne białe suknie służące. Tylko Veronica szła w skupieniu, starając się przypomnieć sobie miejsce ze swego snu. Co chwilę mijali na swej drodze mieszkańców Ashabdahu, ubranych najczęściej w bogato zdobione szaty i w różnokolorowych turbanach na głowie. Gdzieniegdzie szli oni grupami, rozmawiając o czymś z ożywieniem. Uwagę wędrowców zwróciła przedziwna pielgrzymka zmierzająca w tym samym kierunku co oni. Przodem szedł otyły mężczyzna w białym turbanie i podobnej tunice, ozdobionej złotymi i srebrnymi wzorami. Za nim parami szła grupa ośmiu kobiet, ubranych niemniej gustownie, ale o zasłoniętych twarzach.
- To musi być ktoś znaczny – zauważył Rolland. - W tym kraju można mieć więcej niż jedną żonę – wyrwała się z zamyślenia Veronica – Ważne jest tylko to, aby mężczyzna potrafił zapewnić im wszystkim godne warunki do życia. - Mi wystarczyłaby jedna, ale pod warunkiem że byłaby taka jak Ty...
Ostatnie jego słowa utonęły jednak w huku wystrzału. Początkowo przestraszeni przybysze spostrzegli nagle…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil tommy2007
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…